Indie. Miliony zbuntowanychTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

V. S. Na­ipaul

In­die

Mi­lio­ny zbun­to­wa­nych

Prze­ło­ży­ły Agniesz­ka No­wa­kow­ska i Ma­ry­na Ochab


Wszel­kie po­wie­la­nie lub wy­ko­rzy­sta­nie ni­niej­sze­go pli­ku elek­tro­nicz­ne­go inne niż jed­no­ra­zo­we po­bra­nie w za­kre­sie wła­sne­go użyt­ku sta­no­wi na­ru­sze­nie praw au­tor­skich i pod­le­ga od­po­wie­dzial­no­ści cy­wil­nej oraz kar­nej.

Ty­tuł ory­gi­na­łu an­giel­skie­go IN­DIA: A MIL­LION MU­TI­NIES NOW

Pro­jekt okład­ki AGNIESZ­KA PA­SIER­SKA / PRA­COW­NIA PA­PIE­RÓW­KA

Fo­to­gra­fia na okład­ce BRU­NO BAR­BEY / MA­GNUM PHO­TOS / FO­RUM

Co­py­ri­ght © 1990, V. S. NA­IPAUL. All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by WY­DAW­NIC­TWO CZAR­NE, 2013

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by MA­RY­NA OCHAB (roz­dzia­ły 1–4) i AGNIESZ­KA NO­WA­KOW­SKA (roz­dzia­ły 5–9), 2013

Re­dak­cja ANNA BRYN­KUS-WE­BER

Kon­sul­ta­cja in­do­lo­gicz­na dr MO­NI­KA NO­WA­KOW­SKA

Ko­rek­ty AGA­TA CZER­WIŃ­SKA / D2D.PL, ZU­ZAN­NA SZA­TA­NIK / D2D.PL

Re­dak­cja tech­nicz­na RO­BERT OLEŚ / D2D.PL

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: EWA KRA­JEW­SKA / VIR­TU­ALO SP. Z O.O.

ISBN 978-83-7536-671-6

Spis treści

  Przedmowa

  Teatr Bombaj

  Opowieść sekretarza

  Zerwanie

  Małe wojny

  Po bitwie

  Kres

  „Era Kobiety”

  Cień Guru

  Dom nad jeziorem

  Podziękowania

  Przypisy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Przedmowa Literatura piękna i literatura faktu – kilka słów o książce Indie. Miliony zbuntowanych

In­die. Mi­lio­ny zbun­to­wa­nych to dłu­ga książ­ka, jed­na z mo­ich naj­dłuż­szych. Trze­ba po­wie­dzieć, że dłu­gie książ­ki pi­sze się trud­niej niż krót­kie, a dla tej mam coś wię­cej niż re­spekt. Dwa­dzie­ścia lat po jej na­pi­sa­niu nadal do­brze pa­mię­tam, jaka to była pra­ca i jaka am­bi­cja.

Kie­dy za­czy­na­łem pi­sać, my­śla­łem, że będę się zaj­mo­wał wy­łącz­nie li­te­ra­tu­rą pięk­ną. Pi­sa­nie z wy­obraź­ni wy­da­wa­ło mi się czymś naj­szla­chet­niej­szym. Ale po na­pi­sa­niu kil­ku ksią­żek zda­łem so­bie spra­wę, że mój ma­te­riał – to, co mam w gło­wie, to, co w koń­cu dała mi moja prze­szłość – tej am­bi­cji nie udźwi­gnie.

Sama am­bi­cja wzię­ła się z tego, co wie­dzia­łem o wiel­kiej dzie­więt­na­sto­wiecz­nej po­wie­ści eu­ro­pej­skiej albo wy­da­wa­ło mi się, że o niej wiem. Wy­ra­żam się ostroż­nie, po­nie­waż za­nim za­czą­łem pi­sać, nie­wie­le w grun­cie rze­czy czy­ta­łem. No i zda­łem so­bie spra­wę z cze­goś, co, jak przy­pusz­czam, za­wsze czu­łem, ale cze­go nig­dy nie prze­my­śla­łem, a mia­no­wi­cie – że te po­wie­ści były wy­two­rem spo­łe­czeństw bar­dziej zor­ga­ni­zo­wa­nych, bar­dziej in­te­lek­tu­al­nie upo­rząd­ko­wa­nych i pew­nych swo­ich prze­ko­nań niż spo­łecz­ność, w któ­rej się uro­dzi­łem. Gdy­bym uda­wał, że po­cho­dzę z rów­nie peł­ne­go i upo­rząd­ko­wa­ne­go spo­łe­czeń­stwa, pi­sa­nie by­ło­by w ja­kiś spo­sób ła­twiej­sze. Po­rzą­dek, o któ­rym mó­wię, to – uj­mu­jąc naj­pro­ściej – pew­na wy­od­ręb­nio­na, ogro­dzo­na sce­ne­ria, w ja­kiej się roz­gry­wa te­le­wi­zyj­na ko­me­dia sy­tu­acyj­na. W świe­cie ogro­dzo­nym obo­wią­zu­je nie­wie­le za­sad i ła­two je zro­zu­mieć; cha­otycz­ny świat ze­wnętrz­ny nie wci­ska się do środ­ka, by roz­wiać ma­gię. Mógł­bym spró­bo­wać tak pi­sać. Ale nie za­szedł­bym da­le­ko. Mu­siał­bym za bar­dzo uprasz­czać, zbyt wie­le rze­czy po­mi­jać. By­ło­by to za­prze­cze­niem mo­je­go za­da­nia jako pi­sa­rza, tak jak je ro­zu­miem.

Chcia­łem wier­nie od­dać wła­sny świat, któ­ry był płyn­ny, trud­ny do uchwy­ce­nia i za­pre­zen­to­wa­nia czy­tel­ni­ko­wi w ja­kiś przy­ję­ty dzie­więt­na­sto­wiecz­ny spo­sób. Każ­dą swo­ją wy­po­wiedź na te­mat wła­snej oso­by, ro­dzi­ny czy prze­szło­ści po­wi­nie­nem wła­ści­wie ob­wa­ro­wać za­strze­że­nia­mi.

Uro­dzi­łem się w 1932 roku po dru­giej stro­nie Atlan­ty­ku, w Try­ni­da­dzie, bry­tyj­skiej ko­lo­nii. Try­ni­dad, od­prysk We­ne­zu­eli i Ame­ry­ki Po­łu­dnio­wej, był wte­dy małą, głów­nie rol­ni­czą wy­spą (Try­ni­dad tak jak We­ne­zu­ela ma zło­ża ropy, któ­re za­czy­na­no eks­plo­ato­wać). Miał może pół mi­lio­na ra­so­wo mie­sza­nych miesz­kań­ców, w tym mniej wię­cej stu­pięć­dzie­się­cio­ty­sięcz­ną in­dyj­ską wspól­no­tę imi­gran­tów z Azji, sub­tel­nie po­dzie­lo­ną przez re­li­gię, edu­ka­cję, pie­niądz i ka­sto­wą prze­szłość. (Opo­wie­dzia­łem o tym szcze­gó­ło­wo gdzie in­dziej, ale czu­ję, że trze­ba to tu­taj po­wtó­rzyć).

Nie prze­pa­da­łem za tym miej­scem ani za jego ko­lo­nial­ną ma­ło­ścią. Uwa­ża­łem się za czło­wie­ka wy­rzu­co­ne­go poza na­wias sta­rych świa­to­wych cy­wi­li­za­cji i pra­gną­łem moż­li­wie jak naj­szyb­ciej stać się czę­ścią tego więk­sze­go świa­ta. Sty­pen­dium aka­de­mic­kie, któ­re do­sta­łem w 1950 roku, kie­dy mia­łem osiem­na­ście lat, po­zwo­li­ło mi wy­je­chać. Po­je­cha­łem do An­glii na stu­dia uni­wer­sy­tec­kie, z am­bi­cją, że w przy­szło­ści zo­sta­nę pi­sa­rzem. Nig­dy nie wró­ci­łem – w żad­nym praw­dzi­wym sen­sie tego sło­wa.

Mój świat pi­sar­ski był za­tem świa­tem uciecz­ki i nie­do­koń­czo­ne­go eks­pe­ry­men­tu, peł­nym ru­pie­ci roz­ma­itych kul­tur i mi­gra­cji – z In­dii do No­we­go Świa­ta w la­tach 1880–1900, z No­we­go Świa­ta do Eu­ro­py w 1950 roku – rze­czy nie­skła­da­ją­cych się w jed­ną ca­łość. Nie miał nic wspól­ne­go ze sta­bil­no­ścią za­ko­rze­nio­nych spo­łe­czeństw, któ­rych wy­two­rem były wiel­kie dzie­więt­na­sto­wiecz­ne po­wie­ści; na przy­kład choć­by tyl­ko je­den aka­pit baj­ki czy przy­po­wie­ści Toł­sto­ja przy­wo­łu­je cały rze­czy­wi­sty świat. To­też nie­ba­wem zo­rien­to­wa­łem się – jak już mó­wi­łem – że je­dy­ne, czym dys­po­nu­ję, to roz­sy­pa­ny wy­spiar­ski ma­te­riał, któ­ry no­szę w so­bie.

Ale pi­sa­nie było moim po­wo­ła­niem; za­wsze chcia­łem być tyl­ko pi­sa­rzem, ni­kim in­nym. Prak­ty­ka pi­sar­ska po­głę­bi­ła moją fa­scy­na­cję ludź­mi i opo­wie­ścia­mi; ta fa­scy­na­cja, od­czu­wa­na od za­wsze, a jesz­cze bar­dziej te­raz, w szer­szym świe­cie, do ja­kie­go chcia­łem wkro­czyć, prze­mie­ni­ła się w pra­gnie­nie zro­zu­mie­nia prą­dów hi­sto­rii, two­rzą­cych ową płyn­ność, któ­rej by­łem czę­ścią. Dla mnie jako pi­sa­rza wej­ście w kon­takt z szer­szym świa­tem było ko­niecz­no­ścią. Nie wie­dzia­łem, jak się do tego za­brać, nie było żad­ne­go przy­kła­du, za któ­rym mógł­bym pójść.

Upra­wia­nie li­te­ra­tu­ry pięk­nej nie mo­gło mi po­móc. Li­te­ra­tu­rę pięk­ną naj­le­piej się two­rzy od we­wnątrz i trze­ba dużo wie­dzieć. W szer­szym świe­cie by­łem out­si­de­rem; za mało wie­dzia­łem i nig­dy nie będę dość wie­dział. Po dłu­gim okre­sie wa­ha­nia i nie­pew­no­ści uzmy­sło­wi­łem so­bie, że mu­szę ob­co­wać ze świa­tem w spo­sób jak naj­bar­dziej bez­po­śred­ni. Mu­szę prze­stać upra­wiać li­te­ra­tu­rę pięk­ną. Mu­szę uży­wać wy­pra­co­wa­nych przez sie­bie na­rzę­dzi, żeby od­dać swo­je do­świad­cze­nie naj­wier­niej, jak to moż­li­we. I wte­dy w moim pi­sar­stwie na­stą­pił po­dział na swo­bod­ną twór­czość po­wie­ścio­wą i skru­pu­lat­ną twór­czość do­ku­men­tal­ną; kom­ple­men­tar­ne aspek­ty pra­gnie­nia, żeby zmie­rzyć się z moim świa­tem, wza­jem­nie się wspie­ra­ły i kar­mi­ły. I o ile na po­cząt­ku da­wa­łem pierw­szeń­stwo pi­sa­niu z wy­obraź­ni, o tyle te­raz obie dro­gi wy­da­ją mi się rów­nie szla­chet­ne.

Idąc tą nową dro­gą, mu­sia­łem przede wszyst­kim za­jąć się kra­jem mo­ich przod­ków – In­dia­mi. Na­wet po wie­lu mie­sią­cach po­dró­żo­wa­nia nie by­łem tam kimś z we­wnątrz, ale też nie mo­głem się uwa­żać za out­si­de­ra – In­die i my­śle­nie o In­diach za­wsze były dla mnie waż­ne. To­też za­wsze by­łem w tej spra­wie roz­dar­ty i cięż­ko mi było po­wie­dzieć ostat­nie sło­wo. Na­pi­sa­łem w su­mie trzy książ­ki o In­diach. Na­le­żą do li­te­ra­tu­ry fak­tu, tak jak po­sta­no­wi­łem, ale są to książ­ki tak oso­bi­ste, tak róż­ne i tak głę­bo­ko prze­ży­te, jak­by były po­wie­ścia­mi. In­die. Mi­lio­ny zbun­to­wa­nych to trze­cia z tych po­świę­co­nych In­diom ksią­żek. Zo­sta­ła na­pi­sa­na dwa­dzie­ścia sześć lat po pierw­szej. Pi­sarz po­trze­bo­wał ca­łe­go tego cza­su, żeby wznieść się po­nad oso­bi­ste od­kry­cie i ból, i ana­li­zę, i dojść do pro­ste­go i prze­moż­ne­go prze­ko­na­nia, że naj­waż­niej­sza rzecz, je­śli cho­dzi o In­die, rzecz, w któ­rą trze­ba wnik­nąć i ją zro­zu­mieć, a nie pa­trzeć z ze­wnątrz, to lu­dzie.

 

Książ­ce przy­świe­ca­ła jesz­cze jed­na idea – że In­die są w ru­chu w naj­bar­dziej do­słow­nym sen­sie tego sło­wa, że wszę­dzie w tym ogrom­nym kra­ju męż­czyź­ni i ko­bie­ty wy­szli poza cia­sne spo­so­by ży­cia, poza ocze­ki­wa­nia swo­ich ro­dzi­ców i dziad­ków, że spo­dzie­wa­ją się cze­goś wię­cej. To są te ty­tu­ło­we „mi­lio­ny zbun­to­wa­nych”; nie cho­dzi o gu­eril­lę. Nie­mal każ­dy czło­wiek wy­cho­wa­ny w kul­tu­rze an­glo­ję­zycz­nej ma ja­kieś po­ję­cie o krót­kim bun­cie In­du­sów w 1857 roku, kie­dy na­jem­ni in­dyj­scy żoł­nie­rze Bri­tish East In­dia Com­pa­ny, zdez­o­rien­to­wa­ni i źli, ale nie­ma­ją­cy przed sobą ja­sne­go celu, po­wsta­li prze­ciw­ko Bry­tyj­czy­kom. „Mi­lio­ny zbun­to­wa­nych” w moim ty­tu­le su­ge­ru­ją, że to, co się dzi­siaj dzie­je, jest praw­dziw­szą i po­wszech­niej­szą dro­gą na­przód.

Te­raz, w 2010 roku, w cza­sach uzna­ne­go przez wszyst­kich in­dyj­skie­go bo­omu, to, co mó­wię, wy­da­je się roz­sąd­ne. In­a­czej było w 1988 roku, kie­dy za­czy­na­łem tę książ­kę. In­die pła­wi­ły się wten­czas w na­boż­nym gan­dhyj­skim przy­gnę­bie­niu, za­do­wo­lo­nym z sie­bie i ra­czej szczę­śli­wym, jak to się czę­sto dzie­je z przy­gnę­bie­niem w In­diach. W mia­stach mó­wi­ło się o de­ge­ne­ra­cji i odej­ściu od daw­nych oby­cza­jów: po­li­ty­cy na­ru­sza­ją pra­wo, wszę­dzie pa­nu­je ko­rup­cja. Ta stan­dar­do­wa gad­ka, choć nie­głę­bo­ka, nie­opar­ta na żad­nej praw­dzi­wej wie­dzy o kra­ju, mo­gła czło­wie­ka pod­ła­mać. Ta­kiej wi­zji prze­szło­ści sprze­ci­wia się moja idea zbun­to­wa­nych.

Nie spa­dła ona z nie­ba. Przez mi­nio­ne dwa­dzie­ścia sześć lat po­dró­żo­wa­łem po In­diach wzdłuż i wszerz. Jako pi­sarz, czło­wiek wol­ny, zgro­ma­dzi­łem bo­gat­szą wie­dzę o tym kra­ju niż więk­szość In­du­sów, zwią­za­nych ro­dzi­ną i pra­cą. Wie­le ty­go­dni spę­dzi­łem na pro­win­cji, z dala od wiel­kich miast. Dzię­ki po­mo­cy i go­ścin­no­ści in­dyj­skich przy­ja­ciół i lo­kal­nych władz w wie­lu miej­scach mo­głem wkro­czyć, choć­by na ty­dzień lub dwa, w ży­cie na­giej i cza­sem od­py­cha­ją­cej wsi. Zdo­by­łem pew­ną wie­dzę o ma­ło­mia­stecz­ko­wym ży­ciu. Nie za­wsze pi­sa­łem o tym, co wi­dzia­łem. To­też na­gro­ma­dzi­łem pew­ne do­świad­cze­nia i przy­szło mi do gło­wy, że mógł­bym je wy­ko­rzy­stać i stwo­rzyć pa­no­ra­mę In­dii, gru­bą, peł­ną lu­dzi książ­kę, któ­ra za­wie­ra­ła­by i ob­szer­nie wy­ja­śnia­ła więk­szość rze­czy mo­gą­cych się wy­da­rzyć w tym kra­ju w naj­bliż­szych dwu­dzie­stu lub trzy­dzie­stu la­tach (bo wie­rzę, że traf­nie uchwy­co­na te­raź­niej­szość prze­po­wia­da przy­szłość). Po­wie­dzia­łem to moim an­giel­skim wy­daw­com. Po­mysł im się spodo­bał, ku­pi­li go po dzie­się­ciu mi­nu­tach, do­słow­nie, i kil­ka dni póź­niej zna­la­złem się w ho­te­lu Taj Ma­hal w Bom­ba­ju, zdu­mio­ny wła­sną am­bi­cją i nie cał­kiem pe­wien, czy uda mi się po ludz­ku zro­zu­mieć to ol­brzy­mie mia­sto (bo tak nie­prze­nik­nio­ny wy­da­wał się na oko po­po­łu­dnio­wy tłum lu­dzi krą­żą­cych wo­kół Wrót In­dii nad zma­to­wia­łym Mo­rzem Arab­skim). A oprócz mia­sta była oczy­wi­ście wieś: dla mnie wspo­mnie­nie, dziś za­trwa­ża­ją­ce, nie­koń­czą­cych się, gro­żą­cych uda­rem sło­necz­nym po­dró­ży sa­mo­cho­dem i po­cią­giem.

Spę­dzi­łem czte­ry pu­ste, strasz­ne dni w luk­su­so­wym ho­te­lu, ro­biąc rzecz, któ­ra pod­ci­na czło­wie­ko­wi skrzy­dła – nie­pew­ny sie­bie pro­wa­dzi­łem dzien­nik, nie ma­jąc nic do po­wie­dze­nia. Nie po­do­ba­ła mi się ta for­ma, dzien­nik mą­cił wi­zję. Wo­la­łem dy­stans i se­lek­cję pa­mię­ci. Te­raz przy­cho­dzi mi do gło­wy po­rów­na­nie z Ib­se­nem, któ­ry – wte­dy jesz­cze bar­dziej po­eta niż dra­ma­turg – wal­czył z sobą, pro­wa­dząc dzien­nik swo­jej po­dró­ży na otwar­cie Ka­na­łu Su­eskie­go w 1869 roku. Do­nio­słe dni, wspa­nia­łe wi­do­ki, moż­na po­wie­dzieć stwo­rzo­ne dla dzien­ni­ka, ale Ib­se­na mu­sia­ło mę­czyć, że po­zo­sta­je na ze­wnątrz, że wi­dzi je­dy­nie to, co na wierz­chu, i po pro­stu rzu­cił pi­sa­nie. Tak samo ja w Bom­ba­ju za­ła­ma­łem się, odło­ży­łem swój zim­ny dzien­nik i ro­zej­rza­łem się, jak by tu in­a­czej wy­star­to­wać.

W re­cep­cji ho­te­lu wi­sia­ła wiel­ka ta­bli­ca re­kla­mu­ją­ca usłu­gi re­zy­du­ją­ce­go lub „do­mo­we­go” wró­ża; w cią­gu tych czte­rech dni wie­le razy ku­si­ło mnie, żeby do nie­go pójść i dać so­bie po­wró­żyć, czy na­pi­szę tę książ­kę, czy nie. Nie mu­sia­łem tego ro­bić. Czło­wiek lęka się bar­dziej, niż moż­na po­dej­rze­wać. Książ­ka się roz­po­czę­ła, na­pi­sa­łem pierw­szą li­nij­kę: „Bom­baj to tłum” – i od tego mo­men­tu samo po­le­cia­ło.

Idee są abs­trak­cyj­ne. Sta­ją się książ­ka­mi do­pie­ro wów­czas, gdy je ubrać w lu­dzi i nar­ra­cję. Czy­tel­nik, któ­ry za­cznie czy­tać tę książ­kę i wyj­dzie poza jej pierw­sze stro­ni­ce, znaj­dzie się w po­dwój­nej opo­wie­ści. Mamy tu bez­po­śred­nią nar­ra­cję oso­by, z któ­rą się za­po­zna­je­my, oraz szer­szą ze­wnętrz­ną nar­ra­cję, ogar­nia­ją­cą wszyst­kie roz­ma­ite czę­ści książ­ki. Ni­cze­go nie po­zo­sta­wi­łem przy­pad­ko­wi. Po­waż­na po­dróż jest sztu­ką, na­wet je­śli się nie my­śli o pi­sa­niu, a spe­cjal­ną sztu­ką przy pi­sa­niu tej książ­ki było od­ga­dy­wa­nie, kto spo­śród wie­lu lu­dzi, któ­rych spo­ty­kam, naj­le­piej i naj­lo­gicz­niej po­pchnie moją opo­wieść na­przód, po­nie­waż ni­cze­go nie wol­no ro­bić na siłę.

By­łem uza­leż­nio­ny od miej­sco­wych, któ­rzy mnie wpro­wa­dza­li, i nie za­wsze było ła­two im wy­tłu­ma­czyć, cze­go szu­kam. Wie­le osób, na­wy­kłych do dzien­ni­kar­skie­go po­dej­ścia, są­dzi­ło, że szu­kam „rzecz­ni­ków” roz­ma­itych in­te­re­sów. Tym­cza­sem ja szu­ka­łem cze­goś głęb­sze­go i mniej na­tręt­ne­go: cu­dze­go ży­we­go do­świad­cze­nia (je­śli wol­no się tak wy­ra­zić), któ­re oświe­tli­ło­by ja­kiś aspekt, ja­kiś nowy zwrot w nie­usta­ją­cym do­sto­so­wy­wa­niu się sta­re­go kra­ju do no­wych my­śli, no­wej po­li­ty­ki, no­we­go wy­obra­że­nia o biz­ne­sie. To­też w tej książ­ce jed­no do­świad­cze­nie wy­ra­sta z dru­gie­go, te­ma­ty wy­ni­ka­ją z sie­bie na­wza­jem.

Szczę­śli­wa oka­za­ła się rów­nież de­cy­zja pod­ję­ta prze­ze mnie z nie­ja­snych po­wo­dów pew­ne­go dnia w Taj Ma­hal Ho­tel w Bom­ba­ju, że zro­bię coś, co dla re­li­gij­nych hin­du­sów jest nie­po­myśl­ne, mia­no­wi­cie ru­szę w po­dróż po In­diach w kie­run­ku prze­ciw­nym do ru­chu wska­zó­wek ze­ga­ra. Gdy­bym wy­brał inną dro­gę, na pół­noc, do Del­hi, Kal­ku­ty i Pen­dża­bu, zbyt szyb­ko do­szedł­bym do mię­sa książ­ki, po­zo­sta­wia­jąc resz­tę kra­ju w za­wie­sze­niu, w sta­nie swe­go ro­dza­ju wy­ci­sze­nia. To, że po­je­cha­łem naj­pierw na po­łu­dnie, po­zwo­li­ło mi w nie­ba­nal­ny spo­sób zmie­rzyć się z ta­ki­mi waż­ny­mi spra­wa­mi jak wpływ war­ny i ka­sty na roz­wój in­dyj­skiej na­uki, mało zna­na stu­let­nia woj­na kast na po­łu­dniu, wy­własz­cze­nie bra­mi­nów. Mo­głem o tym opo­wie­dzieć, żeby przy­go­to­wać czy­tel­ni­ka (i pi­sa­rza) na wstrzą­sy na pół­no­cy kra­ju: Bry­tyj­czy­ków w Kal­ku­cie, La­kh­nau i Del­hi – całą hi­sto­rię ubie­głe­go wie­ku, le­żą­cą tuż pod obec­ną.

Czę­sto py­ta­no mnie o moją me­to­dę ro­bie­nia no­ta­tek w cza­sie po­dró­ży. Nie uży­wam dyk­ta­fo­nu, po­słu­gu­ję się wy­łącz­nie pió­rem i no­te­sem. Po­nie­waż nig­dy nie by­łem pe­wien, czy oso­ba, któ­rą spo­ty­kam, oka­że się uży­tecz­na, na po­cząt­ku bar­dzo czę­sto wie­le za­le­ża­ło od zwy­kłej roz­mo­wy. Nig­dy ni­ko­go nie prze­stra­szy­łem, wy­cią­ga­jąc no­tes. Je­śli uwa­ża­łem, że słu­cham cze­goś, co mi jest po­trzeb­ne, mó­wi­łem tej oso­bie, że chciał­bym kie­dyś póź­niej za­pi­sać jej sło­wa. I kie­dyś póź­niej pro­si­łem tę oso­bę, żeby po­wtó­rzy­ła, co po­wie­dzia­ła, a co już mniej wię­cej wie­dzia­łem. Za­pi­sy­wa­łem to wszyst­ko ręcz­nie, do­da­jąc uwa­gi o miej­scu, roz­mów­cy i mo­ich py­ta­niach. Nie­odmien­nie było tak, że roz­mów­ca, wi­dząc, że wszyst­ko no­tu­ję, za dru­gim ra­zem mó­wił wol­niej i z na­my­słem, a mimo to jego sło­wa mia­ły rytm nor­mal­nej wy­po­wie­dzi. Przez go­dzi­nę moż­na było zro­bić nie­praw­do­po­dob­nie dużo. Ni­cze­go nie zmie­nia­łem, nie wy­gła­dza­łem.

Am­bit­ne i trud­ne książ­ki nie za­wsze od­no­szą suk­ces. Mu­szę jed­nak po­wie­dzieć, że ta mia­ła w An­glii trzy­dzie­ści pięć wy­dań. Nie mogę się na­dzi­wić, że tak mi się po­szczę­ści­ło.

1 Teatr Bombaj

Bom­baj to tłum. Ale tego ran­ka w dro­dze z lot­ni­ska do mia­sta po­my­śla­łem so­bie, że tłum na chod­ni­kach i na szo­sie jest na­praw­dę nie­prze­li­czo­ny i że chy­ba dzie­je się coś nie­zwy­kłe­go.

Z po­wo­du tej ciż­by sa­mo­cho­dy je­cha­ły bar­dzo wol­no, a gdy na pew­nych skrzy­żo­wa­niach za­trzy­my­wa­ły je świa­tła lub po­li­cjan­ci, lub jed­no i dru­gie, na chod­ni­kach ro­iło się jesz­cze bar­dziej i na jezd­nię wy­le­wał się ludz­ki po­tok, try­ska­ją­cy pia­ną ja­snych, lek­kich ubio­rów, tak iż mia­ło się wra­że­nie, że otwo­rzy­ła się ja­kaś nie­wi­dzial­na ślu­za i że je­śli się jej nie za­mknie, to po­tok pie­szych roz­le­je się wszę­dzie, a zde­ze­lo­wa­ne czer­wo­ne au­to­bu­sy i żół­to-czar­ne tak­sów­ki utkną unie­ru­cho­mio­ne w środ­ku ludz­kie­go wiru.

W tak­sów­ce były ze mną spa­li­ny, skwar i wrza­wa. Słoń­ce pa­li­ło, nie mia­łem czym od­dy­chać, brud au­to­bu­so­wych wy­zie­wów kle­ił się do skó­ry. Lu­dzie na szo­sie i chod­ni­kach mu­sie­li od­czu­wać to jesz­cze do­tkli­wiej, ale wie­lu z nich wy­glą­da­ło, jak­by do­pie­ro co wzię­ło ką­piel; mie­li świe­że śla­dy po pu­dźy na czo­le i wy­da­wa­ło się, że wło­ży­li na sie­bie naj­lep­sze ubra­nia. Być może bom­baj­czy­cy ob­cho­dzi­li ja­kieś waż­ne świę­to.

Za­py­ta­łem kie­row­cę, czy to dzień wol­ny od pra­cy. Nie zro­zu­miał py­ta­nia, więc da­łem spo­kój.

Bom­baj nadal de­fi­nio­wał sam sie­bie: bom­baj­skie miesz­ka­nia po obu stro­nach dro­gi, be­to­no­we bu­dyn­ki na wyż­szych pię­trach po­kry­te ple­śnią wsku­tek bom­baj­skie­go kli­ma­tu – prze­sad­ne­go słoń­ca, prze­sad­ne­go desz­czu, prze­sad­ne­go go­rą­ca; na niż­szych pię­trach po­czer­nia­łe, jak­by po­bru­dzo­ne przez tłum na po­zio­mie chod­ni­ka; ten ludz­ki brud zda­wał się piąć na spo­tka­nie ple­śni, po­zo­sta­wia­jąc po dro­dze ko­lej­ne śla­dy, ni­czym przy­pływ mo­rza.

Skle­py, na­wet te małe, ob­skur­ne, ozdo­bio­ne wiel­ki­mi ja­skra­wy­mi szyl­da­mi, wie­lo­barw­ny­mi, po­my­sło­wy­mi, sta­ran­nie wy­ko­na­ny­mi przez lu­dzi ma­ją­cych wy­czu­cie pi­sma, za­rów­no ła­ciń­skie­go, jak i san­skry­tu (albo de­wa­na­ga­ri). Przed tymi skle­pa­mi i pod tymi szyl­da­mi czę­sto tyl­ko brud­na zie­mia i od cza­su do cza­su ja­cyś przy­gnę­bie­ni ciem­no­skó­rzy lu­dzie, któ­rzy sie­dząc na tej brud­nej zie­mi, je­dli, obo­jęt­ni na wszyst­ko poza je­dze­niem.

Na bil­l­bo­ar­dach wiel­kie pla­ka­ty fil­mo­we, ta­kie same mniej­sze na la­tar­niach. Czło­wie­ko­wi, któ­ry jak ja wła­śnie przy­je­chał, trud­no było zna­leźć zwią­zek mię­dzy obie­cy­wa­ną przez pla­ka­ty ro­man­tycz­ną hi­sto­rią a ludź­mi sie­dzą­cy­mi na zie­mi. Jesz­cze trud­niej było usy­tu­ować an­glo­ję­zycz­ne re­kla­my ban­ków, li­nii lot­ni­czych i stu­pięć­dzie­się­cio­le­cia „Ti­mes of In­dia” („Do­bre Cza­sy, Smut­ne Cza­sy, Zmien­ne Cza­sy”); cu­dzo­ziem­co­wi, któ­ry do­pie­ro co wy­lą­do­wał po noc­nym lo­cie, mia­sto su­ge­ro­wa­ne przez te re­kla­my wy­da­wa­ło się ja­kimś nie­mal nie­wy­obra­żal­nym de­sty­la­tem – spe­cjal­nym bo­ga­tym li­kie­rem – ludz­ko­ści, któ­rą tu wi­dział.

Tłum cią­gnął się da­lej. I na­gle zo­ba­czy­łem, że duża część tłu­mu to dłu­gi ogo­nek czy ko­lej­ka lu­dzi sto­ją­cych po trzy oso­by, czte­ry, pięć w rzę­dzie na prze­ciw­le­głym chod­ni­ku. Do ko­lej­ki wciąż ktoś do­łą­czał i choć wy­da­wa­ło się, że miej­sca­mi stoi bez ru­chu, to jed­nak bar­dzo po­wo­li po­su­wa­ła się do przo­du. Uprzy­tom­ni­łem so­bie, że jadę wzdłuż niej już od ja­kie­goś cza­su – cią­gnę­ła się może przez pół­to­ra ki­lo­me­tra. Na skrzy­żo­wa­niach ko­lej­ka się prze­ry­wa­ła – po­li­cjan­ci w mun­du­rach kha­ki dba­li, żeby nie ta­ra­so­wa­ła wjaz­du z bocz­nych ulic.

 

Na co ci lu­dzie cze­ka­li? Jaką mie­li szan­sę do­stać to, cze­go chcie­li? Wy­da­wa­li się spo­koj­ni i za­do­wo­le­ni, na­wet w słoń­cu i mimo bru­nat­ne­go dymu spa­lin. Byli po­rząd­nie ubra­ni w pro­ste in­dyj­skie stro­je. Lu­dzie do­łą­cza­ją­cy do ko­lej­ki pod­bie­ga­li nie­mal truch­tem, po czym sta­li spo­koj­nie; wy­glą­da­li, jak­by byli przy­go­to­wa­ni na dłu­gie cze­ka­nie. Prze­ga­pi­łem po­czą­tek ko­lej­ki, więc nie wie­dzia­łem, co się tam znaj­do­wa­ło. Cyrk? Chy­ba mi­gnę­ły mi ja­kieś pla­ka­ty cyr­ko­we gdzieś wcze­śniej przy dro­dze. Pu­blicz­ny wy­stęp gwiazd fil­mo­wych? Ale lu­dzie w ko­lej­ce nie oka­zy­wa­li tego ro­dza­ju pod­nie­ce­nia. Byli mali, ciem­no­skó­rzy, cier­pli­wi, po­waż­ni, od­święt­nie ubra­ni; przy­po­mnia­ło mi się na­gle, że gdzieś wcze­śniej wi­dzia­łem w ko­lej­ce fla­gi i ja­kieś em­ble­ma­ty.

Kie­dy przy­je­cha­łem do mo­je­go ho­te­lu w cen­trum Bom­ba­ju, za­pew­nio­no mnie, że nie ma dzi­siaj żad­ne­go świę­ta. I choć tłum na uli­cach wy­da­wał się bar­dzo gę­sty, a ko­lej­ka bar­dzo wi­docz­na, więc ga­ze­ty po­win­ny coś o tym pi­sać, lu­dzie z ho­te­lu, któ­rych o to py­ta­łem, nie umie­li po­wie­dzieć, po co ta ko­lej­ka sta­ła. To, co dla ty­się­cy lu­dzi na pe­ry­fe­riach mia­sta było wiel­kim wy­da­rze­niem, tu­taj nie wy­wo­ła­ło żad­ne­go po­ru­sze­nia.

Za­dzwo­ni­łem do zna­jo­me­go pi­sa­rza. Tak samo jak lu­dzie z ho­te­lu nic nie wie­dział. W ogó­le nie wy­szedł jesz­cze z domu, pi­sał ma­te­riał dla „De­bo­na­ir”. Za­dzwo­nił do mnie póź­niej, kie­dy skoń­czył ar­ty­kuł. Po­wie­dział, że ma dwie teo­rie. Pierw­sza była taka, że lu­dzie, któ­rych wi­dzia­łem, sta­li w ko­lej­ce po książ­ki te­le­fo­nicz­ne. Jest pro­blem z do­star­cze­niem no­wych ksią­żek – Bom­baj to Bom­baj. Dru­gą teo­rię za­wdzię­czał swo­jej słu­żą­cej, któ­ra przy­szła po moim te­le­fo­nie i po­wie­dzia­ła, że dzi­siaj są uro­dzi­ny Am­bed­ka­ra, ob­cho­dzo­ne uro­czy­ście w dziel­ni­cy, przez któ­rą prze­jeż­dża­łem w dro­dze z lot­ni­ska.

Am­bed­kar to daw­ny wiel­ki przy­wód­ca lu­dzi na­zwa­nych kie­dyś w In­diach nie­do­ty­kal­ny­mi. Był dla nich waż­niej­szy niż Ma­hat­ma Gan­dhi. Za­znał w swo­im cza­sie za­szczy­tów i wła­dzy; był mi­ni­strem pra­wa w pierw­szym rzą­dzie nie­pod­le­głych In­dii, jed­nym z au­to­rów in­dyj­skiej kon­sty­tu­cji, ale do koń­ca po­zo­stał roz­go­ry­czo­ny. To on za­chę­cił nie­do­ty­kal­nych – ha­ri­dźa­nów, dzie­ci boże, jak ich na­zy­wał Gan­dhi, a te­raz da­li­tów, jak na­zy­wa­li się sami – aby po­rzu­ci­li hin­du­izm, któ­ry uczy­nił z nich nie­wol­ni­ków, i prze­szli na bud­dyzm. Zmarł w 1956 roku, za­nim jego myśl mo­gła się zmie­nić lub roz­wi­nąć.

Ża­den inny li­der cie­szą­cy się po­rów­ny­wal­nym au­to­ry­te­tem i es­ty­mą nie wy­ło­nił się z kast, w któ­rych imie­niu prze­ma­wiał Am­bed­kar. Po­zo­stał ich przy­wód­cą, czło­wie­kiem, któ­re­go sza­no­wa­li naj­bar­dziej, był dla nich nie­mal bo­giem. Po­wie­dzia­no mi, że w każ­dym da­lic­kim domu jest fo­to­gra­fia Am­bed­ka­ra. Wi­dzia­łem ją wie­lo­krot­nie; dziw­ne, że nie wy­bra­no lep­szej. Iko­na Am­bed­ka­ra przy­po­mi­na­ła sza­re zdję­cie pasz­por­to­we po­wie­lo­ne sta­rym ga­ze­to­wym spo­so­bem – przy­wód­ca zo­stał zre­du­ko­wa­ny do kom­po­zy­cji bia­łych i czar­nych plam, za­stygł w ob­ra­zie z lat czter­dzie­stych czy pięć­dzie­sią­tych: pulch­ny męż­czy­zna o ry­sach nie do za­pa­mię­ta­nia, w stu­denc­kich oku­la­rach na no­sie, w na poły ko­lo­nial­nej po­wa­dze ma­ry­nar­ki i kra­wa­ta. Ma­ry­nar­ka i kra­wat to ra­czej nie­praw­do­po­dob­ny świę­ty ob­ra­zek w In­diach, ale tu­taj to pa­so­wa­ło, bo prze­ciw­sta­wia­ło się sa­mo­dzia­łom i prze­pa­sce na bio­dra Ma­hat­my.

Po­mysł z Am­bed­ka­rem wy­da­wał się bar­dziej praw­do­po­dob­ny niż ten z książ­ka­mi te­le­fo­nicz­ny­mi. Rze­czy­wi­ście, wśród sto­ją­cych w ko­lej­ce pa­no­wa­ła re­li­gij­na ci­sza. Wy­glą­da­li jak lu­dzie zdo­by­wa­ją­cy za­słu­gę przez to, że speł­nia­ją swój obo­wią­zek. Po­mysł z Am­bed­ka­rem nada­wał sens fla­gom i em­ble­ma­tom, któ­re mia­łem w pa­mię­ci. Lu­dzie, któ­rych wi­dzia­łem, od­da­wa­li cześć swo­je­mu przy­wód­cy, swo­je­mu świę­te­mu, swo­je­mu bogu, a przez to rów­nież sa­mym so­bie.

Póź­niej tego dnia roz­ma­wia­łem z kimś z kie­row­nic­twa ho­te­lu. Za­py­tał mnie o wra­że­nia z Bom­ba­ju. Kie­dy wspo­mnia­łem o tłu­mie w związ­ku z Am­bed­ka­rem, za­tka­ło go. Nie wie­dział, co po­wie­dzieć. A po­tem z iry­ta­cją i nie­chę­cią, prze­bi­ja­ją­cy­mi przez grzecz­ność ho­te­la­rza, oświad­czył:

– Ten kraj scho­dzi na psy.

To była jesz­cze jed­na nowa wer­sja tego, co sły­sza­łem o In­diach wie­le razy: In­die się zmie­ni­ły, to już nie ten sam spo­koj­ny, usta­bi­li­zo­wa­ny kraj. W cza­sach ru­chu wol­no­ścio­we­go dzia­ła­cze po­li­tycz­ni no­si­li na cześć Gan­dhie­go sa­mo­dział, znak ofiar­no­ści i służ­by, sym­bol jed­no­ści z bied­ny­mi. Te­raz sa­mo­dział po­li­ty­ków ozna­czał wła­dzę. Wraz z in­du­stria­li­za­cją i wzro­stem go­spo­dar­czym lu­dzie za­po­mnie­li o tym, co nie­gdyś czci­li. Te­raz sza­no­wa­li już tyl­ko pie­nią­dze. Wiel­ki wy­si­łek na rzecz roz­wo­ju kra­ju przez trzy lub czte­ry de­ka­dy do­pro­wa­dził tyl­ko do jed­ne­go – ko­rup­cji i kry­mi­na­li­za­cji po­li­ty­ki. Pró­bu­jąc się wznieść, In­die same się znisz­czy­ły. Ni­cze­go już nie moż­na było być pew­nym, wszyst­ko było płyn­ne. Po­li­cjant, zło­dziej, po­li­tyk – te role sta­ły się wy­mien­ne. A wraz z pie­niędz­mi – o któ­rych świad­czy­ły pa­skud­ne, prze­lud­nio­ne bom­baj­skie dra­pa­cze chmur – po­ja­wił się na nowo daw­no po­grze­ba­ny par­ty­ku­la­ryzm. Te nisz­czą­ce, dru­go­rzęd­ne ro­dza­je lo­jal­no­ści – wo­bec re­gio­nu, ka­sty czy kla­nu – dzia­ła­ły te­raz na po­wierzch­ni in­dyj­skie­go ży­cia.

Na przy­kład da­li­to­wie. Gdy­by nadal byli tyl­ko ha­ri­dźa­na­mi Ma­hat­my, dzieć­mi bo­ży­mi, ludź­mi, dla któ­rych moż­na zro­bić coś do­bre­go, obiek­ta­mi prze­lot­nych uczuć i mi­ło­sier­dzia, to z oka­zji ta­kie­go wy­da­rze­nia jak dzi­siej­sze po­ran­ne ob­cho­dy uro­dzin Am­bed­ka­ra ni­ko­mu nie przy­szło­by do gło­wy, że świat się roz­pa­da. Ale ci, któ­rych na­zy­wa­no nie­gdyś ha­ri­dźa­na­mi, zdo­by­li tro­chę pie­nię­dzy, tro­chę wy­kształ­ce­nia, a wraz z tym zy­ska­li po­czu­cie przy­na­leż­no­ści do pew­nej gru­py i świa­do­mość po­li­tycz­ną. Prze­sta­li być abs­trak­cją. Za­czę­li ro­bić coś dla sie­bie. Sta­li się ludź­mi pod­kre­śla­ją­cy­mi swo­ją od­ręb­ność, tak jak pod­kre­śla­ły swo­ją bar­dziej uprzy­wi­le­jo­wa­ne gru­py w In­diach.

Od­ręb­ność da­li­tów być może nie była w tym mie­ście naj­waż­niej­sza. Tuż obok ho­te­lu sta­ły Wro­ta In­dii. To był bry­tyj­ski po­mnik: wy­so­ki, wspa­nia­ły łuk, upa­mięt­nia­ją­cy przy­by­cie do In­dii w 1911 roku kró­la-im­pe­ra­to­ra Je­rze­go V. Im­pe­rial­ne sko­ja­rze­nia z łu­kiem zo­sta­ły te­raz wchło­nię­te przez po­etyc­ką ideę bra­my, a wy­bru­ko­wa­ny te­ren wo­kół po­mni­ka stał się po­pu­lar­nym miej­scem po­po­łu­dnio­wych spa­ce­rów. Po obu stro­nach umiesz­czo­no pro­ste nie­wiel­kie ta­blicz­ki z jed­nym sło­wem wy­pi­sa­nym czar­no na bia­łym pi­smem de­wa­na­ga­ri – wska­zy­wa­ły, że mia­sto nosi na­zwę Mum­baj, nie Bom­baj.

Te ta­blicz­ki świad­czy­ły o we­wnętrz­nej wal­ce. Bom­baj to ko­smo­po­li­tycz­ne mia­sto. Ta­kie było od po­cząt­ku i tak się roz­wi­ja­ło, przy­cią­ga­jąc lu­dzi z ca­łe­go sub­kon­ty­nen­tu. Ale w nie­pod­le­głych In­diach Bom­baj zna­lazł się w sta­nie Ma­ha­rasz­tra, a w po­ło­wie lat sześć­dzie­sią­tych zro­dził się re­gio­nal­ny ruch Ma­ra­thów. Żą­da­li, aby Ma­ha­rasz­tra na­le­ża­ła do nich. Po­cząt­ko­wo ruch był wro­go na­sta­wio­ny głów­nie do bied­nych imi­gran­tów z po­łu­dnia In­dii, jed­nak nie­ba­wem inni lu­dzie też po­czu­li się za­gro­że­ni. Ten ruch, zna­ny jako Śiw Sena, Ar­mia Śiwy, wziął na­zwę od Śi­wa­dźie­go, sie­dem­na­sto­wiecz­ne­go wo­jow­ni­ka, któ­ry sta­nął na cze­le Ma­ra­thów. Ga­ze­ty wy­po­wia­da­ły się na ten te­mat kry­tycz­nie, na­zy­wa­ły człon­ków Seny fa­szy­sta­mi. Ale ruch sta­le się roz­wi­jał. Dwa lata temu zy­skał kon­tro­lę nad radą miej­ską Bom­ba­ju.

Sie­dzi­bą rady był gmach zbu­do­wa­ny za cza­sów bry­tyj­skie­go Bom­ba­ju w pew­nym sie­bie sty­lu wik­to­riań­skie­go go­ty­ku. Sze­ro­kie, so­lid­ne scho­dy z wik­to­riań­ską me­ta­lo­wą kra­tą pod wy­śli­zga­ną drew­nia­ną po­rę­czą pro­wa­dzi­ły do sali ob­rad, któ­rej ścia­ny do po­ło­wy wy­so­ko­ści po­kry­wa­ła wspa­nia­ła czer­wo­na­wo­brą­zo­wa bo­aze­ria. Sto­ły i krze­sła usta­wio­no w łu­kach i pół­ko­lach wo­kół fo­te­la bur­mi­strza. Krze­sła rad­ców obi­to zie­lo­nym ma­te­ria­łem, ale fo­tel bur­mi­strza miał sza­fra­no­wą ta­pi­cer­kę. Sza­fran to ko­lor hin­du­ski, a tu­taj był ko­lo­rem Śiw Seny. Sza­fra­no­wa sa­ty­na wy­peł­nia­ła go­tyc­ki łuk pod ga­le­rią bie­gną­cą wzdłuż jed­nej ze ścian. Na tle sza­fra­no­wej sa­ty­ny od­ci­na­ło się po­pier­sie Śi­wa­dźie­go w ko­lo­rze brą­zo­wym; nad po­pier­siem, na sa­ty­nie, umiesz­czo­no okrą­głą tar­czę i skrzy­żo­wa­ne mie­cze, rów­nież brą­zo­we.