Niewidzialne życie Addie LaRueTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nowy Jork

10 marca 2014

XII


Addie idzie przez most Brookliński, a wokół niej zapada noc.

Ciepło obiecujące wiosnę wycofało się jak fala odpływu, a na jego miejsce nasunął się znów wilgotny zimowy chłód. Dziewczyna owija się mocniej kurtką. Gdy zaczyna długi spacer wzdłuż Manhattanu, z jej ust ulatują kłęby pary.

Łatwiej byłoby pojechać metrem, lecz Addie woli nie zanurzać się pod ziemię, gdzie powietrze jest gęste i cuchnie stęchlizną, a tunele przypominają grobowce. Komuś, kto nie może umrzeć, poczucie uwięzienia, zakopania żywcem wydaje się przerażające. Poza tym dziewczyna nie ma dzisiaj nic przeciwko temu, żeby się przespacerować. Zna swoje możliwości i potrafi docenić uczucie zmęczenia, którego kiedyś się bała.

Mimo to jest już późno: kiedy dociera do Baxtera na Pięćdziesiątej Szóstej Ulicy, jej policzki są odrętwiałe, a nogi – strudzone.

Mężczyzna w eleganckim szarym płaszczu przytrzymuje drzwi, a Addie czuje na skórze przyjemne mrowienie, gdy wchodzi do dobrze ogrzanego, marmurowego lobby Baxtera. Marzy o gorącym prysznicu i miękkim łóżku, więc zmierza ku otwartej windzie, wtedy jednak mężczyzna w recepcji zrywa się zza kontuaru.

– Dobry wieczór – wita ją. – W czym mogę pomóc?

– Przyszłam do Jamesa – oznajmia Addie, nie zwalniając kroku. – Dwudzieste trzecie piętro.

Tamten marszczy czoło.

– Nie ma go.

– To jeszcze lepiej – odpowiada dziewczyna, wchodząc do windy.

– Proszę pani! – woła, ruszając za nią. – Nie może pani tak po prostu… – Jego głos milknie, kiedy drzwi windy zaczynają się zamykać. Wie, że nie zdąży, więc odwraca się do biurka i sięga po słuchawkę, by wezwać ochronę, i to ostatnia rzecz, którą widzi Addie, zanim drzwi zamkną się do końca. Zapewne zdąży unieść słuchawkę do ucha, a może nawet wykręci numer, zanim kompletnie zapomni o dziewczynie. Wówczas spojrzy na telefon i będzie się zastanawiał, o co mu chodziło, a potem będzie wylewnie przepraszać osobę po drugiej stronie i z powrotem zapadnie w fotel.

Apartament należy do Jamesa St. Claira.

Poznali się w kawiarni w centrum kilka miesięcy wcześniej. Wszystkie miejsca były już zajęte, kiedy tam wszedł, z blond kosmykami wymykającymi się spod zimowej czapki i zaparowanymi okularami. Tamtego dnia Addie była Rebeką, a James, zanim się przedstawił, zapytał, czy może usiąść przy jej stoliku, zobaczył, że czyta Chéri Colette i zdobył się na kilka słów w łamanej, wstydliwej francuszczyźnie. Usiadł i wkrótce przyjazne uśmiechy przeszły płynnie w równie przyjazną rozmowę. To zabawne, jak niektórym ludziom przełamanie pierwszych lodów zabiera całe wieki, podczas gdy inni po prostu czują się wszędzie jak w domu.

James był właśnie taką osobą, którą można było natychmiast polubić.

Kiedy zapytał Addie, czym się zajmuje, powiedziała, że jest poetką (łatwe kłamstwo, nikt nigdy nie zapytał o dowód), a on wyznał, że akurat skończył jedną pracę i jeszcze nie zaczął drugiej. Sączyła kawę tak długo, jak się dało, lecz w końcu jej filiżanka była pusta, i jego też, a nowi klienci krążyli w poszukiwaniu wolnych miejsc niczym myszołowy, ale kiedy zaczął wstawać, poczuła dobrze znany smutek. Wtedy James zapytał, czy lubi lody, a mimo że był styczeń, a chodniki śliskie od lodu i soli, powiedziała, że tak, i tym razem wstali jednocześnie.

Teraz Addie wpisuje sześć cyfr na klawiaturze przy jego drzwiach i wchodzi.

Światła zapalają się, wydobywając z ciemności podłogi z jasnego drewna i czyste marmurowe kontuary, grube zasłony i meble, które wciąż jeszcze wyglądają na nieużywane. Wysoki fotel. Kremowa kanapa. Stół zastawiony porządnie ułożonymi książkami.

Odpina buty, zdejmuje je tuż za drzwiami i człapie na bosaka po apartamencie. Rzuca kurtkę na oparcie fotela. W kuchni nalewa sobie kieliszek merlota, znajduje kawałek gruyère’a w szufladzie lodówki i pudełko delikatesowych krakersów w szafce, po czym niesie je na zaimprowizowany piknik w salonie. Za oknami od podłogi do sufitu rozpościera się miasto.

Addie przegląda płyty, znajduje winylowe wydanie Billie Holiday, zapuszcza je na gramofonie i wycofuje się na kremową kanapę. Siada z podkulonymi kolanami i zaczyna jeść.

Uwielbia to mieszkanie i chętnie sama by takie nabyła. Swoje własne. Z łóżkiem, w którym odciśnięty byłby kształt jej ciała. Z pełną garderobą. Dom, przystrojony pamiątkami życia, jakie wiodła, materialnymi dowodami istnienia. Nie udaje jej się jednak zatrzymać niczego na dłużej.

Nie żeby nie próbowała.

Przez te wszystkie lata zbierała książki, dzieła sztuki, ukrywała piękne stroje w zamkniętych skrzyniach, ale bez względu na to, czego próbowała, zawsze znikały. Jedno po drugim albo wszystkie naraz, skradzione w dziwnych okolicznościach lub po prostu zniszczone przez czas. Miała dom tylko w Nowym Orleanie, lecz nawet on nie należał do niej, tylko do nich obojga, a teraz zresztą już i tak przepadł.

Jedyną rzeczą, która trzymała jej się uparcie, był pierścionek.

Był taki czas w jej życiu, kiedy nie przyszłoby jej nawet do głowy, by się go pozbyć. Czas, kiedy opłakiwała jego stratę. Czas, gdy jej serce pragnęło go zatrzymać, jeszcze wiele dekad później.

Teraz nie może znieść jego widoku. To niepożądany ciężar w jej kieszeni, niechciany przedmiot, przypominający o kolejnej stracie. Za każdym razem, kiedy jej palce muskają drewno, Addie czuje, jak ciemność całuje jej dłoń i podsuwa jej krążek z powrotem.

„Widzisz? Teraz jesteśmy kwita”.

Addie dygocze, trzęsąc kieliszkiem, a kropla czerwonego wina przelewa się nad brzegiem i ląduje na kremowej tkaninie kanapy niczym krew. Dziewczyna nie przeklina, nie skacze na równe nogi, by przynieść wodę gazowaną i ściereczkę. Patrzy tylko, jak plama wsiąka w kanapę i znika. Tak jakby jej tu nigdy nie było.

Tak jakby nie było tu samej Addie.

Wstaje i idzie przygotować sobie kąpiel, odmoczyć miejski brud w aromatyzowanych olejkach, wyszorować się do czysta kosztownym mydłem.

Kiedy wszystko przecieka ci przez palce, uczysz się cenić przyjemne rzeczy.

Addie kładzie się w wannie i wzdycha, wciągając mgłę o zapachu lawendy i mięty.

Poszli tamtego dnia z Jamesem na lody, zjedli je we wnętrzu lodziarni, nachylając się i podkradając sobie nawzajem posypkę. Chłopak położył czapkę na stole, prezentując blond kędziory w pełnej okazałości. Tak, był wyjątkowo atrakcyjny, ale trwało dłuższą chwilę, zanim zauważyła te spojrzenia.

Przywykła do przelotnych zerknięć. Jej rysy są ostre, lecz kobiece, oczy lśnią jasno nad konstelacją piegów na policzkach. Ktoś kiedyś powiedział jej, że jest ponadczasowo piękna, ale tym razem było inaczej. Ludzie odwracali głowy i patrzyli na nich przeciągle. A kiedy zaczęła się zastanawiać na głos, co jest grane, spojrzał na nią z radosnym zdumieniem i wyznał, że jest aktorem grającym w popularnym serialu. Zarumienił się przy tym, odwrócił wzrok, a potem znów na nią popatrzył, tak jakby przygotowywał się na jakąś gruntowną zmianę jej nastawienia. Addie nigdy jednak nie widziała go w tej roli, a nawet gdyby, to czyjaś sława nie mogła zbić jej z tropu. Żyła zbyt długo, by tak się stało, i znała zbyt wielu artystów. Mimo to – a może właśnie z tego powodu – Addie wolała takich, którzy nie uważali się za skończonych; takich, którzy wciąż pracowali nad swoim ostatecznym kształtem.

Dlatego James i Addie gadali dalej.

Pokpiwała sobie z jego mokasynów, swetra i okularów w drucianych oprawkach.

Powiedział jej, że urodził się w niewłaściwej dekadzie.

Na to odparła, że ona urodziła się w niewłaściwym stuleciu.

James się roześmiał, Addie nie, ale w jego manierach było rzeczywiście coś staroświeckiego. Miał zaledwie dwadzieścia sześć lat, lecz wypowiadał się ze swobodną intonacją, powolną precyzją mężczyzny, który zna wagę własnego głosu. Należał do tych młodych ludzi, którzy ubierali się jak ich ojcowie, uprawiali maskaradę, tak jakby chcieli zbyt szybko się zestarzeć.

Hollywood również to dostrzegało. Dostawał role w filmach, których akcja rozgrywała się w innych czasach.

– Mam twarz stworzoną do filmów kręconych w sepii – zażartował.

Addie się uśmiechnęła.

– To i tak lepiej niż twarz stworzona do radia.

Miał przemiłą powierzchowność, lecz było w niej coś niewłaściwego: zbyt gorliwy uśmiech człowieka, który ukrywał jakąś tajemnicę. Ledwie skończyli lody, jego maska spadła. Swobodna radość zamigotała jeszcze raz i zgasła, a James upuścił plastikową łyżeczkę do kubka, zamknął oczy i powiedział:

– Przepraszam.

– Za co? – spytała, a wtedy on odchylił się na fotelu i przeczesał włosy palcami. Dla nieznajomych dla ulicy mogło to wyglądać jak beztroski, koci gest przeciągania, ale Addie dostrzegła w jego twarzy cierpienie, kiedy ciągnął:

– Jesteś taka piękna, życzliwa i zabawna.

– Ale? – nacisnęła, wyczuwając rychłą zmianę.

– Jestem gejem.

Wypluł z siebie to słowo, a potem wyjaśnił, skąd taka presja i dlaczego nienawidzi wścibskich spojrzeń ze strony mediów i stawianych przez nie wymogów. Ludzie zaczynali zastanawiać się i szeptać, a on nie był gotów na ujawnienie tej informacji.

Addie zdała sobie wówczas sprawę, że są na scenie: ustawieni przed wielką szklaną płaszczyzną wystawy lodziarni i widoczni dla wszystkich. James wciąż przepraszał, mówił, że nie powinien był flirtować, nie powinien wykorzystywać jej w ten sposób, ale dziewczyna nie słuchała. Błękitne oczy zaszkliły mu się podczas tej przemowy, a ona zaczęła się zastanawiać, czy to sztuczka, którą stosował, kiedy scenariusz przewidywał łzy – jeżeli w tym kierunku to zmierzało. Oczywiście Addie również miała swoje tajemnice, ale nie mogła ich ujawnić, choćby chciała.

 

Mimo to wiedziała, jak to jest, kiedy prawda zostaje głęboko ukryta, jak wymazana z czyjegoś życia.

– Zrozumiem, jeżeli teraz będziesz chciała odejść – powiedział.

Addie nie wstała jednak, ani nie sięgnęła po płaszcz. Pochyliła się tylko, żeby podkraść jagódkę z jego pucharka.

– Nie wiem, jak tobie, ale mnie siedzi się tu całkiem przyjemnie – powiedziała radośnie.

James zadrżał, odetchnął, zamrugał oczami, by ukryć łzy, a w końcu się uśmiechnął.

– Mnie też! – powiedział i od tej chwili świat naokoło stał się lepszy.

Dużo łatwiej dzielić wspólny sekret niż ukrywać go przed drugą osobą. Kiedy wyszli z lodziarni, trzymając się za ręce, byli konspiratorami, którym od tajemnic kręciło się w głowie. Nie przejmowała się, czy zostanie zauważona: wiedziała, że jeżeli nawet ktoś robi im zdjęcia, ona się na nich nie pojawi.

(Oczywiście, że robiono im zdjęcia, ale jej twarz, jakże dogodnie, zawsze była poruszona, zasłonięta lub w cieniu. Addie przez kolejny tydzień pozostała tajemniczą dziewczyną, aż tabloidy, jak zawsze, zainteresowały się pikantniejszym tematem).

Wrócili wtedy tutaj, do jego apartamentu w Baxterze, na drinka. Na stołach pełno było książek i dokumentów o drugiej wojnie światowej. Powiedział jej, że przygotowuje się do roli, czytając wszystkie relacje bezpośrednich świadków, jakie potrafił znaleźć. Pokazał jej drukowane reprodukcje, a Addie stwierdziła, że fascynuje ją ten okres i zna kilka historii. Opowiedziała mu je tak, jakby zasłyszała je od kogoś innego, jakby doświadczył ich ktoś nieznajomy, nie ona. James słuchał jej, skulony w kącie kremowej kanapy, z zaciśniętymi powiekami, z balansującą na piersi szklanką whisky.

Zasnęli obok siebie na olbrzymim łożu, dzieląc się ciepłem, a następnego ranka Addie obudziła się przed świtem i wyślizgnęła z mieszkania, oszczędzając obojgu zakłopotania przy pożegnaniu.

Ma poczucie, że mogliby zostać przyjaciółmi, gdyby James ją zapamiętał. Próbuje o tym nie myśleć (przysięgłaby, że czasami jej pamięć działa w przód równie dobrze jak w tył, ukazując jej ścieżki, którymi Addie nigdy nie podąży. Ale ta droga prowadzi prosto w otchłań szaleństwa, toteż nauczyła się wybierać inny kierunek).

Teraz ona znów tu jest, lecz jego nie ma.

Owija się w jeden z miękkich szlafroków frotte Jamesa, otwiera przeszklone drzwi i wychodzi na balkon sypialni. Wieje ostry wiatr, a mróz kłuje ją w bose podeszwy. Miasto rozpościera się wokół niej jak niskie nocne niebo, pełne sztucznych gwiazd, a Addie wsuwa dłonie w kieszenie i wyczuwa coś, co leży na dnie jednej z nich.

Mały krążek z gładkiego drewna.

Wzdycha, wyciąga pierścień, opiera łokcie na balustradzie i zmusza się, by spojrzeć na przedmiot leżący na otwartej dłoni, przyjrzeć mu się, tak jakby nie znała każdej jego krzywizny i wzoru słojów. Wodzi palcami drugiej dłoni po krążku, opierając się pokusie, by włożyć go na palec. Myślała o tym oczywiście w mrocznych chwilach, kiedy była znużona, ale postanowiła nie dać się złamać.

Przechyla dłoń i wypuszcza pierścień, który spada za krawędź balkonu, w dół, w dół, prosto w ciemność.

Addie wraca do apartamentu, nalewa sobie następny kieliszek wina i wchodzi do wspaniałego łoża. Wsuwa się pod kołdrę, pomiędzy prześcieradła z egipskiej bawełny, i zaczyna żałować, że nie weszła do Alloway, nie usiadła za barem i nie zaczekała na Toby’ego, z jego nieporządnymi lokami i nieśmiałym uśmiechem. Na Toby’ego, który pachnie miodem, potrafi pieścić ciało dziewczyny równie dobrze jak swój instrument i zajmuje tak dużo miejsca w łóżku.

Villon-sur-Sarthe

30 lipca 1714

XIII


Dotyk czyjejś dłoni wyrywa Adeline ze snu.

Przez chwilę dziewczyna znajduje się poza czasem i przestrzenią. Sen przywarł do niej mocno: śniła, bo przecież to nie mogło zdarzyć się naprawdę, o modlitwach wznoszonych do milczących bogów, o umowie zawartej w ciemności, o tym, że została zapomniana.

Zawsze miała bogatą wyobraźnię.

– Obudź się – żąda głos, który zna od zawsze.

Ręka na ramieniu znów nią potrząsa, a Adeline mruga, by otrząsnąć się ze snu, i widzi deski sufitu w stodole, słomę, kłującą ją tu i ówdzie, a także klęczącą przy niej Isabelle z blond włosami upiętymi w koronę i brwiami ściągniętymi z niepokoju. Jej twarz szczuplała z każdym dzieckiem, tak jakby każde narodziny kradły jej kawałek życia.

– Wstawaj, głupia.

Tak w każdym razie powinna powiedzieć Isabelle, z szyderstwem złagodzonym życzliwym tonem. Jednak jej usta są wygięte w grymasie niepokoju, a czoło zmarszczone troską. Zawsze okazywała przejęcie w ten sposób, całą twarzą, ale kiedy Adeline chce dotknąć kciukiem czoła pomiędzy jej brwiami (by wygładzić zmarszczki zaniepokojenia, tak jak to robiła już tysiąc razy), Isabelle cofa się z dala od dotyku nieznajomej.

A więc to jednak nie był sen.

– Mathieu! – woła tamta przez ramię, a Adeline widzi jej najstarszego syna, stojącego z kubłem w otwartych wrotach stodoły. – Przynieś mi koc!

Chłopiec znika w słonecznym blasku.

– Kim jesteś? – pyta Isabelle. Adeline zaczyna odpowiadać, zapomniawszy, że własne imię nie przejdzie jej przez gardło.

– Co ci się stało? – drąży dziewczyna. – Zabłądziłaś?

Adeline przytakuje.

– Skąd jesteś?

– Stąd.

Zmarszczki na czole Isabelle się pogłębiają.

– Villon? Ależ to niemożliwe. Spotkałabym cię. Mieszkam tu przez całe życie.

– To tak jak ja – mamrocze Adeline, a Isabelle najwyraźniej uznaje prawdę za złudzenie, ponieważ kręci głową, tak jakby odganiała jakąś myśl.

– Gdzież się podziewa ten chłopak? – gdera pod nosem. Odwraca się znów do nieznajomej. – Możesz wstać?

Chwyta ją pod ramię i wychodzą na podwórze. Adeline jest brudna, ale Isabelle nie puszcza. Ta prosta uprzejmość i ciepły dotyk drugiej dziewczyny sprawiają, że Addie ze wzruszenia czuje w gardle wielką gulę. Isabelle traktuje ją jak dzikie stworzenie: mówi do niej przyciszonym głosem i porusza się powoli, prowadząc Adeline do domu.

– Czy się nie zraniłaś?

„Tak”, myśli Addie, ale wie, że Isabelle pyta o zadrapania, rozcięcia i lekkie rany, a tego nie jest pewna. Spogląda po sobie. To, co najgorsze, skrywała przedtem ciemność, a teraz znalazło się w pełnym świetle. Sukienka Adeline – podarta. Jej pantofle zniszczone. Skóra brudna od ziemi i ściółki. Poprzedniego wieczoru czuła, jak kolce jeżyn drapią i rwą jej skórę, ale dzisiaj nie znajduje żadnych otarć ani rozcięć, ani śladu krwi.

– Nie – odpowiada cicho, kiedy wchodzą do domu.

Nie ma tu śladu Mathieu ani Henriego, drugiego dziecka. Tylko mała Sara śpi w koszyku niedaleko kominka. Isabelle sadza Adeline w krześle z dala od niemowlaka i stawia garnek z wodą na piecu.

– Jesteś taka dobra – szepcze Adeline.

– „Byłem przybyszem, a przyjęliście mnie” – odpowiada Isabelle.

To cytat z Biblii.

Gospodyni przynosi do stołu miednicę i szmatkę. Klęka u stóp Adeline, zdejmuje jej brudne pantofle, ustawia je przy kominku, a potem zaczyna czyścić dłonie tamtej z brudu lasu, usuwając ziemię spod paznokci.

Robiąc to, zasypuje ją pytaniami, a Adeline próbuje odpowiadać, naprawdę próbuje, ale wciąż nie potrafi wypowiedzieć swojego imienia, a kiedy mówi o życiu w miasteczku, o leśnych cieniach, o umowie, którą zawarła, słowa opuszczają jej usta, ale nie docierają do uszu Isabelle. Twarz tamtej przybiera nieobecny wyraz, jej wzrok wędruje gdzieś daleko, a kiedy Adeline w końcu milknie, rozmówczyni otrząsa się, tak jakby przez chwilę śniła.

– Przepraszam – mówi jej najstarsza przyjaciółka z uśmiechem zakłopotania. – Co powiedziałaś?

Z czasem Adeline nauczy się świetnie kłamać, a słowa będą płynąć z jej ust niczym wino, łykane przez słuchaczy. Prawda jednak zawsze zatrzyma się na końcu jej języka. Nikt poza nią nie będzie mógł usłyszeć jej historii.

Kiedy niemowlak zaczyna się wiercić, Isabelle wciska jej w dłonie kubek.

– Do najbliższego miasteczka jest godzina jazdy – mówi, podnosząc opatulone dziecko. – Czy przeszłaś całą tę drogę pieszo? Musiałaś chyba… – mówi oczywiście do Adeline, ale jej głos jest cichy i kojący, całą uwagę poświęca Sarze, chuchając w miękki meszek na głowie dziecka. Adeline musi przyznać, że przyjaciółka jest stworzona do roli matki, zbyt szczęśliwa, by zauważyć, że koncentruje się na córce, nie na gościu. – I co z tobą zrobimy? – grucha do dziecka.

Na ścieżce przed domem słychać kroki, nadchodzi ktoś w ciężkich butach, a Isabelle prostuje się nieco, klepiąc córkę po plecach.

– To mój mąż, Georges.

Adeline świetnie go zna. Pocałowali się raz, kiedy mieli oboje po sześć lat, gdy całusy znaczyły niewiele więcej niż pionki w grze. Teraz jednak jej serce skacze w panice i dziewczyna wstaje, a odstawiany kubek stuka o stół.

Nie obawia się Georges’a.

Boi się, co będzie, kiedy Isabelle przejdzie przez drzwi.

Łapie ją za ramię, nagle i mocno. Po raz pierwszy przez twarz tamtej przelatuje cień strachu. Potem jednak się otrząsa i klepie Adeline po dłoni.

– Nie martw się – mówi. – Pogadam z nim. Wszystko będzie dobrze. – Zanim Adeline może odmówić, wciska jej dziecko w ramiona i rusza ku drzwiom.

– Czekaj, proszę!

W jej sercu rodzi się strach, lecz Isabelle już znika na podwórzu. Drzwi pozostają otwarte, głosy wznoszą się i opadają, lecz słów nie da się rozpoznać. Niemowlę w jej ramionach pomrukuje, a Adeline kołysze się lekko, próbując uspokoić dziecko i siebie. Sara milknie, więc odkłada ją do koszyka i wówczas słyszy za plecami syk gwałtownie nabieranego powietrza.

– Odsuń się od niej! – To Isabelle. Jej głos jest wysoki i spanikowany. – Kto cię tu wpuścił?

Cała chrześcijańska życzliwość w jednej chwili znika, wymazana przez matczyny strach.

– Ty sama – mówi Adeline, walcząc ze śmiechem, ale nie radosnym, raczej szaleńczym.

Gospodyni patrzy na nią z przerażeniem.

– Kłamiesz! – mówi, ruszając naprzód, powstrzymywana tylko przez rękę męża na ramieniu. On również widział Adeline i oznaczył ją w umyśle jako niebezpieczne stworzenie, wilka, który dostał się do ich domu.

– Nikogo nie chcę skrzywdzić – zastrzega dziewczyna.

– W takim razie odejdź! – nakazuje Georges.

Co innego mogłaby zrobić? Porzuca dziecko, zostawia na stole kubek z rosołem i miednicę, opuszcza swoją najstarszą przyjaciółkę. Wychodzi pośpiesznie na podwórze, po czym ogląda się przez ramię: Isabelle przyciska dziecko do piersi, a Georges zastawia drzwi z siekierą w dłoni, tak jakby Adeline była drzewem, które należy ściąć, by nie rzucało cienia na ich dom.

A potem on również znika. Drzwi się zamykają i słychać szczęknięcie rygla.

Adeline stoi na środku ścieżki, niepewna, co dalej robić, dokąd pójść. Jej umysł próbuje podążać wytartymi, głębokimi koleinami. Nogi nosiły ją w to miejsce i z powrotem zbyt wiele razy. Jej ciało zna drogę. Idź nią, skręć w lewo i dotrzesz do domu, który nie jest już twój, mimo że stopy już się tam kierują.

Stopy! Adeline kręci głową. Zostawiła pantofle przy kominku Isabelle do suszenia.

Para buciorów Georges’a stoi oparta o ścianę koło drzwi. Adeline zabiera je i zaczyna iść. Nie do domu, w którym dorastała, ale z powrotem ku rzece, nad którą zaczęły się jej modły.

Dzień jest już ciepły, powietrze wibruje upałem, a ona zrzuca buty na brzeg i wchodzi do płytkiego strumienia.

Uczucie zimna zapiera jej dech. Rzeka omywa jej łydki, całuje pod kolanami. Addie spogląda w dół, szukając swojego skrzywionego odbicia, na wpół spodziewając się, że go tam nie będzie, że zobaczy tylko odbite w wodzie niebo. Jednak wizerunek jest na swoim miejscu, zniekształcony tylko przez falującą wodę.

Włosy, nie tak dawno zaplecione, teraz rozwiane, oczy szeroko otwarte. Siedem piegów jak plamy farby na skórze. Twarz ściągnięta strachem i gniewem.

– Dlaczego nie odpowiedzieliście? – syczy do odbicia słońca w strumieniu.

Ale rzeka tylko się śmieje, cicho i ślisko, bulgocząc naokoło kamieni.

 

Walczy ze sznurówkami gorsetu ślubnej sukienki, ściąga brudny strój i wrzuca go do wody. Prąd ciągnie materiał, ale jej palce nie chcą go puścić, nie chcą, by rzeka zabrała ostatni znak jej dawnego życia. Ma teraz zbyt mało, by cokolwiek jeszcze oddać.

Zanurza się cała, wyciąga ostatnie kwiaty z włosów, zmywa ze skóry pozostałości ściółki. Wychodzi z wody, czując przenikliwe zimno, tak jakby teraz była krucha i całkiem nowa.

Słońce stoi wysoko na niebie, panuje upał, więc Adeline rozkłada sukienkę do wyschnięcia na trawie i kładzie się koło niej na zboczu w samej halce. Siedzą obok siebie w milczeniu, a sukienka wygląda jak duch panny młodej. Dziewczyna opuszcza wzrok i zdaje sobie sprawę, że to wszystko, co posiada.

Suknia. Halka. Para skradzionych butów.

Podnosi patyk i zaczyna nerwowo rysować wzorki w szlamie przy brzegu. Każde jej pociągnięcie rozmywa się zbyt szybko, by działał tu tylko prąd rzeki. Kreśli linię i patrzy, jak jej początek zaczyna znikać, zanim jeszcze dotrze do końca. Próbuje napisać swoje imię, ale dłoń nieruchomieje, jakby wiązały ją te same sznury, które oplatają jej gardło, kiedy próbuje je wymówić. Rzeźbi głębszą linię, wydłubuje piasek, ale to bez różnicy. Wkrótce ta bruzda również znika. Adelina łka z wściekłością i odrzuca patyk.

Łzy szczypią ją w oczy, lecz słyszy tupot małych stóp i mruga: stoi nad nią chłopczyk o okrągłej twarzy. Czteroletni syn Isabelle. Addie kołysała go kiedyś w ramionach i kręciła się z nim, aż oboje dostawali zawrotów głowy i wybuchali śmiechem.

– Cześć – mówi chłopczyk.

– Cześć – odpowiada dziewczyna, a głos jej lekko drży.

– Henri! – rozlega się głos matki i po chwili zza górki wychodzi również Isabelle, z koszem prania na biodrze. Widzi Adeline siedzącą na trawie i wyciąga dłoń, nie do przyjaciółki, lecz do syna. – Chodź tutaj – rozkazuje, wbijając spojrzenie błękitnych oczu w dziewczynę. – Kim jesteś? – pyta, a Adeline czuje się, jakby stała na skraju stromego zbocza, a ziemia usuwała jej się spod nóg. Pochyla się, traci równowagę i znów czuje, jakby spadała w czeluść. – Zabłądziłaś?

Déjà vu. Déjà su. Déjà vécu.

Już widziane. Już poznane. Już przeżyte.

Były tu już kiedyś, szły tą drogą, albo bardzo podobną, więc Adeline wie, gdzie stawiać stopy, wie, co powiedzieć, jakie słowa wywołają współczucie. Wie, że jeśli poprosi w odpowiedni sposób, Isabelle zabierze ją do domu, owinie kocem i poda kubek rosołu i wszystko będzie dobrze… aż przestanie.

– Nie – odpowiada. – Tylko przechodzę przez okolicę.

To niewłaściwa odpowiedź i spojrzenie Isabelle twardnieje.

– To niestosowne, żeby kobieta podróżowała sama, zwłaszcza w takim stanie.

– Wiem – przyznaje Adeline. – Miałam więcej, ale zostałam obrabowana.

Isabelle blednie.

– Przez kogo?

– Nieznajomego, w środku lasu – odpowiada. To wcale nie kłamstwo.

– Zranił cię?

„Tak – myśli Adeline – i to boleśnie”. Zmusza się jednak, by pokręcić głową i odpowiedzieć:

– Będę żyła.

Nie ma innego wyboru.

Isabelle odstawia pranie.

– Zaczekaj tutaj – mówi, znów przyjazna i szczodra. – Zaraz wrócę.

Podnosi syna i odwraca się ku domowi. Kiedy tylko znika z widoku, Adeline zabiera suknię, wciąż jeszcze mokrą na krawędziach, i wkłada ją.

Isabelle oczywiście znów zapomni.

Będzie w połowie drogi do domu, gdy zwolni i zacznie się zastanawiać, dlaczego wróciła bez prania. Zrzuci to na zmęczenie, zresztą trudno się dziwić, jak się ma trójkę dzieci (w tym niemowlaka), i wróci nad rzekę. Tym razem nie będzie żadnej kobiety siedzącej na brzegu ani sukienki rozciągniętej w słońcu, tylko patyk porzucony w trawie i gładka powierzchnia przybrzeżnego szlamu.

Adeline rysowała rodzinny dom setki razy.

Zapamiętała dobrze kąt nachylenia dachu, wzór na powierzchni drzwi, cień warsztatu ojca i gałęzie starego cisa, stojącego niczym strażnik na skraju podwórza.

Właśnie tam teraz stoi, schowana za jego pniem. Obserwuje Maxime pasącą się za stodołą, matkę wieszającą płótno do wyschnięcia i ojca strugającego kawał drewna.

Kiedy tak na nich patrzy, zdaje sobie sprawę, że nie może tu zostać.

W sumie mogłaby, znalazłaby sposób, żeby przemykać od domu do domu jak kamień puszczony „kaczką” po rzece, ale tego nie zrobi, ponieważ im dłużej o tym myśli, tym bardziej czuje się nie jak rzeka albo kamień, lecz jak dłoń zmęczona rzucaniem.

Oto Estele zamykająca drzwi.

Oto Isabelle, w jednej chwili życzliwa, w następnej przerażona.

Później, dużo później, Addie zacznie grać w grę opartą na tych cyklach, sprawdzi, jak długo jest w stanie przeskakiwać z jednej grzędy na drugą, zanim spadnie. Teraz jednak ból jest jeszcze zbyt świeży, zbyt ostry. Addie nie potrafi zgłębić sztuki poruszania się w ten sposób, nie umie wytrzymać umęczonej miny ojca i przygany w oczach Estele. Adeline LaRue nie potrafi być nieznajomą pośród ludzi, których zna od zawsze.

Obserwowanie, jak ją zapominają, sprawia jej zbyt wiele bólu.

Matka wraca do domu, a Adeline porzuca bezpieczną pozycję za drzewem i rusza przez podwórze, ale nie ku frontowym drzwiom, tylko do warsztatu ojca.

Jest tam okno z zamkniętymi okiennicami i zgaszona lampa; jedyne oświetlenie zapewnia promień słońca wpadający przez otwarte drzwi. To wystarczy, by rozejrzeć się po wnętrzu. Addie zna tu wszystkie zakamarki. Powietrze pachnie świeżym drewnem, ziemnym i słodkim aromatem, podłoga jest zasłana trocinami i drewnianym pyłem, a wszędzie widać dzieła rąk jej ojca. Drewniany koń, wzorowany oczywiście na Maxime, ale nie większy od kota. Zestaw misek, zdobionych tylko słojami drewna, z którego je wycięto. Kolekcja ptaków wielkości dłoni, z rozłożonymi lub złożonymi skrzydłami, a także uchwyconych w locie.

Adeline nauczyła się szkicować świat węglem i grafitem, ale jej ojciec zawsze tworzył nożem: rzeźbił kształty z niczego, dawał im szerokość, głębokość i życie.

Dziewczyna wyciąga teraz dłoń i muska palcem koński nos, tak jak to robiła już setki razy.

Co tu robi?

Tego nie wie.

Być może żegna się w ten sposób z ojcem, którego ukochała najbardziej w życiu.

Takim właśnie go zapamięta, nie ze smutną nieświadomością w oczach czy też ponurą miną, gdy prowadził ją do kościoła, lecz poprzez rzeczy, które uwielbiał. Zapamięta, jak nauczył ją trzymać kawałek węgla, wyczarowując kształty i cienie własną dłonią. Zachowa piosenki, opowieści i widoki z pięciu letnich podróży na targ, kiedy Adeline była dość duża, by pojechać z ojcem, ale nie dość duża, by było to nieobyczajne. Zapamięta podarunek, drewniany pierścionek, wyrzeźbiony dla pierwszej i jedynej córki w dniu jej narodzin, który Adeline ofiarowała ciemności.

Nawet teraz jej dłoń wędruje do szyi, by dotknąć rzemyka, i coś głęboko wewnątrz niej wzdryga się na myśl, że przepadł na zawsze.

Stół zasłany jest skrawkami pergaminu pokrytymi rysunkami i wymiarami, znakami z przeszłości i przyszłości. Na brzegu leży ołówek, po który sięga teraz Adeline, mimo że w jej piersi odzywa się echo przerażenia.

Dotyka rysikiem kartki i zaczyna pisać:

„Drogi Ojcze…”

Ale kiedy ołówek wędruje po papierze, litery znikają tuż po tym, jak zostały nakreślone. Gdy Adeline kończy pisać te dwa niepewne słowa, już ich nie widać. Uderza gniewnie dłonią w stół, przewracając słoiczek pokostu i wylewając cenny olej na notatki ojca i drewno pod spodem. Rzuca się, by pozbierać papiery, brudząc dłonie i strącając jednego z drewnianych ptaszków.

Nie ma jednak powodu do paniki.

Pokost przesiąka przez wszystko i znika niczym kamień w wodzie. To przedziwna sprawa: co to oznacza? Jak rozpoznać, co zostało utracone, a co nie?

Pokost zniknął, ale nie pojawił się z powrotem w słoiku, który leży na boku pusty, pozbawiony zawartości. Pergaminy leżą nietknięte, bez śladu oleju, podobnie jak stół pod nimi. Tylko jej dłonie pozostają brudne: pokost podkreśla linie papilarne na jej opuszkach i te na dłoniach. Gapiąc się na nie, Addie robi krok do tyłu i słyszy straszny trzask drewna, pękającego pod jej obcasem.

To drewniany ptaszek: jedno z jego skrzydeł rozszczepiło się na ubitej ziemi stanowiącej podłogę warsztatu. Adeline krzywi się ze współczuciem: był jej ulubioną figurką z całego stada, uchwyconą w chwili wznoszenia, w pierwszej fazie lotu.

Klęka, by go podnieść, lecz kiedy wstaje, kawałki drewna znikają z ziemi, a drewniany ptaszek w jej dłoni znów jest cały. Z zaskoczenia niemal go upuszcza, choć nie wie, dlaczego to akurat wydaje jej się niemożliwe. Sprawiono, że żaden człowiek jej nie poznaje, widziała, jak znika z umysłów tych, których znała i kochała, niczym słońce zachodzące za chmurę, patrzyła, jak każdy znak, który usiłowała pozostawić, był wymazywany.