Ogień nad Otchłanią

Tekst
Z serii: Artefakty
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Te łodzie były mniej zaawan­so­wane niż wer­sje z połu­dnio­wych mórz. Część róż­nic była bar­dzo powierz­chowna: dok­tryna Rze­za­cza zabra­niała nie­po­trzeb­nych zdo­bień na łodziach. Z dru­giej strony pewne róż­nice wyni­kały z warun­ków. Te jed­nostki zapro­jek­to­wano do pły­wa­nia zarówno w lecie, jak i zimie, oraz do prze­wo­że­nia oddzia­łów. Jed­nak Wędro­wiec był pewien, że jeśli będzie miał oka­zję, to zdoła nimi żeglo­wać. Pod­szedł do końca pomo­stu. Hm. Nieco szczę­ścia. Ostatni dwu­ka­dłu­bo­wiec z pra­wej, przy­cu­mo­wany do pomo­stu tuż obok, wyglą­dał na szybki i dobrze zaopa­trzony. Pew­nie słu­żył do zwiadu dale­kiego zasięgu.

– Pssst. Coś się tam dzieje. – Rysik mach­nął głową w stronę fortu.

Oddziały zwie­rały szyki… Czyżby zbio­rowy salut? Przed pie­chotą poja­wiło się pię­cioro Sług, a z wież fortu roz­brzmiały trąbki. Zad widy­wał takie rze­czy, ale Wędro­wiec nie ufał jego pamięci. Jak mógł…

Nad for­tem zało­po­tał czer­wono-żółty sztan­dar. Na pomo­stach żoł­nie­rze i robot­nicy zaj­mu­jący się łodziami padli na brzu­chy.

– Pad­nij! – wysy­czał Wędro­wiec do towa­rzy­sza, robiąc to samo.

– Co…?

– To flaga Rze­za­cza… sztan­dar jego oso­bi­stej obec­no­ści!

– To nie­moż­liwe. – Rze­zacz został zamor­do­wany w Repu­blice sześć dzie­sią­tek dni wcze­śniej. Tłusz­cza, która roze­rwała go na strzępy, zabiła rów­no­cze­śnie dzie­siątki jego naj­wyż­szych rangą poplecz­ni­ków… Jed­nak mieli tylko słowo poli­cji poli­tycz­nej Repu­bliki, że wszyst­kie ciała Rze­zacza odzy­skano.

Przy for­cie mię­dzy sze­re­gami żoł­nie­rzy i bia­łych kur­tek para­do­wała poje­dyn­cza sfora. Na jej bar­kach lśniło sre­bro i złoto. Rysik pod­su­nął ele­ment za stertę skrzyń i ukrad­kiem wycią­gnął swój przy­rząd do oczu. Po chwili rzekł:

– Na koniec duszy… to Tyra­thect.

– Taki z niej Rze­zacz jak ze mnie – odpo­wie­dział Wędro­wiec.

Podró­żo­wali razem od wschod­niej bramy całą drogę przez Lodowe Kły. Była w oczy­wi­sty spo­sób nowi­cjuszką, i do tego nie­zbyt dobrze zin­te­gro­waną. Wyda­wała się pełna rezerwy i sku­piona na sobie, ale zda­rzały się jej wybu­chy furii. Wędro­wiec zda­wał sobie sprawę, że Tyra­thect ma w sobie coś zabój­czego… a teraz już wie­dział, skąd się to brało. Przy­naj­mniej część ele­men­tów Rze­za­cza ucie­kła przed zabój­stwem, a on z Rysi­kiem spę­dzili ostat­nie trzy dzie­siątki dni w ich obec­no­ści. Prze­szedł go dreszcz.

Przy bra­mie fortu sfora zwana Tyra­thect odwró­ciła się w stronę woj­ska i Sług. Wyko­nała gest i znowu zabrzmiały trąbki. Nowy Wędro­wiec zro­zu­miał sygnał: wezwa­nie. Stłu­mił nagłe pra­gnie­nie podą­że­nia za innymi na pomo­ście, rusza­ją­cymi na ugię­tych nogach w stronę fortu, ze wszyst­kimi oczami utkwio­nymi w Mistrza. Rysik obej­rzał się na niego, a Wędro­wiec przy­tak­nął. Potrze­bo­wali cudu i oto on… zapew­niony przez samego wroga! Rysik ruszył powoli w stronę końca pomo­stu, prze­cią­ga­jąc włóki od cie­nia do cie­nia.

Wciąż nikt nie oglą­dał się do tyłu. I nie bez powodu: Wic­kw­rack­zad pamię­tał, co działo się z tymi, któ­rzy nie oka­zali sza­cunku dla wezwa­nia.

– Zacią­gnij stwo­rze­nie na ostat­nią łódź z pra­wej strony – powie­dział do Jaqu­era­ma­phana. Sam zesko­czył z pomo­stu i roz­pro­szył się po wie­lo­ło­dzi. Dosko­nale było znowu zna­leźć się na chwiej­nych pokła­dach, z każ­dym ele­men­tem dry­fu­ją­cym w inną stronę. Obwą­chał dzio­bowe kata­pulty i wsłu­chał się w kadłuby i trza­ski lin.

Jed­nak Zad nie był żegla­rzem i nie pamię­tał, co może być naj­waż­niej­sze.

– Czego szu­kasz? – dobiegł go syk wyso­kiej mowy Rysika.

– Paneli do samo­za­ta­pia­nia. – Jeśli tu były, nie przy­po­mi­nały wer­sji z mórz połu­dnio­wych.

– Och – rzu­cił Rysik – to pro­ste. To pół­nocne bączki, mają prze­su­wane płyty z cien­kim kadłu­bem z dru­giej strony. – Jego dwie czę­ści na chwilę opa­dły na dno łodzi i roz­legł się gło­śny trzask. Wyło­niły się jego głowy. Uśmie­chał się zasko­czony, zdzi­wiony wła­snym suk­ce­sem. – No pro­szę, jest dokład­nie tak jak w książ­kach! – sko­men­to­wał.

Wic­kw­rack­zad teraz z łatwo­ścią je odna­lazł: wyglą­dały jak miej­sca do odpo­czynku dla załogi, ale panele można było łatwo prze­su­nąć, a potem bez trudu prze­bić topo­rem drewno po dru­giej stro­nie. Trzy­mał jedną głowę na zewnątrz, spraw­dza­jąc, czy nie ścią­gają na sie­bie uwagi, rów­no­cze­śnie pozo­sta­łymi roz­bi­ja­jąc panele. Wędro­wiec i Rysik zajęli się zewnętrz­nymi rzę­dami wie­lo­ło­dzi – ich zato­pie­nie sprawi, że uwol­nie­nie dwu­ka­dłu­bow­ców z głębi zaj­mie sporo czasu.

Ups. Jeden z robot­ni­ków zaj­mu­ją­cych się łodziami oglą­dał się w tę stronę. Jedna jego część dalej szła w górę wzgó­rza, a druga pró­bo­wała wró­cić na pomost. Trąbki ponow­nie zabrzmiały wezwa­niem i robot­nik podą­żył za ich sygna­łem. Jed­nak jego prze­jęte skom­le­nia spra­wiały, że inni zaczęli się oglą­dać.

Już nie było czasu na ukry­wa­nie się. Wędro­wiec prze­biegł z powro­tem do dwu­ka­dłu­bowca na prze­dzie. Rysik odci­nał wła­śnie sple­cione liny łączące dwu­ka­dłu­bo­wiec z resztą statku.

– Masz jakieś doświad­cze­nie żeglar­skie? – zapy­tał Wędro­wiec. Głu­pie pyta­nie.

– Cóż, czy­ta­łem o nim…

– Dobrze! – Wędro­wiec prze­go­nił go do ster­bur­to­wego kadłuba łodzi. – Dopil­nuj, żeby obcy był bez­pieczny. Skul się i bądź naj­ci­szej, jak możesz. – Mógł samo­dziel­nie żeglo­wać dwu­ka­dłu­bow­cem, ale będzie to wyma­gało bie­ga­nia po całej łodzi, więc im mniej dźwię­ków wpro­wa­dza­ją­cych zamie­sza­nie, tym lepiej.

Wędro­wiec ode­pchnął ich łódź od wie­lo­statku. Jego tonię­cie nie było jesz­cze oczy­wi­ste, ale widział wodę w dzio­bo­wych kadłu­bach. Odwró­cił bosak i użył jego haka do prze­cią­gnię­cia naj­bliż­szej łodzi do szcze­liny utwo­rzo­nej przez ich odpły­nię­cie. Jesz­cze pięć minut i będzie tam tylko rząd ster­czą­cych z wody masz­tów. Pięć minut. Nie było mowy, żeby im się udało… gdyby nie Wezwa­nie Rze­za­cza. Żoł­nie­rze koło fortu odwra­cali się i wska­zy­wali w stronę przy­stani. A jed­nak na­dal musieli pozo­sta­wać przy Rze­za­czu/Tyra­thect. Ile potrwa, zanim ktoś ważny uzna, że można prze­rwać nawet Wezwa­nie?

Posta­wił żagle.

Wiatr schwy­cił żagiel dwu­ka­dłu­bowca i odcią­gnął go od pomo­stu. Wędro­wiec tań­czył w różne strony po pokła­dzie, mocno trzy­ma­jąc pasz­czami szoty. Nawet bez Ruma jakież wspo­mnie­nia przy­wo­ły­wał smak soli i lin! Czuł, gdzie napię­cie i osła­bie­nie ozna­czały, że wiatr dawał im wszystko, co mógł. Kadłuby łodzi były zgrabne i wąskie, a maszt z żela­znego drewna trzesz­czał pod napo­rem wydę­tego wia­trem żagla.

Rze­za­czy­ści zbie­gali teraz ze wzgó­rza. Łucz­nicy zatrzy­mali się i w powie­trze wzbiła się chmura strzał. Wędro­wiec wybrał szot, zmu­sza­jąc łódź do skrętu w lewo na jed­nym kadłu­bie. Rysik zerwał się, by osło­nić obcego. Woda na ster­bur­cie przed nimi zaki­piała, ale tylko kilka strzał tra­fiło w kadłub. Wędro­wiec znowu pocią­gnął za linki i wykrę­cili w prze­ciw­nym kie­runku. Jesz­cze kilka sekund i znajdą się poza zasię­giem strzał. Żoł­nie­rze dobie­gli do pomo­stów i pod­nie­śli jazgot na widok tego, co stało się z ich stat­kiem. Dzio­bowe kadłuby zostały zato­pione i cały przód przy­stani zmie­nił się w masę zato­pio­nych łodzi. A tam wła­śnie znaj­do­wały się kata­pulty.

Wędro­wiec usta­wił łódź na pier­wot­nym kur­sie, ucie­ka­jąc na połu­dnie, pro­sto z przy­stani. Widział, że ze ster­burty mijają połu­dniowy kra­niec Ukry­tej Wyspy. W górze wzno­siły się wyso­kie i groźne wieże zamku. Zda­wał sobie sprawę ze sto­ją­cych tam cięż­kich kata­pult i szyb­kich łodzi sta­cjo­nu­ją­cych w przy­stani wyspy. Jed­nak wystar­czy jesz­cze kilka minut i nawet to nie będzie miało zna­cze­nia. Stop­niowo uświa­da­miał sobie, jak zwinna jest ich łódź. Powi­nien był się domy­ślić, że w naroż­nej pozy­cji na dzio­bie umiesz­czą naj­lep­szą. Zapewne uży­wano jej do zwiadu i prze­chwy­ty­wa­nia.

Jaqu­era­ma­phan leżał stło­czony na rufie swo­jego kadłuba, patrząc przez wodę na przy­stań na lądzie. Żoł­nie­rze, robot­nicy i białe kurtki tło­czyły się w otę­pia­ją­cej gęstwi­nie na koń­cach pomo­stów. Nawet stąd było widać, że to miej­sce jest sza­lo­nym kłę­bo­wi­skiem wście­kło­ści i fru­stra­cji. Na ustach Rysika poja­wił się głupi uśmiech, gdy dotarło do niego, że jed­nak im się uda. Wspiął się na burtę i wysko­czył w powie­trze, by mach­nąć ele­men­tem w stronę wro­gów. Obe­lżywy gest pra­wie posłał go za burtę, ale został zauwa­żony. Odle­gła furia na chwilę jesz­cze się nasi­liła.

Byli już zde­cy­do­wa­nie na połu­dnie od Ukry­tej Wyspy, nie się­gną ich nawet jej kata­pulty. Sfory na brzegu kon­ty­nentu ginęły z pola widze­nia. Oso­bi­sty sztan­dar Rze­za­cza wciąż łopo­tał rado­śnie na poran­nym wie­trze, male­jący kwa­drat z czer­wieni i żółci na tle ciem­nej zie­leni lasu.

Cały Wędro­wiec patrzył na cie­śninę, gdzie Wyspa Wie­lo­ry­bów wykrzy­wiała się bli­sko głów­nego lądu. Jego Zad pamię­tał, że ten stra­te­giczny punkt był sil­nie ufor­ty­fi­ko­wany. Zwy­kle ozna­cza­łoby to ich koniec, ale tym razem łucz­nicy zostali odcią­gnięci do udziału w pułapce, a kata­pulty prze­cho­dziły naprawy.

Tak więc wyda­rzył się cud. Żyli i mieli ze sobą naj­więk­sze odkry­cie całej jego piel­grzymki. Krzyk­nął z rado­ści tak gło­śno, że Jaqu­era­ma­phan aż się sku­lił, a dźwięk odbił się echem od pokry­tych zie­le­nią i bielą wzgórz.

pięć

Jefri Olsn­dot miał bar­dzo nie­wiele wyraź­nych wspo­mnień z pułapki i w ogóle nie widział prze­mocy. Na zewnątrz roz­le­gły się jakieś hałasy, a potem mama krzyk­nęła prze­ra­żo­nym gło­sem, żeby został w środku. Potem było mnó­stwo dymu. Pamię­tał dusze­nie się i próbę wyczoł­ga­nia na świeże powie­trze. Stra­cił przy­tom­ność. Kiedy się obu­dził, był przy­wią­zany do jakie­goś typu noszy pierw­szej pomocy, a wszę­dzie wokół krę­ciły się duże stwo­rze­nia podobne do psów. Wyglą­dały bar­dzo śmiesz­nie w bia­łych blu­zach prze­wią­za­nych sznu­rami. Pamię­tał, że zasta­na­wiał się, gdzie są ich wła­ści­ciele. Wyda­wały prze­dziwne odgłosy: gul­go­ta­nie, brzę­cze­nie i syki. Część z nich była tak wysoka, że led­wie je sły­szał.

 

Przez jakiś czas znaj­do­wał się na łodzi, potem na wózku z kołami. Wcze­śniej widział tylko zdję­cia zam­ków, ale miej­sce, do któ­rego go zabrano, było auten­tyczną twier­dzą z ciem­nymi i wyso­kimi wie­żami oraz kamien­nymi murami pod ostrymi kątami. Wędro­wali przez ocie­nione ulice, koła wozu gło­śno tur­ko­tały. Dłu­go­szyje psy nie robiły mu krzywdy, ale unie­ru­cha­mia­jące go pasy były bar­dzo cia­sne. Nie mógł usiąść, nie mógł roz­glą­dać się na boki. Pytał o mamę, tatę i Johannę, tro­chę też pła­kał. Przy jego twa­rzy poja­wił się długi pysk i dotknął go miękki nos. Roz­brzmiał brzę­czący dźwięk, który poczuł w całym sobie, aż do kości. Nie wie­dział, czy ten gest miał być groźbą, czy pocie­sze­niem, ale gwał­tow­nie wcią­gnął powie­trze i spró­bo­wał powstrzy­mać łzy. I tak nie paso­wały do dobrego Strau­mera.

Poja­wiło się teraz wię­cej psów w bia­łych kurt­kach, takich ze śmiesz­nymi łatami ze złota i sre­bra na ramio­nach.

Jego nosze znowu ponie­siono, tym razem w głąb tunelu oświe­tlo­nego pochod­niami. Zatrzy­mali się przed podwój­nymi drzwiami, sze­ro­kimi na dwa metry, ale wyso­kimi led­wie na metr. W jasnym drew­nie osa­dzono dwa meta­lowe trój­kąty. Póź­niej Jefri dowie­dział się, że ozna­czały numer – pięt­na­ście lub trzy­dzie­ści trzy, w zależ­no­ści od tego, czy liczyło się według nóg, czy przed­nich pazu­rów. Dużo, dużo póź­niej oka­zało się też, że jego nad­zorca liczył według nóg, a budow­ni­czy zamku według przed­nich pazu­rów, przez co wylą­do­wał w nie­wła­ści­wym miej­scu. Była to pomyłka, która zmieni histo­rię świa­tów.

Psy w jakiś spo­sób otwo­rzyły drzwi i zacią­gnęły Jefriego do środka. Zebrały się wokół noszy, a ich pyski roz­wią­zały wię­żące go taśmy. Zoba­czył przy tym prze­bły­ski rzę­dów kłów ostrych jak igły. Bul­go­ta­nie i brzę­cze­nie zro­biło się bar­dzo gło­śne. Kiedy Jefri usiadł, psy się cof­nęły. Dwa z nich przy­trzy­mały drzwi do wyj­ścia pozo­sta­łej czwórki. Grupa cyr­kowa wyszła i drzwi zamknęły się z trza­skiem.

Jefri przez dłuż­szą chwilę wpa­try­wał się w wyj­ście. Zda­wał sobie sprawę, że to wcale nie była grupa cyr­kowa, psy musiały być inte­li­gentne. W jakiś spo­sób zasko­czyły jego rodzi­ców i sio­strę. Gdzie oni są? Pra­wie znowu zaczął pła­kać. Nie widział ich przy statku kosmicz­nym, musieli też zostać zła­pani. Wszy­scy zostali uwię­zieni w tym zamku, tylko w osob­nych lochach. W jakiś spo­sób muszą się odszu­kać!

Dźwi­gnął się na nogi i przez chwilę krę­ciło mu się w gło­wie. Wszystko wciąż pach­niało dymem. To nie miało zna­cze­nia, nade­szła pora na roz­po­czę­cie prób wydo­sta­nia się. Obszedł pokój dookoła. Był wielki i wcale nie przy­po­mi­nał lochów, które widział w fil­mach. Sufit był bar­dzo wysoką kopułą, roz­ciętą dwu­na­stoma pio­no­wymi szcze­li­nami. Przez jedną z nich wpa­dał migo­czący pył­kami kurzu słup świa­tła, roz­le­wa­jąc się na wyście­ła­nej ścia­nie. Było to jedyne oświe­tle­nie pomiesz­cze­nia, choć zde­cy­do­wa­nie wystar­cza­jące w sło­neczny dzień. W czte­rech rogach sali tuż pod kopułą roz­miesz­czono bal­kony z niskimi porę­czami. Dostrzegł drzwi w ścia­nach za nimi. Po bokach każ­dego bal­konu wisiały duże rolki z jaki­miś napi­sami bar­dzo dużym tek­stem. Pod­szedł do ściany i poma­cał sztywną tka­ninę. Litery zostały na niej nama­lo­wane. Jedyny spo­sób na zmianę tre­ści wyma­gał star­cia tego, co już tam zamiesz­czono. Rety. Jak w sta­rych cza­sach na Nyjo­rze, przed Kró­le­stwem Straumli! Ściana pod zwo­jami była z czar­nego lśnią­cego kamie­nia. Ktoś użył kawał­ków kredy, by na niej ryso­wać. Kre­skowe posta­cie psów były bar­dzo zgrubne i sko­ja­rzyły się Jefriemu z rysun­kami małych dzieci ze szkoły.

Zatrzy­mał się, przy­po­mi­na­jąc sobie wszyst­kie dzieci zosta­wione na pokła­dzie statku i na ziemi wokół niego. Rap­tem kilka dni temu bawił się z nimi w szkole Gór­nego Labo­ra­to­rium. Ostatni rok był taki dziwny… rów­no­cze­śnie nudny i pełen przy­gód. Baraki, w któ­rych wszyst­kie rodziny miesz­kały razem, były fajne, ale doro­śli pra­wie ni­gdy nie mieli czasu na zabawę. I nocne niebo było tak inne od tego na Straum.

– Jeste­śmy poza Poza – wyja­śniła mama – i two­rzymy Boga. – Roze­śmiała się, gdy mówiła to pierw­szy raz, ale gdy póź­niej ludzie to powta­rzali, wyda­wali się za każ­dym razem coraz bar­dziej prze­stra­szeni.

Ostat­nie godziny były sza­lone, w końcu pro­wa­dzili na serio ćwi­cze­nia hiber­na­cji. W tych skrzy­niach byli wszy­scy jego przy­ja­ciele… Załkał w strasz­nej ciszy. Nikt go tu nie sły­szał, nikt nie mógł mu pomóc.

Po kilku chwi­lach znowu zaczął myśleć. Jeśli psy nie spró­bują otwie­rać skrzyń, jego przy­ja­cio­łom nic nie powinno być. Jeśli mama i tata zdo­łają wyja­śnić psom…

Wokół sali poroz­sta­wiano dziwne meble: niskie stoły i szafki oraz dra­binki jak w salach zabaw dla dzieci, a wszystko wyko­nane z takiego samego jasnego drewna jak drzwi. Wokół naj­więk­szego stołu leżały czarne poduszki. Na samym stole było mnó­stwo zwo­jów, wszyst­kie pełne tek­stu i rysun­ków. Prze­szedł całą dłu­gość jed­nej ze ścian, jakieś dzie­sięć metrów. W rogu kamienna pod­łoga się koń­czyła, zastą­piona dwu­me­tro­wym kwa­dra­to­wym zagłę­bie­niem ze żwi­rem. Coś woniało tam jesz­cze moc­niej od dymu. Jak w ubi­ka­cji. Jefri roze­śmiał się. One naprawdę były jak psy!

Osło­nięte ściany pochło­nęły jego śmiech, nie odbi­ja­jąc go echem. Coś… spra­wiło, że Jefri pod­niósł wzrok i popa­trzył na drugą stronę sali. Sądził, że jest tu sam, choć wła­ści­wie w jego „lochu” było cał­kiem sporo kry­jó­wek. Na chwilę wstrzy­mał oddech i słu­chał. Pano­wała cał­ko­wita cisza… pra­wie. Na gra­nicy sły­sze­nia, gdzie pisz­czały nie­które maszyny nie­sły­szane przez mamę, tatę, a nawet Johannę… było Coś.

– W… wiem, że tu jesteś – rzu­cił Jefri piskli­wym gło­sem.

Prze­szedł kilka kro­ków w bok, pró­bu­jąc zaj­rzeć za meble, nie pod­cho­dząc do nich. Dalej sły­szał dźwięk, teraz oczy­wi­sty, gdy już go zauwa­żył.

Zza szafki wyj­rzała mała głowa z dużymi ciem­nymi oczami. Była znacz­nie mniej­sza niż u stwo­rzeń, które go tu przy­nio­sły, ale kształt pyska był taki sam. Patrzyli na sie­bie przez chwilę, a potem Jefri powoli ruszył w jego stronę. Szcze­niak? Głowa cof­nęła się, a potem wyło­niła tro­chę bar­dziej. Kątem oka Jefri zoba­czył jakiś ruch – spod stołu wyglą­dała na niego kolejna ciemna postać. Na chwilę znie­ru­cho­miał, wal­cząc z paniką. Jed­nak nie miał gdzie ucie­kać, a może te stwo­rze­nia pomogą mu zna­leźć mamę. Jefri klęk­nął na jedno kolano i powoli wycią­gnął rękę.

– Chodź… pie­sku.

***

Szcze­niak wyczoł­gał się spod stołu, cały czas patrząc na dłoń Jefriego. Fascy­na­cja była obu­stronna, szcze­niak był piękny. Bio­rąc pod uwagę wszyst­kie tysiące lat, przez które psy były hodo­wane przez Ludzi (i innych), mogła to być jakaś dziwna rasa… ale led­wie. Futro było krót­kie i gęste, jak aksa­mit z czerni i bieli. Oba kolory two­rzyły sze­ro­kie plamy bez sza­ro­ści pomię­dzy. Ten szcze­niak miał całą czarną głowę, a zad podzie­lony mię­dzy czerń i biel. Ogon był krótki i nie robił wra­że­nia, raczej nie­wielka osłona zadu. Jefri dostrzegł plamy nagiej czar­nej skóry na ramio­nach i gło­wie. Jed­nak naj­dziw­niej­sza była długa, zwinna szyja. Bar­dziej natu­ral­nie wyglą­da­łaby u ssaka mor­skiego niż u psa.

Jefri poru­szył pal­cami, a szcze­niak sze­rzej otwo­rzył oczy, odsła­nia­jąc białe obwódki wokół źre­nic.

Coś szturch­nęło go w łokieć i Jefri pra­wie pod­sko­czył. Ich jest wię­cej! Do jego ręki pode­szły jesz­cze dwa. A ten, któ­rego zoba­czył jako pierw­szego, cią­gle sie­dział na miej­scu, przy­glą­da­jąc mu się czuj­nie. Gdy zoba­czył szcze­niaki odsło­nięte, prze­ko­nał się, że nie ma w nich nic wro­giego ani strasz­nego.

Jeden ze szcze­nia­ków poło­żył łapę na nad­garstku Jefriego i łagod­nie przy­ci­snął w dół. Rów­no­cze­śnie inny wycią­gnął pysk i poli­zał palce chłopca. Język miał różowy, szorstki, wąski i zaokrą­glony. Wyso­kie piski przy­brały na sile, wszyst­kie trzy szcze­niaki zbli­żyły się i chwy­ciły pasz­czami jego dłoń.

– Ostroż­nie! – rzu­cił Jefri, cofa­jąc rękę. Pamię­tał zęby doro­słych. Nagle w powie­trzu roz­brzmiało mnó­stwo bul­go­tów i brzę­cze­nia. Humf. Brzmiały bar­dziej jak durne ptaki niż psy. Pod­szedł jeden z pozo­sta­łych szcze­nia­ków, wycią­ga­jąc do Jefriego wąski nos.

– Ostroż­nie! – powie­dział, ide­al­nie odtwa­rza­jąc głos chłopca… choć jego pasz­cza pozo­stała zamknięta. Wygiął szyję, jakby chciał, żeby go… pogła­skać? Jefri wycią­gnął rękę, jego futro było takie mięk­kie! Brzę­cze­nie było teraz bar­dzo gło­śne. Jefri czuł je przez futro. Ale dźwięki nie pocho­dziły tylko od jed­nego zwie­rzę­cia, dobie­gały ze wszyst­kich stron. Szcze­niak odwró­cił kie­ru­nek ruchu, prze­su­wa­jąc pysk po dłoni chłopca. Tym razem pozwo­lił pasz­czy zamknąć się na jego pal­cach. Ow­szem, widział zęby, ale szcze­niak ostroż­nie trzy­mał je tak, by nie doty­kały skóry Jefriego. Czu­bek jego pyska w dotyku przy­po­mi­nał dwa małe palce zamy­ka­jące się i otwie­ra­jące wokół jego ręki.

Trzy zwie­rzęta wsu­nęły się pod jego drugą rękę, jakby też chciały być gła­skane. Poczuł nosy sztur­cha­jące go w plecy, pró­bo­wały wycią­gnąć mu koszulę ze spodni. Dzia­ła­nie było zdu­mie­wa­jąco sko­or­dy­no­wane, pra­wie jakby jego koszulę chwy­cił dwu­ręczny czło­wiek. Ile was tu wła­ści­wie jest? Na chwilę zapo­mniał, gdzie jest, zapo­mniał o ostroż­no­ści. Odwró­cił się i zaczął gła­skać te z tyłu. Ze wszyst­kich stron dobie­gały go zasko­czone piski. Dwa szcze­niaki wci­snęły mu się pod łok­cie, przy­naj­mniej trzy wsko­czyły na plecy i poło­żyły, doty­ka­jąc nosami szyi i uszu.

A Jefriego naszło coś, co uznał za głę­boką myśl: doro­śli zro­zu­mieli, że jest dziec­kiem, po pro­stu nie wie­dzieli, jak dużym. Wsa­dzili go do jed­nego ze swo­ich przed­szkoli! Mama i tata pew­nie wła­śnie z nimi roz­ma­wiali. W końcu wszystko będzie dobrze.

***

Lord Stal nie wybrał imie­nia przy­pad­kowo: stal, naj­no­wo­cze­śniej­szy z metali, stal two­rząca naj­ostrzej­sze i nie­tę­piące się klingi, stal, która może roz­ża­rzyć się do czer­wo­no­ści i nie zawieść, stal – ostrze tnące dla Rze­za­cza. Stal był ukształ­to­waną osobą, naj­więk­szym suk­ce­sem Rze­za­cza.

W pew­nym sen­sie kształ­to­wa­nie dusz nie było niczym nowym. Jego ogra­ni­czoną formą był dobór mio­tów, choć sku­piał się głów­nie na zgrub­nych cechach fizycz­nych. Nawet hodowcy przy­zna­wali, że moż­li­wo­ści umy­słowe sfory wywo­dziły się w róż­nym stop­niu z moż­li­wo­ści jej człon­ków. Jedna para lub trójka pra­wie zawsze odpo­wia­dała za elo­kwen­cję, inna za intu­icję prze­strzenną. Kwe­stia cnót i wad była dużo bar­dziej zło­żona. Żaden poje­dyn­czy ele­ment nie sta­no­wił zasad­ni­czego źró­dła odwagi albo sumie­nia.

Wkła­dem Rze­za­cza w tę dzie­dzinę – podob­nie jak w inne – była nie­zbędna bez­względ­ność, odcię­cie wszyst­kiego poza tym, co naprawdę ważne. Nie­ustan­nie eks­pe­ry­men­to­wał, odrzu­ca­jąc wszyst­kie, poza naj­bar­dziej uda­nymi wyni­kami. Pole­gał na dys­cy­pli­nie, wypar­ciu i czę­ścio­wej śmierci w rów­nym stop­niu jak na mądrym dobo­rze ele­men­tów. Two­rząc Stala, miał już za sobą sie­dem­dzie­siąt lat doświad­cze­nia.

Zanim mógł przy­brać swe imię, Stal spę­dził lata w wypar­ciu, usta­la­jąc, które jego czę­ści połą­czyły się, dając pożą­dane stwo­rze­nie. Coś takiego byłoby nie­moż­liwe bez wymu­sza­nia przez Rze­za­cza. (Przy­kład: gdyby pozbyć się czę­ści sie­bie odpo­wie­dzial­nej za upo­rczy­wość, skąd brać wolę do kon­ty­nu­acji rze­za­nia?). Dla two­rzo­nej duszy pro­ces ozna­czał men­talny chaos, mie­szankę hor­roru i amne­zji. W ciągu dwóch lat doświad­czył więk­szej liczby zmian niż więk­szość osób przez dwa stu­le­cia, a wszyst­kie były kie­ro­wane. Punkt zwrotny nastą­pił, gdy Rze­zacz ziden­ty­fi­ko­wał trójkę obcią­ża­jącą go zarówno sumie­niem, jak i ocię­ża­ło­ścią umy­słową. Jedno z trójki łączyło pozo­sta­łych. Uci­sze­nie go i zastą­pie­nie wła­ści­wym ele­men­tem oka­zało się klu­czową róż­nicą. Reszta była już łatwa i tak naro­dził się Stal.

Gdy Rze­zacz odszedł, by nawró­cić Repu­blikę Dłu­gich Jezior, natu­ralne było, że wła­dzę na miej­scu przej­mie naj­ge­nial­niej­sze z jego dzieł. Stal rzą­dził ser­cem ziem Rze­zacza przez pięć lat. W tym cza­sie nie tylko utrzy­mał wszystko, co stwo­rzył Rze­zacz, ale też roz­sze­rzył jego Domenę poza ostrożne początki.

 

Jed­nak dzi­siaj, w ciągu jed­nego obrotu słońca wokół Ukry­tej Wyspy, mógł wszystko stra­cić.

***

Stal wkro­czył do sali i rozej­rzał się wokół. Prze­ką­ski roz­sta­wiono wła­ści­wie. Blask słońca padał przez szcze­linę w sufi­cie dokład­nie tam, gdzie powi­nien. Po dru­giej stro­nie sali stała część Szreka, jego adiu­tanta.

– Poroz­ma­wiam z gościem na osob­no­ści – ode­zwał się do niego. Nie użył imie­nia „Rze­zacz”. Biała kurtka cof­nęła się uni­że­nie, a jego nie­wi­doczne ele­menty otwarły drzwi z dru­giej strony.

Prze­szedł przez nie pię­cior­niak – trzy samce i dwie samice – wkra­cza­jąc w plamę sło­necz­nego bla­sku. Osob­nik niczym się nie wyróż­niał, ale z dru­giej strony Rze­zacz ni­gdy nie wyglą­dał impo­nu­jąco.

Dwie głowy unio­sły się, by osło­nić oczy pozo­sta­łych. Sfora rozej­rzała się po sali, dostrze­gła sto­ją­cego dwa­dzie­ścia jar­dów dalej Stala.

– Ach… Stal. – Głos był deli­katny jak skal­pel głasz­czący krót­kie włosy na gar­dle.

Stal skło­nił się po wej­ściu gościa. Dźwięk wywo­łał nagły skurcz w brzu­chu i bez­wied­nie opu­ścił brzu­chy na zie­mię. To był jego głos! W tej sfo­rze był przy­naj­mniej frag­ment ory­gi­nal­nego Rze­za­cza. Złote i srebrne epo­lety, oso­bi­sty sztan­dar – to mógł sfał­szo­wać każdy z samo­bój­czą dozą śmia­ło­ści – ale Stal pamię­tał jego zacho­wa­nie. Już go nie dzi­wiło, że poja­wie­nie się tej sfory znisz­czyło dys­cy­plinę na lądzie dziś rano.

Oświe­tlone słoń­cem głowy sfory niczego nie wyra­żały. Czyżby na gło­wach ukry­tych w cie­niu poja­wił się lekki uśmiech?

– Gdzie są pozo­stali, Stal? To, co dziś zaszło, to naj­więk­sza oka­zja w naszych dzie­jach.

Stal dźwi­gnął się z brzu­chów i sta­nął przy barierce.

– Panie. Naj­pierw kilka pytań, tylko mię­dzy nami. Wyraź­nie jesteś w dużym stop­niu Rze­za­czem, ale w jakim…

Jego teraz już wyraź­nie się uśmie­chał, a ocie­nione głowy przy­ta­ki­wały.

– Tak, wie­dzia­łem, że moje dzieło postawi to pyta­nie… Dziś rano poda­łem się za praw­dzi­wego Rze­za­cza, popra­wio­nego jedną czy dwoma wymia­nami. Prawda jest… trud­niej­sza. Wiesz o Repu­blice. – To było naj­bar­dziej ryzy­kowne zagra­nie Rze­za­cza: wyrze­zać całe pań­stwo naro­dowe. Zgi­nę­łyby miliony, a jed­nak wię­cej byłoby kształ­to­wa­nia niż zabi­ja­nia. Efek­tem koń­co­wym byłby pierw­szy kolek­tyw poza tro­pi­kami. Z tą róż­nicą, że pań­stwo Rze­za­cza nie sta­łoby się bez­myśl­nym aglo­me­ra­tem rucha­ją­cym się stale w jakiejś dżun­gli. Jego przy­wódz­two byłoby tak bły­sko­tliwe i bez­względne jak naj­lep­sze sfory w dzie­jach. Takiej sile nie mogłyby się oprzeć żadne ludy świata.

– Było to sza­lone ryzyko, nawet dla jesz­cze bar­dziej sza­lonego celu. Ale pod­ją­łem środki ostroż­no­ści. Mie­li­śmy tysiące neo­fi­tów, z któ­rych wielu nie rozu­miało naszych praw­dzi­wych ambi­cji, choć byli wierni i gotowi do poświę­ceń… jak należy. Zawsze trzy­ma­łem w pobliżu ich spe­cjalną grupę. Poli­cja poli­tyczna spryt­nie pode­szła do sprawy, uży­wa­jąc prze­ciw mnie zabój­stwa tłusz­czą, czego zupeł­nie się nie spo­dzie­wa­łem… ja, który two­rzę tłusz­cze. Nie­ważne, moi ochro­nia­rze byli dobrze wyszko­leni. Kiedy zosta­li­śmy uwię­zieni w Misie Par­la­mentu, zabili po jed­nym lub dwóch ele­men­tach z każ­dej z tych spe­cjal­nych sfor… a ja po pro­stu prze­sta­łem ist­nieć, roz­pro­szony pośród spa­ni­ko­wa­nych zwy­kłych stwo­rzeń, pró­bu­ją­cych uciec z masa­kry.

– Ale wszy­scy wokół cie­bie zostali zabici, tłum nikogo nie oszczę­dził.

Stwo­rze­nie będące Rze­za­czem wzru­szyło ramio­nami.

– To w czę­ści pro­pa­ganda Repu­bliki, a w czę­ści moje dzieło. Roz­ka­za­łem ochro­nia­rzom wza­jem­nie się poza­bi­jać wraz ze wszyst­kimi, któ­rzy nie byli mną.

Stal pra­wie wyra­ził na głos swój podziw. Plan był typowy dla geniu­szu Rze­za­cza i siły jego duszy. Z zabój­stwami zawsze wią­zało się ryzyko, że frag­menty zdo­łają uciec. Krą­żyły słynne histo­rie o odtwa­rza­ją­cych się boha­te­rach. W praw­dzi­wym życiu takie zda­rze­nia były rzad­kie, zwy­kle wystę­po­wały, gdy siły ofiary zdo­łały zapew­nić opiekę przy­wódcy w okre­sie rein­te­gra­cji. Jed­nak Rze­zacz od samego początku zapla­no­wał tę tak­tykę i przy­go­to­wał się do odtwo­rze­nia oso­bo­wo­ści ponad tysiąc mil od Dłu­gich Jezior.

Mimo wszystko… lord Stal z namy­słem przyj­rzał się roz­mówcy. Zigno­ruj głos i zacho­wa­nie. Myśl o wła­dzy, nie o pra­gnie­niach innych, nawet Rze­za­cza. Stal roz­po­znał w sfo­rze tylko dwa ele­menty. Samice i samiec z bia­łymi koń­cami uszu praw­do­po­dob­nie pocho­dziły od poświę­co­nego wyznawcy. Zapewne stały przed nim tylko dwa ele­menty praw­dzi­wego Rze­za­cza, pra­wie nie zagro­że­nie… z wyjąt­kiem bar­dzo praw­dzi­wego zagro­że­nia pozo­rami.

– A twoja pozo­stała część, panie? Kiedy możemy ocze­ki­wać twej peł­nej obec­no­ści?

Stwo­rze­nie będące Rze­za­czem roze­śmiało się. Choć było nie­kom­pletne, wciąż rozu­miało szale wła­dzy. To było pra­wie jak za daw­nych dni. Gdy dwa stwo­rze­nia jasno rozu­miały wła­dzę i zdradę, sama zdrada sta­wała się pra­wie nie­moż­liwa. Może ist­nieć tylko jeden upo­rząd­ko­wany prze­bieg wyda­rzeń, zapew­nia­jący korzy­ści tym, któ­rzy zasłu­gują na rzą­dze­nie.

– Pozo­stali mają rów­nie dobre… nośniki. Przy­go­to­wa­łem szcze­gó­łowe plany, trzy różne trasy, trzy zestawy agen­tów. Dotar­łem bez­piecz­nie i nie wąt­pię, że tak samo będzie z pozo­sta­łymi, naj­wy­żej w ciągu kilku dzie­sią­tek dni. Do tego czasu – sfora obró­ciła głowy do Stali – do tego czasu, drogi Stal, nie zgła­szam rosz­czeń do peł­nej roli Rze­za­cza. Zro­bi­łem to wcze­śniej, by usta­lić prio­ry­tety i ochro­nić ten frag­ment do czasu odtwo­rze­nia. Jed­nak ta sfora ma celowo słab­szy umysł i wiem, że nie prze­trwał­bym jako władca moich wcze­śniejszych dzieł.

Stal zasta­no­wił się nad jego sło­wami. Plany stwo­rze­nia wyda­wały się dosko­nałe. Pra­wie dosko­nałe.

– Czyli przez naj­bliż­sze kilka dzie­sią­tek dni chcesz przy­jąć uboczną rolę? Dobrze. Jed­nak ogło­si­łeś się Rze­za­czem. Jak mam cię przed­sta­wiać?

Drugi się nie zawa­hał.

– Tyra­thect, Rze­zacz ocze­ku­jący.

***

Szy­fro­wa­nie: 0

Ode­brano: Nadaj­nik-odbior­nik prze­kaź­nika 03 w Prze­kaź­niku

Ścieżka języ­kowa: sam­nor­ski → tri­skwe­liń­ski, SjK: jed­nostki prze­kaź­ni­kowe

Od: Główny Straumli

Temat: Otwarto archi­wum w Dol­nej Trans­cen­den­cji!

Stresz­cze­nie: Nasze łącza ze Znaną Sie­cią będą cza­sowo wyłą­czone

Słowa klu­czowe: trans­cen­den­cja, dobre wie­ści, szanse biz­ne­sowe, nowe archi­wum, pro­blemy z łącz­no­ścią

Dys­try­bu­cja:

Gdzie oni są?, grupa dys­ku­syjna

Homo sapiens, grupa dys­ku­syjna

Motley Hatch, grupa admi­ni­stra­cyjna

Nadaj­nik-odbior­nik prze­kaź­nika 03 w Prze­kaź­niku

Nadaj­nik-odbior­nik Pieśń wia­tru w Dol­nym Debley

Nadaj­nik-odbior­nik Nie-na-długo w Przy­stanku

Data: 11:45:20 czasu Doków, 01/09 roku 52089 Orga­ni­za­cji

Tekst wia­do­mo­ści:

Z dumą infor­mu­jemy, że ludzka firma badaw­cza z Kró­le­stwa Straumli odkryła w Dol­nej Trans­cen­den­cji dostępne archi­wum. Nie jest to ogło­sze­nie o Trans­cen­den­cji lub utwo­rze­niu nowej Potęgi. Opóź­ni­li­śmy tę infor­ma­cję do czasu dopil­no­wa­nia naszych praw wła­sno­ści i bez­pie­czeń­stwa archi­wum. Zain­sta­lo­wa­li­śmy inter­fejsy, które powinny uczy­nić archi­wum kom­pa­ty­bilne ze stan­dar­dową skład­nią zapy­tań z Sieci. Za kilka dni moż­liwy będzie komer­cyjny dostęp. (Patrz omó­wie­nie pro­ble­mów doty­czą­cych har­mo­no­gramu poni­żej). Archi­wum jest wyjąt­kowe ze względu na swoje zabez­pie­cze­nia, zro­zu­mia­łość i wiek. Uwa­żamy, że zawiera ono utra­cone gdzie indziej infor­ma­cje doty­czące zarzą­dza­nia arbi­tra­żem i koor­dy­na­cją inter­fej­sów. Prze­ślemy szcze­góły do wła­ści­wych grup dys­ku­syj­nych. Jeste­śmy bar­dzo pod­eks­cy­to­wani otwie­ra­ją­cymi się moż­li­wo­ściami. Zwra­camy uwagę, że nie było potrzeby inte­rak­cji z Potę­gami i żadna część Kró­le­stwa Straumli nie doznała trans­cen­den­cji.