Maska AfrykiTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

W serii ukazały się ostatnio:

Norman Lewis Grobowiec w Sewilli. Podróż przez Hiszpanię u progu wojny domowej

Gellert Tamas Mężczyzna z laserem. Historia szwedzkiej nienawiści

Angelika Kuźniak Papusza

Peter Robb Sycylijski mrok

Michał Książek Jakuck. Słownik miejsca

Luca Rastello Przemytnik doskonały. Jak transportować tony kokainy i żyć szczęśliwie

Stefano Liberti Na południe od Lampedusy. Podróże rozpaczy

V. S. Naipaul Indie. Miliony zbuntowanych

Magdalena Grochowska Wytrąceni z milczenia (wyd. 2 zmienione)

Florian Klenk Kiedyś był tu koniec świata

Angelika Kuźniak Marlene (wyd. 2)

Elisabeth Åsbrink Czuły punkt. Teatr, naziści i zbrodnia

Frank Westerman Czysta biała rasa. Cesarskie konie, genetyka i wielkie wojny

Barbara Demick W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy

Paweł Smoleński Oczy zasypane piaskiem

Scott Carney Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci

Mateusz Janiszewski Dom nad rzeką Loes

Norman Lewis Neapol ’44. Pamiętnik oficera wywiadu z okupowanych Włoch

Witold Szabłowski Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji (wyd. 2 rozszerzone)

Peter Harris Słuszny opór. Konstruktorzy bomb, rebelianci i legendarny proces o zdradę stanu

Liao Yiwu Bóg jest czerwony. Opowieść o tym, jak chrześcijaństwo przetrwało i rozkwitło w komunistycznych Chinach

Dariusz Rosiak Wielka odmowa. Agent, filozof, antykomunista

Anthony Shadid Nadciąga noc. Irakijczycy w cieniu amerykańskiej wojny

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen

Iza Klementowska Samotność Portugalczyka

V. S. Naipaul Poza wiarą. Islamskie peregrynacje do nawróconych narodów

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka

Drauzio Varella Ostatni krąg. Najniebezpieczniejsze więzienie Brazylii

Ewa Winnicka Angole

Michał Olszewski Najlepsze buty na świecie

Norman Lewis Głosy starego morza. W poszukiwaniu utraconej Hiszpanii

Grzegorz Szymanik Motory rewolucji

W serii ukażą się m.in.:

Karolina Domagalska Nie przeproszę, że urodziłam.

Historie rodzin z in vitro

Pin Ho, Wenguang Huang Uderzenie w czerń. Morderstwo, pieniądze i walka o władzę w Chinach

V. S. Naipaul

Maska Afryki

Odsłony afrykańskiej religijności

Przełożyła Agnieszka Nowakowska


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego The Masque of Africa: Glimpses of African Belief

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Bruno Barbey / Magnum Photos / Forum

Copyright © by V. S. Naipaul, 2010

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2015

Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Nowakowska, 2015

Redakcja Anastazja Oleśkiewicz

Konsultacja afrykanistyczna dr Hanna Rubinkowska-Anioł

Korekta Hanna Antos / d2d.pl, Alicja Listwan / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Zuzanna Szatanik / d2d.pl

ISBN 978-83-8049-025-3

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

ROZDZIAŁ PIERWSZY Grobowiec na Kasubi

ROZDZIAŁ DRUGI Święte miejsca

ROZDZIAŁ TRZECI Opętani

ROZDZIAŁ CZWARTY Leśny król

ROZDZIAŁ PIĄTY Dzieci starego lasu

ROZDZIAŁ SZÓSTY Prywatne pomniki, prywatne pustkowia

Przypisy

Kolofon

Zespołowi „A”

N. S., G. C. G., L. F. de R., Ev. de R., T. T., P. E., D. P. J.,

oraz dla Andrew Wyliego

Rozdział pierwszy
Grobowiec na Kasubi

1

W 1966 roku spędziłem osiem, może dziewięć miesięcy w Afryce Wschodniej. Miesiąc w Tanzanii, sześć tygodni na Wyżynie Kenijskiej, resztę pobytu w Ugandzie. I właśnie Ugandę, patrząc na nią kilka lat później z pewnej perspektywy, wykorzystałem nawet w prozie fabularnej – to można zrobić tylko z poczuciem dostatecznej znajomości miejsca i z zaufaniem do własnego ujęcia. Do Ugandy wróciłem po czterdziestu dwóch latach. Miałem nadzieję zacząć tam tę książkę, myślałem bowiem, że w kraju, który znam, czy znam na poły, łatwiej mi będzie otworzyć się na mój temat, czyli na naturę afrykańskiej religijności. Okazało się jednak, że to miejsce mnie zwodzi.

W 1966 roku byłem w Ugandzie jako pisarz-rezydent na Uniwersytecie Makerere w stołecznej Kampali. Mieszkałem w małym, szarym bungalowie na rozległym, gościnnym i dobrze utrzymanym kampusie, z krawężnikami przy wyasfaltowanych jezdniach i ochroną pilnującą bramy wjazdowej. Stypendium (przyznane mi przez pewną amerykańską fundację) wystarczało na zatrudnienie kierowcy i kucharza. Bez ściśle określonych obowiązków, pozostawiony w gruncie rzeczy samemu sobie, byłem pochłonięty ciężką, codzienną pracą nad książką, którą ze sobą przywiozłem, a Afryce i studentom Makerere poświęcałem mniej uwagi, niżby należało. Kiedy chciałem oderwać się od książki i od kampusu, jechałem jakieś dwadzieścia pięć kilometrów do Entebbe, gdzie było lotnisko i gdzie nad brzegiem Jeziora Wiktorii, ogromnego, największego jeziora w Afryce, był (podobnie jak w innych brytyjskich miastach kolonialnych) ogród botaniczny, do którego zaglądało się z przyjemnością. Czasem ogród miejscami podmywała woda występująca z jeziora (to przypominało o otaczającej nas dzikości przyrody, przed którą jednak byliśmy osłonięci).

Z Kampali do Entebbe jechało się w pejzażu wiejskim; w poczuciu, że w 1966 roku panował spokój, utwierdzała także ta droga. Dzisiaj to się zmieniło. Z powietrza, gdy schodzący do lądowania samolot przebił się przez ciężkie, szare chmury pory deszczowej, można było zobaczyć, jak rozrosło się samo Entebbe, a rozrzucone wśród zielonych mokradeł wioski czy osady sięgają daleko i szeroko, było więc widać, że busz, porastający kiedyś mało ważne tereny w niewielkiej kolonii, stał się cenną ziemią budowlaną. Błyszczące, nowe dachy z blachy falistej zdawały się mówić, że mimo zła niedawnej przeszłości, mimo czterdziestolecia wszelkich afrykańskich nieszczęść – krwawej tyranii, potem wojny i wojenek – zaczęła się tutaj pogoń za pieniędzmi.

Droga do stolicy nie była już drogą przez wieś. Kiedy minęło się stare budynki administracyjne i mieszkalne kolonialnego Entebbe, które jakoś przetrwały (czerwone dachówki ze stali i malowane na biało szalunki wciąż były w dobrym stanie), zaczynała się licha podmiejska prowizorka, gdzie zabudowania (sklepy spożywcze, warsztaty samochodowe, domostwa) często wyglądały tak, jak gdyby czekały na rozbiórkę, póki co monotonnie jaskrawe i obwieszone kolorowymi reklamami telefonów komórkowych.

Cała droga do stolicy tak wyglądała. Zniknął roztaczający się z niej w pewnej chwili widok na Kampalę i jej słynne kiedyś zielone wzgórza. Wszystkie te wzgórza zostały zabudowane, niskie tereny pomiędzy nimi jakby zarosły starą blachą falistą ubogich domostw. Ale wraz z nową zabudową napłynęły pieniądze i samochody, a dla ludzi bez pieniędzy – boda-boda, czyli rowery albo motorowery, których kierowca za parę groszy oferował pasażerowi szybkie przebijanie się przez korki; jazda na tylnym siodełku w czasach kolonialnych pewnie była zabroniona. Jezdnie nie mogły pomieścić jadących pojazdów, mimo pory deszczowej asfalt był pokryty czerwonym i żyznym ugandyjskim pyłem z rozjeżdżonych poboczy. Nie rozpoznawałem tej Kampali i od początku odnosiłem wrażenie, że znalazłem się w miejscu, w którym wydarzyła się katastrofa.

 

Dane demograficzne poznałem później. Mówiły same za siebie. W 1966 roku Uganda miała około pięciu milionów mieszkańców. Dzisiaj – mimo rządów Idi Amina w latach 1971–1979 (który podobno zabił sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi) i porównywalnego z nim, rządzącego w latach 1981–1985, zezwierzęconego Miltona Obote, który nosił na głowie staranną zaczeskę w stylu uchodzącym tutaj za angielski, mimo tych dwóch tyranów oraz wszystkich późniejszych wojenek, które po czterdziestu latach jeszcze nie wygasły (na północy podobno przesiedlono półtora miliona ludzi), i mimo epidemii AIDS – w Ugandzie żyje od trzydziestu do trzydziestu czterech milionów ludzi. Jak gdyby Natura wbrew logice postanowiła przejść samą siebie i krew przelaną w Ugandzie zastąpić z nawiązką, jak gdyby postanowiła, że ten mały kraj i jego wielkie cierpienia nie odejdą w niebyt.

Na szczycie każdego wzgórza stał meczet albo kościół, okazałe świątynie były wszędzie. Swoje świątynie miały wszystkie wyznania chrześcijańskie. A skromniejsze przybytki „narodzonych na nowo” chrześcijan w biedniejszych, zbyt gęsto zabudowanych dzielnicach nosiły czasem fantazyjne nazwy i szyldy: jak gdyby religia była tutaj biznesem, wszechstronnie zaspokajającym rozpaczliwe potrzeby konsumenta. Rywalizowały ze sobą meczety: sunnickie, szyickie, izmaelic­kie – wspólnota izmaelicka, przez niektórych uznawana za heretycką, jest prężna w Afryce Wschodniej. Meczet i szkołę miała nawet sekta ahmadija, czcząca narodzonego w dziewiętnastowiecznych Indiach islamskiego proroka, którego inni muzułmanie nie uznają. Do tego wszystkiego za parę dni miał tu złożyć wizytę Braterski Przywódca Kaddafi z ­Libii, w swoim fantazyjnym stroju i w ciemnych okularach oraz w asyście słynnego żeńskiego oddziału ochroniarek (i dwustu ochroniarzy), by otworzyć bardzo duży meczet libijski w prestiżowym miejscu na wzgórzu w starej Kampali. W handlowej dzielnicy miasta, gdzie interesy robili Indusi, były dwie prawie nowe murowane świątynie induskie. Indusów, wyrzuconych z kraju przez Amina, zaproszono do powrotu, ale nie czekało ich gorące przyjęcie: miejscowa gazeta zastanawiała się, czy aby nie dostali dwa razy za wysokiego odszkodowania, i prosiła czytelników o komentarze. Na znak, że kamienne świątynie są czynne, na ich szczycie powiewały czerwone chorągiewki.

Do lat czterdziestych XIX wieku Uganda żyła w izolacji, żyła własnym życiem. Wtedy przybyli tu ze wschodu arabscy handlarze. Poszukiwali niewolników i kości słoniowej, a w zamian dawali tanie strzelby i przedmioty, które później służyły do zabawy. Arabów zaprosił słynący z okrucieństwa kabaka[1] Suna. Polubił ich zabawki. Szczególnie polubił lusterka; nigdy wcześniej nie oglądał swojej twarzy i nie mógł się jej nadziwić. Jego syn i następca Mutesa w latach 1861–1862 podejmował i zabawiał, a przez parę miesięcy także drażnił do żywego podróżnika Johna Hanninga Speke’a, który wkrótce miał odkryć źródła Nilu.

Ledwie dwudziestopięcioletni Mutesa był władcą prawie tak krwawym jak jego ojciec, ale jednocześnie miał otwartą głowę i nie brakowało mu intuicji ani inteligencji. Spodobały mu się podarowane przez Speke’a strzelby, podobały mu się kompas i inne przybory, które podpatrzył u gościa. A poddany Mutesie lud Baganda[2], z jego zdolnością tworzenia organizacji społecznej, dyscypliną wojskową i rozbudowanym ceremoniałem dworskim, miał własną, kilkusetletnią cywilizację. Baganda budowali drogi tak proste jak Rzymianie, dbali o warunki sanitarne, na Jeziorze Wiktorii trzymali flotę dowodzoną przez admirała, opracowali sztukę nawigacji i potrafili najeżdżać leżącą po drugiej stronie Nilu Busogę. Pozyskiwali żelazo, wytwarzali włócznie i noże, umieli robić tkaniny z kory i budowali piękne domy z trawiastej plecionki – których strzechy przycinali tak starannie jak londyński krawiec, powiedział Speke. Mutesa, który wiedział, że jego poddani potrafią to wszystko, doszedł do śmiałego wniosku, że prawdziwa różnica między nim a Spekiem, pełnym na wskroś wiktoriańskiego zapału do nawracania pogan, dotyczyła sfery filozofii i religii. Mutesa odwrócił się od islamu, który wcześniej niemal już przyjął – oznajmił, że Arabowie to kłamcy – a trzynaście lat później, gdy poznał badacza H. M. Stanleya, poprosił go o pomoc w sprowadzeniu do Ugandy angielskich misjonarzy.

Owoc tej decyzji sprzed stu trzydziestu lat można było teraz oglądać w Kampali. Obca religia, sądząc po rywalizacji kościelnych gmachów na wzgórzach, jak nabyta i zakaźna choroba niczego nie rozwiązywała, nie rozstrzygała spraw ostatecznych, podsycała ogólne napięcie, walczyła o chybione cele, zawężała perspektywy. I można się zastanawiać, czy sam Mutesa, gdyby mógł dziś powrócić, nie przyznałby się do błędu, skoro Afryka, jeśliby w tej materii pozostawić ją samą sobie, być może stworzyłaby własną, bardziej wartościową syntezę starego i nowego.

Dlaczego obce, gdzie indziej objawione religie siały wśród afrykańskich wierzeń takie spustoszenia? Te religie były skomplikowane teologicznie, wątpiłem więc, by proces ich nauczania, wyjaśniania od podstaw ich zasad mógł tutaj przebiegać bez trudu. Spytałem o to księcia Kassima. Był on w prostej linii potomkiem Mutesy, tyle że wywodził się z muzułmańskiej gałęzi królewskiego rodu, w którym doszło do podziału, gdy młody Mutesa był bliski nawrócenia na islam. Książę powiedział, że się mylę. Zarówno chrześcijaństwo, jak i islam okazały się dla Afrykanów atrakcyjne z prostego powodu. Obie religie zapowiadały życie pozagrobowe, w sposób obrazowy przyrzekały ludziom życie po śmierci. Wierzenia afrykańskie, bardziej enigmatyczne w tej sprawie, oferowały jedynie świat duchów i przodków.

2

Uznałem, że powinienem odszukać mój dawny bungalow. Posadziłem przy nim tulipanowiec (kupiony w ogrodzie botanicznym w Entebbe), mając w tyle głowy, że z takiego czy innego powodu być może jeszcze kiedyś przyjadę do Kampali, i wtedy dobrze będzie zobaczyć, jak się miewa to drzewo. Kampus Makerere zmienił się jednak nie do poznania. Zasadność moich wrażeń poniekąd potwierdzała notatka w miejscowej gazecie o bezpowrotnej dewastacji ogrodzenia uniwersytetu. Ale od pewnego wykładowcy dowiedziałem się później, że mimo przejść, jakie tej uczelni nie zostały oszczędzone (w czasach Idi Amina zamordowano prorektora, a wielu profesorów więziono i bito), część archiwum uniwersyteckiego, w tym rejestry zakwaterowania na kampusie, przetrwała nienaruszona. Okazało się, że figuruję w tych rejestrach: w 1966 roku mieszkałem pod numerem 80 przy Kasubi View.

Nazwa ulicy zabrzmiała mi znajomo, co do numeru nie byłem pewien, ale gdy zaprowadzono mnie do mocno zniszczonego bungalowu, poczułem, że nigdy tu nie mieszkałem. Przypuszczam, że zaprowadzono mnie do tego właśnie domu, bo w jego sąsiedztwie wycięto niedawno duże drzewo, po którym pozostał pień. Pokazano mi go, ale ja nie wiedziałem, jak wygląda pień tulipanowca, i nikt z towarzyszących mi osób tego nie wiedział. Tutaj jednak nie zgadzała się cała sceneria. Mój bungalow i ogród zapamiętałem jako odsłonięte i otwarte. Teraz na tej posesji było mroczno i ciasno. Z boku osunął się grunt i w tej zapadlinie wyrosła hałda śmieci.

Kampus Makerere miał problem ze śmieciami – najwyraźniej nie wywożono ich regularnie. Na jego ruchliwych ścieżkach czy dróżkach tu i ówdzie widziało się marabuty, które nie zważając na przechodzących studentów, grzebały długimi dziobami w rozerwanych workach śmieci. (Speke nazywa je adiutantami, bo z wielkimi, złożonymi skrzydłami i długimi, cienkimi, żółtymi nogami rzeczywiście wyglądały bardzo oficjalnie, jak ubrane w płaszcze, patrzące przenikliwie, przygarbione). Te wspaniałe ptaki stały się tutaj śmieciarzami i wydawało się, że właśnie od żerowania w odpadkach ich głowy wyblakły i zostały zdeformowane szpecącymi, obwisłymi fałdami. Musiały żyć z tymi powstałymi wbrew Naturze oszpeceniami. Smutno było na nie patrzeć, tak jak ze smutkiem patrzyło się na studentów: stłoczonych w zagrzybionych salach wykładowych i w dormitoriach obwieszonych sznurami suszącego się prania, i bezsilnych wśród śmieci na dworze. To było wbrew ich naturze – Speke przed stu czterdziestu laty z podziwem pisał o przestrzeganiu higieny przez Ugandyjczyków.

Na kampusie odnosiło się wrażenie, że wszystko sprzysięgło się przeciwko uniwersytetowi i idei studiowania. I znów wiele wyjaśniały liczby. W 1966 roku studiowało tu około czterech tysięcy osób. Dzisiaj – trzydzieści tysięcy. Główna droga, która kiedyś, pamiętam, była za strzeżoną bramą, przypominała teraz ruchliwą ulicę handlową. Tuż obok dusiła się Kampala.

W czasie mojej bytności w mieście na terenie Makerere popełniono co najmniej dwa morderstwa (i sprawcy, i ofiary byli z zewnątrz). Najpierw zginął młody pakistański sprzedawca samochodów, zwabiony na kampus pod pretekstem próbnej jazdy przez fałszywych klientów. To nie powinno budzić podejrzeń, ale jak tylko samochód tam wjechał, siedzący z tyłu mężczyzna przydusił sprzedawcę i śmiertelnie ugodził go nożem w szyję. Ofiarą drugiego morderstwa padł nie kto inny, a ochroniarz, który wczesnym rankiem chciał obrabować pasażera boda-boda.

Z Kasubi View, gdzie – jak mi powiedziano – mieszkałem, kiedyś widać było ponoć grobowiec Mutesy I, wzniesiony w 1884 roku na innym wzgórzu nad miastem. Teraz ten widok zasłoniła zabudowa. Nie przypominam sobie jednak, bym go oglądał w 1966 roku. Pochłonięty pracą nad książką, nie śledziłem należycie sytuacji w kraju i byłem święcie przekonany, że czas na tutejsze sprawy czy zwiedzanie zawsze się znajdzie, a to, że na ulice spokojnej Kampali mogą wyjechać wojskowe ciężarówki, nawet by mi nie przyszło do głowy – więc odkładałem Kasubi, aż zrobiło się za późno. Miałem list polecający do kabaki, sir Fredericka Mutesy, czyli króla Mutesy II, ale wysłałem go dopiero w marcu. Otrzymałem uprzejmą odpowiedź – zważywszy na okoliczności, to zdumiewające – no i wkrótce było już poniewczasie.

Premier Obote kazał wojsku (pod dowództwem Amina) zająć niemal bezbronny pałac kabaki. Większość ludzi nie przypuszczała, że może dojść do takiego świętokradztwa – podniesienia ręki na człowieka, który był nie tylko afrykańskim królem, lecz także ucieleśnieniem duszy swego ludu. Kabaka zdołał jakoś uciec. Nędzny, niegodny monarchy dach nad głową znalazł w Anglii, gdzie trzy lata później, w 1969 roku, zmarł w wieku czterdziestu pięciu lat. W Ugandzie są ludzie, którzy do dziś opłakują tę tragedię, a zwłaszcza przedwczesną śmierć władcy. (Choć Suna zmarł, mając czterdzieści lat, a Mutesa I – czterdzieści osiem).

Do grobowców na Kasubi, w których (wówczas) spoczywali dwaj kabakowie, wybrałem się w 1966 roku pod koniec mojego pobytu w Afryce Wschodniej. Nie przypominam sobie, bym chodził popatrzeć na pałac kabaki; przypuszczam, że pod koniec nie było tam już dostępu. A co do grobowców, mam tylko niewyraźne wspomnienie – myślę, że wciąż obstawiało je wojsko. Byłem tam krótko i (jak mi się wydaje) nie wpuszczono mnie do wnętrza. Ale obraz, który zobaczyłem wtedy w pośpiechu, pozostał we mnie i wraz z upływem lat nabierał coraz większego czaru: okrągła budowla z trawiastej plecionki, o pięknych proporcjach, kryta wysokim, stożkowatym dachem, najwyższą strzechą, jaką widziałem w życiu, z bardzo delikatnej trawy i z pięknie przyciętymi okapami – obraz z afrykańskiej baśni.

Teraz wreszcie miałem sposobność zobaczyć to lepiej.

Kasubi zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. W sąsiedztwie sanktuarium było niewielkie biuro. Tam wybraliśmy przewodnika, albo może raczej zostaliśmy wybrani przez niego. Do świętego kompleksu wchodziło się przez kordegardę z trawiastej plecionki. Mroczną, z dwoma rzędami drewnianych kolumn wspierających dach. Kolumny były niespodzianką – nie wiedziałem, że kolumna pod trawiastą kopułą jest typowa dla tej architektury. Na lewo od kordegardy stała chata na bębny. Pełna bębnów. Świętych bębnów; każdy z nich wydawał inny dźwięk, każdy służył na inną okazję. Ale nasz przewodnik nie pokazał nam bębnów ani na nich nie zagrał, choć powiedział, że pochodzi ze służącego kabace klanu bębniarzy. Wspomniał, że bębniarze kabaki byli kastrowani, ponieważ nie odstępowali władcy i nie można było wykluczyć, że zerkną na jego kobiety. Powiedział o tym głównie po to, byśmy zadygotali z przestrachu. Sam nie był eunuchem.

Brukowana ścieżka z kordegardy, prosta jak bugandyjska droga, przez jasność gołej ziemi wiodła do głównego budynku i ciemnego wejścia, osłoniętego sięgającymi niemal progu okapami. Na krańcach tej gołej przestrzeni stały małe chaty, niektóre prostokątne, inne okrągłe. Były to chaty dla służby opiekującej się sanktuarium, strzegącej zwłaszcza płonącego na dworze ognia, który symbolizował życie kabaki. Czemu ta ziemia była taka goła? Czy nie byłoby gościnniej, gdyby tu wysiać trawę? Na gołej ziemi, usłyszeliśmy, łatwiej wypatrzyć węże.

 

W samym grobowcu, w nagłym mroku, nie od razu dostrze­gało się starą kobietę siedzącą po lewej stronie od wejścia na macie z rafii, macie w czerwone pasy, jednej z wielu mat leżących przy samym progu, które w tej części grobowca były jedynym barwnym elementem. Staruszka o trochę nadruchliwych kończynach, okryta długą bawełnianą szatą w niebieski wzór, jak przystało na strażniczkę grobu, była pogrążona w sobie i nieobecna wzrokiem. Uważano ją za żonę zmarłego kabaki i dlatego dostąpiła tego zaszczytu. Jeśli – co może się zdarzyć – duch zmarłego króla poruszy się i zażyczy sobie jakiejś posługi, ona czekała, by ją spełnić. Miała starczo zapadnięte usta i wybladłą twarz, która dawno nie widziała słońca. Jej czuwanie trwało miesiąc, potem na warcie zastępowała ją inna staruszka obdarzona tym przywilejem.

Kabakowie nie umierali. Oni znikali i odchodzili do lasu. „Las”, będący w głębi, w wewnętrznej części grobowca, przesłaniała brązowa tkanina z kory, zwieszona u szczytu kopuły i jak kurtyna w teatrze sięgająca podłogi. W tych budowlach przestrzegano bezwzględnie, by wszystkie materiały, z jakich zostały wzniesione i w jakie wyposażone, pochodziły z rodzimej ziemi. Nie wolno było używać żadnych surowców obcego pochodzenia. Za sprawą tego wymogu religijnego panowała tu jakaś swoista harmonia, jakieś dziwne piękno. Kopułę podtrzymywały drewniane kolumny z ociosanych konarów drzew, co było widać wyraźnie, i dwadzieścia dwa okrągłe dźwigary z gęsto splecionej trzciny. Dwadzieścia dwa dźwigary reprezentowały dwadzieścia dwa klany Bugandy.

Pochówek kabaki nie był prosty. Związane z nim rytuały wywodziły się z zamierzchłej przeszłości (zamierzchłej, jako że pamięć ludzi niemających pisma ani książek nie sięga dalej niż pokolenia dziadów czy pradziadów). Królewskie zwłoki suszono nad wolnym ogniem przez trzy miesiące. Następnie oddzielano od nich kość żuchwową, po czym przybierano ją koralikami i muszelkami – żuchwę oraz pępowinę, też ozdobioną paciorkami, a także penis i jądra grzebano tutaj w pochwie ze zwierzęcej skóry. Resztę ciała, niestanowiącą, można by rzec, o istocie człowieka, chowano gdzie indziej, ale o tej części obrzędu nie wiadomo wiele. Na te pytania nie dostałem odpowiedzi wprost.

Na metalowym podnóżku, stojącym przed skrywającą las zasłoną z kory, przechowywane były groźne włócznie wielkiego Mutesy: z żelaza, brązu, mosiądzu, niektóre naprawdę imperatorskie, mówiące o bogactwie i morderczych podbojach; dary od arabskich kupców albo otrzymane od nich w handlu wymiennym. Były to jedyne przedmioty obcego pochodzenia w grobowcu. Wisiała w nim także reprodukcja portretu, na którym Mutesa wybałusza oczy – ten portret był wszechobecny w Kampali, chociaż istniał inny, ciekawszy i bardziej władczy, zrobiony na podstawie fotografii Stanleya zamieszczonej w jego Through the Dark Continent [Przez ciemny kontynent]. Oryginał wiszącej w grobowcu królewskiej podobizny nie był sygnowany i nikt nie umiał mi powiedzieć, czy pochodził z lat 1861–1862, czy jej autorem był Speke albo Grant (obaj dobrze rysowali), czy też ktoś inny, kto dotarł tutaj po nich. Wyboru przedmiotów upamiętniających Mutesę (choć może z wyjątkiem portretu, który mógł tutaj trafić później) władca dokonał osobiście.

Grobowiec wciąż pozostawał czynnym i ważnym sanktuarium, jednym z pięćdziesięciu dwóch sanktuariów ludu Baganda. Sanktuarium nie służyło indywidualnym medytacjom. Ludzie odwiedzali je, by prosić o łaski. Na macie z rafii pod włóczniami i portretem stały trzy koszyki. Ofiarę pieniężną wkładano do jednego z nich, w zależności od rodzaju prośby, a następnie – ale nie udało mi się tego potwierdzić – zasięgano porady u wróżbity.

Gdy z zachwytem oglądałem grobowiec – podziwiałem wystawę przedmiotów upamiętniających Mutesę i konstrukcję dachową, próbując cofnąć się w wyobraźni do 1884 roku – przyszedł mały, czarno-biały kotek i chciał ułożyć się do snu przy starej kobiecie. Pomyślałem, że może to jest jej kociak – albo może kogoś z jej rodziny. Poweselałem. Tutaj koty nie mają lekkiego życia, bo wierzy się, że pod ich postacią przychodzą duchy, zazwyczaj te złe. I wtedy, gdzieś zza pleców staruszki, wynurzył się krępy chłopiec, który bez skrępowania zaczął kopać kociaka, a gdy ten uciekł i gdzie indziej próbował ułożyć się do snu, mały prześladowca nie dał za wygraną. Zaprotestowałem. Przewodnik powiedział coś na pocieszenie o chłopcu i kociaku. Może powiedział, że są dobrymi przyjaciółmi. Nie uwierzyłem mu.

Kilka dni później oglądałem jakiś program w ugandyjskiej telewizji. Był w nim między innymi materiał o Kasubi. Prezenterka powiedziała – z pewną dozą dezynwoltury, jakby po prostu podawała jeden z faktów dotyczących tego zabytku – że w czasie budowy grobowca złożono w ofierze dziewięciu mężczyzn. Nasz przewodnik nie wpadł na to, żeby nam o tym powiedzieć. Ta wiadomość położyła się cieniem na tym, co tam widziałem: tkaninie z kory przesłaniającej mityczny las, gdzie wielcy władcy odchodzili, by umrzeć, bladej staruszce, która w oczekiwaniu na wezwanie siedziała na macie kryjącej dziwnie nierówną podłogę. Nie umiałem jednak sobie wyobrazić, w jaki sposób złożono ludzkie ofiary, w mojej głowie nie powstał żaden obraz. Więc magia działała.

Ale później, gdy od księcia Kassima, muzułmańskiego potomka Mutesy, dowiedziałem się, że dawniej często składano ludzi w ofierze przy wznoszeniu kolumn w grobowcu albo kładzeniu jego fundamentów, przypomniała mi się dziwnie nierówna, przykryta matami z rafii podłoga Kasubi.

3

Gdy w 1861 roku Speke dotarł do Ugandy, kabaką był Mutesa, wyjątkowo despotyczny władca, który na swym dworze zabijał ludzi „niczym kurczaki” (jak powiedział jego gość), a pewnego razu – trudna historia – bez widomego powodu poszedł z włócznią do haremu i dopóki nie zaspokoił żądzy krwi, mordował kobiety. Ale wtedy Mutesa jeszcze nie był koronowany. Przygotowania do koronacji trwały nieprzerwanie cały rok. Rytuał, w znacznej części, był tajemny. To może wyjaśniać, dlaczego Mutesa i jego matka, tłusta i wesoła, gdy dopisywał jej humor, tak dziwacznie poczynali sobie ze Spekiem, jednego dnia serdeczni, życzliwi i gościnni (Speke był na nich zdany, bo żywili jego czterdziestu pięciu ludzi), nieprzystępni nazajutrz, zmuszający go, by godzinami siedział w słońcu przed wejściem do pałacu.

Najsłynniejsza, dobrze znana część obrzędu koronacyjnego wiązała się z matką Mutesy. Matka musiała zlikwidować jego braci, z wyjątkiem trzech, by pozbyć się ewentualnych pretendentów do tronu. Braci było trzydziestu, rytuał kazał ich spalić.

Jak to się odbyło? Mamy pewien trop. Dwadzieścia cztery lata później, w 1886 roku, Mwanga, młody i bezwzględny następca Mutesy, mając dość zawracania mu głowy nowymi religiami, kazał spalić dwudziestu dwóch chrześcijańskich giermków. Męczeństwo jak się patrzy, w pełnej zgodzie z dawną ikonografią chrześcijańską, mimo że tutejszy Kościół był bardzo młody: męczenników należało otoczyć kultem, a Kościół ugandyjski tę wczesną tragedię maksymalnie eksploatuje. W pobliżu miejsca kaźni jest kilka szkół średnich, więc ruch nie zamiera. Stoi tam także nowoczesny kościół o stożkowatej, śmiałej architektonicznie bryle (w stylu rafinerii naftowej), mającej przypominać stos, urozmaiconej dodatkową symboliką: liczba odsłoniętych belek dachowych, które sterczą niczym polana z ogniska, odpowiada liczbie męczenników. I jakby tego było nie dość – duża malowana tablica przed świątynią pokazuje przechodniom, jak w 1886 roku spalono giermków.

Giermków, odzianych w białe szaty zsuwające się z prawego ramienia, pałacowi kaci najpierw okładają maczugami i biczują, potem sieką maczetami. Katów jest siedmiu, jeden z nich, przyklęknąwszy na jednym kolanie, roznieca ogień długą sztachetą, podobną do szufli piekarza. Wszyscy oprawcy okryci są narzuconą na lewe ramię brązową tkaniną – prawie na pewno jest to tkanina z kory, obowiązująca w czasie obrzędów religijnych. Na pierwszym planie kat z maczetą mierzy się do kolejnego ciosu, drugą ręką ściskając za lewy przegub giermka, którego szata została splamiona krwią tryskającą z ogromnej rany na lewym ramieniu. Powalony na kolana giermek jest do nas odwrócony tyłem. Ale przekręca głowę, by spojrzeć na kata, jak gdyby z wyrzutem (mimo że jako dworski sługa zapewne nieraz asystował przy okrutnych egzekucjach) i rozczapierza palce lewej dłoni: ten odruchowy gest jest na tym obrazie jedynym znakiem bólu.

Umęczone ofiary zostają od stóp po szyję zawinięte w trzcinowe maty – malunek (artystycznie, bądź co bądź, skromny) z jakiegoś powodu zdaje się pokazywać, że oprawcy robią to delikatnie i z troską, jak gdyby otulali giermków do snu – i następnie wrzucone do ognia, a tam malarz pokazuje ich twarze w sposób niepokojąco rzeczowy, jak wśród płomieni i dymu wyłaniają się ze sztywno zwiniętych mat.

Bracia Mutesy byli książętami, synami kabaki Suny. Przelewanie książęcej krwi nie należało do tradycji Bugandy – zabraniała tego religia, a więc tutaj nie było biczowania ani cięcia maczetami. Po prostu ich spalono – bez wątpienia owiniętych w trzcinowe maty. Taki był ich los, tym musiała się zająć matka Mutesy. Przedtem przebywali z Mutesą, często razem grywali na fletach, lirach, marimbach i bębnach. Mutesa kiedyś zaprowadził ich wszystkich na wzgórze, żeby im pokazać swoje królestwo. Gdyby się nie wiedziało, co ich czeka, łatwo można by u Speke’a przeoczyć dramatyzm. Wspólne spędzanie z nimi czasu pozwalało Mutesie i jego matce sprawować kontrolę nad braćmi, potencjalnymi pretendentami do tronu, i maskować niebezpieczne knowania. Speke jedynie napomyka, że w czasie wspólnego muzykowania połowę braci zakuto w kajdany.