Ogień nad Otchłanią

Tekst
Z serii: Artefakty
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Teraz złe wia­do­mo­ści: pro­ce­dury arbi­trażu i tłu­ma­cze­nia doznały nie­for­tun­nych kle­ni­ra­cji[?] z gra­nicz­nym armi­fla­żem[?]. Szcze­góły powinny być zabawne dla osób sub­skry­bu­ją­cych grupę dys­ku­syjną Zagro­że­nia łącz­no­ści i w póź­niej­szym ter­mi­nie przy­go­tu­jemy raport na ich temat. Jed­nak na przy­naj­mniej sto następ­nych godzin wszyst­kie nasze łącza (główne i pomoc­ni­cze) ze Znaną Sie­cią będą wyłą­czone. Nad­cho­dzące wia­do­mo­ści mogą zostać zbu­fo­ro­wane, ale nie ofe­ru­jemy gwa­ran­cji. Żadne wia­do­mo­ści nie będą prze­kie­ro­wy­wane. Prze­pra­szamy za te nie­do­god­no­ści i bar­dzo szybko je wyna­gro­dzimy!

Fizyczny han­del w żad­nym stop­niu nie ucierpi przez te pro­blemy. Kró­le­stwo Straumli wciąż jest otwarte dla tury­stów i kup­ców.

sześć

Z per­spek­tywy czasu Ravna Berg­sn­dot wie­działa, że wybra­nie przez nią zawodu biblio­te­karki było nie­unik­nione. Jako dziecko na Sjan­dra Kei zako­chała się w histo­riach z Ery Księż­ni­czek. Były to czasy przy­gody, gdy kilka dziel­nych dam prze­pchnęło ludz­kość do wiel­ko­ści. Wraz z sio­strą spę­dzała nie­zli­czone popo­łu­dnia na uda­wa­niu bycia Wielką Dwójką i rato­wa­niu Hra­biny Jeziora. Póź­niej zro­zu­miały, że Nyjora i jej księż­niczki ode­szły w mroczną prze­szłość. Jej sio­stra Lynne zwró­ciła się ku bar­dziej prak­tycz­nym spra­wom, ale Ravna wciąż pra­gnęła przy­gód. Jako nasto­latka marzyła o emi­gra­cji do Kró­le­stwa Straumli. Ono było czymś bar­dzo real­nym. Wystar­czyło pomy­śleć: nowa i głów­nie ludzka kolo­nia na samym Szczy­cie Poza. A Straum z otwar­tymi rękami witał przy­by­szów z jej rodzi­mego świata, ich przed­się­wzię­cie nie miało nawet stu lat. Oni lub ich dzieci będą pierw­szymi ludźmi w galak­tyce, któ­rzy wykro­czą poza swoją ludz­kość. Może skoń­czyć jako bogini lub bogat­sza od miliona świa­tów z Poza. To marze­nie było na tyle realne, że pro­wa­dziło do nie­ustan­nych kłótni z rodzi­cami, bo gdzie ist­nieje niebo, może też ist­nieć i pie­kło. Kró­le­stwo Straumli zna­la­zło się bli­sko Trans­cen­den­cji, a jego miesz­kańcy igrali z „tygry­sami za prę­tami klatki”. Ojciec auten­tycz­nie użył tego porów­na­nia. Spory na kilka lat odsu­nęły ich od sie­bie. Potem, pod­czas zajęć z infor­ma­tyki i teo­lo­gii sto­so­wa­nej, Ravna zaczęła czy­tać o nie­któ­rych ze sta­rych kosz­ma­rów. Może, może… powinna być tro­chę ostroż­niej­sza. Lepiej naj­pierw się rozej­rzeć. A prze­cież ist­niał spo­sób, by zoba­czyć wszystko, co mogli zro­zu­mieć Ludzie w Poza: Ravna została biblio­te­karką.

– Osta­teczna dyle­tantka! – draż­niła się z nią Lynne.

– To prawda, i co z tego? – burk­nęła Ravna, ale nie do końca odpu­ściła marze­nia o podró­żach.

Życie na Uni­wer­sy­te­cie Herte w Sjan­dra Kei powinno być dla niej ide­alne. Wszystko tam mogło się toczyć szczę­śli­wie przez całe życie… tylko że pod­czas jej ostat­niego roku stu­diów zor­ga­ni­zo­wano kon­kurs Odle­głych Prak­tyk Orga­ni­za­cji Vri­nimi. Główną nagrodą były trzy lata pracy i stu­diów w archi­wum przy Prze­kaź­niku. Wygrana była życiową szansą – wró­ci­łaby, mając wię­cej doświad­cze­nia niż dowolny miej­scowy aka­de­mik.

I w taki to spo­sób Ravna Berg­sn­dot wylą­do­wała ponad dwa­dzie­ścia tysięcy lat świetl­nych od domu, w ośrodku sieci miliona świa­tów.

***

Było już godzinę po zacho­dzie, gdy Ravna dry­fo­wała przez park miej­ski w stronę rezy­den­cji Gron­dra Vri­ni­mi­ka­lira. Od czasu przy­by­cia do układu Prze­kaź­nika była na pla­ne­cie zale­d­wie kilka razy. Więk­szość pracy wyko­ny­wała w samym archi­wum – tysiąc godzin świetl­nych stąd. W tej czę­ści pla­nety pano­wała wcze­sna jesień, choć zmierzch zmie­nił kolory drzew w odcie­nie sza­ro­ści. Z wyso­ko­ści stu metrów nad zie­mią, gdzie szy­bo­wała, powie­trze nio­sło już pierw­sze oznaki nad­cho­dzą­cego mrozu. Pod sto­pami widziała ogni­ska pik­ni­kowe i boiska. Orga­ni­za­cja Vri­nimi nie wyda­wała wiele na pla­netę, choć ta była bar­dzo piękna. Jak długo sku­piała wzrok na ciem­nie­ją­cym grun­cie, Ravna pra­wie mogła sobie wyobra­zić, że znaj­duje się gdzieś na swo­jej rodzi­mej pla­ne­cie Sjan­dra Kei. Choć wystar­czyło spoj­rzeć na niebo… i natych­miast przy­po­mi­nała sobie, że jest bar­dzo daleko od domu: dwa­dzie­ścia tysięcy lat świetl­nych od niego wir galak­tyki wspi­nał się ku zeni­towi.

O zmierz­chu wciąż nie był zbyt jasny i tej nocy może nie zro­bić się wiele wyraź­niej­szy. Nisko na zachod­nim nie­bie zespół fabryk ukła­do­wych jarzył się jaśniej niż jaki­kol­wiek księ­życ. Ich praca gene­ro­wała jasne migo­ta­nie gwiazd i pro­mie­nie, cza­sami tak inten­sywne, że rzu­cały na wschód ostre cie­nie gór miej­skiego parku. Jesz­cze pół godziny i zza hory­zontu wyło­nią się Doki. Nie były tak jasne jak fabryki, ale wygrają jasno­ścią ze wszyst­kim, co dobie­gało z odle­głych gwiazd.

Popra­wiła się w uprzęży anty­gra­wi­ta­cyj­nej i opa­dła nieco niżej. Zapach jesieni i pik­ni­ków się nasi­lił. Nagle oto­czyło ją kli­ka­nie śmie­chu Kali­rów: przez nie­uwagę tra­fiła w śro­dek roz­grywki piłki powietrz­nej. Ravna roz­ło­żyła ręce w uda­wa­nym zawsty­dze­niu i usko­czyła z drogi gra­czy.

Jej spa­cer przez park pra­wie dobiegł końca – zoba­czyła przed sobą cel drogi. Rezy­den­cja Gron­dra Vri­ni­mi­ka­lira była czymś rzad­kim w kra­jo­bra­zie miej­skiego parku: roz­po­zna­wal­nym budyn­kiem. Pocho­dziła z cza­sów, gdy Orga­ni­za­cja wku­piła się w obsługę Prze­kaź­nika. Z wyso­ko­ści osiem­dzie­się­ciu metrów dom był kan­cia­stą syl­wetką na tle nieba. Gdy roz­bły­sły świa­tła fabryki, gład­kie ściany mono­litu roz­ja­rzyły się ole­istymi bar­wami. Grondr był sze­fem szefa jej szefa. Przez ostat­nie dwa lata roz­ma­wiała z nim dokład­nie trzy razy.

Dość ocią­ga­nia się. Zde­ner­wo­wana i bar­dzo zacie­ka­wiona Ravna opu­ściła się niżej i pozwo­liła, by elek­tro­nika domu prze­pro­wa­dziła ją pomię­dzy drze­wami do wej­ścia.

***

Grondr Vri­ni­mi­ka­lir potrak­to­wał ją ze stan­dar­dową uprzej­mo­ścią Orga­ni­za­cji, wspól­nym mia­now­ni­kiem łączą­cym kilka skła­da­ją­cych się na nią ras. Pokój ich spo­tka­nia urzą­dzono meblami odpo­wied­nimi zarówno dla Vri­nimi, jak i Ludzi. Cze­kały na nią prze­ką­ski i pyta­nia o jej pracę w archi­wum.

– Wyniki są mie­szane, pro­szę pana – szcze­rze odpo­wie­działa Ravna. – Mnó­stwo się nauczy­łam, prak­tyka jest wszyst­kim, czym powinna być. Ale oba­wiam się, że nowy dział będzie wyma­gał dodat­ko­wej war­stwy indeksu. – Wszystko to było w rapor­tach, które sta­ru­szek mógł wyświe­tlić jed­nym ruchem palca.

Grondr nie­obec­nym ruchem prze­su­nął ręką po pie­gach swo­ich oczu.

– Tak, to spo­dzie­wane roz­cza­ro­wa­nie. Z tą roz­bu­dową się­gamy gra­nic moż­li­wo­ści zarzą­dza­nia infor­ma­cją. Egra­van i Der­che – odpo­wied­nio szef i szef szefa Ravny – są bar­dzo zado­wo­leni z two­ich postę­pów. Przy­le­cia­łaś dobrze wykształ­cona i szybko się uczysz. Myślę, że w Orga­ni­za­cji znaj­dzie się miej­sce dla Ludzi.

– Dzię­kuję panu. – Ravna się zaczer­wie­niła. Ocena Gron­dra została wypo­wie­dziana luź­nym tonem, jed­nak była dla niej bar­dzo ważna. I praw­do­po­dob­nie ozna­czała przy­by­cie kolej­nych Ludzi, może nawet przed koń­cem jej stażu. Czy to było powo­dem spo­tka­nia?

Pró­bo­wała nie gapić się na swo­jego gospo­da­rza. Do tej pory przy­zwy­cza­iła się do wyglądu głów­nej rasy Vri­nimi. Z oddali Kalir wyglą­dali na huma­no­idów, ale z bli­ska róż­nice były dość znaczne. Jego rasa pocho­dziła od cze­goś w rodzaju owada. W pro­ce­sie zwięk­sza­nia roz­mia­rów ewo­lu­cja z koniecz­no­ści prze­nio­sła wspor­niki wzmac­nia­jące wewnątrz ciała, aż na wierz­chu pozo­stało tylko połą­cze­nie wyglą­da­ją­cej jak u larwy skóry i arku­szy jasnej chi­tyny. Na pierw­szy rzut oka Grondr był nie­wy­róż­nia­ją­cym się przed­sta­wi­cie­lem swo­jej rasy, ale gdy się ruszał, choćby w celu popra­wie­nia mary­narki lub podra­pa­nia pie­gów ocznych, w gestach kryła się dziwna pre­cy­zja. Egra­van powie­dział, że szef jest bar­dzo, bar­dzo stary.

Grondr nie­ocze­ki­wa­nie zmie­nił temat.

– Jesteś świa­doma… zmian w Kró­le­stwie Straumli?

– Cho­dzi panu o upa­dek Straum? Tak. – Choć dziwi mnie, że pan o tym wie. Kró­le­stwo Straumli było istotną cywi­li­za­cją Ludzi, ale jej udział w ruchu wia­do­mo­ści Prze­kaź­nika był nie­zmier­nie mały.

– Pro­szę przy­jąć moje wyrazy współ­czu­cia. – Pomimo rado­snych komu­ni­ka­tów ze Straum było jasne, że Kró­le­stwu Straumli przy­da­rzyła się cał­ko­wita kata­strofa. Nie­mal każda rasa z cza­sem zaczy­nała grze­bać w Trans­cen­den­cji, zwy­kle nie zmie­nia­jąc się w super­in­te­li­gen­cję, czyli Potęgę. Jed­nak teraz stało się już jasne, że miesz­kańcy Straum stwo­rzyli lub obu­dzili Potęgę o zabój­czych skłon­no­ściach. Ich los był rów­nie straszny jak naj­mrocz­niej­sze prze­wi­dy­wa­nia ojca Ravny. Ich pech stał się też kata­strofą obej­mu­jącą wszystko, co było wcze­śniej Kró­le­stwem Straumli. Grondr mówił dalej. – Czy te wia­do­mo­ści wpłyną na twoją pracę?

Dziw­niej i dziw­niej, mogłaby przy­siąc, że jej roz­mówca prze­cho­dził do sedna. Może to wła­śnie nim było?

– Hm, nie, pro­szę pana. Sprawa Straumli jest straszna, zwłasz­cza dla ludz­ko­ści, ale moim domem jest Sjan­dra Kei. Kró­le­stwo Straumli wywo­dzi się od nas, ale nie mam tam żad­nych krew­nych. – Choć gdyby nie mama i tata, mogła­bym tam teraz być. Tak naprawdę gdy Prze­kaź­nik Główny Straumli wypadł z Sieci, Sjan­dra Kei była nie­osią­galna przez nie­mal czter­dzie­ści godzin. To bar­dzo ją zanie­po­ko­iło, ponie­waż prze­kie­ro­wa­nie ruchu powinno się odbyć natych­mia­stowo. Łącz­ność została w końcu nawią­zana, a pro­blem wyni­kał z nie­wła­ści­wie skon­fi­gu­ro­wa­nych tabel prze­kie­ro­wa­nia na alter­na­tyw­nym łączu. Ravna zużyła nawet pół­roczne oszczęd­no­ści na wymianę wia­do­mo­ści z rodziną. Lynne i rodzi­com nic nie było, a sprawa Straumli była tema­tem stu­le­cia dla ludzi na Sjan­dra Kei, ale mimo wszystko była to dla nich dość odle­gła kata­strofa. Ravna zasta­na­wiała się, czy jacyś rodzi­cie udzie­lili kie­dyś dziecku lep­szej rady niż jej.

 

– Dobrze, dobrze. – Czę­ści jego ust poru­szyły się w odpo­wied­niku ludz­kiego przy­tak­nię­cia. Prze­chy­lił głowę tak, że patrzyły na nią tylko obwo­dowe piegi – wyda­wał się pra­wie onie­śmie­lony! Ravna spo­glą­dała na niego w mil­cze­niu. Grondr Kalir mógł być naj­dziw­niej­szym dyrek­to­rem Orga­ni­za­cji. Był jedy­nym, któ­rego główna sie­dziba znaj­do­wała się na pla­ne­cie. Ofi­cjal­nie odpo­wia­dał za archiwa, choć fak­tycz­nie kie­ro­wał mar­ke­tin­giem Vri­nimi (czyli wywia­dem). Sły­szała opo­wie­ści, że odwie­dzał Szczyt Poza, a Egra­van twier­dził, że miał sztuczny układ odpor­no­ściowy. – Widzisz, kata­strofa Straumli przy­pad­kiem uczy­niła z cie­bie jedną z naj­cen­niej­szych pra­cow­nic Orga­ni­za­cji.

– Ja… nie rozu­miem.

– Ravna, plotki na gru­pie dys­ku­syj­nej Zagro­że­nia są praw­dziwe. Strau­me­rzy mieli labo­ra­to­rium w Dol­nej Trans­cen­den­cji. Bawili się prze­pi­sami ze stra­co­nego archi­wum i stwo­rzyli nową Potęgę. Wydaje się to Per­wer­sją dru­giej klasy.

Znana Sieć noto­wała Per­wer­sję dru­giej klasy śred­nio raz na stu­le­cie. Takie Potęgi miały zwy­kle „czas życia” około dzie­się­ciu lat, jed­nak były jed­no­znacz­nie zło­wro­gie, a przez dzie­sięć lat mogły doko­nać nie­zwy­kłych znisz­czeń. Biedny Straum.

– Rozu­miesz chyba, że wiąże się z tym nie­zwy­kły poten­cjał zysków lub strat. Jeśli kata­strofa się roz­sze­rzy, utra­cimy klien­tów sie­cio­wych. Z dru­giej strony wszy­scy w pobliżu Kró­le­stwa Straumli chcą śle­dzić roz­wój wyda­rzeń, co może zwięk­szyć nasz ruch sie­ciowy o kilka pro­cent.

Grondr przed­sta­wił to w spo­sób bar­dziej wyra­cho­wany, niż chciała usły­szeć, ale miał rację. Wła­ści­wie oka­zja zysku była bez­po­śred­nio powią­zana z ogra­ni­cza­niem Per­wer­sji. Gdyby nie pogrą­żyła się tak bar­dzo w pracy w archi­wum, sama by do tego doszła. A skoro już zaczęła o tym myśleć…

– Ist­nieją jesz­cze bar­dziej spek­ta­ku­larne moż­li­wo­ści. Histo­rycz­nie rzecz bio­rąc, takie Per­wer­sje były obiek­tem zain­te­re­so­wa­nia innych Potęg. Będą chciały dostępu do Sieci oraz… infor­ma­cji o rasie, która ją stwo­rzyła. – Uci­chła, gdy w końcu zro­zu­miała powód tego spo­tka­nia.

Czę­ści ustne Gron­dra zakli­kały na potwier­dze­nie.

– Fak­tycz­nie, tu w Prze­kaź­niku znaj­du­jemy się w dobrym poło­że­niu, by dostar­czać wia­do­mo­ści do Trans­cen­den­cji. Mamy też naszego wła­snego czło­wieka. W ciągu ostat­nich trzech dni otrzy­ma­li­śmy kil­ka­dzie­siąt zapy­tań od cywi­li­za­cji w Wyso­kim Poza, nie­które twier­dzą, że repre­zen­tują Potęgi. To zain­te­re­so­wa­nie może ozna­czać duże zwięk­sze­nie docho­dów Orga­ni­za­cji w ciągu następ­nej dekady. Wszystko to mogłaś prze­czy­tać w gru­pie Zagro­że­nia. Jest jed­nak jesz­cze jedna sprawa, co do któ­rej popro­szę cię o zacho­wa­nie jej na razie w tajem­nicy. Pięć dni temu w nasz rejon wle­ciał sta­tek z Trans­cen­den­cji. Twier­dzi, że jest bez­po­śred­nio kon­tro­lo­wany przez Potęgę.

Ściana za jego ple­cami zmie­niła się w okno na gościa. Sta­tek był nie­re­gu­lar­nym zbio­rem ości i grud. Pasek skali infor­mo­wał, że ma zale­d­wie pięć metrów.

Ravna poczuła, że jeżą się jej włosy na karku. Tutaj, w Środ­ko­wym Poza, powinni być sto­sun­kowo bez­pieczni przed kapry­sami Potęg, ale… wizyta była nie­po­ko­jąca.

– Czego chce?

– Infor­ma­cji na temat Per­wer­sji Straumli. W szcze­gól­no­ści wyka­zuje zain­te­re­so­wa­nie twoją rasą. Jest gotowy zapła­cić bar­dzo dużo za zabra­nie ze sobą żywego czło­wieka…

– Nie jestem zain­te­re­so­wana – prze­rwała mu Ravna.

Grondr roz­ło­żył blade dło­nie. Świa­tło zami­go­tało na chi­ty­nie pokry­wa­ją­cej wierzch pal­ców.

– Byłaby to nie­zwy­kła oka­zja. Prak­tyka u bogów. W zamian obie­cano nam usta­no­wie­nie tu wyroczni.

– Nie! – Ravna na wpół unio­sła się z krze­sła. Była jedy­nie czło­wie­kiem znaj­du­ją­cym się ponad dwa­dzie­ścia tysięcy lat świetl­nych od domu. Na początku prak­tyki bar­dzo jej to cią­żyło. Od tam­tej pory zdo­była przy­ja­ciół, dowie­działa się wię­cej na temat etyki Orga­ni­za­cji i nauczyła się ufać tym isto­tom nie­mal rów­nie mocno jak Ludziom z Sjan­dra Kei. Jed­nak… obec­nie w Sieci ist­niała tylko jedna czę­ściowo wia­ry­godna wyrocz­nia i miała już pra­wie dzie­sięć lat. Potęga kusiła Orga­ni­za­cję Vri­nimi nie­zwy­kłym skar­bem.

Grondr zakli­kał z zawsty­dze­niem. Gestem popro­sił ją, żeby usia­dła.

– To była tylko suge­stia. Nie wyko­rzy­stu­jemy naszych pra­cow­ni­ków. Gdy­byś po pro­stu zechciała peł­nić rolę naszej lokal­nej eks­pertki…

Ravna kiw­nęła głową.

– Dosko­nale. Szcze­rze mówiąc, nie spo­dzie­wa­łem się, że przyj­miesz tę ofertę. Mamy dużo bar­dziej praw­do­po­dob­nego ochot­nika, ale wymaga prze­szko­le­nia.

– Czło­wieka? Tutaj? – Ravna usta­wiła w miej­sco­wym kata­logu aktywne zapy­ta­nie o innych Ludzi. Przez ostat­nie dwa lata widziała troje i wszy­scy byli tu tylko prze­jaz­dem. – Jak długo ona… on tu jest?

Grondr wyemi­to­wał coś pomię­dzy uśmie­chem a peł­nym śmie­chem.

– Nieco ponad stu­le­cie, choć zda­li­śmy sobie z tego sprawę dopiero parę dni temu. – Obraz za jego ple­cami uległ zmia­nie. Ravna roz­po­znała „strych” Prze­kaź­nika, śmiet­ni­sko porzu­co­nych stat­ków i urzą­dzeń trans­por­to­wych uno­szą­cych się zale­d­wie tysiąc sekund świetl­nych od archi­wum.

– Odbie­ramy dużo jed­no­stron­nego frachtu, rze­czy wysy­ła­nych do nas w nadziei, że je kupimy lub sprze­damy za pro­wi­zję. – Obraz prze­je­chał na znisz­czony sta­tek mający może dwie­ście metrów, z wąską talią typową dla sil­nika stru­mie­nio­wego. Jego ości ultra­na­pędu były nie­wiele wię­cej niż kiku­tami.

– Lugier denny? – zapy­tała Ravna.

Grondr zakli­kał potwier­dza­jąco.

– Draga. Ten sta­tek ma około trzy­dzie­stu tysięcy lat. Więk­szość tego czasu spę­dził na głę­bo­kiej pene­tra­cji Powol­nej Strefy, a do tego dzie­sięć tysięcy lat w Bez­ro­zum­nej Otchłani.

Na zbli­że­niu kadłuba zoba­czyła, że jest sil­nie pobruż­dżony w wyniku tysięcy lat ero­zji rela­ty­wi­stycz­nej. Takie wyprawy, nawet bez pilo­tów, były rzad­kie. Głę­boka pene­tra­cja nie mogła powró­cić do Poza w okre­sie życia twór­ców pojazdu. Nie­które nie wra­cały w ciągu życia rasy budow­ni­czych. Istoty wysy­ła­jące takie misje były nieco dziwne, za to stwo­rze­nia, które je potem pozy­ski­wały, mogły na tym dobrze zaro­bić.

– Ten tutaj dotarł z bar­dzo daleka, nawet jeśli jego lot nie był do końca wiel­kim suk­ce­sem. Nie zoba­czył niczego cie­ka­wego w Bez­ro­zum­nej Otchłani, co nie jest dziwne, bio­rąc pod uwagę, że zawo­dzi tam nawet pro­sta auto­ma­tyka. Nie­zwłocz­nie sprze­da­li­śmy więk­szość jego ładunku. Reszta została ska­ta­lo­go­wana i zapo­mniana… do czasu sprawy Straumli. – Gwiazdy znik­nęły. Oboje patrzyli na ekran medyczny z przy­pad­ko­wymi koń­czy­nami i czę­ściami ciała. Wyglą­dały bar­dzo ludzko. – W ukła­dzie sło­necz­nym na dnie Powol­no­ści draga zna­la­zła wrak. Nie miał ultra­na­pędu, był czy­stym pro­jek­tem Powol­nej Strefy. Układ sło­neczny był nie­za­miesz­kany, przy­pusz­czamy, że na statku doszło do awa­rii albo po pro­stu Otchłań wpły­nęła na załogę. W każ­dym razie skoń­czyli jako zamro­żona mie­szanka.

Tra­ge­dia na dnie Powol­no­ści, tysiące lat temu. Ravna z tru­dem ode­rwała wzrok od jatki.

– Chce­cie to sprze­dać naszemu gościowi?

– Nawet lepiej. Gdy zaczę­li­śmy się temu przy­glą­dać, odkry­li­śmy poważny błąd w kata­logu. Jedna z ofiar była pra­wie cała. Napra­wi­li­śmy ją czę­ściami pocho­dzą­cymi od pozo­sta­łych. Co było kosz­towne, ale w efek­cie uzy­ska­li­śmy żyją­cego czło­wieka. – Obraz znów się zmie­nił i Ravna gwał­tow­nie wcią­gnęła powie­trze. Na ani­ma­cji medycz­nej czę­ści ciała zgrab­nie uło­żyły się w pra­wi­dłową kon­fi­gu­ra­cję. Miała przed sobą kom­pletne ciało, poszar­pane nieco w oko­licy brzu­cha. Czę­ści zeszły się razem i… to nie była „ona”. Uno­sił się cały i nagi, jak we śnie. Ravna nie miała wąt­pli­wo­ści co do jego czło­wie­czeń­stwa, choć cała ludz­kość w Poza pocho­dziła od Nyjo­rań­czy­ków. Ten męż­czy­zna nie miał w sobie nic z tych genów. Jego skóra była mgli­ście szara, nie brą­zowa, a włosy czer­wo­na­wo­brą­zowe – w kolo­rze, który znała tylko z histo­rii sprzed cza­sów Nyjory. Kości twa­rzy miały układ nieco odmienny od współ­cze­snych Ludzi. Te drobne róż­nice draż­niły ją dużo bar­dziej niż cał­ko­wita obcość współ­pra­cow­ni­ków.

Teraz postać miała na sobie ubra­nie. W innej sytu­acji Ravna by się uśmiech­nęła. Grondr Kalir wybrał absur­dalny kostium, coś z epoki Nyjory. Postać miała zwie­szony przy pasie miecz i pisto­let na poci­ski… Śpiący książę z Ery Księż­ni­czek.

– Oto pra­czło­wiek – oznaj­mił Grondr.

sie­dem

„Prze­kaź­nik” to bar­dzo czę­sta nazwa miej­sca. Ma zna­cze­nie w nie­mal każ­dym śro­do­wi­sku. Podob­nie jak Nowe Mia­sto i Nowy Dom, poja­wia się wciąż na nowo za każ­dym razem, gdy ludzie prze­no­szą się, kolo­ni­zują lub dołą­czają do sieci łącz­no­ści. Można prze­le­cieć miliard lat świetl­nych lub miliard lat i wciąż zna­leźć takie nazwy pośród ras, które natu­ral­nie osią­gnęły inte­li­gen­cję.

Jed­nak współ­cze­śnie ist­niał jeden „Prze­kaź­nik” znany ponad wszyst­kie inne. Ta instan­cja poja­wiała się na listach tra­so­wa­nia dwóch pro­cent całego ruchu przez Znaną Sieć. Znaj­du­jący się dwa­dzie­ścia tysięcy lat nad płasz­czy­zną galak­tyki Prze­kaź­nik miał niczym nie prze­sło­nięty widok na trzy­dzie­ści pro­cent Poza, włącz­nie z wie­loma ukła­dami gwiezd­nymi aż na samym Dnie, gdzie statki mię­dzy­gwiezdne mogą lecieć naj­wy­żej rok świetlny na dzień. Nie­wiele ukła­dów gwiezd­nych z meta­lem miało rów­nie dobrą loka­li­za­cję, a ist­niała ostra kon­ku­ren­cja. Jed­nak gdy inne cywi­li­za­cje tra­ciły zain­te­re­so­wa­nie, kolo­ni­zo­wały Trans­cen­den­cję lub ginęły w apo­ka­lip­sie, Orga­ni­za­cja Vri­nimi trwała. Po pięć­dzie­się­ciu tysią­cach lat nie było w niej wielu cywi­li­za­cji, które pier­wot­nie utwo­rzyły Orga­ni­za­cję, a żadna z nich nie peł­niła przy­wód­czej roli… a jed­nak ory­gi­nalne zało­że­nia i poli­tyka pozo­stały. Loka­li­za­cja i trwa­łość: Prze­kaź­nik był teraz głów­nym pośred­ni­kiem do Obło­ków Magel­lana i jed­nym z nie­wielu miejsc z łączem do Poza w galak­tyce Rzeź­bia­rza.

W Sjan­dra Kei Prze­kaź­nik miał nie­zwy­kłą repu­ta­cję. Pod­czas dwóch lat spę­dzo­nych tu na stażu Ravna zro­zu­miała, że prawda dalece ją prze­wyż­szała. Prze­kaź­nik znaj­do­wał się w Środ­ko­wym Poza, a jedy­nym towa­rem eks­por­to­wym Orga­ni­za­cji było prze­ka­zy­wa­nie infor­ma­cji oraz dostęp do lokal­nego archi­wum. A mimo tego impor­to­wali naj­lep­sze mate­riały bio­lo­giczne i sprzęt do prze­twa­rza­nia z Gór­nego Poza. Doki Prze­kaź­nika były eks­tra­wa­gan­cją, na jaką mogli sobie pozwo­lić tylko wyjąt­kowi boga­cze. Roz­cią­gały się na tysiąc kilo­me­trów: przy­sta­nie, han­gary napraw­cze, cen­tra tran­zy­towe, parki i place roz­rywki. Samo w sobie nie było to dziwne – nawet Sjan­dra Kei miała dużo więk­sze osie­dla orbi­talne. Tylko że Doki nie znaj­do­wały się na orbi­cie: uno­siły się tysiąc kilo­me­trów nad pla­netą na naj­więk­szym anty­gra­wie, jaki Ravna kie­dy­kol­wiek widziała. Na Sjan­dra Kei roczne dochody aka­de­mic­kie mogłyby pozwo­lić jej kupić metr kwa­dra­towy tka­niny anty­gra­wi­ta­cyj­nej – coś, co nie prze­trwa­łoby roku. Tutaj uży­wano milio­nów hek­ta­rów tego mate­riału, utrzy­mu­ją­cego miliardy ton. Sama wymiana zuży­tej tka­niny wyma­gała więk­szego ruchu han­dlo­wego z Gór­nego Poza, niż więk­szość sku­pisk gwiezd­nych mogła osią­gnąć.

A teraz mam tu wła­sne biuro. Praca bez­po­śred­nio dla Grondr Kalira miała swoje zalety. Ravna roz­parła się w fotelu i zapa­trzyła na środ­kowe morze. Na wyso­ko­ści Doków cią­że­nie wyno­siło około trzy czwarte stan­dar­do­wego. Fon­tanny powietrzne nad środ­kiem plat­formy roz­pro­wa­dzały powie­trze umoż­li­wia­jące oddy­cha­nie. Poprzed­niego dnia popły­nęła żaglówką przez morze o przej­rzy­stym dnie. Doświad­cze­nie było bar­dzo dziwne: pla­ne­tarne chmury pod stępką, w górze gwiazdy i niebo w kolo­rze indygo.

Dziś rano zwięk­szyła fale, co było pro­stą kwe­stią zmiany usta­wień anty­gra­wów zatoki. Woda ude­rzała regu­lar­nie w jej plażę. Nawet trzy­dzie­ści metrów od brzegu czuła zapach soli w powie­trzu. W oddali prze­su­wały się rzędy bia­łych grzyw.

 

Przyj­rzała się postaci, która powoli szła w jej stronę przez pia­sek. Jesz­cze kilka tygo­dni temu nie potra­fi­łaby sobie nawet wyśnić takiej sytu­acji. Zale­d­wie przed paroma tygo­dniami prze­sia­dy­wała w archi­wum pochło­nięta roz­bu­dową, szczę­śliwa z udziału w pracy nad jedną z naj­więk­szych baz danych w Zna­nej Sieci, a teraz… miała wra­że­nie, jakby prze­była pełny krąg, wró­ciła do dzie­cię­cych snów o przy­go­dzie. Jedyny pro­blem pole­gał na tym, że chwi­lami czuła się jak jeden z czar­nych cha­rak­te­rów. Pham Nuwen był żywym czło­wie­kiem, nie towa­rem na sprze­daż.

Wstała i ruszyła na spo­tka­nie rudo­wło­sego gościa.

Nie miał przy sobie mie­cza ani pisto­letu z fan­ta­zyj­nej ani­ma­cji Gron­dra, jed­nak jego strój był z wzo­rzy­stej tka­niny typo­wej dla sta­ro­daw­nych przy­gód, a z jego postawy biła pew­ność sie­bie. Od czasu spo­tka­nia z Gron­drem uzu­peł­niła swoje wia­do­mo­ści na temat antro­po­lo­gii ze Sta­rej Ziemi. Wystę­po­wały tam rude włosy i fałdy skórne nad powie­kami, choć rzadko u jed­nej osoby. Jego dymna skóra byłaby nie­zwy­kła dla miesz­kańca Ziemi. W rów­nym stop­niu co ona był oczy­wi­stym pro­duk­tem ewo­lu­cji już po opusz­cze­niu będą­cej ich kolebką pla­nety.

Zatrzy­mał się na wycią­gnię­cie ręki od niej i posłał jej krzywy uśmiech.

– Wyglą­dasz cał­kiem jak czło­wiek. Ravna Berg­sn­dot?

Uśmiech­nęła się do niego i przy­tak­nęła.

– Pham Nuwen?

– Ow­szem. Wygląda na to, że oboje potra­fimy świet­nie zga­dy­wać. – Prze­szedł obok niej, cho­wa­jąc się w cień biura. Pewny sie­bie.

Poszła za nim, nie­pewna, jak powinna się zacho­wać. Można by pomy­śleć, że z dru­gim czło­wie­kiem nie będzie miała żad­nych pro­ble­mów…

Wła­ści­wie ich roz­mowa prze­bie­gła cał­kiem gładko. Minęło już ponad trzy­dzie­ści dni od oży­wie­nia Phama Nuwena, który więk­szość tego czasu spę­dził na inten­syw­nym kur­sie języ­ko­wym. Facet musiał być cho­ler­nie bystry, bo bar­dzo gładko radził sobie z mową han­dlową tri­skwe­line. Wła­ści­wie był dość uro­czy. Ravna nie była na Sjan­dra Kei już od dwóch lat i cze­kał ją jesz­cze rok stażu. Powo­dziło jej się cał­kiem dobrze. Miała tu wielu bli­skich przy­ja­ciół, na przy­kład Egra­vana czy Sarale, ale sam fakt roz­mowy z tym męż­czy­zną obu­dził ukryte pokłady samot­no­ści. Na pewne spo­soby był bar­dziej obcy niż cokol­wiek w Prze­kaź­niku… a na inne miała ochotę go chwy­cić i poca­łun­kiem zetrzeć z jego ust pewny sie­bie uśmiech.

Grondr Vri­ni­mi­ka­lir mówił prawdę o Pha­mie Nuwe­nie. On fak­tycz­nie z entu­zja­zmem pod­cho­dził do doty­czą­cych go pla­nów Orga­ni­za­cji! Teo­re­tycz­nie zna­czyło to, że może z czy­stym sumie­niem wyko­nać swoją pracę, ale…

– Panie Nuwen, moim zada­niem jest wpro­wa­dze­nie pana w nowy świat. Wiem, że w ciągu ostat­nich paru tygo­dni prze­szedł pan inten­sywne kursy, ale są gra­nice tego, jak szybko taka wie­dza może zostać przy­swo­jona.

Rudzie­lec się uśmiech­nął.

– Mów mi Pham. Jasne, czuję się jak prze­ła­do­wana torba. We śnie cią­gle sły­szę ciche głosy i nauczy­łem się bar­dzo dużo, niczego nie doświad­cza­jąc. Gorzej, byłem celem tej całej „edu­ka­cji”. To ide­alna sytu­acja, jeśli Vri­nimi chcą mnie oszu­kać. Dla­tego wła­śnie uczę się korzy­stać z miej­sco­wej biblio­teki. I dla­tego nale­ga­łem, żeby zna­leźli mi kogoś takiego jak ty. – Zauwa­żył zasko­cze­nie na jej twa­rzy. – Ha! Nie wie­dzia­łaś o tym. Widzisz, roz­mowa z żywym czło­wie­kiem daje mi szansę zoba­cze­nia rze­czy, które nie zostały wcze­śniej zapla­no­wane. Poza tym zawsze dobrze umia­łem oce­niać innych Ludzi i myślę, że z tobą cał­kiem dobrze mi to wycho­dzi. – Jego uśmiech suge­ro­wał, że dosko­nale zdaje sobie sprawę z tego, jak ją iry­tuje.

Ravna spoj­rzała w górę, na zie­lone płatki pla­żo­wych drzew. Może ten palant zasłu­gi­wał na to, w co się pakuje.

– Czyli masz duże doświad­cze­nie w kon­tak­tach z ludźmi?

– Nawet bio­rąc pod uwagę ogra­ni­cze­nia Powol­no­ści, tro­chę podró­żo­wa­łem, Ravna. Tak, tro­chę podró­żo­wa­łem. Wiem, że na to nie wyglą­dam, ale subiek­tyw­nie mam sześć­dzie­siąt sie­dem lat. I dzię­kuję two­jej Orga­ni­za­cji za świetną robotę z odmro­że­niem mnie. – Uchy­lił w jej stronę nie­ist­nie­jący kape­lusz. – Moja ostat­nia wyprawa trwała obiek­tyw­nie ponad tysiąc lat. Byłem pro­gra­mi­stą bojo­wym na statku dale­kiego zasięgu Queng Ho… – Rap­tow­nie sze­roko otwo­rzył oczy i powie­dział coś nie­zro­zu­mia­łego. Przez chwilę wyglą­dał pra­wie na bez­bron­nego.

Ravna wycią­gnęła do niego rękę.

– Wspo­mnie­nie?

Pham Nuwen przy­tak­nął.

– Szlag. Za to aku­rat nie jestem wam wdzięczny.

Pham Nuwen zamarzł w wyniku gwał­tow­nej śmierci, nie w ramach pla­no­wa­nej hiber­na­cji. To nie­mal cud, że Orga­ni­za­cja Vri­nimi zdo­łała w ogóle go oży­wić – przy­naj­mniej z uży­ciem tech­no­lo­gii Środ­ko­wego Poza. Jed­nak pamięć była naj­trud­niej­sza. Jej che­miczne pod­stawy nie zno­szą za dobrze cha­otycz­nego zamra­ża­nia.

Pro­blem był poważny na tyle, by nawet ego Phama Nuwena skur­czyć o roz­miar lub dwa. Ravna się nad nim zli­to­wała.

– Raczej wąt­pliwe, żeby coś zostało trwale utra­cone. Będziesz musiał zna­leźć inne podej­ście do pew­nych rze­czy.

– Tak. Mówiono mi o tym. Zacznij od innych wspo­mnień, pod­chodź z boku do tego, czego nie zdo­łasz sobie przy­po­mnieć wprost. Cóż… to i tak lep­sze od bycia mar­twym. – Czę­ściowo wró­ciło jego oży­wie­nie, choć stłu­mione do wła­ści­wie cał­kiem uro­czego poziomu. Roz­ma­wiali dość długo w cza­sie, gdy rudzie­lec roz­pra­co­wy­wał rze­czy, któ­rych „nie umiał sobie przy­po­mnieć wprost”.

A Ravna stop­niowo zaczęła odczu­wać coś, czego ni­gdy nie koja­rzyła z kimś z Powol­nej Strefy: podziw. W ciągu jed­nego życia Pham Nuwen osią­gnął prak­tycz­nie wszystko, co tylko moż­liwe w przy­padku istoty z Powol­no­ści. Przez całe życie czuła litość w sto­sunku do uwię­zio­nych tam cywi­li­za­cji. Mogły ni­gdy nie poznać swo­jej chwały, ni­gdy nie poznać prawdy. A jed­nak dzięki szczę­ściu, umie­jęt­no­ściom i potęż­nej sile woli ten czło­wiek poko­ny­wał barierę za barierą. Czy Grondr znał prawdę, gdy wyświe­tlił obraz rudzielca z mie­czem i pisto­le­tem? Albo­wiem Pham Nuwen naprawdę był bar­ba­rzyńcą. Uro­dził się na pla­ne­cie upa­dłej kolo­nii – nazy­wano ją Can­berra. Miej­sce to w dużym stop­niu przy­po­mi­nało śre­dnio­wieczną Nyjorę, choć nie pano­wał tam matriar­chat. Był naj­młod­szym synem króla. Dora­stał wśród mie­czy, tru­cizn i intryg, żyjąc w kamien­nym zamku nad bar­dzo zim­nym morzem. Nie miała wąt­pli­wo­ści, że to ksią­żątko skoń­czy­łoby zamor­do­wane – lub jako król – gdyby życie dalej toczyło się na spo­sób śre­dnio­wieczny. Jed­nak gdy miał trzy­na­ście lat, wszystko się zmie­niło. Świat zna­jący tylko legendy o stat­kach powietrz­nych i radiu został odwie­dzony przez mię­dzy­gwiezd­nych kup­ców. W ciągu roku han­dlu feu­dalna poli­tyka Can­berry została posta­wiona na gło­wie.

– Queng Ho zain­we­sto­wali w trzy statki z eks­pe­dy­cją na Can­berrę. Byli wku­rzeni, spo­dzie­wali się zastać na miej­scu wyż­szy poziom tech­no­lo­gii. Nie mogli­śmy im zapew­nić uzu­peł­nie­nia zapa­sów, więc dwa zostały na miej­scu, zapewne wywra­ca­jąc mój biedny świat do góry nogami. Odle­cia­łem na trze­cim w ramach zwa­rio­wa­nej umowy z zakład­ni­kiem, która zda­niem mojego ojca dawała mu nad nimi kon­trolę. Mia­łem szczę­ście, że nie wyrzu­cili mnie w próż­nię.