Ogień nad Otchłanią

Tekst
Z serii: Artefakty
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Żad­nego prze­bi­cia. Założę się, że mógł­bym tym nawet z powro­tem wystar­to­wać!

dwa

Gdyby tra­fił w to miej­sce godzinę wcze­śniej lub póź­niej, życie Wędrowca Wic­kw­rac­kruma poto­czy­łoby się zupeł­nie ina­czej.

Trójka podróż­nych kie­ro­wała się na zachód, scho­dząc z Lodo­wych Kłów w stronę zamku Rze­za­cza na Ukry­tej Wyspie. Miał w życiu takie okresy, kiedy nie potra­fił znieść innych, ale w ciągu ostat­niej dekady Wędro­wiec stał się dużo bar­dziej towa­rzy­ski. Obec­nie lubił podró­żo­wać z innymi. Pod­czas ostat­niej wyprawy przez Wiel­kie Pia­ski w jego gru­pie było pięć sfor. Czę­ściowo wyni­kało to z potrzeby bez­pie­czeń­stwa: gdy odle­gło­ści mię­dzy oazami się­gają tysiąca mil, śmierć bywa nie­mal nie­unik­niona, zwłasz­cza gdy oazy też cza­sami zni­kają. Jed­nak poza bez­pie­czeń­stwem dużo się nauczył z roz­mów z innymi.

Nie był tak zado­wo­lony z obec­nych towa­rzy­szy. Żadne z nich nie było piel­grzy­mem, oboje mieli tajem­nice. Rysik Jaqu­era­ma­phan był przy­jem­nym, zabaw­nym przy­głu­pem i źró­dłem mnó­stwa nie­po­wią­za­nych infor­ma­cji… Choć nie­wy­klu­czone, że był szpie­giem. Co było w porządku, jeśli tylko ludzie nie będą uwa­żać, że Wędro­wiec z nim pra­cuje. Tak naprawdę jed­nak nie­po­ko­iła go trze­cia człon­kini ich grupy: Tyra­thect była nowi­cjuszką, jesz­cze nie do końca zin­te­gro­waną, i nie miała przy­ję­tego nazwi­ska. Twier­dziła, że jest nauczy­cielką szkolną, jed­nak gdzieś w niej (w nim? pre­fe­ren­cje płciowe nie były jesz­cze wyraźne) krył się zabójca. Stwo­rze­nie było w oczy­wi­sty spo­sób fana­tyczną rze­za­czystką, trzy­ma­jącą się na ubo­czu i więk­szość czasu bar­dzo sztywną. Pra­wie na pewno ucie­kała przed czystką, którą pro­wa­dzono po nie­uda­nej pró­bie prze­ję­cia wła­dzy na wscho­dzie przez Rze­za­cza.

Natknął się na nich przy Wschod­niej Bra­mie, po repu­bli­kań­skiej stro­nie Lodo­wych Kłów. Oboje chcieli odwie­dzić zamek na Ukry­tej Wyspie. W sumie prze­cież to było zale­d­wie sześć­dzie­siąt mil w bok od głów­nego szlaku do Domeny Sny­ce­rza, wystar­czyło tylko prze­kro­czyć góry. Zresztą od lat chciał odwie­dzić dzie­dzinę Rze­za­cza. Może któ­reś z tej dwójki zapewni mu wej­ście do środka. Tak duża część świata pięt­no­wała rze­za­czy­stów. Wędro­wiec Wic­kw­rac­krum nie potra­fił się zde­cy­do­wać, co sądzi na temat ich zła: gdy zła­mie się dość zasad, cza­sem z jatki rodzi się coś dobrego.

Tego popo­łu­dnia wresz­cie dotarli do miej­sca, z któ­rego zoba­czyli przy­brzeżne wyspy. Wędro­wiec był tu zale­d­wie pięć­dzie­siąt lat temu, ale i tak nie był przy­go­to­wany na urodę oko­lic. Pół­nocno-zachod­nie wybrzeże było naj­ła­god­niej­szym rejo­nem ark­tycz­nym świata. W środku lata, pod­czas nie­koń­czą­cego się dnia, wycięte przez lodowce doliny pokry­wały się zie­le­nią. Bóg rzeź­biarz pochy­lił się nad tą zie­mią ze swo­imi lodo­wymi dłu­tami. Teraz po lodzie i śniegu zostały tylko mgli­ste łuki na wschod­nim hory­zon­cie i łaty resz­tek roz­pro­szone na pobli­skich wzgó­rzach. Ten śnieg topił się przez całe lato, będąc źró­dłem małych stru­my­ków łączą­cych się ze sobą w kaskady spły­wa­jące po stro­mych zbo­czach dolin. Z pra­wej Wędro­wiec truch­tał przez pła­ski kawa­łek ziemi prze­siąk­nięty sto­jącą wodą. Chłód pod sto­pami był nie­zwy­kle przy­jemny i nie prze­szka­dzały mu nawet zbie­ra­jące się chmary muszek.

Tyra­thect szła rów­no­le­gle do niego, ale powy­żej linii wrzo­sów. Była dość roz­mowna do chwili, gdy dolina skrę­ciła i w polu widze­nia poja­wiły się wyspy. Gdzieś tam wzno­sił się zamek Rze­za­cza, jej mroczny cel.

Rysik Jaqu­era­ma­phan był wszę­dzie wokół, bez­myśl­nie bie­ga­jąc po oko­licy. Zbie­rał się w dwójki i trójki, wypra­wia­jąc jakieś figle wzbu­dza­jące śmiech nawet w poważ­nej Tyra­thect, a potem wspi­nał się na wzgó­rza i opo­wia­dał, co widzi w oddali. On pierw­szy zoba­czył wybrzeże, co tro­chę go otrzeź­wiło. Jego wygłupy były dość nie­bez­pieczne, nawet gdy nie robił ich w oko­li­cach zaj­mo­wa­nych przez gwał­ci­cieli.

Wic­kw­rac­krum zarzą­dził prze­rwę i zebrał się na tyle, by popra­wić sobie taśmy na ple­ca­kach. Reszta popo­łu­dnia będzie ner­wowa. Będzie musiał zde­cy­do­wać, czy naprawdę chce wejść do zamku z towa­rzy­szami. Są pewne gra­nice ducha przy­gody, nawet u piel­grzyma.

– Hej, sły­szy­cie coś baso­wego?! – zawo­łała Tyra­thect. Wędro­wiec nasta­wił uszu. Fak­tycz­nie dotarł do niego grzmot – potężny, ale pra­wie poni­żej zakresu słu­chu. Na chwilę jego zdzi­wie­nie zmie­niło się w strach. Stu­le­cie temu prze­żył potężne trzę­sie­nie ziemi. Tam­ten dźwięk był podobny, choć tym razem zie­mia nie ruszała mu się pod sto­pami. Czy to zna­czyło, że teraz nie będzie lawin ani gwał­tow­nych powo­dzi? Przy­padł niżej, roz­glą­da­jąc się we wszyst­kie strony.

– To jest na nie­bie! – wska­zał Jaqu­era­ma­phan.

Nie­mal nad ich gło­wami wisiało źró­dło bla­sku, mała kre­ska świa­tła. W umy­śle Wic­kw­rac­kruma nie poja­wiły się żadne wspo­mnie­nia, nawet legendy. Roz­sta­wił się, kie­ru­jąc wszyst­kie oczy na powoli prze­su­wa­jące się świa­tło. Boży chór. To coś musi być całe mile w górze, a on mimo to sły­szał jego dźwięk. Odwró­cił wzrok od świa­tła, czu­jąc bole­sne powi­doki w oczach.

– Robi się jaśniej­sze i gło­śniej­sze – rzu­cił Jaqu­era­ma­phan. – Chyba opada na tamte wzgó­rza, na wybrzeżu.

Wędro­wiec zebrał się cia­sno i pobiegł na zachód, krzy­cząc do pozo­sta­łych. Dotrze tak bli­sko, jak będzie to bez­pieczne, i będzie obser­wo­wał. Nie spoj­rzał już w górę, było na to za jasno. To coś rzu­cało cie­nie w środku dnia!

Prze­biegł kolejne pół mili. Gwiazda wciąż uno­siła się w powie­trzu. Nie potra­fił sobie przy­po­mnieć gwiazdy, która spa­da­łaby tak powoli, choć nie­które z naj­więk­szych potwor­nie wybu­chały. Wła­ści­wie… nie sły­szał żad­nych histo­rii od ludzi, któ­rzy zna­leźli się bli­sko cze­goś takiego. Ta myśl spra­wiła, że jego dzika cie­ka­wość piel­grzyma przy­ga­sła. Rozej­rzał się na wszyst­kie strony. Ni­gdzie nie zoba­czył Tyra­thect, a Jaqu­era­ma­phan sie­dział sku­lony przy jakichś kamie­niach z przodu.

Świa­tło zaś było tak jasne, że tam, gdzie nie chro­niło go ubra­nie, Wic­kw­rac­krum czuł żar na skó­rze. Hałas z nieba zro­bił się bole­śnie gło­śny. Wędro­wiec prze­sko­czył przez brzeg doliny, prze­tur­lał się, zachwiał i spadł po stro­mej kamien­nej ścia­nie. Zna­lazł się w cie­niu: padało na niego tylko świa­tło słońca. Drugą stronę doliny roz­świe­tlał blask i ostre cie­nie prze­miesz­czały się z nie­wi­docz­nym obiek­tem z tyłu. Hałas wciąż był baso­wym grzmo­tem, ale tak gło­śnym, że przy­tę­piał umysł. Wędro­wiec chwiej­nie wkro­czył mię­dzy drzewa i szedł dalej, aż osła­niało go sto metrów lasu. To powinno zde­cy­do­wa­nie pomóc, a jed­nak hałas wciąż nara­stał, robił się cią­gle gło­śniej­szy…

Na chwilę stra­cił przy­tom­ność. Gdy doszedł do sie­bie, dźwięk gwiazdy ustał. Dzwo­nie­nie pozo­sta­wione po sobie w jego bęben­kach powo­do­wało oszo­ło­mie­nie. Zato­czył się otu­ma­niony. Wyglą­dało na to, że pada… tylko że nie­które kro­pelki się jarzyły. Miej­scami w lesie poja­wiały się nie­wiel­kie ognie. Ukrył się pod drze­wami o gęstej koro­nie do czasu, aż pło­nące kamie­nie prze­stały spa­dać. Ognie się nie roz­prze­strze­niały, lato było sto­sun­kowo wil­gotne.

Wędro­wiec leżał cicho, cze­ka­jąc na kolejne pło­nące kamie­nie lub nowy grzmot gwiazdy. Nic. Wiatr wśród szczy­tów drzew osłabł. Sły­szał ptaki, świersz­cze i kołat­kowce. Poszedł do skraju lasu i wyj­rzał w kilku miej­scach. Jeśli nie liczyć plam wypa­lo­nych wrzo­sów, wszystko wyglą­dało nor­mal­nie, ale miał ogra­ni­czone pole widze­nia – widział ściany głów­nej doliny i kilka szczy­tów wzgórz. Ha! Zauwa­żył Rysika Jaqu­era­ma­phana trzy­sta metrów dalej, na wzgó­rzu. W więk­szo­ści sie­dział sku­lony w dziu­rach i zagłę­bie­niach, ale parę ele­men­tów patrzyło w stronę, gdzie spa­dła gwiazda. Wędro­wiec zmru­żył oczy. Rysik przez więk­szość czasu był strasz­nym bufo­nem, ale cza­sami wyda­wało się to przy­krywką: jeśli naprawdę był głupi, miał też w sobie prze­bły­ski geniu­szu. Wick nie raz widział go z oddali, jak pra­co­wał w parach z jakimś dziw­nym narzę­dziem… Tak jak teraz: tam­ten trzy­mał coś dłu­giego, przy­sta­wio­nego do oka.

Wic­kw­rac­krum wyczoł­gał się z lasu, trzy­ma­jąc się bli­sko sie­bie i sta­ra­jąc się nie hała­so­wać. Wspi­nał się ostroż­nie wokół skał, prze­my­ka­jąc mię­dzy kępami wrzo­sów, aż zna­lazł się tuż pod zwień­cze­niem doliny, jakieś pięć­dzie­siąt metrów od Jaqu­era­ma­phana. Usły­szał jego myśli. Jeśli podej­dzie bli­żej, Rysik usły­szy jego, nawet jeśli pozo­sta­nie tak sku­lony i wyci­szony.

– Pssst! – ode­zwał się Wic­kw­rac­krum.

Brzę­cze­nie i mam­ro­ta­nie ustało w chwili wstrzą­śnię­tego zasko­cze­nia. Jaqu­era­ma­phan scho­wał tajem­ni­czy przy­rząd do patrze­nia do ple­caka i zebrał się razem, myśląc bar­dzo cicho. Przez chwilę patrzyli na sie­bie, a potem Rysik wyko­nał śmieszne spi­ralne gesty przy bar­ko­wych bęben­kach. Słu­chaj.

– Potra­fisz tak roz­ma­wiać? – Jego głos zabrzmiał bar­dzo wysoko, w zakre­sie, w któ­rym nie­któ­rzy nie potra­fili pro­wa­dzić roz­mowy, bo ich uszy nie sły­szały niskich dźwię­ków. Wysoka mowa mogła być trudna do zro­zu­mie­nia, ale była też bar­dzo kie­run­kowa i szybko cichła wraz z odle­gło­ścią, więc nikt inny ich nie usły­szy. Wędro­wiec przy­tak­nął.

– Wysoka mowa to nie pro­blem. – Sztuczka pole­gała na uży­wa­niu tonów dosta­tecz­nie czy­stych, by nie wywo­ły­wać zmie­sza­nia.

– Wyj­rzyj nad grzbie­tem, przy­ja­cielu piel­grzy­mie. Jest tam coś nowego pod słoń­cem.

Wędro­wiec pod­szedł około trzy­dzie­stu jar­dów w górę, roz­glą­da­jąc się na wszyst­kie strony. Z tego miej­sca było widać cie­śniny, lśniące sre­brem w pro­mie­niach popo­łu­dnio­wego słońca. Pół­nocna część doliny za jego ple­cami pogrą­żyła się już w cie­niu. Wysłał jeden ele­ment do przodu, bie­giem mię­dzy wzgór­kami, by popa­trzył w dół na rów­ninę, gdzie wylą­do­wała gwiazda.

 

Boży chór, pomy­ślał do sie­bie (ale cicho). Pod­pro­wa­dził tam kolejny ele­ment, by uzy­skać widok z para­laksą. To coś wyglą­dało jak duża ceglana szopa usta­wiona na szczu­dłach. Jed­nak to była spa­dła gwiazda: zie­mia wokół niej jarzyła się przy­ga­szoną czer­wie­nią, a z oko­licz­nych mokrych wrzo­sów wokół wzno­siła się mgła. Roze­rwana zie­mia została roz­rzu­cona w dłu­gich liniach roz­cho­dzą­cych się od punktu pod obiek­tem.

Kiw­nął głową Jaqu­era­ma­pha­nowi.

– Gdzie jest Tyra­thect?

Rysik wzru­szył ramio­nami.

– Założę się, że gdzieś daleko z tyłu. Roz­glą­dam się za nią… Ale widzisz innych, żoł­nie­rzy z zamku Rze­za­cza?

– Nie! – Wędro­wiec spoj­rzał na zachód od miej­sca lądo­wa­nia. Tam. Byli pra­wie milę dalej, w blu­zach masku­ją­cych, czoł­gali się na brzu­chach przez nie­równy teren. Dostrzegł przy­naj­mniej trzech żoł­nie­rzy. Byli duzi, wszy­scy sze­ścio­ra­czy. – Jak dotarli tu tak szybko? – Zer­k­nął na słońce. – Od początku tego wszyst­kiego nie mogło upły­nąć wię­cej niż pół godziny.

– Mieli szczę­ście. – Jaqu­era­ma­phan wró­cił na grzbiet i się rozej­rzał. – Założę się, że byli już w oko­licy, gdy gwiazda zaczęła spa­dać. To wszystko tery­to­rium Rze­za­cza, muszą tu mieć patrole. – Przy­siadł tak, że z dołu można byłoby zoba­czyć tylko dwie pary oczu. – Wiesz, to for­ma­cja zasadz­kowa.

– Nie wyda­jesz się zado­wo­lony na ich widok. Prze­cież to twoi przy­ja­ciele, pamię­tasz? Ludzie, któ­rych chcia­łeś spo­tkać.

Rysik sar­ka­stycz­nie prze­krzy­wił głowę.

– Dobra, dobra. Nie napa­waj się. Chyba od początku wie­dzia­łeś, że wcale nie jestem takim wiel­kim miło­śni­kiem Rze­za­cza.

– Domy­śli­łem się.

– No cóż, koniec gry. Cokol­wiek tu spa­dło tego popo­łu­dnia, jest warte wię­cej dla, uch, moich przy­ja­ciół niż wszystko, czego mógł­bym się dowie­dzieć na Ukry­tej Wyspie.

– A co z Tyra­thect?

– Ha, ha. Oba­wiam się, że nasza sza­cowna towa­rzyszka jest bar­dzo auten­tyczna. Założę się, że jest lor­dem Rze­za­czy­stów, a nie pro­stą służką, jaką wydaje się na pierw­szy rzut oka. Sądzę, że wielu jej podob­nych prze­myka się teraz przez góry, ucie­ka­jąc z Repu­bliki Dłu­gich Jezior. Scho­waj swoje tylne czę­ści, kolego. Jeśli nas zauważy, ci żoł­nie­rze z pew­no­ścią nas dopadną.

Wędro­wiec zszedł niżej w zagłę­bie­nia i nory, któ­rych pełno było wśród wrzo­sów. Miał dosko­nały widok na dolinę. Jeśli Tyra­thect nie było jesz­cze na miej­scu, zoba­czy ją dużo wcze­śniej niż ona jego.

– Wędrow­cze?

– Tak?

– Jesteś piel­grzy­mem. Podró­żu­jesz po świe­cie… od początku czasu, a przy­naj­mniej tak nas prze­ko­nu­jesz. Jak daleko naprawdę się­gają twoje wspo­mnie­nia?

Bio­rąc pod uwagę sytu­ację, Wic­kw­rac­krum skło­nił się ku szcze­ro­ści.

– Jak możesz się spo­dzie­wać: kil­ka­set lat. Potem docho­dzą do tego legendy, wspo­mnie­nia rze­czy, które praw­do­po­dob­nie się wyda­rzyły, ale szcze­góły są prze­mie­szane i roz­myte.

– No cóż, ja nie podró­żo­wa­łem wiele i jestem dość nowy. Ale za to czy­tam. Dużo. Ni­gdy wcze­śniej nie było niczego takiego. Tamto coś zostało zro­bione. Zle­ciało z wyso­ko­ści więk­szej, niż mogę zmie­rzyć. Czy­ta­łeś Aram­stri­qu­esa albo Astro­loga Bele­lele? Wiesz, co to może być?

Wic­kw­rac­krum nie roz­po­znał imion. Jed­nak był piel­grzy­mem. Ist­niały lądy tak odle­głe, że nikt tam nie mówił żad­nym zna­nym mu języ­kiem. Na połu­dnio­wych morzach spo­tkał ludzi uwa­ża­ją­cych, że nie ma żad­nego świata poza ich wyspami, któ­rzy ucie­kli od jego łodzi, gdy zszedł na brzeg. Co wię­cej, jedna jego część była wyspia­rzem i obser­wo­wała to lądo­wa­nie.

Wysta­wił głowę nad grzbiet i znowu spoj­rzał na spa­dłą gwiazdę, gościa z odle­gło­ści więk­szej, niż kie­dy­kol­wiek podró­żo­wał… i zaczął się zasta­na­wiać, gdzie jego piel­grzymka może go zapro­wa­dzić.

trzy

Dopiero po pię­ciu godzi­nach grunt ostygł na tyle, by tata opu­ścił na zie­mię rampę schod­kową. Ostroż­nie zszedł po niej z Johanną i oboje prze­sko­czyli przez dymiącą zie­mię, by sta­nąć na sto­sun­kowo nie­usz­ko­dzo­nej gle­bie. Minie dużo czasu, zanim grunt cał­kiem wysty­gnie: wydech z dyszy był bar­dzo „czy­sty”, pra­wie nie oddzia­ły­wał ze zwy­kłą mate­rią, co zna­czyło, że słup bar­dzo gorą­cej skały roz­cią­gał się na parę tysięcy metrów w dół pod ich stat­kiem.

Mama sie­działa we wła­zie, obser­wu­jąc teren wokół. Trzy­mała stary pisto­let taty.

– Widzisz coś?! – krzyk­nął do niej tata.

– Nie. A Jefri nie widzi też niczego przez kamery.

Tata obszedł kon­te­ner towa­rowy, kon­tro­lu­jąc użyte nie­wła­ści­wie słupy dokowe. Zatrzy­my­wali się co dzie­sięć metrów i usta­wiali emi­tery dźwięku. To był pomysł Johanny. Poza pisto­le­tem taty wła­ści­wie nie mieli broni. Emi­tery były przy­pad­ko­wym ładun­kiem, wypo­sa­że­niem ambu­la­to­rium. Przy wła­ści­wym zapro­gra­mo­wa­niu mogły wysłać bar­dzo gło­śny sygnał obej­mu­jący cały zakres dźwię­kowy, co może wystar­czy­łoby do odstra­sze­nia miej­sco­wych zwie­rząt. Johanna szła za ojcem, zaga­piona w oko­licę, a jej ner­wo­wość powoli ustę­po­wała zachwy­towi. Było tu tak pięk­nie, tak fan­ta­stycz­nie. Stali na sze­ro­kim polu pośród wyso­kich wzgórz. Od zachodu wzgó­rza opa­dały ku cie­śni­nom i wyspom, a od pół­nocy względ­nie równy teren koń­czył się gwał­tow­nie na skraju sze­ro­kiej doliny. Widziała tam spły­wa­jące z gór wodo­spady. Zie­mia pod jej sto­pami wyda­wała się gąb­cza­sta. Lądo­wi­sko zostało pomarsz­czone w tysiące małych wzgór­ków, jak fale zła­pane na foto­gra­fii. Na wyż­szych wzgó­rzach leżały poroz­rzu­cane płachty śniegu. Johanna zmru­żyła oczy, patrząc na pół­noc, w stronę słońca. Pół­noc?

– Która godzina, tato?

Olsn­dot roze­śmiał się, wciąż oglą­da­jąc spód kon­te­nera.

– Miej­scowa pół­noc.

Johanna została wycho­wana na umiar­ko­wa­nej sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej Straum. Celem więk­szo­ści jej wycie­czek szkol­nych był kosmos, gdzie dziwne geo­me­trie słońca nie sta­no­wiły niczego nie­zwy­kłego, ale jakoś ni­gdy nie przy­szło jej do głowy, że coś takiego może się dziać też na pla­ne­cie. To zna­czy widok słońca tuż nad szczy­tem świata.

***

Naj­pil­niej­szą sprawą było wyła­do­wa­nie połowy skrzyń hiber­na­to­rów na zewnątrz i poprze­sta­wia­nie tych pozo­sta­łych w środku. Mama uznała, że to wyeli­mi­nuje ich pro­blemy z tem­pe­ra­turą, nawet w przy­padku skrzyń pozo­sta­wio­nych na pokła­dzie.

– Posia­da­nie nie­za­leż­nych zasi­la­czy i wen­ty­la­cji będzie teraz zaletą. Wszyst­kie dzieci będą bez­pieczne. Johanna, sprawdź pracę Jefriego przy tych w środku, dobrze?

Drugą w kolej­no­ści sprawą będzie uru­cho­mie­nie pro­gramu śle­dzą­cego prze­kaź­nik i skon­fi­gu­ro­wa­nie łącz­no­ści ultra­świetl­nej. Johanna oba­wiała się tro­chę tego kroku. Jakie wie­ści ich cze­kają? Wie­dzieli już, że Górne Labo­ra­to­rium zostało prze­jęte i roz­po­częła się kata­strofa prze­wi­dziana przez mamę.

Jaka część Kró­le­stwa Straumli była już mar­twa? Wszy­scy w Gór­nym Labo­ra­to­rium sądzili, że radzą sobie tak dobrze, a teraz… Nie myśl o tym. Może Prze­kaź­ni­kowcy pomogą. Gdzieś tam muszą być istoty, które zdo­łają wyko­rzy­stać to coś zabrane przez nich z Labo­ra­to­rium.

Zostaną ura­to­wani i oży­wią pozo­stałe dzieci. Drę­czyło ją poczu­cie winy z powodu obec­nej sytu­acji. Oczy­wi­ście, że mama i tata potrze­bo­wali pomocy pod koniec lotu, a Johanna była jed­nym z naj­star­szych dzieci w szkole, ale wyda­wało się nie­wła­ściwe, że to ona i Jefri byli jedy­nymi dziećmi wcho­dzą­cymi w to wszystko z otwar­tymi oczami. Przy lądo­wa­niu czuła strach mamy. Założę się, że chcieli nas mieć razem z nimi, choćby to miał być ostatni raz. Nie­za­leż­nie od tego, jak łatwo wyglą­dało w wyko­na­niu taty, lądo­wa­nie było naprawdę nie­bez­pieczne. Johanna widziała, gdzie wyrzuty z ziemi ude­rzyły w kadłub: gdyby któ­ryś z nich prze­le­ciał przez smugę wylo­tową sil­nika i dostał się do dyszy, wszy­scy byliby teraz parą.

Pra­wie połowa skrzyń hiber­na­to­rów stała już na ziemi, po wschod­niej stro­nie statku. Mama i tata roz­sta­wiali je tak, żeby chło­dziarki nie miały pro­ble­mów przy pracy. Jefri był w środku i spraw­dzał, czy są tam jesz­cze jakieś skrzy­nie wyma­ga­jące uwagi. Gdy nie zacho­wy­wał się jak smar­kacz, był dobrym dzie­cia­kiem. Obró­ciła się w stronę słońca i poczuła chłodny wiatr wie­jący przez wzgó­rza. Usły­szała coś brzmią­cego jak ptasi śpiew.

W chwili ataku Johanna stała obok jed­nego z emi­te­rów dźwięku. Pod­pięła do niego swój ter­mi­nal i zaj­mo­wała się jego pro­gra­mo­wa­niem. Fakt, że nawet jej stary ter­mi­nal był teraz istotny, dobit­nie świad­czył o tym, jak mało im zostało. Ale tata chciał, żeby emi­tery prze­cho­dziły przez naj­szer­szy moż­liwy zakres, robiąc przy tym dużo hałasu, choć z oka­zjo­nal­nymi mak­si­mami co jakiś czas. Jej Poma­rań­czowy Oli­fant zde­cy­do­wa­nie mógł sobie z tym pora­dzić.

– Johanna! – Krzyk mamy zabrzmiał rów­no­cze­śnie z dźwię­kiem roz­trza­ski­wa­nej cera­miki. Dzwon emi­tera obok niej roz­padł się na kawałki. Johanna pod­nio­sła wzrok. Coś wbiło się jej w pierś tuż przy ramie­niu, powa­la­jąc ją. Zaga­piła się głu­pio na ster­czące z niej drzewce. Strzała!

Zachodni skraj ich lądo­wi­ska był pełen… cze­goś. Wyglą­dały jak wilki albo psy, tylko że z dłu­gimi szy­jami, i pędziły szybko do przodu, prze­bie­ga­jąc od wzgórka do wzgórka. Skórę miały w takich samych szaro-zie­lo­nych bar­wach jak zbo­cza, poza oko­li­cami zadów, gdzie dostrze­gła biel i czerń. Nie, to zie­lone było tka­niną, blu­zami. Johanna wpa­dła w szok, jesz­cze nie czu­jąc bólu poci­sku wbi­tego w pierś. Została rzu­cona na tor­fowe zbo­cze i przez chwilę miała widok na cały atak. Zoba­czyła wzbi­ja­jące się w powie­trze kolejne strzały, ciemne kre­ski uno­szące się na nie­bie.

Dostrze­gła też łucz­ni­ków. Kolejne psy! Poru­szały się sta­dami. Do uży­cia łuku potrzeba było dwóch: jeden trzy­mał broń, drugi nacią­gał. Trzeci i czwarty nio­sły koł­czany ze strza­łami i zda­wały się tylko patrzeć.

Łucz­nicy trzy­mali się z tyłu, prze­waż­nie pozo­sta­jąc w ukry­ciu. Ze wszyst­kich stron bie­gły inne sfory, prze­ska­ku­jąc teraz nad wzgór­kami. Wiele trzy­mało w pasz­czach toporki, a na ich pazu­rach błysz­czały meta­lowe szpony. Usły­szała trza­ski pisto­letu taty. Fala ata­ku­ją­cych zachwiała się, tra­cąc poje­dyn­cze osob­niki, ale pozo­stałe bie­gły dalej, teraz war­cząc. Dobie­gało ją brzmie­nie sza­leń­stwa, nie szcze­ka­nia psów. Czuła dźwięki w zębach, jak gło­śną muzykę z dużego gło­śnika. Szczęki, pazury, noże i hałas.

Obró­ciła się na bok, pró­bu­jąc obej­rzeć się na sta­tek. Teraz ból zro­bił się realny. Krzyk­nęła, ale ten dźwięk uto­nął w sza­leń­stwie. Tłusz­cza pobie­gła wokół niej, kie­ru­jąc się na mamę i tatę. Rodzice przy­kuc­nęli za wspor­ni­kiem. Pisto­let w dłoni Arne Olsn­dota nie­ustan­nie bły­skał. Ska­fan­der próż­niowy chro­nił go przed strza­łami.

Na ziemi było coraz wię­cej ciał obcych. Sie­jący inte­li­gent­nymi strzał­kami pisto­let był zabój­czo sku­teczny. Johanna zoba­czyła, że tata prze­ka­zuje pisto­let mamie i wybiega spod statku w jej stronę. Wycią­gnęła ku niemu wolną rękę i krzyk­nęła ze wszyst­kich sił, żeby wra­cał.

Trzy­dzie­ści metrów. Dwa­dzie­ścia pięć. Ogień osło­nowy mamy padał wokół nich, zmu­sza­jąc wilki do cof­nię­cia się. Na bie­gną­cego z rękami unie­sio­nymi do osłony głowy Olsn­dota spa­dła chmura strzał. Dwa­dzie­ścia metrów.

Wilk prze­mknął wysoko nad Johanną. Dostrze­gła przez chwilę jego krót­kie futro i zad z bli­zną. Biegł pro­sto na tatę. Olsn­dot usko­czył, pró­bu­jąc dać żonie linię strzału, ale wilk był zbyt szybki. Zro­bił zwód wraz z nim, bie­gnąc przez dzie­lącą ich odle­głość. Sko­czył, bły­ska­jąc meta­lem na pazu­rach. Johanna zoba­czyła czer­wony roz­prysk z szyi taty i obaj wylą­do­wali na ziemi.

Sjana Olsn­dot na chwilę prze­stała strze­lać. To wystar­czyło. Tłum się roz­stą­pił i w stronę statku pobie­gła duża grupa. Zwie­rzęta nio­sły na ple­cach jakieś zbior­niki. To na prze­dzie trzy­mało w pasz­czy wąż. Wytry­snął z niego stru­mień ciem­nego płynu… i znik­nął w wybu­chu ognia. Wil­cza sfora prze­je­chała pry­mi­tyw­nym mio­ta­czem ognia po ziemi, po wspor­niku, za któ­rym stała Sjana Olsn­dot, po rzę­dach uczniów w hiber­na­cji. Johanna zoba­czyła, że coś się rusza, wykręca w pło­mie­niach i czar­nym dymie, a potem zapada się i pla­stik skrzyń hiber­na­to­rów spływa.

 

Odwró­ciła twarz do ziemi, a potem dźwi­gnęła się na spraw­nej ręce i spró­bo­wała poczoł­gać się w stronę statku, ku pło­mie­niom. Wtedy nad­szedł łaskawy mrok i niczego wię­cej nie pamię­tała.