Niewidzialne życie Addie LaRueTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Życie bez śmierci.

Z jej gardła wydobywa się szaleńczy chichot, w którym jest tyleż ulgi, co przerażenia. Może odczuwać prawdziwy głód (dopiero zaczyna odkrywać to uczucie). Mogą boleć ją stopy, chociaż nie będzie na nich otarć ani odcisków. Może czuć ból promieniujący z rany w ramieniu, zanim rozcięcie się zagoi. Ciemność uwolniła ją być może od śmierci, ale nie od cierpienia.

Po wielu latach pozna prawdziwe znaczenie tego słowa, jednak w tej chwili, kiedy maszeruje prosto w gęstniejący zmrok, z ulgą przyjmuje fakt, że wciąż żyje.

Z ulgą, która mija, gdy Addie dociera do granic miasta.

To najdalsze miejsce, do którego zawędrowała w życiu.

Le Mans majaczy jeszcze w zapadających ciemnościach za jej plecami, a przed nią kamienne mury otwierają się na pejzaż pełen porozrzucanych miasteczek, wyglądających jak zagajniki, za którymi rozciągają się pola, za nimi zaś leży… sama nie wie co.

Kiedy Addie była mała, lubiła wbiegać na wzgórza wokół Villon, aż na szczyt, za którym zbocze zaczynało gwałtownie opadać, i zatrzymywać się z bijącym sercem, kiedy jej ciało pochylało się, tak bliskie upadku.

Gdyby ktoś wtedy delikatnie ją popchnął, przyciąganie ziemskie dokonałoby dzieła.

Teraz nie otwiera się przed nią urwisko, lecz Addie czuje się tak, jakby balansowała na jego skraju.

Wówczas słyszy w ciemności głos Estele.

– Jak dojść na koniec świata? – spytała kiedyś, a gdy Addie nie potrafiła odpowiedzieć, staruszka uśmiechnęła się i sama odparła: – Krok po kroczku.

Addie nie idzie na koniec świata, ale musi dokądś pójść, więc w tej właśnie chwili podejmuje decyzję.

Uda się do Paryża.

Poza Le Mans to jedyne miejsce, którego nazwę zna, miejsce tyle razy wymieniane przez jej nieznajomego, pojawiające się w każdej baśni opowiadanej przez ojca, siedziba bogów i królów, pełna złota, majestatu i obietnic.

„Tak się to zaczyna”, powiedziałby, gdyby mógł ją teraz widzieć.

Addie robi pierwszy krok, czując, że ziemia ustępuje pod jej stopą, chwieje się, ale tym razem nie spada w przepaść.

Nowy Jork

12 marca 2014

XVII


Dużo lepszy dzień.

Słońce wyszło zza chmur, powietrze nie jest takie zimne, a w Nowym Jorku jest mnóstwo rzeczy, za które można go uwielbiać.

Jedzenie, sztuka, wydarzenia kulturalne… ale Addie najbardziej lubi skalę tej metropolii. Miasteczko czy wieś zwiedzało się szybko: wystarczył tydzień, żeby obejść wszystkie zakamarki w Villon i poznać twarze wszystkich mieszkańców. Tymczasem w ośrodkach takich jak Paryż, Londyn, Chicago czy Nowy Jork nie musi zwalniać, nie musi smakować ich małymi kęsami, żeby wrażenie nowości trwało dłużej. Takie miasta może pochłaniać tak łapczywie, jak chce, co dzień, a nowe dania same będą wjeżdżać na stół.

Takie miejsca można zwiedzać latami, a mimo to wciąż odkrywać w nich nowe aleje, schody czy drzwi.

Zapewne dlatego nie zauważyła tego wcześniej.

Kawałek w bok i w dół po schodkach kryje się sklep, na wpół ukryty w linii budynków przy ulicy. Markiza, niegdyś fioletowa, obecnie niemal kompletnie zszarzała, ale wypisaną białymi literami nazwę sklepu wciąż da się odczytać.

Ostatnie Słowo.

Sądząc po nazwie, antykwariat. Jego wystawa pełna jest książek poukładanych w stosy. Puls Addie nieco przyspiesza. Była pewna, że odnalazła wszystkie antykwariaty w Nowym Jorku. Przewędrowała w tym celu niemal każdy zakamarek pięciu okręgów, a mimo to miasto nadal ma tajemnice, niektóre ukryte przed ludzkim wzrokiem: bary w piwnicach, tajne spelunki, kluby tylko dla członków, a także inne, znajdujące się na widoku. Tak jak easter eggi w filmach, nawiązania, które dostrzega się dopiero po drugim czy trzecim obejrzeniu. A jednocześnie zupełnie nie jak easter eggi, ponieważ niezależnie od tego, ile razy obejdzie te kwartały, czy też ile godzin, dni czy lat spędzi na nauce planu Nowego Jorku, kiedy tylko odwraca się do miasta plecami, wydaje się ono przesuwać i zmieniać kształt. Budynki rosną i maleją, firmy otwierają się i zamykają, ludzie przybywają i odchodzą, a talia tasuje się po raz kolejny i znowu, i jeszcze raz.

Oczywiście teraz wchodzi do antykwariatu.

Cichy dzwonek oznajmia jej przybycie, lecz dźwięk szybko ginie wśród stosów książek w różnym stanie. Niektóre księgarnie są zorganizowane do tego stopnia, że wyglądają bardziej jak galeria niż sklep. Niektóre wydają się sterylne, zarezerwowane tylko dla nowych, nietkniętych tomików.

Ale nie ta.

Ten antykwariat to labirynt książek poukładanych w stosy i stojących na półkach w dwóch, a czasem nawet w trzech rzędach: pomieszane oprawy skórzane, kartonowe i papierowe. Do takich Addie najbardziej lubi zachodzić – i czasem nawet gubić się w ich czeluściach.

Przy drzwiach stoi lada z kasą, ale nikogo za nią nie ma, więc Addie idzie niezaczepiana przez nikogo pomiędzy regałami, szukając drogi wzdłuż półek z bestsellerami. Antykwariat wydaje się niemal pusty. Są tu tylko starszy biały mężczyzna, przeglądający rządek thrillerów, i przepiękna czarnoskóra dziewczyna, siedząca po turecku na skórzanym fotelu na końcu alejki. Na jej palcach i w uszach lśni srebro, na kolanach ma otwarty olbrzymi album z reprodukcjami dzieł sztuki.

Addie przechodzi pod tabliczką „Poezja”, a ciemność szepcze tuż przy niej, zęby niemal muskają jej skórę niczym ostrze.

„Pójdź ze mną, zostań moją miłą”[1].

To refren towarzyszący Addie od wielu lat, powtarzany do znudzenia.

„Nie wiesz, czym jest miłość”.

Nie zatrzymuje się, skręca za róg, przejeżdżając palcami po grzbietach książek z działu „Teologia”. Przeczytała już Biblię, Upaniszady i Koran, po tym, jak około stu lat temu przeżyła zwrot w stronę religii, a teraz przechodzi koło Szekspira, który stworzył własny kult.

Zatrzymuje się w sekcji „Wspomnienia” i czyta tytuły na grzbietach: tak wiele „Ja”, „Mnie” i „Moje”. Zaimki dzierżawcze u wszystkich dzierżących pióro. Cóż to za luksus: móc opowiedzieć swoją historię, którą ktoś przeczyta i zapamięta.

Coś trąca ją w łokieć, więc patrzy w dół i widzi parę bursztynowych oczu wyglądających znad jej rękawa, tkwiących w masie pomarańczowego futra. Kot wygląda na równie starego, jak książka w jej dłoni. Otwiera paszczę i wydaje z siebie coś pomiędzy ziewnięciem i miauknięciem, głuchy, świszczący odgłos.

– Cześć – mówi Addie i drapie kocura między oczami, wywołując niski pomruk rozkoszy.

– Ha – odzywa się za nią męski głos. – Książek nie zadaje się zwykle z klientami.

Addie odwraca się i już ma skomentować imię kota, ale traci wątek, gdy dostrzega rozmówcę, ponieważ przez chwilę, króciutką chwilkę, zanim zogniskuje wzrok na jego twarzy, jest pewna, że…

Ale to nie on.

Oczywiście, że nie.

Włosy chłopaka, chociaż czarne, opadają luźnymi splotami wokół jego twarzy, a oczy za okularami w grubej oprawie są raczej szare niż zielone. Jest w nich coś kruchego, tak jakby były ze szkła, nie z kamienia, a kiedy mówi, jego głos jest uprzejmy i ciepły, niewątpliwie ludzki.

– Czy pomóc ci coś znaleźć?

Addie kręci głową.

– Nie – odpowiada i odchrząkuje. – Na razie tylko przeglądam półki.

– Doskonale – stwierdza chłopak z uśmiechem. – Przeglądaj sobie dalej.

Odprowadza go wzrokiem, czarna czupryna niknie w labiryncie tytułów, a potem dziewczyna odwraca się z powrotem do kota.

Ale zwierzak również zniknął.

Addie wraca więc do pamiętników na półce i kontynuuje poszukiwania. Jej uwaga przenosi się teraz ze „Sztuki” na „Historię świata”. Dziewczyna cały czas czeka, by chłopak pojawił się ponownie, by zacząć cykl od nowa, zastanawiając się, jak mu odpowiedzieć, kiedy się do niej znów odezwie. Powinna poprosić o pomoc, pozwolić, by poprowadził ją między półkami – ale sprzedawca nie wraca.

Dzwonek u drzwi odzywa się znów, ogłaszając nadejście nowego klienta, a tymczasem Addie dociera do „Klasyki”. Beowulf. Antygona. Odyseja. W zasięgu wzroku ma kilkanaście wersji tego ostatniego tytułu i właśnie wyciąga jedną z nich, kiedy słyszy nagły wybuch śmiechu, wysokiego i radosnego. Wygląda przez lukę między półkami i widzi blond dziewczynę opierającą się o ladę. Po drugiej stronie stoi chłopak, ten sam, który chwilę wcześniej odezwał się do Addie, czyszcząc okulary brzegiem koszuli.

Pochyla głowę, muskając policzki ciemnymi rzęsami.

Nie patrzy nawet na dziewczynę, która wspina się na palce, by być bliżej niego. Wyciąga dłoń i gładzi rękaw jego koszuli tym samym gestem, którym Addie przesuwała dłoń wzdłuż grzbietów książek na półkach, a on uśmiecha się spokojnie i nieśmiało. W tym momencie resztki podobieństwa do cienia znikają.

Addie wkłada książkę pod pachę, po czym zmierza ku drzwiom, korzystając z odwróconej uwagi sprzedawcy.

– Hej! – słyszy głos, jego głos, ale dalej idzie ku wyjściu. Za chwilę ją zapomni. Za chwilę jego umysł pozbędzie się tego wspomnienia, a chłopak… Ręka ląduje na jej ramieniu. – Musisz za to zapłacić.

Odwraca się. To sprzedawca, lekko zdyszany i bardzo zirytowany. Addie ogląda się na schodki i drzwi. Widocznie pozostały otwarte, a chłopak musiał być tuż za nią… ale mimo wszystko to dziwne. Wyszedł za nią ze sklepu.

– No i? – pyta, zdejmując rękę z jej ramienia i stając przed nią z rozpostartymi dłońmi.

Mogłaby oczywiście uciec, ale książka nie jest tego warta. Addie sprawdza cenę: niewysoka, ale nie ma tyle przy sobie.

 

– Przepraszam – mówi, oddając mu tomik.

Marszczy ze zdumieniem brwi, a na czole widać linię zbyt głęboką jak na jego wiek: takie zmarszczki powstają po latach, a on nie może mieć więcej niż trzydziestkę. Patrzy na książkę i dla odmiany unosi brew nad krawędź okularów.

– Sklep pełen starych książek, a ty kradniesz wytarte, tanie wydanie Odysei? Wiesz chyba, że nie dostaniesz za nie sensownej ceny, prawda?

Addie wytrzymuje jego spojrzenie.

– A kto mówi, że chciałam je odsprzedać?

– Przecież to wydanie w klasycznej grece!

Tego akurat nie zauważyła, nie żeby miało to jakiekolwiek znaczenie. Uczyła się najpierw łaciny, ale potem poznała również grekę.

– O, ja głupia – mówi cierpkim tonem. – Powinnam była przecież ukraść angielski przekład.

Chłopak niemal – niemal! – się uśmiecha, ale wyraźnie wygląda na speszonego i skonsternowanego. W końcu kręci głową.

– Dobra, weź to – mówi, wyciągając książkę. – Myślę, że sklep może sobie na to pozwolić.

Musi zwalczyć nagłą pokusę, by odepchnąć jego rękę. Addie czuje, jakby okazał jej litość.

– Henry! – woła przepiękna czarna dziewczyna, stając w drzwiach. – Mam zadzwonić po policję?

– Nie! – odkrzykuje, wciąż patrząc na Addie. – Wszystko w porządku. – Mruży oczy, przyglądając jej się uważnie. – To niezamierzona pomyłka!

Odwzajemnia spojrzenie chłopaka – Henry’ego. Potem wyciąga dłoń po książkę i zabiera ją, a sprzedawca znika z powrotem w sklepie.

[1] Pierwszy wers wiersza Christophera Marlowe’a Namiętny pasterz do swej lubej, w przekładzie Stanisława Barańczaka.



Tytuł dzieła: Pewna zapomniana noc

Autor: Samantha Benning

Data: 2014

Technika: akryl na płótnie i drewnie

Własność: galeria Lisette Price, Nowy Jork

Opis: Obraz w przeważającej części monochromatyczny, farba układa się w mapę skomponowaną z czerni, grafitów i szarości. Na tym tle wyróżnia się siedem białych punktów.

Kontekst: Znany jako samodzielne dzieło, obraz ten jest jednak tylko pierwszym z wciąż uzupełnianej serii, zatytułowanej Gwiazdy mojego życia, w której Benning przedstawia członków rodziny, przyjaciół i kochanków jako różne konstelacje na niebie.

Przybliżona wartość: 11 500 dolarów

Nowy Jork

12 marca 2014

I


Henry Strauss wraca do antykwariatu.

Bea znów zajęła miejsce na zniszczonym skórzanym fotelu, z błyszczącym albumem na kolanach.

– Gdzie byłeś?

Spogląda z powrotem przez otwarte drzwi i marszczy czoło.

– Nigdzie.

Dziewczyna wzrusza ramionami i przewraca kolejne kartki przewodnika po sztuce neoklasycyzmu, którego nie ma zamiaru kupować.

– To nie biblioteka – wzdycha Henry pod nosem, wracając za kasę. – Przepraszam – mówi do klientki przy ladzie. – Na czym skończyliśmy?

Na imię ma Emily, o ile Henry dobrze pamięta, a teraz przygryza wargę.

– Jeżeli o mnie chodzi, to właśnie chciałam zapytać, czy nie miałbyś ochoty na drinka.

Chłopak śmieje się, nieco nerwowo (to przyzwyczajenie, którego chyba nigdy się nie pozbędzie). Emily jest ładna, naprawdę śliczna, ale jej oczy szklą się niepokojącym blaskiem, więc Henry czuje ulgę, że nie musi kłamać co do planów na ten wieczór.

– To może innym razem – mówi dziewczyna z uśmiechem.

– To może innym razem – zgadza się Henry, a ona zabiera swoją książkę i odchodzi.

Ledwie zamkną się za nią drzwi, Bea odchrząkuje znacząco.

– No co? – pyta chłopak, nie odwracając się.

– Mogłeś chociaż wziąć od niej numer.

– Mamy plany – mówi, stukając kartonikami biletów o ladę.

Słyszy ciche skrzypienie skóry, kiedy dziewczyna podnosi się z fotela.

– Wiesz co? – mówi, obejmując go ramieniem – najwspanialszą rzeczą w planach jest to, że można przełożyć je także na inne dni.

Odwraca się, jego ręce wznoszą się ku jej talii i oto stają złączeni, jak uczniowie w torturze szkolnego tańca, zataczający szerokie kręgi, jakby złapano ich w sieć lub skuto łańcuchami.

– Beatrice Helen – mówi kpiąco chłopak.

– Henry Samuelu.

Stoją tak na środku sklepu, dwoje dwudziestoparolatków obejmujących się jak dzieci. Raz na jakiś czas Bea przechyla się nieco mocniej, mówi, że znalazła kogoś (nowego) i że zasługuje na szczęście (po raz kolejny). Trzymają się jednak umowy: ona nie wspomina Tabithy, a Henry nie mówi nic o Profesorce. Każde ma swoich pokonanych wrogów i swoje bitewne blizny.

– Wybaczcie – mówi starszy facet, któremu jest chyba autentycznie przykro, że im przerywa. Wyciąga ku nim książkę, a Henry uśmiecha się i odrywa od przyjaciółki, przemykając z powrotem za ladę, żeby obsłużyć klienta. Bea bierze swój bilet z kontuaru i zapowiada, że spotkają się na koncercie, a Henry potwierdza skinieniem głowy, wtedy starszy facet wychodzi, a reszta popołudnia upływa pod znakiem rozmazanego ciągu nieszkodliwych nieznajomych.

Za pięć szósta odwraca tabliczkę na drzwiach z „otwarte” na „zamknięte” i zaczyna zamykać sklep. Ostatnie Słowo nie należy do niego, ale równie dobrze mogłoby tak być. Minęło kilka tygodni, odkąd właścicielka pojawiła się tu po raz ostatni. Meredith podróżuje po świecie za pieniądze z polisy ubezpieczeniowej swojego zmarłego męża. Jesień życia to dla niej nowa wiosna.

Henry wsypuje garść suchej karmy do czerwonej miseczki za ladą, należącej do Książka, starego kociego rezydenta antykwariatu, i chwilę później pomarańczowa głowa pojawia się nad tomikami z działu „Poezja”. Kocur lubi się ukrywać za stosami książek i przesypiać tam całe dnie. Jego obecność zdradzają od czasu do czasu tylko pusta miseczka i sapnięcie zaskoczonego klienta, który nagle dostrzega łypnięcie żółtych oczu zza półki.

Książek to jedyna istota, która rezyduje w antykwariacie dłużej od Henry’ego.

Chłopak pracuje tu od pięciu lat, od czasów, kiedy studiował jeszcze teologię. Z początku dorabiał sobie w sklepie do stypendium, ale potem studia się skończyły, a praca została. Henry wie, że powinien znaleźć sobie inne zajęcie, ponieważ płaca tutaj jest gówniana, a on ma za sobą dwadzieścia jeden lat kosztownej formalnej edukacji. Czasem słyszy głos swojego starszego brata Davida, brzmiący dokładnie tak samo jak głos ich ojca, spokojnie pytającego, jakie „perspektywy” wiążą się z tą pracą i czy naprawdę Henry chce spędzić życie w ten sposób. Młodszy brat nie wie jednak, co innego miałby robić, i nie potrafi zdobyć się na rzucenie tej pracy. To jedyna rzecz w życiu, która mu jeszcze wychodzi.

Poza tym, prawdę mówiąc, Henry uwielbia to miejsce: zapach książek i ich masę obciążającą półki, stare, sczytane tytuły i ciągle pojawiające się nowe, a nade wszystko lubi nowojorczyków za to, że zawsze znajdą się wśród nich czytelnicy.

Bea upiera się, że każdy, kto pracuje w księgarni, chce być pisarzem, ale Henry nigdy nie rozważał takiej kariery. Owszem, próbował coś tam pisać, ale nigdy mu nie szło. Nie potrafi znajdować właściwych słów, konstruować historii, dobrać odpowiedniego rejestru. Nie umie wymyślić niczego, co można by postawić na półce w antykwariacie.

Woli być strażnikiem opowieści niż ich autorem.

Wyłącza światła w sklepie, chwyta bilet, płaszcz i udaje się na spektakl Robbiego.

Henry nie miał czasu się przebrać.

Przedstawienie zaczyna się o siódmej, Ostatnie Słowo zamyka się o szóstej, a on i tak nie jest pewien, jak powinien się ubrać na spektakl off-off-Broadway o elfach w Bowery, więc wciąż ma na sobie ciemne dżinsy i znoszony sweter. Bea określa ten strój mianem „modny bibliotekarz”, mimo że chłopak nie pracuje w bibliotece (czego ona najwyraźniej nie potrafi zrozumieć). Sama natomiast wygląda niebywale stylowo, jak zawsze: biały blezer z rękawami podwiniętymi do łokci, wąskie srebrne pierścionki na palcach i takież kółka w uszach, grube dredy upięte w koronę na czubku głowy. Kiedy czekają w kolejce, Henry zastanawia się, czy niektórzy ludzie po prostu mają naturalny styl, czy też są tak zdyscyplinowani, żeby codziennie o siebie zadbać.

Przesuwają się do przodu, aż w końcu docierają do drzwi i okazują bilety.

Sztuka to jedna z tych dziwnych mieszanek teatru i nowoczesnego tańca, które funkcjonują tylko w takich miejscach jak Nowy Jork. Według Robbiego jest luźno oparta na Śnie nocy letniej: trochę tak, jakby ktoś wyszlifował Szekspirowską frazę na gładko i podkręcił kolory.

Bea trąca go w bok.

– Zauważyłeś, jak na ciebie patrzyła?

Henry mruga.

– Co? Kto?

Dziewczyna przewraca oczami.

– Jesteś zupełnie beznadziejny.

Wokół nich kłębi się tłumek. Przedzierają się przez niego, kiedy ktoś łapie Henry’ego za ramię. Dziewczyna, owinięta w artystycznie podartą suknię, z wymalowanymi zielenią abstrakcyjnymi wzorami na skroniach i policzkach, najwyraźniej jedna z aktorek dzisiejszego przedstawienia. Henry kojarzy pozostałości podobnego makijażu na skórze Robbiego; widział je kilkanaście razy w ciągu ostatnich kilku tygodni.

Aktorka unosi ku niemu pędzel i miskę pełną złota.

– Nie zostałeś jeszcze przyozdobiony – mówi poważnie. Zanim zdąży ją powstrzymać, zostawia złoty pył na jego policzkach, muskając twarz chłopaka pędzlem delikatnie jak piórkiem. Z bliska Henry dostrzega lekki błysk w jej oczach.

Unosi wysoko głowę.

– Jak wyglądam? – pyta, naśladując nadąsaną minę modela.

Mimo że to żarty, dziewczyna posyła mu szczery uśmiech i mówi:

– Idealnie!

Na dźwięk tego słowa przechodzi go dreszcz i na chwilę przenosi się gdzieś indziej, czyjaś dłoń trzyma w ciemności jego rękę, a kciuk muska jego policzek. Otrząsa się z tego wrażenia.

Bea pozwala dziewczynie namalować lśniący pasek wzdłuż nosa i złotą kropkę na brodzie, a potem jeszcze przez pół minuty z nią flirtuje, zanim w hallu teatru nie rozlegnie się dzwonek i zielony elf umknie z powrotem w tłum, a oni zaczną zmierzać ku widowni.

Henry bierze Beę pod ramię.

– Nie myślisz chyba, że jestem idealny, prawda?

Dziewczyna prycha.

– Nie, skąd!

Chłopak uśmiecha się wbrew sobie, a tymczasem kolejny aktor, ciemnoskóry mężczyzna z różowym złotem na policzkach, wręcza im po gałązce z liśćmi zbyt zielonymi, by były prawdziwe, a przy tym zatrzymuje życzliwy, lśniący smutkiem wzrok na Henrym.

Pokazują bilety starszej bileterce – siwiutkiej i niskiej – a ona łapie łokieć Henry’ego i prowadzi ich na miejsca, a potem klepie go po ramieniu i odchodzi przejściem między fotelami, mrucząc:

– Ależ grzeczny chłopczyk.

Henry sprawdza numery na biletach, po czym przesiadają się na właściwe siedzenia, trzy miejsca w centralnej części rzędu. Chłopak siada na środku, Bea z jednej strony, a z drugiej zostaje pusty fotel, należący do Tabithy, ponieważ to oczywiście ona kupiła wszystkim bilety kilka miesięcy temu, kiedy byli wciąż razem, gdy wszystko działo się w liczbie mnogiej, a nie pojedynczej.

Tępy ból ściska żebra Henry’ego. Chłopak żałuje teraz, że nie kupił drinka za dziesięć dolarów.

Światła gasną, kurtyna idzie w górę, odsłaniając królestwo neonowych świateł i pomalowanej sprayem stali. Na środku tego wszystkiego Robbie siedzi na tronie w pozie prawdziwego króla goblinów.

Włosy podwinięte ma w wysoką falę, a na twarzy linie fioletu i złota, układające się w dziwny, oszałamiający wzór. Kiedy się uśmiecha, Henry przypomina sobie, jak się zakochali, kiedy obaj mieli jeszcze po dziewiętnaście lat i rządziła nimi mieszanina pożądania, samotności i marzeń. A kiedy Robbie się odzywa, jego głos dźwięczy w całym teatrze jak kryształ.

– Oto historia bogów – mówi.

Scena wypełnia się aktorami, zaczyna grać muzyka i przez moment jest dobrze.

Po chwili jednak świat się zapada, wszystko wokół nich cichnie, a Henry znika.

 

Pod koniec sztuki rozgrywa się scena, która odciśnie się w najgłębszym miejscu umysłu Henry’ego, niczym naświetlony kadr na kliszy fotograficznej.

Robbie, król Bowery, wstaje z tronu, kiedy na scenę spada gęsty deszcz, i mimo że chwilę wcześniej była pełna ludzi, teraz jest na niej tylko Robbie. Wyciąga dłoń, dotykając kurtyny wody, która rozstępuje się wokół jego palców, nadgarstka, a potem ramienia, ponieważ aktor przesuwa się, aż całe jego ciało znajduje się pod opadającą falą.

Odchyla głowę, a deszcz zmywa złoto i brokat z jego skóry, spłaszczając idealną fryzurę na jego czaszce, wymazując wszystkie ślady magii, zmieniając go z ospałego, aroganckiego księcia goblinów w chłopca: śmiertelnego, wrażliwego, samotnego.

Światła gasną i przez długą chwilę w teatrze słychać tylko deszcz, słabnący ze stałej ściany w rytmiczną ulewę, a potem w cichy stuk kropel o scenę.

Aż wreszcie, w końcu, cichnie.

Światła się zapalają, cała obsada wychodzi na scenę, widzowie biją brawa. Bea wiwatuje i patrzy na Henry’ego. Z jej twarzy uchodzi cała radość.

– Coś nie tak? – pyta. – Wyglądasz, jakbyś miał zemdleć.

Chłopak przełyka ślinę i kręci głową.

Jego ręka pulsuje bólem, a kiedy spojrzy w dół, dostrzega, że wbił paznokcie w bliznę na dłoni, rysując świeżą, krwawą linię.

– Henry?

– Czuję się dobrze – odpowiada, wycierając dłoń w plusz fotela. – To było dobre. To było znakomite.

Wstaje i opuszcza widownię w ślad za Beą.

Tłum rzednie, aż w hallu zostają głównie przyjaciele i członkowie rodzin aktorów, czekający, aż artyści pojawią się ponownie. Henry czuje jednak wzrok, skupioną na sobie uwagę. Gdziekolwiek spojrzy, widzi przyjazną twarz, ciepły uśmiech, a czasem nawet coś więcej.

W końcu Robbie wpada do hallu i zarzuca obojgu ramiona na szyje.

– Moi wielbiciele! – oznajmia dźwięcznym aktorskim tenorem.

Henry prycha, a Bea wyciąga czekoladową różę – stary dowcip, zrozumiały tylko dla nich, ponieważ kiedyś Robbie poskarżył się, że trzeba wybierać pomiędzy czekoladkami a kwiatami, a Bea zauważyła wówczas, że to akurat walentynki, a poza tym kwiaty to typowy prezent wręczany po przedstawieniu, z kolei Robbie odpowiedział, że on wcale nie uważa się za typowego, a poza tym co, jeśli nabierze apetytu?

– Wspaniale wypadłeś – mówi Henry, i to prawda. Robbie rzeczywiście gra wspaniale, i to od zawsze. Żeby dostać pracę w nowojorskim teatrze, trzeba opanować całą triadę: taniec, muzykę i grę aktorską. Robbie wciąż jeszcze znajduje się o kilka przecznic od Broadwayu, ale Henry nie ma najmniejszych wątpliwości, że jego przyjaciel w końcu się tam dostanie.

Przejeżdża dłonią po włosach Robbiego.

Kiedy są suche, mają barwę palonego cukru, ciemnopłowy kolor gdzieś między brązem a rudym, zależnie od oświetlenia. Teraz jednak wciąż wyglądają na mokre po ostatniej scenie. Przez moment Robbie nachyla się ku przyjacielowi, opierając ciężar głowy na jego dłoni. Henry’emu zapiera dech w piersiach i musi przypomnieć swojemu sercu, że to nie dzieje się naprawdę, już nie.

Teraz klepie przyjaciela po plecach, a Robbie prostuje się niczym reanimowany, ożywiony nową energią. Wznosi swoją różę niczym buławę i ogłasza:

– Na imprezę!

Kiedyś Henry myślał, że imprezy po spektaklach odbywają się tylko po ich zejściu z afisza, że w ten sposób obsada żegna się z wielbicielami, ale potem nauczył się, że dla dzieciaków z teatru każde wystawienie jest okazją do świętowania, ochłonięcia po scenicznym haju albo do jego podtrzymania, tak jak w przypadku ekipy Robbiego.

Jest już prawie północ, a oni tłoczą się w mieszkaniu na trzecim piętrze w budynku bez windy w SoHo, przy ściemnionym świetle i czyjejś playliście łomoczącej w stereo przez bezprzewodowe głośniki. Aktorzy krążą po mieszkaniu jak krew przez arterie, z twarzami jeszcze w scenicznym makijażu, lecz już bez kostiumów, w pół drogi pomiędzy odgrywanymi postaciami a własną tożsamością.

Henry popija letnie piwo i pociera kciukiem bliznę na dłoni, co wkrótce wejdzie mu w nawyk.

Bea przez chwilę dotrzymywała mu towarzystwa.

Dziewczyna woli od teatralnych imprez uroczyste obiady, preferuje miejsca, gdzie siedzi się przy elegancko zastawionym stole i prowadzi interesujące rozmowy. Nie takie, w których pije się z plastiku i przekrzykuje głośną muzykę. Najpierw stoi obok Henry’ego w rogu pokoju, w ścisku, i narzeka, przyglądając się paradzie aktorów, tak jakby byli reprodukcjami w jednym z jej albumów o sztuce. Potem jednak porywa ją inny chochlik z Bowery, a Henry krzyczy za nią: „zdrajczyni!”, mimo że w rzeczywistości cieszy się jej radością.

W tym samym czasie Robbie tańczy na środku pokoju, zawsze w centrum zainteresowania.

Wzywa gestem Henry’ego, ale ten kręci głową, ignorując zaproszenie, niczym zew grawitacji, tyle że z otwartymi ramionami czekającymi na końcu upadku. Nawet w najgorszych czasach byli idealną parą, a różnice między nimi przypominały oddziaływania grawitacyjne: Robbie zawsze pozostawał na orbicie, w słonecznym blasku, a Henry roztrzaskiwał się na ziemi.

– Hej, przystojniaku.

Henry odwraca się, podnosząc wzrok znad piwa, i widzi odtwórczynię jednej z głównych ról w sztuce, oszałamiająco piękną dziewczynę z rdzawo czerwonymi wargami i białą koroną w kształcie lilii. Złoty brokat na jej policzkach nałożono przez szablon, toteż wygląda niczym wzór na murze. Patrzy na niego z tak widoczną żądzą, że powinno mu to schlebiać, tymczasem czuje się smutny, samotny i zagubiony.

– Napij się ze mną.

Jej błękitne oczy lśnią, gdy wyciąga ku niemu tackę z dwoma szotami, w których rozpuszcza się coś małego i białego. Henry przypomina sobie wszystkie historie o tym, jak ktoś przyjął jedzenie lub picie od elfów, lecz sięga po szklaneczkę. Wychyla ją, z początku czując słodycz, lekkie pieczenie tequili, ale potem świat zaczyna tracić ostrość na krawędziach.

Chce się poczuć lżejszy i radośniejszy, ale pokój ciemnieje i Henry wyczuwa nadchodzącą burzę.

Miał dwanaście lat, kiedy przetoczyła się pierwsza z nich. Nie spodziewał się jej. Jednego dnia niebo było błękitne, drugiego nadeszły niskie, gęste chmury, a trzeciego zerwał się wiatr i zaczęło padać.

Minęły lata, zanim Henry zaczął myśleć o tych mrocznych okresach jako burzach i wierzyć, że miną, jeżeli wytrzyma dość długo.

Rodzice oczywiście chcieli dobrze, ale zawsze mówili mu takie rzeczy jak: „Rozchmurz się”, „Będzie lepiej” czy, co gorsze: „Nie jest jeszcze tak źle”. Łatwo powiedzieć to komuś, kto nigdy nie przeżył choćby dnia deszczu. David, najstarszy brat Henry’ego, jest lekarzem, a mimo to wciąż nie rozumie. Jego siostra Muriel twierdzi, że każdy artysta przeżywa takie burzliwe okresy, a potem daje mu kapsułkę z trzymanego w torebce pudełka po miętówkach. „Moje małe, różowe parasolki”, jak je nazywa, nawiązując do jego metafory, tak jakby to był tylko niewinny żarcik, a nie przenośnia, za pomocą której Henry próbował im uprzytomnić, co się dzieje w jego głowie.

To tylko burza, myśli znowu, a jednak opuszcza to miejsce, usprawiedliwiając się, że musi zaczerpnąć świeżego powietrza. Na imprezie jest za ciepło, a on chce znaleźć się na zewnątrz, wyjść na dach, spojrzeć w górę i przekonać się, że niebo nie jest pochmurne, lecz pełne gwiazd, chociaż oczywiście nie ma tu gwiazd, przecież nie w SoHo.

W połowie korytarza zatrzymuje się, przypominając sobie sztukę i widok Robbiego w deszczu, a wówczas przechodzi go dreszcz i decyduje się iść na dół, nie do góry. Postanawia wrócić do domu.

Jest już niemal przy drzwiach, kiedy za rękę łapie go dziewczyna z wzorem pnączy na twarzy. Ta, która malowała go złotem.

– To ty! – mówi.

– To ty! – powtarza Henry.

Dziewczyna wyciąga dłoń i zmazuje złotą plamkę z jego policzka. Ten fizyczny kontakt jest tak intensywny, jakby przeskoczyła między nimi iskra, jak błysk energii tam, gdzie skóra dotyka skóry.

– Nie wychodź – prosi aktorka, a on próbuje znaleźć jakąś odpowiedź, lecz wówczas ona przyciąga go, a on ją całuje, szybko, lecz z uczuciem, i wycofuje się, usłyszawszy zdumione westchnienie.

– Przepraszam – mówi Henry automatycznie, tak jak wypowiada się „proszę”, „dziękuję” czy „w porządku”.

Ona jednak wplata dłoń w jego kędziory.

– Za co? – pyta, przyciągając jego usta do swoich.

– Jesteś pewna? – mamrocze chłopak, wiedząc, jaką odpowiedź usłyszy, ponieważ widział już ten błysk w jej oczach, blade chmury przepływające przez jej tęczówki. – Czy tego właśnie chcesz?

Chce usłyszeć prawdę, ale dla niego nie ma już prawdy, a dziewczyna tylko się uśmiecha i ciągnie go za sobą przez najbliższe drzwi.

– Tak, dokładnie tego chcę! – mówi.

A potem są już w sypialni, drzwi zamykają się ze szczęknięciem, odcinając hałas imprezy za ścianą, jej usta wędrują ku jego wargom, w ciemności nie widzi jej oczu i tak łatwo mu uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę.

Wtedy Henry na chwilę znika.