Nieśmiertelni

Tekst
Z serii: Nielegalni #3
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Nieśmiertelni
Nieśmiertelni
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,98  63,98 
Nieśmiertelni
Nieśmiertelni
Audiobook
Czyta Krzysztof Gosztyła
39,99  28,39 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

„Reaktor” huczał, mruczał, wydawał niezwykłe dźwięki podobne do zgiełku ula na wiosnę albo stadionu przed meczem. Brzmiał jak wielka orkiestra, która stroi instrumenty przed spektaklem. W końcu wszystkie tony zaczęły się splatać w jeden kosmiczny szum, który to podnosił się, to opadał, chwilami zanikał, by zaraz powrócić z nową siłą i nowym brzmieniem. Tę muzykę przepełniało jakieś magiczne napięcie, które zawsze dogłębnie porusza wrażliwych słuchaczy. Wiadomo już było, że zaraz coś się zacznie, coś niezwykłego, coś bardzo ważnego.

Za chwilę miał się rozpocząć wielki międzynarodowy hakaton, ostatni tego roku, organizowany w sztokholmskim Królewskim Instytucie Technologicznym przez Antona Peteriusa, znanego lepiej jako Anton Młot.

Prawie dwustu hakerów i geeków zgromadzonych w sztolni po dawnym reaktorze atomowym czekało na sygnał do ataku. Ich podniecone głosy odbijały się od granitowych skał i potęgowały wrażenie, jakby było ich sto razy więcej, dodając wszystkim bojowego animuszu i determinacji.

„Reaktor”, zwany potocznie R1, był świątynią hakerów z całego świata i żył teraz własnym życiem. Przed laty naukowcy zainspirowani mocą atomu prowadzili w tym miejscu badania. Dzisiaj to wirtualny świat cyberprzestrzeni był tym, co decyduje o losach ludzkości i co może ją zniszczyć równie dotkliwie jak bomba atomowa.

Anton Młot miał trzydzieści pięć lat, był doktorantem i szarą eminencją uczelni, ojcem wszystkich hakerów i guru geeków. Znał każdego na KTH i każdy znał jego. Był też tajnym funkcjonariuszem FRA, jednak o tym na uczelni nie wiedział prawie nikt.

Instytut należy do najlepszych uczelni na świecie, jest więc dumą Szwecji i kuźnią kadr dla nauki i przemysłu. Przy Valhallavägen powstają najnowocześniejsze technologie, które wzbudzają zazdrość wielu państw, a to jest wystarczający powód, by był również wysoko notowany na liście celów szpiegów.

Szwedzkie władze doskonale o tym wiedziały i Młot był jednym z tych, którzy pilnowali, żeby do skarbca wiedzy KTH nie dobrał się nikt nieuprawniony. Robił to dobrze i kilka chińskich, rosyjskich, irańskich i izraelskich prób wdarcia się do sejfu uczelni przez cybermur skończyło się niepowodzeniem.

– Proszę państwa! – rozległ się głos Antona wzmocniony głośnikami i odbił z pogłosem od granitowych skał. – Proszę o ciszę! Zaczynamy! Syjon wita swoich obrońców.

Anton, w zielonym swetrze od Harriet zrobionym ścisłym ściegiem francuskim, w wypchanych na kolanach spodniach Dylan Cord i tytanowych okularach Silhouette, rozczochrany, uśmiechnięty, rozluźniony, pewny siebie, z wielkim mikrofonem w dłoni, wyglądał dokładnie tak, jak powinien wyglądać ktoś, kto gotów jest poprowadzić wiernych na drugą stronę rzeki marzeń. Stał na podwyższeniu, górując o dobry metr nad tłumem, który na dźwięk jego głosu zamilkł jak zaczarowany.

– Jest teraz… – Anton spojrzał na zegarek – za piętnaście dwudziesta trzecia. Za moment rusza nasz ostatni w tym roku wielki hakaton. – Przerwał na chwilę i krzyknął z lekkim zaśpiewem: – Witam was wszystkich! Uraaaaa…

– Uraaaaa… – odpowiedziało mu przeciągle prawie dwustu hakerów, jakby stali w szyku na placu Czerwonym, i można było odnieść wrażenie, że zakołysały się wiszące nad nimi przemysłowe haki i łańcuchy.

– Jak wszyscy wiecie, tematem naszego ostatniego w tym roku wyścigu jest… – Anton zaczynał swój show – jak wy-sadzić o-bronę ban-ku na-rodowego i ze-mścić się sie-kierą na ban-komacie – wypowiadał poszczególne słowa, akcentując teatralnie każdą pierwszą sylabę. – Szczegóły i zasady hakatonu są takie same jak zawsze i możecie je sobie przypomnieć… Jeśli ktoś chce je ominąć, to o sposobach ich ominięcia może przeczytać na naszej stronie.

– Anton! – krzyknął ktoś z głębi sali. – Wysadźmy Fed! Dla dobra ludzkości!

– Chcesz, żeby biednym ludziom zostało tylko euro, juan i rubel? – odpowiedział mu inny głos.

– Okej, okej! – uspokoił ich Anton. – My tu, w tym zimnym kraju, mamy korony szwedzkie i niech nikt nie próbuje przypadkiem eksperymentować na Riksbanku, bo nie będzie kasy na następny hakaton. Dobra… teraz jak zawsze przedstawię zespoły. Brawa! Brawa! Dla bohaterów, kanibali i rozbitków…

W sali rozległo się zgodne klaskanie. Anton uderzał rękami nad głową, a wielki mikrofon trzymał między nogami, co wzbudzało dodatkową wesołość. Gdy wrzawa nieco się wyciszyła, rozpoczął prezentację zespołów.

– Witamy gości zakonu od lewej do prawej… – Wskazał ręką. – Powitajcie gromko Kościół Świętego Steve’a z Londynu… – Rozległy się brawa. – Powitajcie Wyznawców Wielebnego Juliena z Oslo… – Brawa wciąż trwały. – Powitajcie Białych Rasistów z Alabamy i Czarnych Rasistów z Pretorii… – Oklaski zaczęły się nasilać. – Powitajcie Chiński Wywiad w Przebraniu Tybetańskich Mnichów i Rosyjski w Czerkieskach… – Po sali przeszedł śmiech, a oklaski jeszcze się wzmogły. – Czy w tym roku znowu nie ma nikogo z Langley?

– Ja jestem! – odezwał się chłopak z pierwszego rzędu.

– Za stary jesteś! – Anton machnął ręką. – Nie ma? No… to ja znowu będę? Trudno.

– Za młody jesteś, Anton – rzucił ktoś z boku i został nagrodzony śmiechem.

– W porządalu! Jeśli kogoś nie wymieniłem… to teraz na wszelki wypadek, żeby nikogo nie pominąć, witam wszystkich hakerów, geeków, świrów, szpiegów, terrorystów, odszczepieńców, transwestytów oraz innych popaprańców, a najcieplej wśród nich szpiegów naszego kochanego rektora Hansa Ericssona – ciągnął powoli Anton, wszyscy jednak doskonale wiedzieli, że nie ma żadnych zespołów hakerskich, a każdy komputer pracuje tylko na siebie, i to za darmo. – Club-mate, kawa z podwójną kofeiną, cola ekstra strong i inne afrodyzjaki są do waszej dyspozycji. – Spojrzał na zegarek. – Kanapki i zupa w bieżącej dostawie… Sauna tam gdzie zawsze i… uwaga! Nowość w tym roku! Ogród zimowy na zapisy.

Oklaski zaczęły już wygasać i dało się wyczuć wyraźne rozluźnienie.

Anton spojrzał po sali i zauważył, że zebrani stoją wpatrzeni w niego, oczekując najwyraźniej sygnału do rozpoczęcia wyścigu. Zdawało mu się, że wszystkie twarze, rozbawione, wesołe, z wyrazem niecierpliwości, a czasem i zacietrzewienia, są do siebie podobne. Tylko jedna, gdzieś z prawej strony, wyglądała zupełnie inaczej.

Twarz smutna i… znajoma. Po chwili dopiero zdał sobie sprawę, że to Harriet Berghen.

– Do boju! Dwudziesta trzecia! – rzucił nieco speszony i zaniepokojony spojrzeniem, które go dosięgło. – Bijemy się do poniedziałku… do ósmej rano… – Nie zdążył dokończyć, bo po sali przeszedł pomruk i wszyscy zaczęli się rozchodzić, jakby już opadła kurtyna, a on nie zdążył jeszcze skończyć swojej roli, i zamruczał ni stąd, ni zowąd: – Wychodzą, unosząc zwłoki, po czym huk dział słyszeć się daje. – I zszedł z podwyższenia.

– Co robimy z sekcją trzecią? Strumień wciąż jest słaby – zagadnął go jakiś wyraźnie zaniepokojony młody człowiek z przypiętą tabliczką z napisem „Jörg”.

– Pogadaj z Torstenem, on w tym siedzi. Powinien być teraz u siebie – rzucił Anton, nawet nie spojrzawszy na rozmówcę, i przeciskając się między ludźmi poklepującymi go po ramionach i plecach, ruszył zdecydowanie w kierunku Harriet.

– Co się stało? – zapytał natychmiast po puss och kram. – Co się dzieje, śliczna Afrodyto? Nimfetko przesłodka…

– Możemy porozmawiać?

Już wcześniej zauważył, że Harriet jest w dziwnym nastroju, ale dopiero gdy wypowiedziała te dwa słowa, zobaczył, jak bardzo zły to nastrój.

– Chodź, pójdziemy do mnie, tu nie ma warunków. – Objął ją ramieniem i zaczęli się przepychać do rogu sali, gdzie miał swoje małe biuro.

Gdy zamknęły się za nimi drzwi i znikł męczący gwar granitowej sztolni, pokój wypełniła gęsta cisza. Zrobiło się zbyt cicho jak na przerażone oczy Harriet i Anton poczuł niepokój.

Wziął od niej kurtkę, powiesił i usiedli w starych skórzanych fotelach. Przez kilkanaście sekund Harriet krążyła bezładnie wzrokiem po pomieszczeniu i z wysiłkiem przeplatała sine palce, jakby się nad nimi znęcała. Przyszła bez torby, bez torebki, z pustymi rękami. To niezwykłe, pomyślał Anton. Jakby przed czymś uciekała.

To nie była jego Afrodyta tryskająca kobiecą mocą, pełnią mitycznych feromonów i antycznego seksu. W wytartym fotelu z lat pięćdziesiątych nie siedziała niezłomna Trinity, tylko przestraszona piegowata dziewczynka w grubych okularach, która przyszła po pomoc. Anton był tego pewny i wiedział, że musi zacząć pierwszy, delikatnie.

– Hasan? Tak? – Pytanie na moment zawisło w ciszy. – Boże, co się stało, Harriet? Mów! – rozkazał, bo wiedział przecież, że przyszła prosić o pomoc, a on musi się nią zaopiekować.

– Poprosił mnie dzisiaj do siebie Hermansson… a właściwie to poszliśmy na kawę do bufetu. Było już późno… – Harriet spojrzała na zegarek. – Gdzieś koło wpół do ósmej. Kończyłam pewien projekt…

– Do rzeczy, Harriet – ponaglił Anton zniecierpliwiony.

– Hermansson powiedział mi tylko, że Hasan nie odzywa się od ponad dwóch tygodni i w wywiadzie, znaczy KSI, nie wiedzą, co się z nim dzieje. – Ściszyła głos i dorzuciła: – Nie daje żadnego znaku życia.

– Przecież musiał mieć alternatywną łączność…

– Nic więcej nie wiem! – wtrąciła głośniej, wyraźnie zdenerwowana.

– Musiał mieć bikon satelitarny i telefon bezpieczeństwa… nie mówiąc już o sieci. – Anton z niedowierzaniem pokręcił głową. – Przecież to podstawy operatywy… – Zacisnął usta i przez chwilę patrzyli sobie w oczy. – Niemożliwe, żeby wszystko naraz zawiodło. Nooo… kurwa, niemożliwe! – wyrzucił z siebie w końcu. – Przecież to my zrobiliśmy te systemy dla KSI. Chyba że…

– Anton? – Podniosła wzrok. – Anton, co jest grane? Ty coś wiesz?

– Uff… – westchnął głęboko i od razu było dla niej jasne, że wie.

– To dlatego przed jego wyjazdem chcieliście się jeszcze spotkać? Tak? Ty w tym jesteś? – Harriet patrzyła na Antona, który zerkał jak nieletni złodziejaszek, i poczuła się oszukana, skrzywdzona, zraniona.

 

Znała Antona od lat i zawsze był jej najbliższym przyjacielem, a Hasan jej mężczyzną na całe życie. Wydawało się, że po sprawie Safira as-Salama ich związek scementowało wszystko to, co najlepsze między ludźmi – prawda, przyjaźń, wierność, zaufanie i miłość. A tu nagle okazuje się, że tak nie jest i nigdy nie było, a ona nie uczestniczy w tym związku, tylko stoi z boku, na innych prawach, jak mniej wartościowa część.

Anton coś mówił, ale jego głos był obcy i niezrozumiały. Harriet czuła, jak ziemia faluje jej miękko pod nogami, a w środku wzbiera jakaś potężna siła, która za chwilę się uwolni i rozerwie jej gardło. Powstrzymywała się resztkami sił, pozwalając sobie tylko na łzy dające chwilowe ukojenie.

Ten wypadek autobusowy… wtedy… kiedy wracali od Antona, w przeddzień wyjazdu Hasana do Iranu, pomyślała przez moment. Podprogowa katastroficzna kabała?

– Harriet, uspokój się. Nie płacz – dotarł do niej głos Antona, który wstał z fotela i przyklęknąwszy, objął ją ramionami. – Wiem, co czujesz. Wasza miłość i nasza przyjaźń jest inna, nie jest taka sama jak u wszystkich normalnych ludzi. Jakkolwiek paskudnie by to zabrzmiało. Żeby mogła przetrwać, trzeba być wytrzymałym i zrozumieć, że prawda nie zawsze jest najlepszym rozwiązaniem…

– Nie pieprz! – Harriet powoli odzyskiwała pewność siebie. – Wiedziałeś od początku, po co on tam jedzie. Wiedzieliście obaj, że to niebezpieczne…

– Taki zawód szpiega.

– Ale dlaczego nic mi nie powiedzieliście? Uważasz, że kto ja jestem?

– Takie zasady. Wolałabyś wiedzieć?

– Oczywiście! – odparła pewnym siebie tonem, wycierając nos, ale wcale nie była przekonana, że chciałaby to wiedzieć.

Przegrzałam czy co? – pomyślała. Babskie fobie! Cholera jasna. Ale faceci i tak są popieprzeni…

– To bardzo poważna sprawa i myślę, że niebezpieczna, co pewno specjalnie cię nie pocieszy – zaczął Anton sztywno, bo nigdy sobie nie radził z kobiecymi łzami. Z powrotem usiadł na fotelu. – Nie licz, Afrodyto, że złamiesz mnie łzami i dowiesz się szczegółów. Nie wykorzystuj swojej przewagi…

– Nie marudź! Mów, co możesz. – Wydmuchała do końca nos i z odległości dwóch metrów trafiła białą kulką do kosza.

Dobry znak! Atena i Apollo widać czuwają – pomyślała i zrobiło jej się trochę lepiej.

– No dobrze – zaczął. – Od pewnego czasu prowadziliśmy tu, na KTH, we współpracy z KSI i Säpo, pewną operację… z nadania zaprzyjaźnionej służby… no i Hasan pojechał do Iranu w związku z tą sprawą…

– To dlatego przeszedł do KSI? Ale co to za sprawa? – zapytała bez przekonania i równocześnie w jego kieszeni odezwał się telefon.

– Tak, dlatego – odparł Anton, nim odebrał.

Rzeczywiście, teraz sobie przypomniała, Hasan jakiś czas temu jej mówił, że z uwagi na znajomość farsi i arabskiego robi pewne sprawy dla KSI. Chociaż znał jeszcze rosyjski i kilka innych języków, to jednak jako powód przejścia wymienił właśnie tamte dwa. Nie skojarzyła wówczas, że może chodzić o pracę wywiadowczą w Iranie. Myślała naiwnie, że ma to polegać na tłumaczeniu albo innej pomocy językowej. Jakby zapomniała, że KSI to operacyjny wywiad agenturalny. Teraz było już jasne, dlaczego to właśnie on pojechał do Iranu.

Tępa, głupia zakochana gęś – pomyślała o sobie.

– Tak… tak… – Anton trzymał słuchawkę lewą ręką, a prawą szukał czegoś w kieszeniach. – Nie… nie mam – odparł niepewnie. – Czekaj! Sprawdzę jeszcze w szafce… – Wstał i podszedł do rogu pokoju, gdzie stał zielony bufet, i przez chwilę przy czymś manipulował. – Mam – dodał po chwili poszukiwań. – Posłuchaj, Lasse… Jestem teraz zajęty… Lasse! Przyjdź do mnie, to ci dam. – Pokręcił głową, jakby się czemuś dziwił, i spojrzał ze skruchą na Harriet. – Obyś się nie mylił! Dobrze. Zaraz tam przyjdę. Czekaj na mnie!

– Dokąd idziesz? – zapytała podenerwowanym tonem.

– Zaraz wrócę… nic takiego… – odparł spokojnie. – Lasse nie może się dostać do naszego magazynu na górze. Jego karta magnetyczna nie działa. Dziwne trochę. – Anton pokazał niebieską plastikową kartę. – Będę za pięć minut. Czekaj. Jak wrócę, to coś ci powiem… może nie powinienem, ale… powiem. Nikomu jeszcze tego nie mówiłem. Pal to sześć! – Uśmiechnął się niewyraźnie, zarzucił kurtkę na rękę i ruszył w kierunku drzwi, ale po chwili się zatrzymał i z dłonią na klamce dodał: – Bardzo martwię się o Hasana, ale coś mi teraz przyszło do głowy… coś mi się przypomniało… może wiem, dlaczego zniknął. Ktoś tu nie gra czysto i czuję ich paluszki w tej sprawie… – zawahał się. – CIA? Eee… chyba niemożliwe! Pewnie mi odwala. Ale gość zaczął nagle siać tak dziwnymi sygnałami… Uff… Nie uwierzyłabyś… – rzucił już zza progu i zamknął za sobą drzwi, zostawiając w pokoju zaskoczoną Harriet.

4

Była dziewiąta trzydzieści rano. Jagan nie spał już od pół godziny i stał nago w oknie swojego mieszkania na dziewiątym piętrze bloku przy ulicy Krasnodarskiej w dzielnicy Lublino. Czekał, aż nad Uralem wzniesie się czerwona tarcza słońca.

Jagan uważał, że słońce, mimo iż jest ciałem niebieskim, to jednak jest też częścią Federacji Rosyjskiej i czasami warto złożyć mu hołd. I chociaż było pomarańczowe, on uważał, że jest czerwone, i trwał w tym przekonaniu, bo czerwień jest bardziej rosyjska. W końcu nad żadnym krajem nie świeci tyle czasu co nad naszym – uważał – wystarczy spojrzeć na mapę i zegar.

Nad Moskwą od dwóch tygodni zawisł potężny syberyjski zimowy wyż i błękitne niebo wyglądało wyjątkowo pięknie. Zdawało się, że jest wymalowane ultramaryną i wystarczy podnieść rękę, by go dotknąć, urwać kawałek i sprawdzić, że smakuje jak wyśmienite rosyjskie lody.

Więc Jagan stał i czekał.

Żołnierz specnazu musi mieć jakieś zajęcie, bo inaczej ulega demoralizacji i wtedy łatwo go pokonać, a to w przypadku Jagana nie wchodziło w grę. I wcale nie miał na myśli ćwiczeń, bo tych mu nie brakowało, tylko utrwalanie w rosyjskim człowieku rosyjskiej duszy i rosyjskiej wiary. Dlatego rosyjskie słońce było dobrym obiektem hołdu. Żadna Cerkiew przy takiej potędze nie miała szans, nie mówiąc o bogach.

Od powrotu z okropnej Szwecji i śmierci diabelskich Bogajewów Jagan chodził na ćwiczenia do fitness klubu i utrwalał swoją wiarę w rosyjskiego człowieka. Był w tym czasie z Galą dwa razy w kinie na jakichś filmach, spotkał się pięć razy ze swoją „piątką” na pięciu cmentarzach i właściwie mógłby powiedzieć, że wszystko jest w porządku. Miał swój nóż, miał złoty pistolet, na Kaukazie bandytyzm osłabł na tyle, że nawet kanałowi Rossija zaczynało brakować tematów. Wydawać się mogło, że wystarczy tylko wytrwale czekać na jakieś nowe zadanie, które w takim kraju jak Rosja prędzej czy później powinno się pojawić. W rzeczywistości było zupełnie inaczej.

Kaukaz nigdy nie śpi, Kaukaz tylko drzemie, a to nie to samo – uważał całkiem roztropnie Jagan.

Już dawno przeszła mu złość, że Bogajewowie padli od kul jakichś fińskich czy szwedzkich plemieńców, a nie z jego mocnej, surowej rosyjskiej ręki. A wszystko przez jakąś nadętą szwedzką policjantkę, co nie chciała dać mu pistoletu.

Wciąż jednak miał coś, co nadawało głęboki sens jego życiu i wzmacniało wiarę w rosyjskiego człowieka i słońce na horyzoncie.

Gdzieś tam, pewnie na Kaukazie, ukrywała się wojownicza diablica Amina Bogajewa i Jagan wiedział, że dopóki jej nie dopadnie, ojczyzna nie zazna spokoju, a on na pewno. Nikomu o swoich przemyśleniach nie mówił, bo i tak nikt by tego nie zrozumiał. Tym bardziej że nikogo nie obchodziła ta dzika czeczeńska dziwka, a faceci z Jasieniewa wciąż powtarzali, że mają ważniejsze sprawy do załatwienia. Jedynie wytatuowany smok na plecach drżał na samo brzmienie jej imienia, więc dla Jagana było jasne, że sprawę Aminy należy załatwić.

Ludzie są głupi i nic nie rozumieją, powtarzał ostatnio coraz częściej. Czerwonowłosa Gala utwierdzała go w tym przekonaniu i powtarzała mu wielokrotnie, że nie tylko w pełni się z nim zgadza, ale też uważa, że ta myśl jest wyjątkowo głęboka w swojej mądrości i wymaga szczególnej uwagi wszystkich wątpiących. Głupców szczególnie – mówiła.

Słoneczna poświata wzeszła już nad Rosją i za chwilę miała się pojawić boska tarcza, więc Jagan pomyślał, że czas zacząć się duchowo przygotowywać na jej powitanie.

– Jest minus dwadzieścia siedem – zdążył jeszcze wymamrotać, chociaż nigdy nie trzymał termometru w ręce.

Dokładnie tyle, ile lubię najbardziej – pomyślał z przypływem zadowolenia i pociągnął wzrokiem po dalekim moskiewskim krajobrazie, nad którym gdzieniegdzie, nad kominami elektrociepłowni, widać było białe, waciane pióropusze.

Ciepło jest teraz w rosyjskich domach. Przyjemnie i bezpiecznie. Ale już czas do pracy, rodacy. Wstawaj, strana ogromnaja – przeszło mu przez myśl. Aaaaa… Jelena Wajenga, jak ona ryknie! To jakby cała armia rosyjska dała głos, a świat przed nią klęknął. Eeee… dzisiaj może lepiej będzie Wstawajtie, ludi ruskije – zamruczał jakby na próbę i spojrzał na odkryte nagie ciało Gali, która spała na brzuchu, pokazując wytatuowaną na plecach żyrafę. Leżała ze skrzyżowanymi nogami, rozrzuconymi ramionami, przekrzywiona lekko w prawo, więc nie było widać jej skoliozy. Pewnie dlatego żyrafa się wyprostowała – pomyślał.

No, nie jest to Jelena, prawdziwa rosyjska kobieta… no, nie jest, a szkoda. Przyjrzał się uważniej. Ciekawe, Gala nigdy nie śpi na brzuchu – zadumał się, splótł dłonie na plecach, wygiął ręce do tyłu, aż zatrzeszczały mu stawy, postał tak chwilę i w oczekiwaniu na wschód słońca wrócił do rozmyślań o Aminie.

Najpierw pojawił się wyraźny, płonący słoneczny kawałek i Jagan wiedział już, że dzisiaj będzie wyjątkowo piękny dzień i że powinien go godnie przywitać. Nabrał powietrza w płuca aż do ostatniego pęcherzyka, rozłożył ręce w chrystusowym geście, uniósł wysoko podbródek, jakby stał w paradnym szyku na placu Czerwonym, i wydał z siebie przeraźliwy gardłowy krzyk składający się z mocno przeciągniętych i powtarzanych samogłosek a, e, u i najdłużej wytrzymanej samogłoski iiiiiii. Smok na plecach zjeżył się i wyprężył dziko, zadowolony z porannej modlitwy i dumny z kolejnego dnia straży nad świętą Rusią, w braterskim uścisku z nieśmiertelnym Jaganem…

– Andriusza! – Gala przerwała jego okrzyk na samogłosce e. – Andriusza! Na litość boską! Ochujałeś? Jest sobota! Zobaczysz, że cię zamkną w domu wariatów, a ja więcej nie zostanę na noc…

Urwała, bo w tym samym momencie odezwało się co najmniej pięć pięter w bloku, informując kaloryferowym telegrafem, identycznym na całym świecie: „Ciiiiisza, kurwa”, a za moment zza cienkiej ściany jakiś ochrypły męski głos całkiem wyraźnie powtórzył tę frazę, akcentując mocno rozciągniętą samogłoskę iiiii.

– Wstawajtie, ludi ruskije – zamruczał Jagan po swojemu z lekką złością i jak zbity pies wrócił do łóżka. – Ludzie są głupi i nic nie rozumieją – stwierdził z głębokim przekonaniem i wyciągnął się obok Gali, zakładając ręce pod głowę.

– Ależ oczywiście, Andriusza! – Pogładziła go delikatnie po ogolonej na łyso głowie. – Oczywiście, że są głupi, tylko o tym nie wiedzą, ale w taki sposób im tego nie wytłumaczymy, staną się tylko jeszcze głupsi, mój ty wojowniku.

Podciągnęła się trochę wyżej, położyła na nim swoimi piersiami à la Milla Jovovich i delikatnie zaczęła całować go po głowie, centymetr po centymetrze, od lewej strony nad uchem i dalej w kierunku czoła. Robiła to po raz pierwszy, bo Jagan dopiero niedawno zdecydował się na nowy wizerunek, bez włosów.

Przyjemne. Hm… chce mnie uspokoić czy co? – pomyślał niepewnie i zamknął oczy, ale wbrew temu, co pomyślał, poczuł, że smok sprężył się wyjątkowo mocno, jak jeszcze nigdy wcześniej, więc nie miał wyjścia i podążył za jego wezwaniem. Najpierw westchnął głęboko i zaraz potem wyszeptał na wstrzymanym wdechu: Uch żesz ty, Galuszka moja… – prosto w jej ucho, bo właśnie przemieszczała się z pocałunkami do jego prawej skroni, którą miał bardziej wrażliwą.

Rosyjskie słońce wysunęło się już całe znad Uralu i zatrzymało w oknie pokoju na dziewiątym piętrze domu przy ulicy Krasnodarskiej, wypełniając wnętrze intensywną czerwienią, jak jakiś luksusowy burdel. Jagan i Gala, spleceni w miłosnym uścisku, nawet tego nie zauważyli, ale na pewno spodobałby im się ten obraz, chociaż był nieprawdziwy. Gali pewnie bardziej, przecież studiowała malarstwo.