Niewidzialne życie Addie LaRueTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Villon-sur-Sarthe

lato 1698

III


Adeline siedzi na koźle obok ojca.

Ojca, który pozostaje dla niej zagadką: poważnego olbrzyma, czującego się najlepiej w swoim warsztacie.

Za ich plecami stos drewnianych wyrobów przykryty płótnem wygląda jak małe zwłoki pod kocem. Koła wozu turkoczą na drodze, kiedy Maxime, krzepka klacz, ciągnie ich coraz dalej od domu.

Dalej i dalej – te słowa sprawiają, że puls dziewczynki przyspiesza.

Adeline ma siedem lat, tyle samo, ile piegów na buzi. Jest bystra, malutka i szybka jak wróbelek. Od miesięcy błagała ojca, żeby wziął ją ze sobą na targ. Błagała, aż jej matka stwierdziła, że oszaleje, a ojciec w końcu się zgodził. Tato jest snycerzem, rzeźbi w drewnie, a trzy razy do roku wybiera się w podróż wzdłuż rzeki Sarthe, aż do miasta Le Mans.

Dzisiaj jedzie z córką.

Dzisiaj Adeline po raz pierwszy w życiu opuszcza Villon.

Ogląda się na matkę, stojącą ze skrzyżowanymi ramionami pod starym cisem na końcu alejki, lecz po chwili droga skręca i matka znika. Wioska przesuwa się wokół nich, oto domki, a to pola, tam stoi kościół, a dalej rosną drzewa. Monsieur Berger orze swoje pole, Madame Therault wiesza pranie, a jej córka Isabelle siedzi w pobliżu na trawie, splatając wianki z kwiatów, z językiem wysuniętym, by łatwiej było jej się skupić.

Kiedy Adeline opowiedziała jej o planowanej podróży, Isabelle wzruszyła ramionami i odparła:

– A mnie się podoba tutaj!

Tak jakby ktoś nie mógł chcieć zobaczyć innego miejsca, nawet jeżeli podoba mu się rodzinna okolica.

Teraz podnosi wzrok, patrzy na Adeline i macha jej, kiedy wóz przejeżdża obok. Po chwili ojciec i córka zbliżają się do granic wioski, najdalszej okolicy, do której kiedykolwiek dotarła dziewczynka. Wóz podskakuje na kamieniu i trzęsie się, jakby również przekraczał jakiś próg. Adeline wstrzymuje oddech, oczekując, że poczuje, jak naciąga się w niej jakaś lina, wiążąca ją z rodzinnym miasteczkiem.

Nie ma jednak żadnych więzów ani szarpnięcia. Wóz jedzie dalej, a Adeline czuje się trochę zdenerwowana, a trochę wystraszona. Ogląda się na niknące z tyłu domki Villon, które dotąd było całym jej światem, a teraz staje się tylko jego częścią. Z każdym krokiem klaczy widok się oddala, aż całe miasteczko wygląda jak jedna z figurek ojca, dość mała, by mieścić się w jego zrogowaciałej dłoni.

Od Le Mans dzieli ich cały dzień jazdy. Podróż upłynie łatwiej dzięki koszykowi matki i towarzystwu ojca: dziewczynka wyjmuje z koszyka chleb i ser, by nasycić głód, a ojciec zapewnia jej powód do śmiechu i szerokie ramiona, które osłaniają Adeline przed gorącym letnim słońcem.

W domu jest cichym mężczyzną, poświęcającym czas przede wszystkim pracy, ale w drodze zaczyna się otwierać, mówić, opowiadać.

A kiedy tak się dzieje, z jego ust płyną cudowne historie.

Zbierał te historie tak, jak ktoś inny mógłby zbierać drzewo w lesie.

– Il était une fois, był sobie raz… – zaczyna, a potem roztacza przed nią wizje pałaców i władców, złota i przepychu, balów maskowych i wspaniałych miast. „Był sobie raz…” Tak zaczyna się każda baśń.

Adeline nie zapamiętuje samych historii, ale za to doskonale pamięta, w jaki sposób ojciec je wygłasza: słowa płyną gładko niczym woda w rzece między kamieniami, a ona zastanawia się, czy snuje takie baśnie również wtedy, kiedy jedzie na targ sam, mówiąc do Maxime swoim spokojnym, życzliwym tonem. Ciekawe, czy opowiada historie drewnianym rzeźbom, kiedy nad nimi pracuje? Czy też są przeznaczone tylko dla Adeline?

Dziewczynka żałuje, że nie potrafi ich zapisać.

Później ojciec nauczy ją stawiać litery. Matka wpadnie w złość, kiedy się o tym dowie, i oskarży go, że uczy córkę, jak marnować cenny czas, lecz Adeline i tak będzie się przekradać do jego warsztatu, a on pozwoli jej ćwiczyć pisanie własnego imienia w delikatnej warstwie pyłu z drewna, który zawsze pokrywał podłogę.

Dzisiaj może jednak tylko słuchać.

Rolniczy krajobraz przesuwa się obok nich: tętniący życiem obraz świata, który dziewczynka już zna. Pola to pola, takie same jak pole jej rodziców. Drzewa rosną w podobnych szpalerach, a kiedy przejeżdżają przez jakąś wioskę, to wygląda ona niczym odbicie Villon. Adeline zaczyna się zastanawiać, czy cały świat jest równie nudny jak jej własny.

A wtedy na horyzoncie pojawiają się mury Le Mans.

W pewnej odległości wyrastają kamienne granie: wielobarwny kręgosłup wijący się wśród wzgórz. Wygląda na setki razy większy od Villon, a przynajmniej tak go ocenia Adeline, wstrzymując oddech, kiedy w końcu przejeżdżają przez bramy do chronionego fortyfikacjami miasta.

Trafiają w labirynt zatłoczonych ulic. Ojciec kieruje wóz pomiędzy domy ściśnięte ciasno jak kamienie w miejskim murze, aż wąska uliczka dociera do rynku.

W Villon oczywiście też jest rynek, trochę większy niż ich podwórko, ale tutaj, w Le Mans, to olbrzymia przestrzeń. Spod mnóstwa stóp, wozów i straganów nie widać ani skrawka ziemi. Kiedy ojciec zatrzymuje Maxime, Adeline staje na koźle i ogląda targ: w powietrzu unosi się intensywny zapach chleba i cukru, a wszędzie jak sięgnąć wzrokiem znajdują się ludzie. Nigdy nie widziała ich tak wielu, a co dopiero nieznajomych! Przed nią rozciąga się morze obcych, nieznanych twarzy, osób w nieznanych ubraniach, nieznanymi głosami wykrzykujących nieznane słowa. Dziewczynka czuje się tak, jakby drzwi do jej świata szeroko się otworzyły, a znany jej dom okazał się mieć o wiele więcej pokoi, niż przypuszczała.

Ojciec opiera się o wóz i zagaduje przechodniów, a jego dłonie poruszają się wokół drewnianego klocka. W jednej trzyma nożyk i struga nim powierzchnię drewna, tak swobodnie, jakby obierał jabłko. Wąskie strużyny spadają spomiędzy jego palców na ziemię. Adeline uwielbia oglądać go przy pracy, patrzeć, jak figurki przybierają kształt, tak jakby były tam przez cały czas, ale ukryte niczym pestki w brzoskwini.

Dzieła ojca są piękne, a z jego szorstkich, ogromnych rąk wychodzą gładkie, misternie rzeźbione kawałki drewna.

Pomiędzy miskami i kubkami, między narzędziami pracy leżą również zabawki na sprzedaż i małe drewniane figurki – koń, chłopiec, dom, ptak.

Adeline wychowywała się wśród takich ozdóbek, ale jej ulubioną nie jest ani zwierzę, ani człowiek.

Najbardziej spodobał jej się pierścionek.

Nosi go na cienkim rzemyku na szyi: jesionowe drewno, wypolerowane i gładkie jak kamień. Ojciec wyrzeźbił go, kiedy się urodziła, dla dziewczyny, którą kiedyś się stanie, a Adeline nosi go niczym talizman, amulet, klucz. Jej dłoń wędruje często ku temu krążkowi, gładzi go kciukiem, tak jak jej matka dotyka różańca.

Łapie go teraz jak kotwicę w czasie burzy, siedząc z tyłu wozu i oglądając wszystko naokoło. Znajduje się dość wysoko, by widzieć budynki okalające rynek. Wspina się na palce, zastanawiając, dokąd sięgają, aż przechodzący obok koń zaczepia o ich wóz i wstrząsa nim. Adeline niemal spada, na szczęście ojciec w porę łapie ją za ramię.

Pod koniec dnia wszystkie drewniane towary zostają sprzedane, a ojciec daje Adeline miedzianego sou, mówiąc, żeby kupiła sobie coś, co jej się spodoba. Chodzi więc między straganami, oglądając ciastka i słodycze, czapki, stroje i lalki, ale w końcu decyduje się na notes, pergamin zszyty mocną nicią. Ekscytują ją puste strony i koncepcja, że może wypełnić tę przestrzeń wedle własnego uznania.

Nie może już sobie pozwolić na ołówki, lecz ojciec dokłada drugą monetę i kupuje paczkę czarnych patyczków. Wyjaśnia, że to węgiel, i pokazuje jej, jak przyciskać czarną końcówkę do papieru, prosto lub pod kątem, żeby zamienić ostre krawędzie w miękki cień. Kilkoma szybkimi pociągnięciami rysuje w rogu kartki ptaka, a ona spędza następną godzinę na kopiowaniu linii, zainteresowana obrazkiem dużo bardziej niż literami, które napisał pod spodem.

Kiedy dzień ma się już ku końcowi, ojciec pakuje wóz.

Zatrzymają się na noc w lokalnej gospodzie. Po raz pierwszy w życiu Adeline będzie spać w obcym łóżku i obudzi się wśród nieznajomych dźwięków i zapachów. Nastąpi krótka chwila, nie dłuższa niż ziewnięcie, kiedy nie będzie wiedziała, gdzie się znajduje, a serce zacznie jej bić mocniej – najpierw ze strachu, a potem z innej przyczyny. Jeszcze nie potrafi nazwać tej emocji.

A kiedy wrócą do domu, do Villon, Adeline będzie już inną osobą. Wszystkie okna w jej pokoju zostały szeroko otwarte, by wpuścić czyste powietrze, promienie słońca i wiosenną świeżość.

Villon-sur-Sarthe

jesień 1703

IV


Villon to katolickie miasteczko, przynajmniej z wierzchu.

W centrum stoi kościół, poważna kamienna budowla, gdzie wszyscy przychodzą dla zbawienia duszy. Matka i ojciec Adeline klękają tam dwa razy w tygodniu, czynią znak krzyża, odmawiają modlitwy i rozmawiają o Bogu.

Adeline ma teraz dwanaście lat, więc postępuje podobnie. Modli się jednak tak samo, jak ojciec przewraca bochenki chleba, jak matka, która liże kciuk, żeby pozbierać rozsypane odrobiny soli.

Odruchowo, bardziej automatycznie niż z głębi serca.

Kościół w Villon nie jest nowy, podobnie jak mieszkający w nim Bóg, lecz Adeline myśli o Nim w ten sposób dzięki Estele, która mówi, że zmiana jest najbardziej niebezpieczna, kiedy pozwalamy, by nowe zastąpiło stare.

 

Estele, która należy do wszystkich, do nikogo i do siebie.

Estele, która rosła jak drzewo w sercu miasteczka nad rzeką i z pewnością nigdy nie była młoda, która wykiełkowała z ziemi z sękatymi dłońmi, skórą pomarszczoną niczym kora i korzeniami wypuszczonymi dość głęboko, by piła z własnej, ukrytej studni.

Estele, która wierzy, że nowy Bóg to stworzenie z filigranu. Sądzi, że On należy do wielkich miast i królów, że siedzi nad Paryżem na złotej poduszce i nie ma czasu dla wieśniaków, a wśród drzew, kamieni i rzecznej wody nie ma dla niego miejsca.

Ojciec Adeline uważa, że Estele jest szalona.

Matka powiedziała kiedyś, że tę kobietę czeka Piekło. Kiedy Adeline jej to powtórzyła, Estele wybuchła śmiechem, który brzmiał jak szelest suchych liści, i odparła, że nie ma takiego miejsca, jest tylko chłodna, ciemna ziemia i obietnica snu.

– A co w takim razie z Niebem? – zapytała wtedy Adeline.

– Niebo to miłe miejsce w cieniu i rozłożyste drzewo nad moimi kośćmi.

Dwunastoletnia Adeline zastanawia się, do którego boga powinna się teraz modlić, żeby ojciec zmienił zdanie. Załadował wóz towarami na sprzedaż w Le Mans, zaprzągł do niego Maxime, ale po raz pierwszy od sześciu lat nie zabiera córki ze sobą.

Obiecał przywieźć jej świeżą dostawę pergaminu i nowe narzędzia do szkicowania, ale oboje wiedzą, że wolałaby nie dostać żadnego prezentu, a za to pojechać wraz z nim; bardziej by chciała zobaczyć świat poza Villon, niż otrzymać kolejny notes. Zaczyna brakować jej inspiracji, nauczyła się na pamięć krajobrazów swojego miasteczka i znanych twarzy.

W tym roku jednak matka zadecydowała, że jazda na targ byłaby czymś niewłaściwym, czymś, co się nie mieści w głowie, chociaż Adeline doskonale wie, że ona sama wciąż mieści się na koźle obok ojca.

Matka życzyłaby sobie, żeby dziewczynka była taka jak Isabelle Therault, słodka, grzeczna i całkowicie obojętna wobec świata. Isabelle woli spuścić wzrok i robić na drutach, zamiast patrzeć na chmury lub zastanawiać się, co czeka za zakrętem albo jeszcze dalej, za wzgórzami.

Tylko że Adeline nie wie, jak być podobna do Isabelle.

Co więcej, zwyczajnie nie chce być podobna do Isabelle.

Pragnie tylko pojechać do Le Mans, a kiedy już tam dotrze, obserwować ludzi, przyglądać się sztuce, smakować nowych dań i odkrywać rzeczy, o których jeszcze nie słyszała.

– Proszę! – mówi, kiedy ojciec wspina się na wóz. Powinna ukryć się pomiędzy towarem, schować bezpiecznie pod płótnem. Teraz jednak jest już na to za późno, a kiedy Adeline łapie za koło, matka chwyta ją za rękę i odciąga.

– Dość tego! – oświadcza gniewnie.

Ojciec spogląda na nie, a potem odwraca wzrok. Wóz odjeżdża, a gdy Adeline próbuje się wyrwać i pobiec za nim, dłoń matki znów się unosi i tym razem ląduje na policzku dziewczynki.

Łzy napływają jej do oczu, na policzkach pojawia się rumieniec (który po pewnym czasie ustąpi siniakowi), a następnie dociera do niej głos matki, który jest niczym drugie uderzenie:

– Nie jesteś już dzieckiem.

Adeline rozumie wówczas, choć tak naprawdę niczego nie rozumie, że została ukarana za to, że urosła. Jest tak wściekła, że chce uciec, wrzucić robótki ręczne matki do kominka i połamać wszystkie na wpół ukończone postacie w pracowni ojca.

Zamiast tego patrzy tylko, jak wóz skręca i znika za drzewami. Zaciska dłoń na pierścionku od ojca. Czeka, aż matka ją puści i każe wracać do codziennych obowiązków.

Wtedy idzie poszukać Estele.

Estele, która nadal czci starych bogów.

W wieku pięciu, może sześciu lat Adeline po raz pierwszy widziała, jak kobieta wrzuca do rzeki kamienny kubek. To była ładna rzecz, z koronkowym wzorkiem po bokach, a staruszka pozwoliła mu spaść i upajała się chlupnięciem. Oczy miała zamknięte, a jej usta się poruszały, a kiedy Adeline zaczaiła się na nią na ścieżce do jej chaty, Estele wyjaśniła, że modliła się do bogów.

– O co?

– Dziecko Marie nie rozwija się tak, jak powinno – odparła tamta. – Poprosiłam bogów rzeki, żeby wszystko płynęło gładko. Potrafią pomóc w takich sprawach.

– Ale dlaczego dałaś im kubek?

– Ponieważ bogowie są chciwi, moja Addie.

„Addie”. Zdrobnienie, któremu jej matka była niechętna, bo uważała je za chłopięce. Ojciec lubił używać tego imienia, ale tylko wtedy, kiedy byli sami. Dźwięczało w jej umyśle niczym donośny dzwon. Odpowiadało jej o wiele bardziej niż „Adeline”.

Teraz odnajduje Estele w ogródku, zgiętą wpół pomiędzy bujnymi pnączami kabaczków a ciernistymi zaroślami jeżyn, pochyloną nisko jak wykrzywiona gałąź.

– Addie – wita ją staruszka, nie podnosząc nawet wzroku.

Jest jesień, a ziemię pokrywają zawiązki owoców, które nie dojrzały tak, jak powinny. Addie trąca je czubkiem buta.

– Jak do nich mówisz? – pyta. – Do starych bogów. Czy wzywasz ich po imieniu?

Estele prostuje się, a jej stawy trzeszczą niczym suche gałązki. Jeśli pytanie ją zaskoczyło, nie daje tego po sobie poznać.

– Nie mają imion.

– Czy jest jakieś zaklęcie?

Staruszka rzuca jej znaczące spojrzenie.

– Zaklęcia rzucają wiedźmy, a wiedźmy zbyt często płoną na stosach.

– W takim razie jak się do nich modlisz?

– Składam ofiarę i błogosławię im, a mimo to są kapryśni. Nie muszą wcale odpowiadać.

– I co się robi, jak nie odpowiedzą?

– Żyje się dalej.

Dziewczynka przygryza wargę.

– Ilu jest bogów, Estele?

– Tylu, ile masz pytań – odpowiada stara kobieta, ale w jej głosie nie słychać pogardy, więc Addie wie, że musi zaczekać, wziąć na wstrzymanie, aż nie zobaczy, że Estele mięknie. To jak czekanie pod drzwiami sąsiada, kiedy się w nie zapukało, a on jest w domu. Po pewnym czasie słychać kroki, niski zgrzyt zamka i wiadomo, że zaraz drzwi staną otworem.

Estele wzdycha, jakby właśnie otwierała jakieś wrota.

– Starzy bogowie są wszędzie – wyjaśnia. – Pływają w rzece, rosną w polu i śpiewają w gałęziach drzew. Są w promieniach słońca padających na łany pszenicy, pod kiełkującymi roślinami na wiosnę i w pnączach, obrastających ścianę kościoła. Zbierają się na obrzeżach dnia, o świcie i o zmierzchu.

Adeline mruży oczy.

– Nauczysz mnie? Jak ich wzywać?

Staruszka znów wzdycha. Świetnie wie, że Adeline LaRue jest nie tylko sprytna, ale i uparta. Sunie przez ogród ku domowi, a dziewczynka za nią, obawiając się, że zanim Estele dotrze do frontowych drzwi, zanim odpowie, może zakończyć tę rozmowę. Estele jednak ogląda się za siebie, jej oczy błyszczą życiem w pomarszczonej twarzy.

– Są pewne reguły.

Adelinie nienawidzi reguł, lecz wie, że czasem są niezbędne.

– Na przykład jakie?

– Musisz się przed nimi ukorzyć. Musisz zaproponować im prezent, coś dla ciebie cennego. A nade wszystko musisz bardzo uważać, o co prosisz.

Adeline zastanawia się przez chwilę.

– I to wszystko?

Twarz Estele pochmurnieje.

– Starzy bogowie mogą być wielcy, ale nie są ani życzliwi, ani łaskawi. Są za to kapryśni i niestali, niczym światło księżyca na wodzie albo cienie w czasie burzy. Jeżeli upierasz się, by ich wezwać, zachowaj ostrożność: starannie formułuj życzenia i przygotuj się na to, że za ich spełnienie zapłacisz słoną cenę – mówi i nachyla się ku Adeline, rzucając na nią cień. – Ale bez względu na to, w jak rozpaczliwym położeniu się znajdziesz, nigdy nie módl się do tych, którzy odpowiadają po zapadnięciu zmroku.

Dwa dni później ojciec Adeline przywozi jej świeży zapas pergaminu i paczkę grafitowych ołówków związanych sznurkiem. Dziewczynka wybiera najlepszy z nich, zakopuje w ziemi za ogródkiem i modli się, by następnym razem, kiedy ojciec pojedzie do Le Mans, wziął ją ze sobą.

Jednak bogowie, jeżeli nawet ją słyszą, nie odpowiadają.

A ojciec nigdy już nie zabiera jej na targ.

Villon-sur-Sarthe

wiosna 1707

V


Jedno mrugnięcie, a lata opadają niczym liście.

Adeline ma teraz szesnaście lat i wszyscy mówią o niej jak o letnim kwiecie, o czymś, co zostanie zerwane, wstawione do wazonu, na chwilę zakwitnie, a potem zgnije. Tak jak Isabelle, która marzy o rodzinie zamiast o wolności i wydaje się zadowolona, że rozkwitnie, a potem szybko zwiędnie.

Nie, Adeline zdecydowała, że woli być drzewem, jak Estele. Jeśli musi zapuścić korzenie, wolałaby kwitnąć swobodnie niż być starannie przystrzyżona, stać i rosnąć samotnie pod gołym niebem. Lepsze to niż zostać ściętą na opał i spłonąć w czyimś kominku.

Dźwiga pranie na biodrze i wspina się na wzgórek, żeby następnie zejść zachwaszczonym zboczem ku rzece. Kiedy dociera na brzeg, odwraca kosz do góry dnem, wyrzucając brudne rzeczy na trawę, a tam, ukryty niczym sekret, pomiędzy spódniczkami i fartuchami tkwi jej szkicownik. Nie pierwszy: zbiera je rok po roku, starannie wypełnia każdy wolny cal, żeby jak najlepiej wykorzystać wszystkie strony.

Jednak każdy z nich jest niczym wątła świeczka, płonąca w bezksiężycową noc, zawsze wypalająca się zbyt szybko.

To, że oddaje ich kawałki, również nie pomaga.

Zsuwa buty i siada na zboczu, a spódnica rozpościera się wokół niej. Przesuwa palcami po trawie i znajduje postrzępioną krawędź kartki z jednym z jej ulubionych rysunków, złożonej na czworo i wciśniętej w ziemię na brzegu rzeki tydzień wcześniej, tuż po świcie. Symboliczny dar, posiany jak ziarno.

Adeline wciąż modli się do nowego Boga, kiedy musi, ale gdy rodzice nie patrzą, zwraca się też do starych. Świetnie to ze sobą godzi: trzyma jednego w policzku niczym pestkę czereśni, a szepcze do innych.

Żaden z nich dotąd nie odpowiedział.

Mimo to Adeline jest przekonana, że słuchają.

Kiedy poprzedniej wiosny Georges Caron zaczął na nią spoglądać w szczególny sposób, modliła się, żeby przestał, i rzeczywiście, zaczął zamiast niej zauważać Isabelle, która teraz jest jego żoną, nosi ich pierwsze dziecko i wygląda na wymęczoną wszystkimi uciążliwościami ciąży.

Gdy poprzedniej jesieni Arnaud Tulle wyjawił swoje intencje wobec niej, Adeline modliła się, żeby znalazł sobie inną dziewczynę. Nie znalazł, ale tej zimy zachorował i zmarł. Adeline czuła jednocześnie ulgę i wyrzuty sumienia, a mimo to karmiła strumień kolejnymi cennymi przedmiotami.

Modliła się, a ktoś jej wysłuchiwał, ponieważ wciąż pozostawała wolna. Wolna od zalotów, od małżeństwa, od wszystkiego poza Villon. Pozostawiona sama sobie, by rosnąć.

I marzyć.

Siedzi teraz na stoku, szkicownik ma na kolanach. Wyciąga z kieszeni sakiewkę, kawałek węgla i kilka mocno już zużytych cennych ołówków, grzechoczących jak drobne monety w dzień targowy.

Kiedyś obwiązywała rysiki kawałkami szmatki, żeby mieć czyste palce, dopóki jej ojciec nie wymyślił, jak dopasować wąskie opaski z drewna do poczerniałych patyczków, i nie pokazał jej, jak trzymać nożyk, strugać brzegi i ostrzyć ołówki niczym igły. Teraz obrazy są wyraźniejsze, kontury wyrazistsze, a szczegóły – lepiej widoczne. Rysunki kwitną na papierze niczym plamy: pejzaże Villon, portrety mieszkańców, linie włosów jej matki, oczy ojca, dłonie Estele, a wreszcie, ukryta między brzegami a szyciem każdej kartki…

Tajemnica Adeline.

Jej nieznajomy.

Wypełnia każdy fragment wolnej przestrzeni jego wizerunkiem: twarzą rysowaną tak często, że każdy kolejny raz przychodzi jej bez wysiłku, linie rozwijają się same. Potrafi wyczarować go z pamięci, mimo że nigdy się nie spotkali.

Jest przecież tylko tworem jej wyobraźni, rysowanym najpierw z nudy, a potem z tęsknoty.

Nie prawdziwą osobą, tylko marzeniem, które ma dotrzymywać jej towarzystwa.

Nie pamięta, kiedy to się zaczęło: pewnego dnia przyjrzała się wszystkim potencjalnym zalotnikom i u każdego znalazła jakiś brak.

Arnaud miał przyjemne oczy, ale żadnego podbródka.

Jacques był wysoki, lecz głupi jak but.

Georges był silny, jednak dłonie miał szorstkie, tak samo jak charakter.

Dlatego ukradła każdemu to, co wydawało jej się przyjemne, i złożyła sobie z tych fragmentów kogoś nowego.

Nieznajomego.

Zaczęło się od zabawy, ale im częściej Adeline go rysowała, tym wyraźniejsze były kontury, tym pewniej trzymała ołówek.

 

Czarne kędziory, jasne oczy, mocna linia szczęki. Pochyłe ramiona i linia górnej wargi niczym łuk kupidyna. Mężczyzna, którego nigdy nie spotkała, życie, którego nie znała, i świat, o którym mogła tylko marzyć.

Kiedy czuje niepokój, powraca do rysowania, po raz kolejny kreśląc znane rysy, a gdy nie może spać, myśli o nim. Nie o linii jego policzków czy też zieleni jego oczu, którą sama wyczarowała, lecz o jego głosie i dotyku. Leży tylko i wyobraża go sobie obok, jego długie palce rysujące wzory na jej skórze. Opowiada jej przy tym rozmaite historie.

Nie takie, jak jej ojciec, o rycerzach i królestwach, księżniczkach i złodziejach. Nie baśnie z morałem ostrzegającym przed przekraczaniem granic, ale opowieści brzmiące prawdą, relacje z podróży do lśniących miast, do świata poza Villon. Mimo że słowa, które Adeline wkłada mu w usta, są z pewnością pełne błędów i kłamstw, zmyślony głos nieznajomego sprawia, że brzmią tak cudownie, tak realnie.

– Gdybyś tylko mogła to zobaczyć – mówi.

– Oddałabym za to wszystko – odpowiada dziewczyna.

– Pewnego dnia… – przyrzeka młodzieniec. – Pewnego dnia pokażę ci to. Zobaczysz wszystko.

Te słowa sprawiają, że Adeline cierpi, mimo że sama je wymyśla: w zabawie pojawiają się pragnienia zbyt autentyczne, zbyt niebezpieczne. Dlatego nawet w wyobraźni postanawia skierować konwersację na bezpieczniejsze tory.

– Opowiedz mi o tygrysach – prosi go. O tych wielkich kotach opowiadała jej Estele, która słyszała o nich od murarza podróżującego kiedyś z pewną kobietą, utrzymującą, że widziała tygrysa.

Nieznajomy uśmiecha się, rozcapierza długie palce i opowiada jej o jedwabistym futrze, ostrych zębach i wściekłym ryku dzikich zwierząt.

Na brzegu rzeki leży zapomniane pranie. Adeline z roztargnieniem obraca w palcach jednej dłoni swój drewniany pierścionek, a drugą rysuje. Szkicuje jego oczy, usta, zarys nagich ramion, a obraz z każdą linią nabiera więcej życia. Z każdym pociągnięciem rysika powstaje nowa historia.

– Opowiedz mi, jak się tańczy w Paryżu.

– Opowiedz mi o żeglowaniu po morzu.

– Opowiedz mi wszystko!

Nie było w tym żadnego niebezpieczeństwa. Nikt nie czynił jej wyrzutów… przynajmniej, kiedy była młoda. Wszystkie dziewczyny lubią pomarzyć. Wyrośnie z tego, orzekli rodzice, ale Adeline czuła, że coraz bardziej obrasta marzeniami, i coraz mocniej trzymała się nadziei, że w jej życiu pojawi się coś więcej.

Świat powinien się powiększać, a ona czuje, że jest odwrotnie: kurczy się i zaciska wokół niej, niczym łańcuchy na nogach, kiedy proste linie jej ciała zaczynają się zaokrąglać i nagle kawałek węgla w jej palcach staje się czymś niestosownym, podobnie jak myśl, że woli samotność od towarzystwa Arnauda, Georges’a czy też dowolnego innego mężczyzny, który mógłby ją zechcieć.

Adeline nie zgadza się na to wszystko, nie pasuje do niczego: stanowi zniewagę dla swojej płci, jest upartym dzieckiem w ciele kobiety. Siada z pochyloną głową i mocno trzyma szkicownik, tak jakby jego karty były drzwiami.

A kiedy unosi głowę, jej wzrok zawsze wędruje ku granicom miasteczka.

– Marzycielka – mówi wzgardliwie matka.

– Marzycielka – powtarza z żalem ojciec.

– Marzycielka – stwierdza ostrzegawczo Estele.

A przecież słowo to nie wydaje się takie złe.

Przynajmniej dopóki Adeline się nie obudzi.