Niewidzialne życie Addie LaRueTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nowy Jork

12 marca 2014

II


Addie idzie w kierunku górnego Manhattanu, czytając Odyseję w świetle ulicznych latarni. Minęło już trochę czasu, od kiedy czytała cokolwiek po grecku, ale poetycka fraza eposu pomaga jej wrócić w koleiny starego języka, a w chwili, kiedy Baxter pojawia się w zasięgu wzroku, porzuca obraz greckiego statku na morzu, spodziewając się już tylko kieliszka wina i gorącej kąpieli.

Niestety nie będzie jej dane ani jedno, ani drugie.

Ma bardzo dobre wyczucie czasu – albo właśnie wyjątkowo złe, zależy, jak na to spojrzeć: wychodzi zza zakrętu na Pięćdziesiątą Szóstą Ulicę, dokładnie w tej samej chwili, kiedy czarna limuzyna zatrzymuje się przed Baxterem i James St. Clair wysiada na chodnik. Wraca właśnie z planu zdjęciowego, opalony i najwyraźniej radosny. Na nosie mimo ciemności ma okulary przeciwsłoneczne. Addie zwalnia i staje po przeciwnej stronie ulicy, kiedy portier pomaga mu wyładować bagaż i wnosi go do środka.

– Cholera! – mruczy pod nosem dziewczyna, kiedy jej marzenia o spokojnej nocy rozwiewają się w nicość. Nie będzie kąpieli z bąbelkami ani lampki merlota.

Wzdycha i wycofuje się na skrzyżowanie, zastanawiając, co dalej.

Po lewej Central Park rozpościera się jak wielkie zielone prześcieradło w centrum miasta.

Po prawej wznosi się poszarpana panorama Manhattanu, całe kwartały stłoczonych budynków, od Midtown aż do Financial District.

Skręca w prawo, wybierając drogę do East Village.

Zaczyna jej burczeć w żołądku, a w okolicach Drugiej Ulicy dostrzega szansę na kolację. Młody człowiek na chodniku zsiada właśnie z roweru, wypakowuje zamówienie z zapinanej na zamek torby za siodełkiem i pośpiesznie wnosi jej zawartość do budynku. Addie przysuwa się do roweru i sięga do torby. To chińskie jedzenie, zgaduje po rozmiarze i kształcie pojemników o zagiętych kartonowych krawędziach, wyposażonych w druciane uchwyty do noszenia. Wybiera kartonik wraz z parą jednorazowych pałeczek i zmyka, zanim facet przy drzwiach zdąży zapłacić.

Swego czasu po kradzieży czuła wyrzuty sumienia.

Ale sumienie się wyczerpało, tak jak wiele innych rzeczy. Owszem, głód jej nie zabija, ale kiedy jest głodna, brzuch boli ją tak, jakby miała umrzeć.

Przechodzi w kierunku Alei C, napychając usta makaronem lo mein, podczas gdy nogi niosą ja przez East Village ku ceglanemu budynkowi z zielonymi drzwiami. Wyrzuca pusty kartonik do kubła na śmieci stojącego na rogu i dociera do wejścia dokładnie w chwili, kiedy z domu wychodzi jakiś mężczyzna. Addie uśmiecha się do niego, a on odpowiada uśmiechem i przytrzymuje jej drzwi.

Następnie wspina się po wąskich schodach na ostatnie piętro, aż do stalowych drzwi na szczycie, i maca dłonią wzdłuż zakurzonej górnej krawędzi futryny w poszukiwaniu srebrnego kluczyka, odkrytego zeszłej jesieni, kiedy wraz z kochanką dotarły do domu, ale jeszcze na schodach zwarły się w miłosnym uścisku. Usta Sam szukały wrażliwych punktów poniżej jej szczęki, a umazane farbą palce wślizgiwały się za pasek jej dżinsów.

Dla Sam była to jedna z rzadkich chwil, kiedy działała pod wpływem impulsu.

Dla Addie był to drugi miesiąc tego romansu.

Związku niewątpliwie pełnego szybkiej namiętności, ale tylko dlatego, że czas to luksus, na jaki Addie nie może sobie pozwolić. Pewnie że marzy o sennych porankach z pierwszą kawą, stopach na kolanach partnerki lub partnera i leniwym śmiechu z żartów zrozumiałych tylko dla nich dwojga, ale te przyjemności dostępne są tylko tym, którzy dobrze się znają. Addie nie może liczyć na spokojną intymność, osiąganą powoli przez wiele dni, tygodni czy miesięcy. To nie dla niej. Mimo że pragnie wspólnych poranków, poprzestaje na wieczorach, a jeśli to nie może być miłość na dłuższy dystans, no cóż… przynajmniej nie jest sama.

Palce znajdują klucz, który cicho zgrzyta, kiedy wyciąga go z kryjówki. Trzy razy próbuje go przekręcić w starym, zardzewiałym zamku, tak samo jak ostatnio: w końcu drzwi się otwierają i dziewczyna wychodzi na dach budynku. Natychmiast owiewa ją rześki wiatr, więc Addie wsuwa dłonie w kieszenie skórzanej kurtki i idzie na drugą stronę.

Nie ma tu wiele więcej ponad trzy stare plastikowe leżaki. Każdy ma jakąś usterkę: zapadnięte siedzisko, odchylone oparcie, złamany podłokietnik. Obok stoi brudna lodówka, a pomiędzy sznurkami do suszenia prania ktoś rozwiesił lampki choinkowe, zmieniając dach w obskurną oazę, smaganą wiatrem i deszczem.

Panuje tu względny spokój, nie cisza (bo tego Addie jeszcze nie doświadczyła w żadnym mieście; czasem myśli nawet, że to coś, co zagubiło się w dawnych czasach), ale właśnie spokój, o ile to możliwe w tej części Manhattanu. Mimo to nie jest to ten sam spokój, który przytłaczał ją w mieszkaniu Jamesa, nie milczenie i pustka mieszkania zbyt dużego dla jednej osoby. Na dachu docierają do niej odległe krzyki, trąbienie klaksonów i basowe dudnienie dalekiej muzyki, zredukowane do nieszkodliwego szumu.

Dach otoczony jest niskim ceglanym murkiem. Addie opiera na nim łokcie i patrzy, aż kontury budynków znikają, a ona widzi tylko światła Manhattanu, układające się we wzory na tle rozległego, bezgwiezdnego nieba.

Addie tęskni za gwiazdami.

W 1965 poznała chłopaka, któremu zwierzyła się z tej tęsknoty, a on zawiózł ją w pewne miejsce, godzinę drogi od Los Angeles, tylko po to, żeby mogła je zobaczyć. Jego twarz promieniała dumą, kiedy zatrzymał się w ciemności i wskazał ku górze. Addie wychyliła się i spojrzała na kilka żałosnych łańcuszków świetlnych plamek na niebie. Poczuła wówczas głęboki żal, jak po stracie kogoś bliskiego, i po raz pierwszy w tym stuleciu zatęskniła za Villon. Za domem. Za miejscem, gdzie gwiazdy były tak jasne, że formowały na niebie rzekę, potok srebra i fioletu na ciemnym tle.

Podnosi wzrok ponad dachy i zastanawia się, czy po tak długim czasie ciemność wciąż ją obserwuje, mimo że minęło już tyle lat. Cień powiedział jej kiedyś, że nie śledzi każdego człowieka: świat był wielki i pełen dusz, a on miał do roboty dużo więcej niż myśleć tylko o niej.

Drzwi na dach otwierają się za nią z trzaskiem i wytacza się przez nie kilkoro ludzi.

Dwóch chłopaków i dwie dziewczyny.

I Sam.

W białym swetrze i jasnoszarych dżinsach wygląda jak namalowana jednym pociągnięciem pędzla, wysoka, smukła i jasna na tle ciemnego dachu. Teraz nosi dłuższe włosy: niesforne blond loki, wyślizgujące się z nieporządnego koka. Rękawy ma podciągnięte, a na przedramionach widać smugi czerwonej farby. Addie zastanawia się, nad czym pracuje jej była kochanka. Sam jest malarką, tworzy głównie abstrakcje. Jej mieszkanie, już i tak małe, zagracają rzędy płócien porozstawiane pod ścianami. Używa skróconej formy imienia, a pełnym brzmieniem, Samantha, podpisuje się tylko na ukończonych pracach. No i pozwala używać go w łóżku.

Pozostała czwórka sadowi się hałaśliwie na dachu (jeden z facetów opowiada właśnie jakąś historię), lecz Sam zostaje z tyłu i z przechyloną głową chłonie orzeźwiające nocne powietrze. Addie żałuje, że nie ma nic innego, na czym mogłaby się skupić, kotwicy, która powstrzymałaby ją przed niemal magnetycznym przyciąganiem tamtej dziewczyny.

Ależ ma!

Odyseja.

Addie już ma pogrążyć się w lekturze, kiedy błękitne oczy Sam odrywają się od nieba i odnajdują jej wzrok. Malarka uśmiecha się i przez chwilę jest znowu sierpień, i śmieją się do siebie przy piwie na barowym patio. Addie odgarnia włosy z karku, żeby ochłodzić się od upału, a Sam przechyla się i dmucha na jej skórę. Jest wrzesień i leżą obie w łóżku Samanthy, z dłońmi zaplątanymi w prześcieradłach i swoich ciałach, a usta Addie dotykają ciepłej ciemności pomiędzy nogami Sam.

Teraz serce Addie wali mocno, kiedy tamta zostawia swoich znajomych i idzie swobodnie w jej kierunku.

– Przepraszam, że zakłóciliśmy twój spokój.

– Och, nie szkodzi – odpowiada Addie, zmuszając się do odwrócenia wzroku, tak jakby przyglądała się panoramie miasta. Przy Samancie zawsze czuła się jak słonecznik, nieświadomie odwracający się ku światłu tamtej.

– Ostatnio wszyscy chodzą ze spuszczonymi głowami – myśli głośno Sam. – Fajnie zobaczyć kogoś, kto patrzy w górę.

Czas wpada w poślizg: malarka powiedziała to samo, kiedy spotkały się po raz pierwszy. I szósty. I dziesiąty. Ale to nie tylko łatwy tekst na podryw. Sam ma oko do takich spraw: zawsze czujnie obserwuje otoczenie, poszukując nowych tematów, a kiedy przygląda się komuś lub czemuś, widzi więcej niż tylko postać.

Addie odwraca się i czeka na dźwięk oddalających się kroków, ale zamiast tego słyszy pstryknięcie zapalniczki. Sam staje obok niej, a blond lok tańczy na skraju jej pola widzenia. Addie poddaje się i odwraca się do niej.

– Mogę ci jednego podkraść? – pyta, kiwając głową w kierunku papierosów.

Sam się uśmiecha.

– Możesz, ale nie musisz. – Wyciąga jednego z paczki i wręcza go jej wraz z jaskrawobłękitną zapalniczką. Addie wsadza sobie papierosa do ust i naciska kciukiem zapalniczkę. Na szczęście wiatr wieje przez cały czas, więc ma wymówkę: płomień szybko gaśnie.

A potem gaśnie jeszcze raz. I znów. I znów.

– Proszę.

Sam podchodzi: jej ręka muska ramię Addie, kiedy przesuwa się, żeby zasłonić ją od wiatru. Pachnie niczym ciastka z kawałkami czekolady, pieczone przez jej sąsiada za każdym razem, kiedy ten się stresuje, a trochę jak lawendowe mydło, którego używa do zmywania farby z palców, i kokosowa odżywka, którą pozostawia na włosach na noc.

 

Addie nigdy nie lubiła zapachu tytoniu, ale dym rozgrzewa ją nieco od środka, a dzięki papierosowi ma co zrobić z dłońmi, ma się na czym skupić poza Sam. Stoją tak blisko, że oddychają tym samym powietrzem, a potem tamta wyciąga dłoń i dotyka jednego z piegów na prawym policzku Addie, dokładnie tak samo jak przy pierwszym spotkaniu. To taki prosty gest, a jednocześnie tak intymny.

– Masz tu gwiazdy – zauważa, a serce Addie ściska się boleśnie.

Déjà vu. Déjà su. Déjà vécu.

Musi oprzeć się pokusie, by przylgnąć do tamtej, by przesunąć dłonią po jej smukłej szyi i zatrzymać się na karku, gdzie jej ręka tak świetnie pasuje. Stoją w milczeniu, wydmuchując kłęby jasnego dymu, podczas gdy pozostała czwórka śmieje się i wykrzykuje za ich plecami, aż jeden z chłopaków – Eris? Aaron? – woła Sam, która bez wahania rusza w jego kierunku. Addie znów musi się powstrzymać, by nie chwycić tamtej za rękę.

Udaje jej się to.

Oparta o niski, ceglany murek, słucha, jak rozmawiają o życiu, o starzeniu się, o tym, co muszą zrobić przed śmiercią, i złych decyzjach, a potem jedna z dziewczyn mówi:

– Cholera, spóźnimy się!

Szybko więc dopijają piwo, gaszą papierosy i zmywają się przez drzwi, niczym fala odpływu.

Sam wychodzi ostatnia.

Zwalnia, ogląda się przez ramię i uśmiecha po raz ostatni do Addie, a potem znika w środku. Addie wie, że gdyby ruszyła biegiem, mogłaby ją złapać, zdążyłaby jeszcze przed zamknięciem drzwi.

Nie rusza się z miejsca.

Metalowa płyta z łomotem wskakuje na miejsce.

Addie bezsilnie opiera się o murek.

„Kiedy ktoś o mnie zapomina – myśli – to trochę tak, jakbym traciła rozum. Zaczynam się zastanawiać, co jest prawdziwe… czy ja sama jestem prawdziwa? No i jak cokolwiek może być prawdziwe, jeżeli nie może być zapamiętane? To jak z tym koanem zen, mówiącym o drzewie upadającym w lesie.

Jeżeli nikt tego nie słyszał, czy to się naprawdę stało?

Jeżeli ktoś nie może pozostawić po sobie śladu, czy w ogóle istnieje?”

Gasi papierosa na parapecie i odwraca się plecami do panoramy miasta, a potem rusza ku połamanym leżakom i wciśniętej pomiędzy nie lodówce. Znajduje ostatnie piwo pływające w resztkach stopionego lodu i odkręca kapsel, siadając na najmniej uszkodzonym leżaku.

Dzisiejsza noc nie wydaje się aż tak zimna, a Addie jest zbyt zmęczona, by szukać innego łóżka.

W blasku lampek choinkowych da się czytać, toteż dziewczyna wyciąga się na leżaku i otwiera Odyseję, po czym odpływa do dziwnych lądów, potworów i mężczyzn, którzy nie mogą wrócić do domu, aż ostatecznie chłód nocy kołysze ją do snu.

Paryż, Francja

9 sierpnia 1714

III


Skwar wisi nad Paryżem jak niski sufit.

Sierpniowe powietrze jest ciężkie, a wydaje się jeszcze cięższe pomiędzy kamiennymi budowlami, gdzie unosi się smród gnijących resztek jedzenia i innych śmieci, w mieście, gdzie mieszka tak wielka liczba ludzi, stłoczona razem.

Za sto pięćdziesiąt lat Haussmann odciśnie na tym mieście swoje piętno, ujednolici fasady budynków i pomaluje je tą samą jasną paletą kolorów, tworząc świadectwo sztuki, piękna i równości.

O takim Paryżu marzy Addie i takiego widoku kiedyś dożyje.

Tymczasem jednak biedacy w łachmanach gromadzą się całymi tłumami, a szlachetnie urodzeni w jedwabnych strojach spacerują po ogrodach. Ulice pełne są konnych powozów, na placach roi się od ludzi, a tu i ówdzie ponad pospolitą tkankę miasta wystrzeliwują wysokie wieże. Bogactwo paraduje alejami i wznosi się wraz z pałacami i posiadłościami, podczas gdy przy wąskich uliczkach tłoczą się rudery, a kamienie są brudne od sadzy i dymu.

Addie jest zbyt przejęta, żeby zauważyć którąkolwiek z tych rzeczy.

Krąży brzegiem placu, patrząc, jak kupcy rozbierają stoiska i przeganiają kopniakami obdarte dzieci, chowające się wśród straganów w poszukiwaniu resztek. Dłoń Addie wślizguje się do kieszeni spódnicy i oprócz drewnianego ptaszka znajduje cztery miedziane sou, które znalazła pod podszewką skradzionego płaszcza. Cztery sou to cały jej majątek.

Robi się późno, chmury wyglądają na deszczowe, a Addie musi znaleźć miejsce na nocleg. Powinno to być łatwe, przecież prawie na każdej ulicy jest jakaś gospoda, ale ledwie przekroczy próg pierwszej z nich, a właściciel wyrzuca ją z powrotem na ulicę.

– To nie burdel – mówi kpiąco, patrząc na nią z góry.

– A ja nie jestem kurwą – odpowiada dziewczyna, ale mężczyzna w odpowiedzi prycha tylko i pstryka palcami, tak jakby chciał się pozbyć niechcianych resztek.

Druga gospoda jest pełna, trzecia za droga, czwarta przyjmuje jedynie mężczyzn. Kiedy Addie wkracza przez drzwi piątej, słońce zniknęło już za horyzontem, a wraz z nim resztka otuchy. Dziewczyna przygotowuje się na odmowę pod dowolnym pretekstem…

…ale tym razem nikt jej nie wyrzuca.

Przy wejściu wita ją starsza kobieta, chuda i sztywna, z długim nosem i małymi, bystrymi oczami jastrzębia. Rzuca okiem na Addie i prowadzi ją korytarzem. Pokoje są małe i brudne, ale każdy z nich ma ściany, drzwi, okno i łóżko.

– Za cały tydzień – mówi twardo właścicielka. – Z góry.

Addie traci nadzieję. Tydzień wydaje się strasznie długim okresem w sytuacji, gdy jej wspomnienie trwa tylko chwilę, godzinę czy dzień.

– Jak będzie? – rzuca ostro tamta.

Addie ostrożnie wyciąga z kieszeni trzy miedziaki. Kobieta chwyta je błyskawicznie, niczym wrona kradnąca skórkę od chleba. Znikają w sakiewce przy jej pasie.

– Mogę dostać rachunek? – prosi dziewczyna. – Jakiś dowód, że zapłaciłam?

Kobieta patrzy na nią z urazą.

– Prowadzę uczciwy interes!

– Jestem pewna, że tak. Ale ma pani tyle pokojów – tłumaczy Addie. – Łatwo zapomnieć, które z nich są…

– Wynajmuję od trzydziestu czterech lat – przerywa jej właścicielka – i jeszcze nigdy nie zapomniałam twarzy najemcy!

To okrutny żart, myśli Addie, a tamta odwraca się i odchodzi, zostawiając dziewczynę samą w pokoju.

Zapłaciła za tydzień, ale wie, że będzie miała szczęście, jeżeli uda jej się tu przetrwać choćby dzień. Rano zapewne zostanie wyrzucona, a kobieta wzbogaci się o trzy sou, podczas gdy Addie zostanie sama na ulicy.

W zamku tkwi brązowy kluczyk, dziewczyna przekręca go, ciesząc się ze stanowczego szczęknięcia, brzmiącego niczym kamień wrzucany do strumienia. Nie musi nic rozpakowywać, nie ma ubrań na zmianę. Zrzuca tylko podróżny płaszcz, wydobywa drewnianego ptaszka z kieszeni i stawia go na parapecie. Talizman przeciw ciemności.

Wygląda przez okno, spodziewając się zobaczyć dachy wspaniałych paryskich budowli i ich wysokie wieże, a przynajmniej Sekwanę. Odeszła jednak zbyt daleko od rzeki, a okienko wychodzi na wąską alejkę, za którą widać kamienną ścianę kolejnego domu. Może znajdować się wszędzie.

Ojciec Addie opowiedział jej mnóstwo baśni o Paryżu. W jego historiach miasto to jawiło się jako miejsce pełne złota i przepychu, czarów i marzeń, które wystarczyło tylko odkryć. Teraz dziewczyna zastanawia się, czy kiedykolwiek je widział, czy było dla niego tylko nazwą, tłem, na którym łatwo było umieścić książąt i rycerzy, poszukiwaczy przygód i królowe.

Wszystkie te opowieści zlały się w jej umyśle w jedno, przestały tworzyć odrębne obrazy, a stały się czymś w rodzaju palety, pełnej odcieni. Może miasto nie było jednak tak wspaniałe? Może oprócz świateł były w nim również i cienie?

Noc jest szara i pełna wilgoci, głosy kupców i turkot wozów zagłusza deszcz, który właśnie zaczął padać, więc Addie kuli się na wąskim łóżku i próbuje zasnąć.

Myślała, że uda jej się spędzić tu całą noc, tymczasem deszcz jeszcze pada, a ciemność dopiero ustępuje miejsca brzaskowi, kiedy właścicielka gospody wali do drzwi, a po chwili klucz szczęka w zamku i pokoik wypełnia się hałasem. Szorstkie dłonie wywlekają Addie z łóżka. Jakiś mężczyzna trzyma ją za ramię, a kobieta patrzy na nią drwiąco i pyta:

– Kto cię tu wpuścił?

Addie próbuje wytrzeć z oczu resztki snu.

– Pani – wyjaśnia, żałując, że tamta nie mogła schować dumy w kieszeń i jednak wypisać jej rachunku. Tymczasem wszystko, co ma, to klucz do drzwi, i zanim zdoła go pokazać, właścicielka wymierza jej kościstą dłonią mocny policzek.

– Nie kłam, dziewczyno – syczy ostrzegawczo. – To nie jest przytułek dla żebraków.

– Zapłaciłam – protestuje Addie, osłaniając bezskutecznie twarz. Trzy sou w sakiewce za pasem kobiety raczej nie posłużą za dowód. – Rozmawiałyśmy przecież. Mówiła pani, że prowadzi tę gospodę od trzydziestu czterech lat…

Przez chwilę na twarzy kobiety pojawia się niepewność… ale zaraz znika. Addie nauczy się pewnego dnia, żeby pytać ludzi o tajemnice, o szczegóły, które znałaby tylko bliska osoba lub przyjaciel, ale nawet to nie zawsze zadziała. Będzie nazywana oszustką, wiedźmą, upiorem i szaloną. Zostanie wypędzona z dziesięciu różnych powodów, lecz tylko jeden będzie prawdziwy.

Ludzie jej nie pamiętają.

– Wynocha! – rozkazuje właścicielka, a Addie ledwie ma czas złapać płaszcz, zanim mężczyzna wyciąga ją z pokoiku. W połowie korytarza przypomina sobie, że zostawiła drewnianą figurkę na parapecie i próbuje się uwolnić, żeby po nią wrócić, lecz tamten ściska ją mocno za ramię.

Wyrzuca ją na ulicę, trzęsącą się z nerwów. Jedyna pociecha, że przez półotwarte drzwi wylatuje jeszcze jej drewniany ptaszek i ląduje na bruku, łamiąc skrzydełko.

Tym razem jednak sam się nie naprawi.

Leży teraz obok niej, a odłamek drewna wygląda niczym piórko, podczas gdy kobieta znika we wnętrzu domu. Addie powstrzymuje się od parsknięcia śmiechem. Nie bawi jej sama sytuacja, ale jej szalony charakter, absurdalne zakończenie tej nocy.

Jest bardzo późno albo bardzo wcześnie. Miasto ucichło, po niebie dalej przewalają się ciężkie od deszczu, szare chmury, ale dziewczyna wie, że ciemność na nią patrzy. Podnosi figurkę i wkłada ją do kieszeni, gdzie spoczywa ostatni miedziak. Wstaje, owija się szczelniej płaszczem, a skraj jej sukienki jest już mokry.

Addie idzie wąską uliczką, kompletnie wyczerpana. Znajduje schronienie pod drewnianym daszkiem i opada na bruk zaułka pomiędzy budynkami, by doczekać tam świtu.

Zapada w niemal gorączkowy sen, czując dłoń matki na czole, słysząc, jak jej głos wznosi się i opada w łagodnie nuconej melodii, gdy poprawia koc na ramionach córki. Wie, że musi być chora: tylko wtedy matka jest wobec niej miła. Addie leży tam, trzymając się znikających wspomnień, a tymczasem głośny stukot kopyt i turkot drewnianych wozów zagłuszają na wpół szeptaną piosenkę matki, nuta po nucie, aż dziewczyna budzi się i otrząsa z sennego oparu.

Jej spódnica jest sztywna od brudu, poplamiona i pognieciona od krótkiego, niespokojnego snu.

Deszcz przestał padać, lecz miasto wygląda na równie brudne jak wówczas, gdy do niego przybyła.

W Villon porządna burza oczyściłaby świat, pozostawiając go świeżym i pachnącym.

Zdaje się jednak, że nic nie jest w stanie zmyć brudu z paryskich ulic.

Jeżeli już, deszcz tylko pogorszył sytuację: świat wygląda na mokry i nijaki, a wokół stoją kałuże brązowe od błota i nieczystości.

A jednak wśród całego tego łajna wyczuwa jakiś słodki zapach.

Podążając za nim, dociera do tętniącego życiem targu: sprzedawcy wykrzykują ceny znad stołów i ze straganów, gdaczą kury w klatkach zdejmowanych z wozów.

Addie jest głodna jak wilk. Nie pamięta, kiedy ostatnio jadła. Sukienka na nią nie pasuje, ale nie szkodzi, ukradła ją ze sznurka z praniem dwa dni przed przybyciem do Paryża, mając dość tej, którą nosiła od dnia niedoszłego ślubu. Mimo że spędziła wiele dni bez jedzenia i picia, strój nie jest ani trochę luźniejszy. Podejrzewa więc, że w gruncie rzeczy nie musi jeść i gdyby przestała, nie umrze z głodu… lecz jej pusty, boleśnie kurczący się żołądek i drżące nogi nie chcą o tym słyszeć.

Przygląda się pełnemu ludzi targowi, obracając w kieszeni ostatnią monetę. Nie chce jej wydawać, ale może nie będzie musiała? Skoro jest tu tylu ludzi, kradzież powinna przyjść jej z łatwością. Tak uważa, lecz paryscy kupcy są równie chytrzy jak złodzieje i zachowują dwukrotnie większą czujność. Addie przekonuje się o tym boleśnie: miną całe tygodnie, zanim nauczy się kraść jabłka, a jeszcze więcej, zanim dojdzie do mistrzostwa w tej dziedzinie.

 

Dzisiaj podejmuje niezgrabną próbę ściągnięcia bułki z ziarnami ze stoiska piekarza. Mięsista łapa od razu chwyta ją za nadgarstek.

– Złodziejka!

Dostrzega kątem oka strażników miejskich przepychających się przez tłum, i natychmiast zalewa ją fala strachu: wyląduje w celi albo w dybach! Wciąż jest istotą z krwi i kości, nie nauczyła się jeszcze otwierać zamków, oczarowywać mężczyzn, żeby wycofali zarzuty, ani uwalniać się z kajdan równie szybko, jak jej twarz znika z pamięci ludzi.

Dlatego teraz błagalnie wręcza piekarzowi ostatnią monetę.

Ten bierze ją, macha uspokajająco do strażników, wszystko w porządku, i sou znika w jego kiesce. Bułka kosztuje o wiele mniej, ale mężczyzna nie wydaje jej reszty, oświadczając, że to opłata za próbę kradzieży.

– Ciesz się, że nie obetnę ci palców – warczy, odpychając ją od siebie.

I tak Addie ląduje na paryskiej ulicy, z bułką i połamaną figurką, za to bez grosza przy duszy.

Wybiega z targu i zwalnia dopiero na brzegu Sekwany. Dopiero tam wgryza się w bułkę, próbując jeść małymi kęsami, żeby wystarczyło na dłużej, ale po chwili już jej nie ma, a Addie nadal czuje głód, tak jakby ktoś kapnął kropelkę wody do pustej studni.

Przypomina jej się Estele.

Rok temu staruszce zaczęło dzwonić w uszach.

Dźwięk odzywał się przez cały czas, jak twierdziła, w dzień i w nocy, a kiedy Addie zapytała ją, jak może znieść ciągły hałas, Estele wzruszyła ramionami.

– Z czasem da się przywyknąć do wszystkiego – oznajmiła.

Addie nie sądzi jednak, by potrafiła przyzwyczaić się do uczucia głodu.

Gapi się na statki płynące po rzece i na katedrę wznoszącą się za zasłoną mgły. Przebłyski piękna lśnią niczym klejnoty na tle brudnych kamieni, zbyt dalekie, żeby były prawdziwe.

Stoi tam, dopóki nie zda sobie sprawy, że czeka. Czeka, aż ktoś jej pomoże, aż zjawi się i naprawi jej życie, ale nikt nie nadchodzi. Nikt o niej nie pamięta, a Addie może sobie czekać przez wieczność.

Dlatego odchodzi stamtąd.

A idąc, przygląda się Paryżowi. Notuje w pamięci ten dom i tamtą ulicę, mosty, powozy i bramy ogrodów. Zauważa róże rosnące za murem i piękno ukryte w jego pęknięciach.

Miną całe lata, zanim nauczy się, jak funkcjonuje to miasto, zanim zapamięta krok po kroku układ dzielnic, każdego sprzedawcę, każdy sklep i ulicę. Zanim dostrzeże niuanse każdego miejsca, znajdzie mocne i słabe punkty, nauczy się, jak żyć i przeżyć w przestrzeni pomiędzy innymi ludźmi, jak ułożyć sobie między nimi życie.

W końcu Addie osiągnie w tym mistrzostwo.

Stanie się perfekcyjną złodziejką, szybką i nieuchwytną.

Będzie przemykać przez domy niczym filigranowy duch, przebiegać przez salony i kraść wino, które potem wypije na dachu pod gołym niebem.

Każde złodziejskie zwycięstwo będzie nagradzać uśmiechem.

W końcu dojdzie do takiej biegłości, ale jeszcze nie teraz.

Teraz próbuje tylko zagłuszyć czymś uporczywy głód i dławiący strach. Teraz jest sama w dziwnym mieście, bez pieniędzy, bez przeszłości i bez przyszłości.

Z pierwszego piętra ktoś wylewa bez ostrzeżenia zawartość wiadra. Gęsta, brązowa ciecz rozpryskuje się na bruku u jej stóp. Addie odskakuje, próbując uniknąć oblania, i zderza się z dwiema kobietami w eleganckich sukniach, które patrzą na nią tak, jakby sama była brudną plamą.

Wycofuje się więc i siada na stopniach pobliskiego domu, lecz chwilę później zza drzwi wyskakuje kobieta, która grozi jej miotłą, oskarżając o podkradanie klientów.

– Idź do doków, żeby tam sprzedawać swój towar – łaja.

Z początku Addie nie ma pojęcia, o co chodzi tamtej. Ma puste kieszenie i żadnego towaru na sprzedaż. Kiedy jednak mówi to na głos, kobieta patrzy na nią dziwnie.

– Masz przecież ciało, prawda?

Addie oblewa się rumieńcem, kiedy dociera do niej sens.

– Nie jestem kurwą – protestuje, a kobieta uśmiecha się chłodno i cynicznie.

– Nie masz o sobie przypadkiem za dobrego mniemania? – pyta, kiedy Addie się podnosi i rusza w dalszą drogę. – W każdym razie samą dumą się nie wykarmisz! – krzyczy za nią tamta, a jej głos brzmi niczym krakanie wrony.

Dziewczyna owija się szczelniej płaszczem i zmusza nogi, by poniosły ją dalej ulicą, choć sprawiają wrażenie, jakby miały się pod nią załamać. W pewnej chwili widzi otwarte wrota kościoła. Nie olbrzymiego, z imponującymi wieżami, jak Notre Dame, ale małego, kamiennego kościółka, wciśniętego pomiędzy budynki w wąskiej uliczce.

Nigdy nie była religijna, inaczej niż jej rodzice. Zawsze czuła, że stoi w pół drogi pomiędzy starymi a nowymi bogami, lecz spotkanie z demonem w lesie dało jej do myślenia. Każdemu cieniowi musi odpowiadać jakieś światło. Być może ciemność ma odpowiednik po drugiej stronie, a Addie mogłaby zrównoważyć swoje życzenie. Estele pewnie tylko by prychnęła, lecz skoro jeden bóg rzucił na nią klątwę, staruszka nie powinna jej winić, że szuka pomocy u innego.

Ciężkie drzwi otwierają się, a ona wsuwa się do środka, mrugając, żeby oczy przyzwyczaiły się do nagłej ciemności. Dostrzega witrażowe okna.

Wciąga powietrze, uderzona przez ciszę i piękno tego wnętrza, kolebkowe sklepienie, czerwone, niebieskie i zielone światło malujące wzory na ścianach. „To dzieło sztuki”, myśli, ruszając naprzód, kiedy na jej drodze staje mężczyzna.

Rozpościera ramiona, ale jego gest ani trochę nie wygląda na powitanie.

Ksiądz zagradza jej drogę, kręcąc głową.

– Przykro mi – mówi, zaganiając ją jak zabłąkaną kurę, z powrotem przejściem między ławkami. – Nie mamy miejsca. Wszystko zajęte.

I po chwili Addie znów znajduje się na stopniach kościoła, słyszy, jak po drugiej stronie zasuwa się ciężki rygiel. Gdzieś w głębi jej umysłu rozlega się chichot Estele.

– A widzisz? – mówi ochryple. – Tylko nowi bogowie mają zamki w drzwiach!

Addie nie decyduje się na wizytę w dokach z własnej woli.

Stopy wybierają za nią: niosą ją wzdłuż Sekwany, kiedy słońce zachodzi nad rzeką, prowadzą w dół po schodach, skradzione buty łomoczą po deskach. Tu, w cieniu statków, wśród skrzyń, baryłek, linek i kołyszących się łodzi panuje półmrok. Śledzą ją dziesiątki oczu: mężczyźni zerkają znad swojej pracy, a kobiety przyglądają się jej, przeciągając się niczym koty. Wszystkie wyglądają niezdrowo: zbyt mocny makijaż, usta umalowane jaskrawą czerwienią. Ich suknie, mimo że podarte i brudne, i tak wyglądają lepiej niż strój Addie.

Nie zdecydowała jeszcze, po co tu jest, nawet kiedy zdejmuje z ramion płaszcz, nawet gdy podchodzi do niej mężczyzna. Jego ręka już wędruje po jej ciele, tak jakby sprawdzał jędrność owocu.

– Ile? – pyta opryskliwie.

Addie nie ma pojęcia, ile warte jest jej ciało, czy też za ile jest gotowa je sprzedać. Kiedy nie odpowiada, jego dłoń robi się niecierpliwa, a uścisk mocniejszy.

– Dziesięć sou – mówi, a mężczyzna śmieje się, co brzmi niczym warkot psa.

– Kimże jesteś, księżniczką?

– Nie – odpowiada. – Dziewicą.

W domu, w Villon, zdarzało się czasem w nocy, że Addie marzyła o rozkoszy. Wyczarowywała wówczas z ciemności nieznajomego, czuła jego usta na swoich piersiach, wyobrażała sobie, że jej ręka, wślizgująca się pomiędzy uda, należy do niego.

– Moja miłości – mówił nieznajomy, przyciskając ją do łóżka, a czarne loki przesłaniały jego szmaragdowe oczy.

– Mój ukochany – odpowiadała zdławionym szeptem, kiedy w nią wchodził, a jej ciało otwierało się na jego potęgę. Gdy pchał mocniej, wzdychała, gryząc rękę, by nikt tego nie usłyszał. Jej matka mawiała, że rozkosz kobiety to grzech śmiertelny, ale w tamtych chwilach Addie to nie obchodziło: czuła wówczas tylko tęsknotę i żądzę. Nieznajomy szeptał z ustami tuż przy niej, napięcie rosło niczym burza w misie jej bioder, a potem również w umyśle. Adeline wciągała go na siebie, pozwalając mu wnikać coraz głębiej i głębiej, aż burza się przełamywała i przetaczał się przez nią grzmot.

Tym razem wygląda to zupełnie inaczej.

W stękaniu nieznanego mężczyzny nie ma ani grama poezji, brakuje melodii i harmonii, poza stałym rytmem posunięć, kiedy się w nią wpycha. Nie ma toczącej się rozkoszy, tylko nacisk, ból i jedna rzecz wpychana w drugą, ciasną. Addie patrzy w nocne niebo zamiast na jego poruszające się ciało i czuje, jak ciemność odpowiada spojrzeniem.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?