Brzydka królowaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



WROCŁAW 2017

Projekt okładki

MARIUSZ BANACHOWICZ

Fotografia na okładce

LEE AVISON/TREVILLION IMAGES

Redakcja

MAG – USŁUGI WYDAWNICZE. MAŁGORZATA GROCHOCKA

Korekta

URSZULA WŁODARSKA

Skład

JAROSŁAW DANIELAK „AD FONTES” AGENCJA WYDAWNICZA

Motto zaczerpnięto z Listu do Koryntian, [w:] Pismo Święte Nowego Testamentu.

Nowy przekład z Wulgaty. Komentarz ks. E. Dąbrowskiego, PAX, Warszawa 1953.

© Publicat S.A. MMXVII (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved

Wydanie elektroniczne 2017

ISBN 978-83-245-8288-4


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

e-mail: ksiaznica@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


Spis treści

Dedykacja

Panna

Kawaler

Małżonkowie

Wdowa

Od autorki

Przypisy

Mężowi

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest.

Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku,

nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu,

nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego;

nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą.

Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy,

we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. [...]

Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy:

z nich zaś największa jest miłość.


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

PANNA


Skulona postać zatrzymała się w pół kroku. Musiała uspokoić oddech i drżące z wysiłku mięśnie. Przebiegła już spory kawałek drogi. Nie była do tego przyzwyczajona, ale sytuacja wymagała pośpiechu. Dla pewności chowała się między rosnącymi przy drodze drzewami. Teraz przywarła do grubego pnia. Ubrana na czarno wtopiła się w jego tło. Tylko bystry obserwator zauważyłby unoszącą się w powietrzu parę, która zdradzała jej obecność. Oddychała szybko, przez otwarte usta. Do płuc dostawało się mroźne powietrze. Nie zważała na ból, który czuła przy każdym głębszym wdechu. Głęboki wdech i wydech. I jeszcze raz. Zerknęła w niebo. Było czyste, bezchmurne, usiane migoczącymi gwiazdami. Takie niebo zwiastowało kolejny chłodny dzień. Marzec roku pańskiego 1440 był niezwykle zimny. Mróz trzymał Królestwo Węgierskie w okowach. Odetchnęła jeszcze dwa razy. Zanim ruszyła dalej, spojrzała za siebie, chociaż przez nieprzeniknioną czerń nocy trudno było cokolwiek dostrzec. Ostrożności nigdy za wiele, pomyślała. Wstrzymała oddech i wytężyła słuch. Oprócz niej na drodze prowadzącej z Wyszehradu do Białogrodu Królewskiego nie było nikogo.

Dotąd wszystko szło zgodnie z planem. Najtrudniejszą jego część miała już za sobą. Skarb, po który przybyła do zamku wyszehradzkiego, przyciskała tak mocno do piersi, że aż zbielały jej palce. Zmęczenie dawało o sobie znać. Ciężkie z niewyspania powieki opadły na oczy. Najchętniej zapadłaby w błogi sen.

Nagle do jej uszu doleciał jakiś odgłos. Marzenie o odpoczynku rozwiało się jak chmura pary ulatująca z jej zmarzniętych, popękanych i bolących warg. Nasłuchiwała. Nie, to nie ludzkie kroki, pomyślała. To woda, która próbowała przedostać się przez grubą warstwę lodu, powodowała to nieprzyjemne trzeszczenie. A więc jest już blisko. Po kilku krokach stanęła nad brzegiem Dunaju. Rzeka wciąż była zamarznięta. Kiedy wczoraj w południe stanęli na przeciwległym brzegu, patrząc na sterczący na wzgórzu gmach zamczyska, zobaczyła ludzi i sanie na lodowej tafli. Sanie i wyładowane sprawunkami wozy sunęły szybko, płynnie, a ludzie szli pewnie i bez bojaźni. Już miała wejść na lód, gdy atak paniki uderzył w nią znienacka. Cofnęła się o kilka kroków i omal nie przewróciła, zawadzając nogą o leżący na ziemi gruby konar. Przycupnęła, podpierając się jedną ręką. Syknęła z bólu, ponieważ pod ciężarem własnego ciała uszkodziła nadgarstek. Zastygła w niewygodnej pozycji. W końcu wstała i znowu zbliżyła się do brzegu, ale nie weszła na lód.

A jeśli został nadwerężony przez ciężkie wozy, sanie i setki przechodzących tędy od miesięcy ludzi?, przemknęło jej przez głowę. Na samą myśl, że mogłaby znowu znaleźć się w lodowatej wodzie, zrobiło jej się niedobrze. Kwaśna zawartość żołądka podeszła do gardła. Zasłoniła usta, z niesmakiem przełykając ślinę. Wróciły niechciane wspomnienia.

Był 1408 rok. Miała zaledwie sześć lat. Jak zawsze, kiedy nadeszły mrozy, a śnieg przykrył świat białym, ulotnym prześcieradłem, ojciec zabierał ją i braci na niewielki staw znajdujący się w pobliżu ich rodowej siedziby. Uwielbiała te niezapowiedziane wypady. Ojciec nigdy nie mówił, który to będzie dzień. To była niespodzianka, na którą wszyscy czekali z niecierpliwością.

– A jutro? Ojcze, czy pójdziemy tam jutro? – Patrzyła na surową twarz rodzica i starała się odgadnąć jego myśli. Bracia stali z tyłu, poszturchując się nawzajem. Oni też nie mogli się doczekać wspólnej eskapady.

– Idźcie spać! – Ojciec wstał z głębokiego fotela. Jego rosła postać wypełniła izbę. – Nic wam nie powiem, bo nie zaśniecie. No, już! Do łóżek! Chyba nie chcecie, żebym użył rózgi? – Mówił głośno i poważnie, ale na jego ustach igrał uśmiech.

– Jutro! Pójdziemy jutro! – pokrzykując, ruszyli pędem do komnat, popychając się wzajemnie.

Helena uwielbiała zimę z jeszcze jednego powodu. Spędzali wówczas z ojcem trochę więcej czasu. Już wtedy potrafiła docenić te krótkie chwile, które mieli dla siebie.

W końcu nadszedł wyczekiwany dzień. Dzień wyprawy. Całą drogę trzymała ojca za rękę. Kiedy weszli na zamarznięty staw, chwyciła go mocniej. Najpierw szli powoli, balansując ciałem, żeby nie upaść. A potem ojciec zaczął biec, ciągnąc ją za sobą. Trzewiki ślizgały się po lodzie, wywołując na jej twarzy szeroki uśmiech. Chichotała głośno, prosząc go, żeby biegł jeszcze szybciej. Ile sił w nogach. Jej perlisty dziecięcy śmiech niósł się daleko, ponad drzewami, których pozbawione liści gałęzie siłowały się z oblepiającym je śniegiem. Bawili się tak godzinami, aż nie czuła nóg. Ojciec sadzał ją wtedy na szerokich ramionach, a ona opierała podbródek o czubek jego głowy. Ze śpiewem na ustach wracali do domu, obszczekiwani przez biegające psy i poganiani przez jej starszych braci. Kiedy przechodzili pod gałęziami drzew, ciągnęła za ich końce. Biały puch obsypywał wszystkich, wpadając za kołnierze. Wpatrywała się w migoczące płatki, które opadały na głowę ojca, osiadając na poprzetykanych siwizną czarnych, lekko kręconych włosach. Cudowne gwiazdeczki srebrzyły się jak gwiazdy na niebie. Jedna niepodobna do drugiej. Były niczym miniaturowe koronki, zbyt delikatne, aby przetrwać dłużej niż mgnienie oka.

Tamtej pamiętnej zimy nie posłuchała przestróg ojca.

– Jego Królewska Mość wzywa mnie do siebie. – Zrobił krótką przerwę. – Macie słuchać matki, być posłuszni i nie przysparzać jej zmartwień – dodał po chwili. Spoglądał na każdego z osobna i czekał na potwierdzenie. Potaknęli głowami jak jeden mąż: „Tak, ojcze”. Zapatrzył się na uroczą gromadkę, która ustawiła się przed nim wedle wzrostu. W końcu rozciągnął usta w szerokim uśmiechu. – A kiedy wrócę, w nagrodę zabiorę was na tak długi spacer jak jeszcze nigdy. Będziecie błagać, abyśmy wrócili do domu.

Żegnali go, przyrzekając, że będą grzeczni. Wytrzymali w postanowieniu trzy tygodnie. Czas mijał, a ojca jak nie było, tak nie było. Pewnego dnia zobaczyli nadciągającego jeźdźca. Niestety, okazało się, że to posłaniec z królewskiego dworu przybył z listem, w którym ojciec przepraszał za zwłokę i przypominał o posłuszeństwie.

W końcu jednak chłopcy nie wytrzymali. Nie chciała być taka jak oni. Pragnęła wytrwać do końca w złożonej obietnicy, ale bracia mieli swoje sposoby, żeby ją przekonać. Następnego dnia nad ranem wszyscy wymknęli się cichaczem z domu. Matka spała kamiennym snem, zmęczona uspokajaniem najmłodszego dziecka.

 

Potykając się o leżące na zmarzniętej ziemi konary drzew, dotarli do stawu. Najpierw bawili się tak jak z ojcem. Starsi bracia ciągnęli ją po lodzie, a ona śmiała się jak zawsze, zachęcając ich do szybszego biegu. Po jakimś czasie chłopcy znudzili się zabawą. Odeszli od niej na kilka kroków, aby nie słyszała, o czym szepczą. Kiwali głowami, co jakiś czas zerkali w jej stronę. W końcu zapadła decyzja. Naśladując stanowczy ton ojca, rozkazali jej lepić bałwana i czekać na ich powrót. Sami zaś pobiegli do pobliskiego zagajnika. Rozejrzała się dookoła. Śnieg leżał już tylko w niektórych miejscach. Był brudny i nie zachęcał do zabawy. Przez kilka chwil stała więc bezczynnie. W końcu zaczęły jej marznąć nogi. Musiała się rozruszać, więc nie namyślając się długo, weszła na lód. Trafiła na miejsce, gdzie tafla była pęknięta. Ze wszystkich stron oblało ją nagle przerażające zimno. Miała wrażenie, że jej ciało tną setki noży. Ubranie namokło w okamgnieniu. Zrobiło się ciężkie, jakby ktoś przyczepił jej do szyi wór z kamieniami. Z całych sił starała się utrzymać głowę ponad poziomem wody. Machała bezradnie rękami, rzucając się chaotycznie na lód. Woda zachłannie ciągnęła ją w dół. I nagle zapanowała ciemność. I cisza. Ocknęła się w domu. Trzęsła się z zimna i przerażenia.

Strach, który wtedy czuła, powrócił ze zdwojoną siłą. Musiała przejść przez rzekę. Nie miała wyboru. Wóz, którym podróżowała przez ostatnie tygodnie, czekał po drugiej stronie. Zacisnęła skostniałe ze strachu dłonie na trzymanym skarbie i zrobiła pierwszy, niepewny krok.

Wzięła głęboki oddech. Po chwili wypuściła powietrze z płuc. Wokół ust od razu pojawiła się cienka smuga, przypominająca szarobiały dym uciekający z komina.

Szła powoli, mozolnie. Ile jeszcze? Kiedy skończy się ta tortura?, myślała intensywnie. I nagle usłyszała cichy chrzęst. Zamarła w bezruchu. Nadstawiła uszu. Wokół panowała nieprzenikniona cisza, którą zakłócało jedynie walące w piersi serce. Ruszyła dalej. Zrobiła kolejny krok i znowu usłyszała trzask. Serce kazało uciekać, ale rozum nakazywał się zatrzymać. Wyobraziła sobie pękający pod stopami lód. Jej ciałem wstrząsnął dreszcz. Przeżegnała się trzy razy i puściła biegiem, licząc na łut szczęścia i boskie miłosierdzie.

Nagle ktoś chwycił ją mocno w pasie. Zanim zdążyła krzyknąć, zakrył jej usta szorstką, zimną dłonią. Zaczęła się szamotać. Przerażenie rozsadzało jej czaszkę. Boże, czyżbym zamiast w czeluściach zimnej wody miała umrzeć od ciosu wędrownego złoczyńcy?, przemknęło jej przez myśl.

– Wielmożna pani, wybaczcie, proszę, śmiałość, ale musieli my zatkać usta wielmożnej pani, coby nie krzyczała. – Ochrypły głos jednego ze sług, który towarzyszył jej w podróży, sprawił, że opadło z niej całe napięcie. Miała ochotę się rozpłakać, ale musiała wziąć się w garść. Nie byli tu bezpieczni. Pościg był tylko kwestią czasu.

– Ruszajmy, a żwawo! – rzuciła stanowczo, kierując się w stronę czekającego zaprzęgu.

*

Czterokonny wóz sunął po grząskiej drodze, która to tu, to tam, spowalniała jazdę. Siedząca w środku kobieta miała zamknięte oczy, ale nie spała. Rozmyślała. Wspominała, jak wcześniej z duszą na ramieniu przemierzała zamarznięty Dunaj. I chociaż od tamtej chwili minęło sporo czasu, strach wciąż jej nie opuszczał. Nad mknącym zaprzęgiem rozpostarło się wreszcie upstrzone jaśniejącymi gwiazdami bezchmurne niebo, które jeszcze nad ranem zasnute było ciężkimi, deszczowymi chmurami. Padało kilka godzin, aż zza chmur nagle wyjrzało słońce. Silne, marcowe. Dopiero późnym popołudniem na niebie znowu pojawiły się ciemne chmury. Najpierw spadła jedna kropla, następnie druga i trzecia. A potem otworzyły się niebiosa i zaczęło lać jak z cebra. Na dodatek zrobiło się ciepło. Nie żeby narzekała. Łaknęła słońca i ciepła jak kania dżdżu, ale śnieg topił się w mgnieniu oka i zmarznięta ziemia zaczęła zmieniać się w grząskie bagno. Lód na rzece robił się coraz cieńszy. Na krótką chwilę wyjrzała na zewnątrz. Zerknęła w niebo. Było zasnute ciemnoszarymi chmurami. Ani jednego prześwitu. Z ciężkim westchnieniem wsunęła się z powrotem do środka, gdzie było wilgotno i nieprzyjemnie.

Rozpięta na drewnianej ramie wozu plandeka przemokła tak bardzo, że woda strużką wpływała do środka. Wielkie kałuże przelewały się z jednej strony na drugą przy każdym, nawet najlżejszym wstrząsie, mocząc i tak już mokre skórzane trzewiki podróżującej. Helena Kottanner z utęsknieniem spojrzała na miękkie poduchy, które jakiś czas temu odrzuciła na bok. Ale one też były całe przemoczone. Chętnie położyłaby na nich głowę i zażyła krótkiej drzemki, ale na samą myśl o wilgotnym materiale dotykającym policzka przeszły ją ciarki. Mimowolnie otrząsła się niczym pies strzepujący krople wody z sierści.

Zatopiła się w modlitwie. Modliła się o szczęśliwy powrót do Białogrodu Królewskiego. Marzyła jej się ciepła komnata, gorący grzaniec i miękka pościel. A najbardziej ze wszystkiego pragnęła świętego spokoju.

Dopiero minęło południe, ale z powodu ciężkich burzowych chmur zrobiło się prawie ciemno. Helena, z nudów, po raz kolejny wystawiła głowę na zewnątrz. W oddali majaczyła wezbrana rzeka, szumiąc niespokojnie. Woda piętrzyła się na grubych, dryfujących taflach lodu. Jeżeli ulewy nie ustaną, rzeka wystąpi z koryta. Już teraz gdzieniegdzie rozlewała się szerokimi pasami, tworząc stawiki na okolicznych łąkach. Helena zauważyła, że mimo paskudnej pogody świat ożył. Korony drzew zapełniły się ptakami. Z minuty na minutę było ich coraz więcej. Rozsiadły się na gołych gałęziach, trzepocząc skrzydłami, z których opadały mieniące się krople. Z daleka wyglądały jak spadające na ziemię malutkie klejnoty. Zachowywały się głośno, przekrzykując jeden drugiego. Ciepłe powietrze dodało im wigoru. Czuły, że zima wreszcie odeszła. Powoli, leniwie, wciąż nieśmiało nadchodziła wiosna. Helena nie potrafiła cieszyć się razem z nimi. Ich wysokie ptasie głosy wdzierały się do wozu, nie pozwalając jej się odprężyć. Nerwy miała napięte jak postronki. Potrzebowała ciszy, samotności, ciepła, snu i ukojenia. Ileż jeszcze? Jak długo trwać będzie ta niekończąca się podróż?

– Żwawiej, żwawiej! – krzyknęła do woźnicy. Jednak silny wiatr porwał jej słowa i mężczyzna nie usłyszał nawoływań.

Mocniej wychyliła głowę. Zerknęła przez ramię. Zmrużyła oczy, chroniąc je przed deszczem zalewającym twarz. Wciąż obawiała się pościgu. Nie, pomyślała z nadzieją, nikt ich nie ściga. Inaczej już dawno konni pojawiliby się na horyzoncie. Westchnęła. Ale tym razem był to oddech ulgi. Z serca spadł jej kamień. Czyżby podróż miała zakończyć się sukcesem?

Schowała się na wozie. Znowu zaczęła się modlić. W palcach kurczowo trzymała stary drewniany różaniec, który był w jej rodzinie od dziesiątek lat. Może nawet od stu. Od ciągłego pocierania w palcach niektóre paciorki zrobiły się mniejsze, a malutka postać ukrzyżowanego Chrystusa straciła ostrość rysów.

– Boże, wesprzyj mnie. Dodaj mi sił. Panie, pośpiesz mi na ratunek, jeśli będzie trzeba. Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu, jak było na początku, teraz i zawsze, i na wieki wieków. Amen. – Podniosła do ust srebrny krzyżyk i go ucałowała. Nigdy nie modliłam się tak często jak teraz, pomyślała i zrobiło jej się wstyd.

– Jak trwoga, to do Boga – wyszeptała starą ludową prawdę i wykrzywiła usta w smutnym uśmiechu.

Żeby zabić czas, myślami wróciła do początków podróży. Z białogrodzkiego zamku wyjechała ponad trzy tygodnie temu. Zgodnie z królewskim rozkazem miała dojechać do Wyszehradu. Musiała jednak zachować ostrożność, dlatego najpierw, narażając się na trudy podróży i niebezpieczeństwo, które czaiło się na trakcie, objechała pobliskie twierdze i zamki, jakoby z polecenia Jej Wysokości królowej wdowy Elżbiety Luksemburskiej.

To w głowie królowej zrodził się ten jakże szalony plan. Pewnej nocy, kiedy krzątanina na zamku ucichła i wszyscy smacznie spali, Elżbieta Luksemburska podzieliła się z Heleną pomysłem, który od jakiegoś czasu spędzał jej sen z powiek. Kiedy skończyła mówić, zostawiła nianię sam na sam z myślami. Ta musiała podjąć bodaj najważniejszą i możliwe, że najtrudniejszą decyzję w życiu. Potrzebowała aż trzech dni, aby dać królowej odpowiedź.

Pełne niepokoju słowa królowej matki, które ta powiedziała dwa dni przed wyjazdem Heleny, ciągle brzmiały w uszach podróżującej.

– Szpiedzy czają się po kątach niczym wilcy w ostępach. Szczerzą kły, ślinią się, czyniąc zakusy na coś, co im się nie należy. Bacznie patrzą. Ani za dnia, ani w nocy nie spuszczają z nas oczu. I z naszych najwierniejszych sług też. – Elżbieta Luksemburska nerwowo rozejrzała się po komnacie, przeznaczonej dla małego Władysława, czteroletniej Elżbiety oraz niani Heleny i dwójki jej dzieci, Piotra i Alberty.

Rozmawiały szeptem, co jakiś czas uważnie nasłuchując. Milkły co chwila, przyglądając się dzieciom. Helena na dłużej zatrzymała wzrok na swoich pociechach śpiących obok królewskiej pary. Jej pucołowaty trzyletni syn i sześcioletnia, wiecznie roześmiana córka, najlepsza przyjaciółka małej księżniczki, Elżbiety. Jeżeli plan królowej się nie powiedzie, może stracić życie, pomyślała. Serce zadrżało jej w piersi. Oczy zaszły łzami. A jednak podjęła wyzwanie.

Od tamtej pory ciągle bała się o swoje życie. Nawet teraz, kiedy wyprawa miała się ku końcowi, nie będzie czuć się bezpiecznie, dopóki brama zamkowa nie zamknie się z trzaskiem. Niebezpieczeństwo pojmania wciąż wisiało nad jej głową niczym miecz Damoklesa. Łatwo mogła trafić do lochu, a stamtąd przed oblicze surowego sędziego, oskarżona o zdradę i kradzież. Śmierć, która czekała skazańców, była długa, powolna i bolesna. Wiele lat temu była świadkiem straszliwej kaźni. Przymknęła powieki. Przed oczami stanęły obrazy, które na zawsze wyryły się w jej pamięci.

Była jeszcze młódką. Jej pierwszy mąż, Piotr Gelusz, piastował urząd sędziego w Oedenburgu, kiedy zabrał ją na publiczne przesłuchanie. Oskarżoną była młoda kobieta, której mąż przebywał na dworze w Budzie. Obwiniono ją o uprawianie czarów i kuszenie mężczyzn. Ludzie szeptali, że cudzołożyła z niektórymi w przytomności samego diabła, który z chuci kotłujących się w łożnicy czerpał radość i przyjemność. Tłum zebrał się pod miejscem, gdzie ustawiono specjalny podest, na który wprowadzano skazanych. Gapie czekali z niecierpliwością. Ona też czekała. Trwała u boku męża, chociaż przyszła tu wbrew swojej woli. Zerknęła na podwyższenie, na którym stała prosta, drewniana ława. Wystawały z niej skórzane pasy do krępowania rąk i nóg. Motłoch przybierał z każdą minutą. Szli całymi rodzinami. W dłoniach trzymali worki ze zgniłymi odpadkami i inne nieczystości. Umorusane dzieci, szkraby niemające więcej niż cztery, pięć lat, stały przed rodzicami, patrząc dookoła szeroko rozwartymi oczami. Ludzie śmiali się i żartowali, jak na jarmarku, gdzie można się było zabawić i upić. Nagle przez tłum przeszedł szmer. Z oddali dobiegł stukot końskich kopyt i zgrzyt klatki, w której zamykano więźniów. Zebrani wpadli w amok. Złorzeczyli wystraszonej, trzęsącej się, prawie nagiej kobiecie, której ciało skrywał zwieszający się z ramion strzęp materiału, kiedyś zapewne będący suknią. Obrzucano ją tym, co trzymano w dłoniach i workach. Kobieta zakrywała się rękami. Skuliła się, ale na nic zdały się jej wysiłki. Odpadki trafiały w jej wykrzywioną ze strachu twarz, piersi, plecy, brzuch. W końcu wóz dojechał do podwyższenia, na którym czekali już kat, duchowny i mąż Heleny. Tuż obok niego pojawił się jeszcze jeden sędzia oraz rajca miejski. Ku uciesze gawiedzi rozpoczęto spektakl. Kobietę położono na ławie. Ręce, ułożone wzdłuż ciała, wsunięto w pasy i mocno zaciągnięto. Nogi rozwarto, tworząc trójkąt. Stopy unieruchomiono. Zakapturzona postać kata krążyła wokół narzędzi tortur. Kat wyciągał rękę w ich kierunku, a potem cofał ją szybko, drażniąc rozochocony tłum. Sycił się niepewnością patrzących i strachem skazanej. Wreszcie podniósł coś, co wyglądało jak metalowa gruszka. Kobieta jęknęła i zamknęła oczy. Helena również. Tymczasem kat z przyjemnością i lubieżnym rechotem, który poniósł się ponad skandującym i życzącym kobiecie bolesnej śmierci tłumem, włożył ją do pochwy skazanej, odkręcając powoli, aż do samego końca. Krzyk kobiety wypełnił uszy Heleny. Chciała stamtąd uciec, ale poczuła na sobie palący wzrok męża. Otworzyła oczy. Wpatrywał się w nią z gniewnym grymasem. Stojący obok mężczyźni też nie spuszczali z niej wzroku. Widziała w nim dezaprobatę z powodu współczucia okazanego skazanej.

 

W końcu kat odsunął się od ławy. Do półprzytomnej kobiety podszedł ksiądz. Nachylił się nad nią i zaczął coś mówić. Z powodu ogłuszającego ryku gapiów Helena nie usłyszała jego słów. Nieszczęsna, umęczona pobytem w więzieniu i pierwszymi torturami, stanowczo pokręciła głową. Nie zgadzała się ze słowami klechy. Szamotała się rozpaczliwie. Chyba błagała o litość. Krzyczała, że jest niewinna. Jednak szybko opadła z sił, a słowa uwięzły jej w gardle. Łzy lały się z jej zaczerwienionych oczu.

– Cisza! – wrzasnął kat. Tłum spokorniał i zamilkł.

– Nie bój się, dziecię. – Duchowny ponownie stanął obok kobiety. Za jego plecami pojawił się kat trzymający dwa wiadra, z których unosiła się para. – Dusza twoja, splamiona grzechem, kuszona przez diabła, zostanie teraz oczyszczona. Grzech cudzołóstwa wypalony na zawsze, a plugastwo, które do ucha sączył ci szatan, czystą wodą wypłukane z twych trzewi. Dzięki temu będziesz mogła stanąć przed obliczem Boga niewinna jak nowo narodzone dziecko. Dziękuj nam za to i zamiast krzyczeć, zacznij się modlić, prosząc Pana o przebaczenie. – Sięgnął po metalowe szczypce i z pierwszego wiadra wyciągnął mały, żarzący się węgiel. Kat przytrzymał głowę skazanej i zmusił do otwarcia ust, do których włożył trzymany kamień. Helena znowu zamknęła oczy. Najchętniej zatkałaby też uszy. Tymczasem duchowny podszedł do nieprzytomnej kobiety z metalowym kubkiem wypełnionym wrzątkiem, a kat uderzył skazaną w twarz, aby na chwilę wróciły jej zmysły. Nie opierała się już, kiedy otwierał jej usta, by wlać wrzątek. Głos zamarł na wypalonych wargach, na których pojawiły się wielkie sączące się bąble. Szamotała się jeszcze jakiś czas, aż wreszcie przestała. Czy umarła tam na ławie, czy dogorywała rzucona do zbiorowej mogiły pochowana żywcem – tego Helena nigdy się nie dowiedziała. Bała się zapytać męża, który i tak zbeształ ją za wrażliwość i jawność uczuć okazywanych grzesznicy. Możliwe, że dlatego już nigdy nie zmuszał jej do towarzyszenia mu przy podobnych spektaklach, które jeszcze nie raz odbywały się na miejskim placu ku uciesze gawiedzi spragnionej rozrywki.

Wóz podskoczył na wyboistej drodze. Helena otworzyła oczy. Wizyta na zamku wyszehradzkim, potem kradzież i wreszcie ucieczka mocno ją wyczerpały. Jej zdrowie zostało nadwątlone. Emocje nie pozwalały spokojnie zasnąć. Zwłaszcza teraz, kiedy na kolanach, schowany w poduszce, spoczywał prawdziwy skarb. Tak drogocenny, że aż parzył. Chciała się go pozbyć jak najprędzej. Oddać prawowitemu właścicielowi. Zmyć z siebie grzech, jakiego się dopuściła. Po chwili uśmiechnęła się szeroko i raz jeszcze pogładziła zawiniątko.

– Udało się – szepnęła. – Na Boga, udało się! – krzyknęła, pewna, że i tak nikt jej nie usłyszy, i przycisnęła zdobną poduchę do piersi. – Mimo wszystko było warto – dodała już ciszej.

*

Wszystko ucichło. Cisza była przytłaczająca, a jednak kojąca. Odgłosy towarzyszące codziennej krzątaninie zamarły. Ustały śmiech, podniesione, zdenerwowane głosy, dochodzące zarówno z pańskich komnat, gdzie bezustannie od kilkunastu dni prowadzono burzliwe dysputy, jak i z pomieszczeń, w których przebywała liczna zamkowa służba. Szczęk oręża pozostał już tylko w pamięci, podobnie jak zgrzyt stali i szelest suchej słomy, którą wyłożono ciemne, wąskie i duszne o tej porze roku zamkowe korytarze, oświetlone gdzieniegdzie pochodniami zatkniętymi w uchwyty wystające z surowych kamiennych murów.

Trzynasta noc maja 1440 roku była pogodna i ciepła. Czarne niebo rozciągające się nad Białogrodem Królewskim rozświetlały dobrze widoczne konstelacje gwiazd i jasna twarz księżyca, poorana bruzdami niczym u wiekowego starca żebrzącego o jałmużnę pod kościołem. To węgierskie miasto, które leżało od wieków na szlaku pielgrzymów idących do Ziemi Świętej, było miejscem wielu królewskich koronacji. Niebawem miała się tu odbyć następna, dzięki odwadze niani, która urzeczywistniła śmiały pomysł królowej Elżbiety Luksemburskiej. Taka szalona myśl mogła zrodzić się tylko w głowie matki broniącej praw swego małoletniego dziecka.

Poruszane lekkim wiatrem liście szumiały rytmicznie, kojąc skołatane nerwy Heleny siedzącej na brzegu wielkiego łoża. Sienniki były miękkie, a świeżo zmieniona biała, misternie haftowana pościel, którą dostała z okazji zaślubin z drugim mężem, Janem Kottannerem, pachniała przyjemnie suszonymi ziołami. Dzwoniącą w uszach ciszę przerwał odgłos nawołującego ptaka. Gdzieś w oddali odezwał się puchacz, pohukując gardłowo. Helena zamknęła oczy i wsłuchała się w odgłosy nocy. Przyspieszony oddech zwolnił. Serce też się uspokoiło. Marzyła o tym, żeby pozbyć się wreszcie nawiedzającego ją wciąż niepokoju. Od kilku tygodni była kłębkiem nerwów. W ciągu dnia nie mogła odegnać natrętnych myśli, które w miarę upływających godzin powodowały u niej coraz większe roztargnienie. Nie mogła pozwolić, aby przytrafiła jej się jakaś pomyłka czy niedopatrzenie. Darzono ją ogromnym zaufaniem i wierzono, że pod jej czujnym okiem, niczym pod okiem rodzonej matki, królewskie dzieci będą bezpieczne. Starała się nie myśleć o minionych wydarzeniach. Niestety, tylko noc przynosiła ukojenie. Tęskniła za beztroską. Za dniami, kiedy mieszkańców zamku cieszyły drobiazgi, a na twarzy królowej Elżbiety Luksemburskiej zamiast zatroskania pełgał czuły uśmiech, którego nie szczędziła nikomu.

A wszystko zaczęło się na początku listopada roku pańskiego 1439, kiedy do zamku dotarła smutna wiadomość, że król Albrecht zmarł na czerwonkę. Możni panowie wpadli w panikę, martwiąc się o kraj uwikłany w wojnę z Turkami. Przyrównywano go do ludzkiego ciała. A czyż ciało pozbawione głowy nie staje się bezbronne?, pytano. Kobiety szeptały po kątach, że tylko patrzeć, jak hordy niewiernych zaleją zielone węgierskie pola, siejąc strach i spustoszenie. Czy będzie miał nas kto bronić? Takie i podobne pytania nie schodziły z zatrwożonych warg.

Raz jeden przyszło jej na myśl, że bronić trzeba nie tylko zamków, twierdz, miast i miasteczek, lecz także wsi, a jednak o ludzi tam mieszkających się nie frasowała. Chłopi potrafili strzec swojej własności jak najcenniejszego skarbu. Słyszała o tym tu i ówdzie. Dotąd nie miała okazji być na wsi. Dawała jednak wiarę temu, co o jej mieszkańcach mówiono. Gadano, że chłopi to ludzie skorzy do pijaństwa i kłótni, że nie wahają się zabić czy okaleczyć. Dziękowała Bogu, że podczas licznych podróży nie musiała korzystać z ich pomocy. Wzdrygała się na samą myśl o tym.

Serce zatrzepotało w piersi Heleny. Bała się o przyszłość, która wciąż była niepewna. Panowie węgierscy podzielili się w swoich opiniach. Większość uważała, że malutki syn Albrechta, Władysław, nie może samodzielnie sprawować rządów. Kraj potrzebował władcy silnego, zdecydowanego, mężnego. Rycerza, który nie zawaha się stanąć do walki z Imperium Osmańskim, odpowiadając na apel papieża, wzywającego do obrony chrześcijaństwa. O pomyśle, aby władzę tymczasowo powierzyć matce królewicza, wnet zapomniano, wysyłając czym prędzej posłów do Polski, w której upatrywano ratunku.

Na samą myśl, że delegacja stanów węgierskich 8 marca 1440 roku stanęła na Wawelu przed osobą króla polskiego Władysława III Helena zacisnęła dłonie w pięści i poczerwieniała na twarzy. Tymczasem panowie węgierscy mieli otrzymać od Władysława III dwa dokumenty. W pierwszym potwierdzono prawa, przywileje i zwyczaje węgierskie, jednocześnie zapewniając Węgrom wsparcie polskie w walkach z Turkami. Drugi dokument miał charakter bardziej osobisty i odnosił się do ślubu, jaki król polski miał zawrzeć z królową Elżbietą jeszcze przed aktem koronacji. Jednakże nic nie zdołałoby przekonać Heleny do zmiany nastawienia względem poczynionych planów, dotyczących osadzenia na tronie węgierskim władcy z zewnątrz. Kochała królewskie dzieci jak własne i jakiekolwiek zakusy na ich prawa uważała za bezeceństwo. Był to jeden z powodów, że zgodziła się na ryzykowną propozycję Elżbiety Luksemburskiej. Nie pokładała w swojej eskapadzie wielkiej nadziei, ale wróciła cała i zdrowa, chociaż ciągle jeszcze była kłębkiem nerwów. Strach pojawiał się nagle i trzymał ją za gardło niczym rzezimieszek ofiarę. Obawy pewnie nigdy nie znikną. Schowają się gdzieś głęboko w podświadomości i będą ją kąsać jak bezpańskie psy w chwilach, kiedy najmniej się tego będzie spodziewać. Była tego świadoma.

Kiedy wieczorem, w dniu powrotu, podawała królowej srebrną, inkrustowaną szkatułę, nie potrafiła zapanować nad drżeniem rąk, które trzęsły jej się także teraz. Patrzyła na smukłe palce, lekko falujące pod wpływem powstrzymywanych emocji – po trochu ze strachu, po trochu z poczucia winy. Postąpiła wbrew przykazaniom, łamiąc nie jedno, lecz kilka boskich praw. Pocieszała się, że zrobiła to w słusznej sprawie. Miała nadzieję, że spowiadający ją ksiądz usprawiedliwi jej czyn i odpuści grzechy. Wszak nie można było przeprowadzić uroczystości koronacyjnych bez najważniejszych insygniów. A ponieważ nie było zgody na koronację królewicza Władysława przed powrotem panów z Polski, ktoś musiał wykraść koronę Świętego Stefana, aby ubiec tych, którzy tron węgierski chcieli oddać Jagiellonom. Po moim trupie!, pomyślała i nieświadomie tupnęła nogą, obutą w miękki trzewik.