Nie powinniśmy

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Nie powinniśmy
Nie powinniśmy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,80  55,84 
Nie powinniśmy
Nie powinniśmy
Audiobook
Czyta Magdalena Emilianowicz, Marcin Władyniak
39,90  28,73 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Między miłością i nienawiścią jest cienka granica…

…ale siedzenie na niej okrakiem może okazać się świetną zabawą.

Rozdział 1

Bennett

– Co ona, do cholery, wyprawia?

Kiedy światło zmieniło się na zielone, nadal truchtałem w miejscu, zamiast przejść przez ulicę. Scena rozgrywająca się po przeciwnej stronie jezdni była zbyt zabawna, żeby przerwać jej oglądanie. Pod biurem stał mój samochód, a jakaś blondynka z zabójczymi nogami pochylała się nad jego przednią szybą – jej kręcone włosy jakimś cudem najwyraźniej wplątały się w moją wycieraczkę.

Dlaczego? Nie miałem pieprzonego pojęcia. Kobieta jednak wydawała się nieźle wkurzona i przedstawiała komiczny widok, więc trzymałem się na dystans, z zaciekawieniem obserwując rozwój wydarzeń.

Jak zwykle w San Francisco Bay Area było wietrznie i jeden z podmuchów rozwiał jej długie kosmyki, gdy zmagała się z moim samochodem. Najwyraźniej dodatkowo ją to zirytowało. Sfrustrowana pociągnęła za włosy, ale za dużo ich owinęło się wokół wycieraczki i się nie odplątały. Zamiast delikatnie je odwinąć, chwyciła je obiema rękami i wyprostowała się, pociągając jeszcze mocniej.

Podziałało. Odczepiła się od samochodu. Niestety razem z moją wycieraczką wiszącą na włosach. Wyrzuciła z siebie ciąg słów, które pewnie były przekleństwami, po czym podjęła ostatnią daremną próbę uporania się z problemem. Właśnie pojawili się w pobliżu ludzie, którzy przeszli przez jezdnię wtedy, gdy ja miałem to zrobić, i do blondynki nagle dotarło to, że ktoś mógłby ją zauważyć.

Zamiast wkurzyć się na świruskę za uszkodzenie mojego zaledwie tygodniowego audi, roześmiałem się tylko, gdy się rozejrzała i wsunęła wycieraczkę pod płaszcz przeciwdeszczowy. Przygładziła włosy, zaciągnęła pasek i odwróciła się, żeby odejść jak gdyby nigdy nic.

Sądziłem, że to będzie koniec przedstawienia, ale najwidoczniej się zreflektowała. A przynajmniej takie odniosłem wrażenie. Wróciła do samochodu i zaczęła grzebać w kieszeni. Wyjęła z niej coś i zatknęła za drugą wycieraczkę, po czym pospiesznie odeszła.

Kiedy znowu zapaliło się zielone światło, podbiegłem do samochodu, bo zżerała mnie ciekawość, co też znajduje się na kartce. Blondyna musiała tkwić przy samochodzie przez jakiś czas i napisać liścik, zanim ją dostrzegłem, bo nie wyciągnęła długopisu, gdy ją obserwowałem.

Uniosłem ocalałą wycieraczkę, zabrałem kartkę i ją obróciłem. To zdecydowanie nie były przeprosiny. Blondyna zostawiła mi przeklęty mandat za parkowanie.

* * *

Co za poranek. Zdemolowano mi samochód, w siłowni obok biura nie było ciepłej wody, a teraz znowu nie działała jedna z wind. Poranny tłum ludzi wcisnął się do drugiej i jechaliśmy jak sardynki w puszce. Zerknąłem na zegarek. Kurna. Moje spotkanie z Jonasem miało się zacząć pięć minut temu.

I jeszcze zatrzymywaliśmy się na każdym cholernym piętrze.

Na siódmym, dla mnie przedostatnim, rozsunęły się drzwi i jakaś kobieta za moimi plecami powiedziała:

– Przepraszam.

Przesunąłem się w bok i moją uwagę przykuła mijająca mnie kobieta. Ładnie pachniała, jakby balsamem do opalania i plażą. Patrzyłem, jak wysiada. Gdy drzwi windy zaczęły się zamykać, nieznajoma odwróciła się i nasze spojrzenia na sekundę się spotkały.

Uśmiechnęły się do mnie cudowne niebieskie oczy.

Już zamierzałem odwzajemnić uśmiech… Ale przestałem i zamrugałem, bo zauważyłem całą jej twarz – i włosy – gdy drzwi zaczęły się zamykać.

Cholera jasna. To ta blondyna z rana.

Poprosiłem osobę stojącą przed przyciskami, żeby otworzyła drzwi, ale zdążyliśmy ruszyć, zanim do niej w ogóle dotarło, że o coś ją proszę.

Świetnie. Po prostu genialnie. W sumie pasuje do reszty dnia.

Stawiłem się w gabinecie Jonasa prawie dziesięć minut po czasie.

– Przepraszam za spóźnienie. To był gówniany poranek.

– Nie ma problemu. Cała ta zmiana wprowadziła dzisiaj zamieszanie.

Usiadłem na jednym z krzeseł na wprost szefa i zrobiłem długi wydech.

– Jak twój zespół radzi sobie z tym wszystkim, co się dzisiaj dzieje? – zapytał.

– Tak dobrze, jak można się tego spodziewać. Byłoby znacznie lepiej, gdybym mógł wszystkich zapewnić, że nikt nie straci pracy.

– Wszyscy jak na razie zachowują swoje posady.

– Byłoby świetnie, gdybyś mógł pominąć to „jak na razie”.

Jonas oparł się o fotel i westchnął.

– Wiem, że nie jest łatwo. Ale ta fuzja ostatecznie będzie korzystna dla firmy. Wren może jest mniejsza od nas, ale ma niezłą bazę klientów.

Dwa tygodnie temu firma, w której pracuję od czasu skończenia studiów, połączyła się z inną dużą agencją reklamową. U wszystkich wywołało to stres i niepewność, co przejęcie Wren Media oznacza dla ich stanowisk w Foster Burnett. Od tych dwóch tygodni połowę poranków spędzałem na pocieszaniu zespołu, chociaż sam nie miałem cholernego pojęcia, jak będzie wyglądać przyszłość po połączeniu dwóch dużych agencji.

Przynajmniej my byliśmy więksi, co nieustannie przypominałem zespołowi. Dzisiaj następowało fizyczne przeniesienie pracowników Wren do biura w San Francisco, gdzie pracowałem. W naszej przestrzeni nagle pojawili się ludzie niosący ze sobą pudła, a my mieliśmy witać ich z uśmiechem na ustach. Ale to nie było takie, kurna, proste – zwłaszcza że moje własne stanowisko było zagrożone. Firma nie potrzebowała dwóch dyrektorów kreatywnych, a Wren miała własny zespół marketingowy, który przenosił się do nas w tej właśnie chwili.

Chociaż Jonas zapewnił mnie, że nie stracę pracy, jeszcze nie powiedział, że nikt z nas nie zostanie przeniesiony. Biuro w Dallas było większe i niedawno pojawiła się plotka, że rozważane są kolejne transfery.

Nie miałem zamiaru nigdzie się przeprowadzać.

– No to opowiedz mi o tej kobiecie, którą wkrótce zmiażdżę. Rozpytywałem o nią. Jim Falcon pracował we Wren przez kilka lat i powiedział, że i tak niewiele jej brakuje do emerytury. Mam nadzieję, że jakaś siwowłosa kobieta się przeze mnie nie rozpłacze.

Jonas zmarszczył brwi.

– Emerytura? Annalise?

– Jim mówił, że czasami korzysta z chodzika, ma jakieś problemy z kolanami czy coś. Musiałem poprosić konserwatorów o poszerzenie przejścia między boksami, żeby mogła się swobodnie poruszać. Ale nie będę mieć wyrzutów sumienia za skopanie jej tyłka tylko dlatego, że jest starsza i ma problemy zdrowotne. Jeśli do tego dojdzie, bez mrugnięcia okiem odeślę ją do Teksasu.

– Bennetcie… Chyba Jimowi coś się pomyliło. Annalise nie ma chodzika.

Pokręciłem głową.

– Weź sobie nie żartuj. Nawet tak nie mów. Musiałem przekupić dział konserwacji butelką johnny walker blue label, żeby zajęli się tymi boksami w pierwszej kolejności.

Tym razem to Jonas pokręcił głową.

– Annalise nie jest… – Przerwał w pół zdania i spojrzał ponad moją głową na drzwi. – Świetne wyczucie czasu. Wejdź, Annalise. Chcę, żebyś poznała Bennetta Foxa.

Obróciłem się na krześle, żeby przyjrzeć się mojej konkurentce – tej staruszce, którą miałem zmieść z powierzchni ziemi – i niemal z niego spadłem. Gwałtownie odwróciłem się do Jonasa.

– Kto to jest?

– To Annalise O’Neil, pracuje we Wren na tym samym stanowisku co ty. Jim Falcon musiał ją z kimś pomylić.

Znowu odwróciłem się do kobiety idącej w moją stronę. Annalise O’Neil z całą pewnością nie była staruszką, którą sobie wyobrażałem. W najmniejszym, kurwa, stopniu. Była maksymalnie pod trzydziestkę. I była wręcz niesamowicie atrakcyjna. Zabójczo długie, opalone nogi, krągłości, przez które facet mógłby zjechać z urwiska, i dzika grzywa kręconych blond włosów okalających twarz godną modelki. Moje ciało zareagowało bez uprzedzenia – fiut ożywił się nagle, chociaż przez ostatni miesiąc, od czasu ogłoszenia fuzji, nie wykazywał zainteresowania właściwie niczym. Testosteron dał mi sygnał do wyprostowania pleców i uniesienia brody. Gdybym był pawiem, rozłożyłbym kolorowe piórka.

Moja rywalka była powalająca.

Potrząsnąłem głową i się roześmiałem. Jim Falcon się nie pomylił. Chuj zrobił to celowo, żeby sobie ze mnie zadrwić. Taki z niego dowcipniś. Powinienem się domyślić. Musiał mieć niezłą polewkę, gdy zleciłem konserwatorom rozebranie i ponowne złożenie boksów, żeby zrobić miejsce dla chodzika.

Co za kutas. Chociaż to było dość zabawne. Nabrał mnie, bez dwóch zdań.

Ale to nie dlatego uśmiechałem się od ucha do ucha.

O nie. Bynajmniej.

Zaczynało się robić interesująco i nie miało to żadnego związku ze skopaniem tyłka kobiecie, która nie wykazywała najmniejszych problemów z poruszaniem się.

Moja konkurentka, Annalise O’Neil, ta piękna kobieta stojąca przede mną w gabinecie mojego szefa, z którą mieliśmy iść łeb w łeb…

…była również kobietą, która dziś rano oderwała wycieraczkę od mojego samochodu i zostawiła zamiast niej cholerny mandat. Kobietą, która uśmiechnęła się do mnie w windzie.

– Annalise, tak? – Wstałem i poprawiłem krawat, kiwając jej głową. – Bennett Fox.

– Miło mi cię poznać, Bennetcie.

– Och, wierz mi, cała przyjemność po mojej stronie.

Rozdział 2

Annalise

No jasne.

To był ten boski facet z windy. I wydawało mi się, że coś wtedy między nami zaiskrzyło.

 

Bennett Fox uśmiechnął się szeroko, jakby już został mianowany moim szefem, i wyciągnął do mnie rękę.

– Witamy w Foster Burnett.

Aaa. Nie tylko był przystojny, ale w dodatku o tym wiedział.

– Od kilku tygodni to już Foster, Burnett and Wren, prawda? – Subtelne przypomnienie, że to teraz nasze wspólne miejsce pracy, osłodziłam uśmiechem i nagle poczułam wdzięczność do rodziców, którzy zmuszali mnie do noszenia aparatu na zębach niemal do szesnastego roku życia.

– Oczywiście. – Mój nowy wróg uśmiechnął się równie promiennie. Najwyraźniej jego rodzice także nie szczędzili na ortodontę.

Bennett Fox był wysoki. Przeczytałam kiedyś w jakimś artykule, że przeciętny wzrost Amerykanina wynosi sto siedemdziesiąt sześć centymetrów, natomiast mniej niż piętnaście procent mężczyzn mierzy więcej niż sto osiemdziesiąt dwa centymetry. Jednak odsetek ten wzrasta do ponad sześćdziesięciu ośmiu procent wśród dyrektorów wykonawczych z listy Forbes 500. Podświadomie łączymy wielkość z siłą, i to nie tylko fizyczną.

Andrew miał sto osiemdziesiąt dwa centymetry. Ten facet był mniej więcej tego samego wzrostu.

Bennett wysunął krzesło stojące obok niego.

– Proszę, usiądź.

Wysoki gość z dobrymi manierami. Już go nie lubiłam.

W ciągu następnych dwudziestu minut, podczas których Jonas Stern wygłaszał motywującą pogadankę, próbując nas przekonać, że wcale nie rywalizujemy o tę samą posadę, tylko przecieramy szlaki jako liderzy największej teraz agencji reklamowej w Stanach, co jakiś czas zerkałam ukradkiem na Bennetta Foxa.

Buty: z całą pewnością drogie. Konserwatywne, w stylu oksfordzkim, ale ze współczesnym stębnowaniem. Gdybym miała zgadywać, obstawiałabym Ferragamo. Stopy też miał duże.

Garnitur: granatowy, uszyty na miarę jego wysokiej, szerokiej sylwetki. Subtelna oznaka luksusu, mówiąca, że ma pieniądze, ale nie musi się z nimi obnosić, żeby imponować innym.

Jedną nogę opierał swobodnie na kolanie drugiej, jakbyśmy omawiali pogodę, a nie słyszeli, że nagle może się okazać, że na próżno harowaliśmy po dwanaście godzin sześć dni w tygodniu.

W pewnym momencie Jonas powiedział coś, z czym obydwoje się zgodziliśmy, więc spojrzeliśmy na siebie, kiwając głowami. Wykorzystując możliwość uważniejszego przyjrzenia się jego twarzy, przesunęłam po niej wzrokiem. Silna szczęka, idealnie prosty nos – taki układ kości przekazywany z pokolenia na pokolenie miał znacznie wyższą wartość niż gromadzony przez rodzinę majątek. Ale to jego oczy zasługiwały na największą uwagę: zaskakiwały głęboką zielenią na tle opalonej, gładkiej twarzy i patrzyły przenikliwie. W tej chwili na mnie.

Odwróciłam wzrok, przenosząc uwagę na Jonasa.

– A co po tych dziewięćdziesięciu dniach przeznaczonych na integrację? Na Zachodnim Wybrzeżu zostanie dwoje dyrektorów kreatywnych marketingu?

Jonas popatrzył na nas i westchnął.

– Nie. Ale nikt nie straci pracy. Miałem właśnie przekazać wieści Bennettowi. Rob Gatts oznajmił, że za kilka miesięcy przechodzi na emeryturę. Więc zwolni się drugie stanowisko dyrektora kreatywnego.

Nie miałam pojęcia, co to oznacza. Bennett najwyraźniej jednak wiedział.

– Czyli jedno z nas zostanie wysłane do Dallas, żeby zastąpić go na południowym zachodzie? – zapytał.

Mina Jonasa zdradziła mi, że Bennett nie ucieszyłby się z perspektywy wyjazdu do Teksasu.

– Tak.

Wszyscy troje zamilkliśmy na chwilę, żeby to przetrawić. Ale perspektywa przeniesienia się do Teksasu po chwili ożywiła moją wyobraźnię.

– Kto podejmie tę decyzję? – spytałam. – Ty w końcu już pracowałeś z Bennettem…

Jonas potrząsnął głową i machnął ręką na kwestionowaną przeze mnie sprawę.

– Decyzje tego typu, o połączeniu dwóch wysokich stanowisk w jednym biurze, będą nadzorowane przez radę dyrektorów i to oni podejmą ostateczną decyzję.

Bennett był równie zdezorientowany jak ja.

– Ale przecież nikt z rady dyrektorów nie pracuje z nami na co dzień.

– To prawda. Dlatego wymyślili pewną metodę umożliwiającą im dokonanie wyboru.

– Jaką?

– Obydwoje samodzielnie wymyślicie kampanie reklamowe dla trzech klientów i je im przedstawicie. Każdy klient wybierze tę, która mu się bardziej spodoba.

Po raz pierwszy Bennett wyglądał na wytrąconego z równowagi. Stracił to swoje perfekcyjne opanowanie i pochylił się do przodu, przeczesując włosy palcami.

– Chyba sobie jaja robisz. Po ponad dziesięciu latach moja praca tutaj sprowadza się do kilku prezentacji? Pozyskałem dla tej firmy pół miliarda dolarów.

– Przykro mi, Bennetcie. Naprawdę. Ale jednym z warunków stawianych przez Wren było zapewnienie ich pracownikom równych szans w przypadku stanowisk, które trzeba będzie zlikwidować, bo się powielają. Umowa omal nie doszła do skutku, bo pani Wren nie chciała sprzedać firmy męża, gdyby to miało oznaczać wyrzucenie wszystkich ciężko pracujących ludzi.

Uśmiechnęłam się na tę informację. Pan Wren troszczył się o swoich pracowników nawet po śmierci.

– Jestem gotowa do tego wyzwania. – Spojrzałam na Bennetta, był wyraźnie wkurzony. – Niech wygra lepsza.

Skrzywił się.

– Chciałaś powiedzieć „lepszy”.

Przez następną godzinę rozmawialiśmy o naszych klientach i zastanawialiśmy się, których można przekazać innym pracownikom, żebyśmy mogli skupić się na integrowaniu zespołów i przygotowaniu prezentacji mających zadecydować o naszym losie.

Kiedy doszliśmy do winiarni Bianchi, Bennett oznajmił:

– Rozmowa z nimi ma się odbyć za dwa dni. Jestem gotowy do prezentacji.

Już wcześniej wiedziałam, że oprócz mnie o tego klienta ubiegają się dwie inne firmy. Do diabła, sama zaproponowałam, żeby ogłosili konkurs i dzięki temu dostali najlepszą kampanię reklamową. Ale nie wiedziałam, że jedną z tych dwóch firm jest Foster Burnett. I fuzja oczywiście wszystko zmieniała. Nie mogłam dopuścić do tego, żeby szefowie uznali, że mogłabym stracić obecnego klienta.

– Nie wydaje mi się, żebyśmy musieli obydwoje przedstawiać im swoje pomysły. Bianchi jest moim klientem od lat. Tak naprawdę to właśnie przez wzgląd na relację z nimi sama zaproponowałam…

Kretyn mi przerwał.

– Pani Bianchi była wyraźnie zainteresowana moimi wczesnymi pomysłami. Jestem pewien, że wybierze jeden z nich.

Boże, ależ on jest arogancki.

– Twoje pomysły z całą pewnością są wspaniałe. Ale zaczęłam mówić, że jestem związana z tą winiarnią i na pewno postanowią pracować ze mną na wyłączność, jeśli to zasugeruję, ponieważ…

Znowu mi przerwał.

– Skoro jesteś taka pewna, to czemu nie dasz im zadecydować? Mam wrażenie, że bardziej boisz się konkurencji, niż jesteś pewna tej relacji. – Bennett spojrzał na Jonasa. – Klient powinien obejrzeć obie prezentacje.

– Dobra. Dobra – przerwał nam Jonas. – Teraz jesteśmy jedną firmą. Wolałbym mieć dla obecnego klienta tylko jedną prezentację, ale skoro obydwoje macie je już przygotowane, nie sądzę, żeby to mogło zaszkodzić. Powinniśmy pozwolić klientowi wybrać, o ile zdołacie przedstawić wspólny front dla Foster, Burnett and Wren.

Na usta Bennetta wypłynął nieprzyjemny uśmiech.

– Bardzo dobrze. Ja nie boję się konkurencji… W przeciwieństwie do niektórych.

– Nie stanowimy już dla siebie konkurencji. Może to jeszcze do ciebie nie dotarło. – Westchnęłam i wymamrotałam pod nosem: – Te informacje musiałyby najpierw przebić się przez masę żelu do włosów.

Bennett przeczesał palcami swoją bujną grzywę.

– Zauważyłaś moje wspaniałe włosy, co?

Przewróciłam oczami.

Jonas pokręcił głową.

– No dobra. Widzę, że to nie będzie łatwe. I przykro mi, że stawiam was w takiej sytuacji. – Zwrócił się do Bennetta: – Pracujemy ze sobą od wielu lat. Wiem, że to musiało zaboleć. Ale jesteś profesjonalistą i uważam, że dasz z siebie wszystko, żeby przez to przejść. – A potem spojrzał na mnie. – My dopiero co się poznaliśmy, Annalise, ale o tobie też słyszałem same doskonałe opinie.

Następnie poprosił Bennetta, żeby znalazł mi jakiś tymczasowy gabinet. Najwyraźniej pracownicy nadal byli przenoszeni i mój stały gabinet nie był jeszcze gotowy – no, stały na tyle, na ile się da w tych okolicznościach. Ja zostałam na dotychczasowym miejscu do wczesnego popołudnia, żeby omówić z Jonasem jeszcze kilku moich klientów.

Kiedy skończyliśmy, zaprowadził mnie do gabinetu Bennetta. Przestrzeń w Foster Burnett była znacznie przyjemniejsza niż we Wren. Gabinet Bennetta był elegancki i nowoczesny, nie mówiąc już o tym, że dwa razy większy od mojego starego. Fox rozmawiał przez telefon, ale zaprosił nas gestem do środka.

– Tak, mogę to zrobić. Może w piątek koło piętnastej? – Bennett patrzył na mnie, ale mówił do telefonu.

Gdy tak czekaliśmy, aż skończy rozmawiać, zadzwoniła komórka Jonasa. Przeprosił mnie i wyszedł na korytarz, żeby odebrać. Wrócił akurat wtedy, gdy Bennett się rozłączył.

– Muszę lecieć na górę na spotkanie – stwierdził Jonas. – Udało ci się znaleźć jakieś miejsce dla Annalise?

– Tak, wręcz idealne.

Jego odpowiedź wydała mi się sarkastyczna, ale nie znałam go zbyt dobrze, a Jonas w ogóle się nie przejął.

– Świetnie. To był dla was długi dzień, z mnóstwem nowych informacji do przetrawienia. Nie siedźcie zbyt długo.

– Dzięki, Jonasie – odpowiedziałam.

– Dobrej nocy.

Patrzyłam, jak odchodzi, a potem skierowałam uwagę z powrotem na Bennetta. Najwyraźniej obydwoje czekaliśmy, aż odezwie się to drugie.

W końcu przerwałam milczenie:

– No więc… Cała ta sytuacja jest trochę niezręczna.

Wyszedł zza biurka.

– Jonas ma rację. To był długi dzień. Może pokażę ci, gdzie zorganizowałem ci gabinet? Chyba dla odmiany pójdę dziś wcześniej do domu.

– Byłoby super. Dziękuję.

Szłam za nim długim korytarzem, aż dotarliśmy do zamkniętych drzwi. Było na nich miejsce na nazwisko, ale puste.

Bennett kiwnął w ich kierunku głową.

– Przed wyjściem zadzwonię do działu zaopatrzenia i powiem, żeby zamówili ci plakietkę.

No, to było miłe z jego strony. Może jednak nie będzie między nami tak niezręcznie.

– Dziękuję.

Uśmiechnął się i otworzył drzwi, po czym się odsunął, żeby puścić mnie przodem.

– Żaden problem. Proszę. Nie ma to jak w domu.

Weszłam do środka, a on akurat zapalił światło.

Co, do diaska?

W pomieszczeniu stały składany stół i krzesło, ale to z całą pewnością nie był gabinet. W najlepszym wypadku składzik – i to nawet nie taki uporządkowany z chromowanymi półkami na materiały biurowe. To był schowek woźnego, pachnący środkiem do czyszczenia toalet i stęchłą wodą, prawdopodobnie z powodu żółtego wiadra z mokrym mopem, które stało obok mojego prowizorycznego biurka.

Odwróciłam się do Bennetta.

– Sądzisz, że będę tu pracować? W tych warunkach?

Przez jego oczy przemknął cień rozbawienia.

– No cóż, oczywiście będziesz też potrzebować jeszcze papieru.

Zmarszczyłam brwi. Jaja sobie robi?

Podchodząc do biurka, wsunął rękę do kieszeni, po czym z impetem położył na blacie pojedynczą kartkę. Odwrócił się do wyjścia, zatrzymał bezpośrednio przede mną i puścił mi oko.

– Przyjemnego wieczoru. Ja pójdę teraz naprawić samochód.

Stałam osłupiała, gdy trzasnął za sobą drzwiami. Wywołany przez nie podmuch powietrza porwał ze stołu leżącą na nim kartkę. Przez kilka sekund unosiła się w powietrzu, aż w końcu wylądowała u moich stóp.

Początkowo gapiłam się na nią niewidzącym wzrokiem.

Kiedy w końcu skupiłam na niej wzrok, dotarło do mnie, że coś jest na niej napisane.

Zostawił mi liścik? Schyliłam się i podniosłam papier, żeby mu się przyjrzeć.

Co, do diabła?

To nie był żaden liścik, tylko mandat za parkowanie.

I to nie jakiś przypadkowy.

To był mój mandat.

Ten sam cholerny świstek, który zostawiłam rano za czyjąś wycieraczką.