Niewidzialne życie Addie LaRueTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Tytuł oryginału: The Invisible Life of Addie LaRue

Copyright © 2020 by Victoria Schwab

Copyright © for the Polish translation by Maciej Studencki, 2021

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

Redaktor prowadzący: Łukasz Chmara

Marketing i promocja: Damian Pawłowski, Oliwia Żyłka

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: Anna Nowak, Robert Narloch

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki: Julia Lloyd

Adaptacja okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66657-32-8

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca, i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@weneedya.pl

www.weneedya.pl

Dla Patricii, która ani razu nie zapomniała.

„Starzy bogowie mogą być wielcy, ale nie są ani życzliwi, ani łaskawi. Są za to kapryśni i niestali, niczym światło księżyca na wodzie albo cienie w czasie burzy. Jeżeli upierasz się, by ich wezwać, zachowaj ostrożność: starannie formułuj życzenia i przygotuj się na to, że za ich spełnienie zapłacisz słoną cenę. Ale bez względu na to, w jak rozpaczliwym położeniu się znajdziesz, nigdy nie módl się do tych, którzy odpowiadają po zapadnięciu zmroku”.

– Estele Magritte

1642–1719

Villon-sur-Sarthe, Francja

29 lipca 1714


Dziewczyna ucieka, by ocalić życie.

Letni skwar praży jej plecy, ale nie goni jej wściekła tłuszcza z pochodniami. Za nią pozostały tylko lampiony z weselnego przyjęcia, czerwonawy blask zachodzącego słońca, prześwitujący ponad wzgórzami, a dziewczyna biegnie, jej spódnica plącze się w trawie, gdy umyka w kierunku lasu, próbując zdążyć przed zachodem.

Wiatr niesie głosy, wołające jej imię:

– Adeline? Adeline? Adeline!

Przed sobą widzi rozciągnięty, długi cień, zbyt długi, jego kontury zaczynają się już rozmazywać, a z jej włosów sypią się białe kwiatki, zaścielające grunt jak małe gwiazdy. Zostawia za sobą całe konstelacje, prawie takie, jak ta na jej policzkach.

Siedem piegów. Po jednym na każdą miłość jej życia: tak powiedziała Estele, kiedy dziewczyna była jeszcze mała.

Po jednym na każde życie, którego zazna.

Po jednym na każdego boga, który jej strzeże.

Teraz te siedem znaków z niej szydzi. Obietnice. Kłamstwa. Nie miała ukochanych, nie zaznała życia, nie napotkała bogów, a w dodatku teraz kończy jej się czas.

Mimo to nie zwalnia ani nie ogląda się za siebie. Nie chce widzieć życia, które czeka na nią za plecami, nieruchome jak rysunek, masywne niczym grobowiec.

Zamiast tego woli uciekać.



Tytuł dzieła: Revenir

Autor: Arlo Miret

Data: 1721–1722

Technika: rzeźba – drewno jesionowe i marmur

Własność: Muzeum Orsay

Opis: Seria drewnianych rzeźb, pięć ptaków w różnych pozycjach i na różnych etapach tuż przed wzbiciem się do lotu, zamontowanych na wąskim marmurowym cokole.

Kontekst: Miret sumiennie prowadził pamiętnik, co pozwala nam na wgląd w umysł artysty i proces twórczy. Inspiracją dla Revenir była figurka znaleziona na paryskiej ulicy zimą 1715 roku: drewniany ptaszek ze złamanym skrzydłem. Według świadectwa samego artysty został on odtworzony jako piąty w serii (jednak z całymi skrzydłami), tuż przed wzbiciem się w powietrze.

Przybliżona wartość: 175 000 dolarów

Nowy Jork, Stany Zjednoczone Ameryki

10 marca 2014

I


Dziewczyna budzi się w cudzym łóżku.

Leży tam kompletnie nieruchoma, próbując zatrzymać czas, tak jakby wstrzymywała oddech, tak jakby potrafiła powstrzymać zegarek od tykania, siłą woli sprawić, by chłopak u jej boku jeszcze się nie zbudził i by zachował wspomnienie wspólnie spędzonej nocy.

Oczywiście wie, że nie potrafi tego zrobić. Zdaje sobie sprawę, że chłopak o wszystkim zapomni, tak jak pozostali.

To nie jego wina. To nigdy nie jest wina żadnego z nich.

On wciąż śpi, a ona patrzy, jak jego ramiona powoli unoszą się i opadają. Obserwuje miejsce, gdzie ciemne włosy zawijają się na karku, a potem patrzy na bliznę rozciągniętą wzdłuż żeber. Dawno zapamiętane szczegóły.

Chłopak ma na imię Toby.

Poprzedniej nocy powiedziała mu, że nazywa się Jess. Skłamała, ale tylko dlatego, że nie może wypowiedzieć swojego prawdziwego imienia. To jedna ze złośliwości rozsianych niczym pokrzywy w wysokiej trawie, ukryte kolce, które mają ranić. Czymże jest człowiek, jeżeli nie ciągiem śladów, które po sobie pozostawia wśród innych ludzi? Nauczyła się stąpać pomiędzy cierniami, lecz pewnych ran nie da się uniknąć: wspomnień, fotografii, imion.

W ciągu ostatniego miesiąca nazywała się już Claire, Zoe i Michelle, ale dwie noce temu, kiedy miała na imię Elle i późnym wieczorem zamykali kawiarnię po jednym z jego koncertów, Toby powiedział, że zakochał się w dziewczynie imieniem Jess, tylko jeszcze jej nie spotkał.

Dlatego teraz przybrała imię Jess.

Toby zaczyna się wiercić, a ona czuje stary, znany ból w piersi, gdy chłopak się przeciąga, przewraca na drugi bok, ale jeszcze się nie budzi, o nie. Jego twarz znajduje się teraz o kilka centymetrów od jej twarzy, usta ma sennie rozchylone, spod ciemnych kędziorów ledwie widać oczy, a ciemne rzęsy spoczywają na jasnych policzkach.

Pewnego razu cień drażnił się z dziewczyną podczas spaceru nad Sekwaną. Powiedział jej wówczas, że ma ulubiony typ, sugerując, że większość mężczyzn (a także kilka kobiet), których wybierała, wyglądała całkiem podobnie do niego.

Te same ciemne włosy, te same bystre oczy i wyraziste rysy twarzy.

To było nie fair.

Przecież cień wyglądał w ten sposób tylko dzięki jej wyobrażeniu. To ona nadała mu ten kształt, wybrała postać, w jakiej go będzie oglądać.

„Nie pamiętasz – powiedziała mu wtedy – jak byłeś tylko cieniem i dymem?”

„Kochanie – odparł głębokim, cichym głosem – byłem wtedy samą nocą”.

Teraz jest ranek, inne miasto i inne stulecie, jasne promienie słońca przebijają się przez zasłony, a Toby znów się przewraca, powoli wznosząc się nad powierzchnię snu. Dziewczyna która nazywała się, a może nazywa się, Jess, wstrzymuje oddech, próbując wyobrazić sobie taki dzień, kiedy chłopak się budzi, widzi ją i pamięta.

Uśmiecha się, gładzi ją po policzku i mówi „Dzień dobry”.

Nigdy się to jednak nie wydarzy, a ona nie chce oglądać dobrze znanej, pustej miny, nie chce patrzeć, jak partner próbuje wypełnić luki w miejscach, gdzie powinny się znajdować wspomnienia o niej, by wreszcie przejść nad tym do porządku dziennego z wystudiowaną nonszalancją. Widziała tę scenę wystarczająco często, zna to wszystko na pamięć, więc zsuwa się z łóżka i idzie boso do salonu.

Dostrzega odbicie w lustrze w korytarzu i zauważa to, co wszyscy: siedem piegów, rozrzuconych niczym gwiazdozbiór na jej nosie i policzkach.

Jej prywatna konstelacja.

Pochyla się i chucha na lustro, po czym próbuje napisać palcem swoje prawdziwe imię: A… d…

Dociera do drugiej litery, kiedy poprzednia znika. To nie kwestia medium: dzieje się tak niezależnie od tego, jak próbuje wyrazić swoje imię czy opowiedzieć swoją historię. A próbowała wiele razy: ołówkiem, atramentem, farbą lub krwią.

Adeline.

Addie.

LaRue.

To bez sensu.

Litery osypują się lub blakną. Dźwięki zamierają jej w gardle.

Odsuwa palce od lustra i odwraca się, omiatając wzrokiem salon.

Toby jest muzykiem – i to widać wszędzie naokoło.

Pod ścianami stoją instrumenty. Po stołach rozrzucono nabazgrane pięciolinie i notatki – takty na wpół zapamiętanych melodii pomieszane z listami zakupów i spraw do załatwienia. Tu i tam zadziałała także inna ręka. Na parapecie kuchennego okna rosną kwiaty, chociaż Toby nie pamięta od kiedy. Obok leży książka o Rilkem, której zakupu również nie potrafi sobie przypomnieć. Rzeczy pozostają, nawet jeśli wspomnienia znikają.

 

Wstanie zwykle zajmuje Toby’emu dłuższą chwilę, toteż Addie robi sobie herbatę. On jej nie pija, a przecież tam stoi, puszka liściastego cejlonu i pudełko jedwabnych torebeczek. Pamiątka po wieczornej wycieczce do sklepu spożywczego: chłopak i dziewczyna wędrujący po alejkach, trzymający się za ręce, bo nie mogli zasnąć. Kiedy nie chciała, żeby wieczór się skończył, nie była gotowa odpuścić.

Podnosi kubek i wdycha aromat herbaty, a wspomnienia unoszą się wraz z parą.

Londyński park. Patio w Pradze. Wspólna sala w Edynburgu.

Przeszłość narysowana na teraźniejszości jak malowidło na jedwabiu.

W Nowym Jorku wstaje chłodny poranek, okna są zamalowane mroźnymi wzorami, więc ściąga koc z kanapy i owija nim ramiona. Jeden koniec sofy zajmuje futerał od gitary, a drugi – kot Toby’ego, więc Addie siada na stołku przy pianinie.

Kot, który także ma na imię Toby („W ten sposób mogę mówić sam do siebie i nie brzmi to dziwnie”, wyjaśnił chłopak) patrzy na Addie, która dmucha na herbatę.

Zastanawia się, czy kot ją pamięta.

Dłonie jej się ogrzały, więc stawia kubek na pianinie, otwiera pokrywę, rozciąga palce i zaczyna grać, najciszej, jak potrafi. Słyszy, jak Toby – ten w sypialni – się przeciąga, i całe jej ciało tężeje z przerażenia.

To najtrudniejszy moment.

Addie mogła, a nawet powinna była wyślizgnąć się, kiedy chłopak wciąż jeszcze spał, kiedy ranek był jeszcze przedłużeniem nocy, chwilą uwięzioną w bursztynie. Teraz jest już jednak za późno, więc zamyka oczy, pochyla głowę i gra dalej. Słyszy pomiędzy nutami jego kroki, porusza dalej palcami i wyczuwa, że Toby stanął w drzwiach. Będzie tam stał, chłonąc całą scenę, próbując odtworzyć kolejność wydarzeń z poprzedniego wieczoru, zastanawiać się, czy urwał mu się film i jak to możliwe, że poznał dziewczynę i zaprosił ją do domu. Czy nie wypił za dużo i dlaczego nic z tego nie pamięta.

Wie jednak, że Toby nie przerwie jej, dopóki gra, więc rozkoszuje się muzyką jeszcze przez kilka sekund, a potem kończy, podnosi wzrok i udaje, że nie zauważa jego zmieszanej miny.

– Dzień dobry – mówi radośnie, a jej akcent, kiedyś świadczący o francuskim pochodzeniu, jest teraz tak słaby, że tylko ona go słyszy.

– Och… dzień dobry – odpowiada chłopak, przeczesując dłonią czarne loki. Trzeba mu oddać, że wygląda jak zawsze: trochę oszołomiony i zaskoczony, że w jego salonie siedzi ładna dziewczyna, która pod kocem ma na sobie tylko majtki i koszulkę jego ulubionej kapeli.

– Jess – podpowiada mu imię, którego chłopak nie znajduje, bo w jego pamięci go nie ma. – W porządku, jeżeli nie pamiętasz – dodaje.

Toby rumieni się i przegania drugiego Toby’ego, kota, a potem zapada się w głębokie poduchy kanapy.

– Przepraszam… To do mnie niepodobne. Nie jestem takim facetem.

Addie się uśmiecha.

– A ja nie jestem taką dziewczyną.

Wówczas on też się uśmiecha, a ten uśmiech jest niczym promień światła, przed którym pierzchają cienie na jego twarzy. Kiwa głową w kierunku pianina, a ona chciałaby, żeby powiedział coś w rodzaju: „Nie wiedziałem, że potrafisz grać”, lecz Toby zamiast tego mówi:

– Jesteś naprawdę dobra. – I rzeczywiście, to prawda. Zadziwiające, czego można się nauczyć, kiedy się ma czas.

– Dzięki – odpowiada, przesuwając palcami po klawiszach.

Toby wydaje się teraz zdenerwowany. Ucieka do kuchni.

– Kawy? – pyta, przeszukując szafki.

– Znalazłam już herbatę.

Zaczyna grać inny utwór. Nic skomplikowanego, kilka prostych nut. Początek czegoś. Znajduje melodię, podkręca ją i pozwala, żeby płynęła jej między palcami, a Toby pośpiesznie wraca do pokoju z parującym kubkiem w dłoniach.

– Co to było? – pyta, a oczy mu błyszczą, tak jak każdemu artyście: pisarzowi, malarzowi, muzykowi, kiedy nadchodzi chwila inspiracji. – Brzmiało znajomo.

Dziewczyna wzrusza ramionami.

– Grałeś mi to wczoraj wieczorem.

W sumie nie jest to kłamstwo. Rzeczywiście jej to grał… ale już po tym, jak zapoznała go z tą melodią.

– Naprawdę? – pyta ze zmarszczonymi brwiami. Odstawia kawę, sięga po ołówek i notatnik z najbliższego stolika. – Boże, ale musiałem być narąbany. – Jednak mówiąc to, kręci głową: Toby nigdy nie był jednym z tych, którzy komponują na dopingu. – Pamiętasz coś więcej? – pyta, przewracając strony notatnika. Addie zaczyna znowu grać, prowadząc go przez kolejne nuty. Chłopak tego nie wie, ale pracuje nad tym utworem już od paru tygodni. To znaczy pracują.

Razem.

Dziewczyna uśmiecha się lekko, grając melodię raz jeszcze. To trawa pomiędzy pokrzywami. Tu można zrobić bezpieczny krok. Nie może pozostawić własnego tropu, ale jeżeli będzie ostrożna, może dać znak komuś innemu. Nic konkretnego, oczywiście, lecz inspiracja rzadko jest konkretna.

Toby łapie gitarę, balansując instrumentem na jednym kolanie, i gra razem z nią, mamrocząc pod nosem:

– To jest dobre, to jest inne, to naprawdę coś!

Addie przestaje grać i się podnosi.

– Powinnam już iść.

Melodia rozpada się na strunach, kiedy Toby podnosi głowę.

– Co? Ale ja cię nawet nie poznałem!

– Tak jest – potwierdza dziewczyna, zmierzając do sypialni po swoje ubranie.

– Tylko że chciałbym cię poznać! – mówi on, odstawiając gitarę i idąc za nią przez mieszkanie. To jest ta chwila, kiedy wszystko wydaje się bardzo nie w porządku, jedyny moment, kiedy Addie czuje, że czara goryczy zaraz się przeleje. Spędziła całe tygodnie, poznając go, a jemu zaledwie chwilę zajęło zapomnienie jej. – Przyhamuj trochę.

Nienawidzi tej części. Nie powinna była zwlekać. Lepiej by było, gdyby zniknęła z jego pola widzenia równie szybko, jak z pamięci, ale zawsze ma nadzieję, że tym razem będzie inaczej, że tym razem zostanie zapamiętana.

„Ja pamiętam!” – odzywa się ciemność w jej uchu.

Kręci głową, odganiając natrętny głos.

– Po co ten pośpiech? – pyta Toby. – Pozwól mi przynajmniej zrobić ci śniadanie.

Addie jest jednak zbyt zmęczona, żeby znów grać w tę grę, więc ucieka się do kłamstwa: mówi, że ma coś do zrobienia, i nie zwalnia ani na chwilę, ponieważ jeżeli zostanie, nie będzie miała siły wyjść, a cały cykl powtórzy się raz jeszcze; tym razem zacznie się rano, nie wieczorem. Mimo to nie będzie ani trochę łatwiej, gdy dobiegnie końca, a jeśli Addie ma zacząć ponownie, woli być piękną nieznajomą z baru niż zapomnianą podrywką po przelotnej przygodzie.

Za chwilę to i tak nie będzie miało najmniejszego znaczenia.

– Jess, czekaj – odzywa się Toby, łapiąc ją za rękę. Rozpaczliwie szuka właściwych słów, a potem poddaje się i zaczyna raz jeszcze: – Gram dzisiaj koncert w Alloway. Powinnaś przyjść. Ten bar jest…

Oczywiście Addie doskonale wie, gdzie to jest. Tam spotkali się po raz pierwszy, piąty i dziewiąty. A kiedy zgadza się przyjść, chłopak uśmiecha się olśniewająco. Jak zwykle.

– Obiecujesz? – pyta jeszcze.

– Obiecuję.

– To widzimy się w barze – mówi pełen nadziei, kiedy dziewczyna odwraca się i wychodzi.

Ogląda się jeszcze na niego i mówi:

– Tylko mnie nie zapomnij!

Stare przyzwyczajenie, przesąd… Błagalna prośba.

Toby kręci głową.

– Jak mógłbym zapomnieć?

Addie uśmiecha się tak, jakby to był tylko niewinny żart.

Kiedy zmusza się do zejścia po schodach, wie jednak doskonale, że zapominanie już się zaczęło, że kiedy tylko chłopak zamknie drzwi, ona zniknie z jego życia.

II


Marzec to taki kapryśny miesiąc.

Jest jak szew pomiędzy zimą a wiosną, tyle że „szew” sugeruje równe brzegi, a marzec wygląda bardziej jak poszarpana linia ściegów wykonanych niewprawną dłonią, wahających się gwałtownie pomiędzy mroźnymi podmuchami stycznia a czerwcową zielenią. Zanim człowiek nie wyjdzie z domu, nie wiadomo, na co się natknie.

Estele zwykła określać te dni jako niespokojne. To wtedy bogowie o cieplejszej krwi zaczynają się wiercić w łóżkach, a ci chłodni – układać do snu. Wtedy również marzyciele najczęściej wpadają na kiepskie pomysły, a wędrowcy błądzą.

Addie zawsze miała skłonność do jednego i drugiego.

To ma sens, ponieważ urodziła się dziesiątego marca, dokładnie w „nierównym ściegu”, chociaż minęło wiele czasu, od kiedy miała ochotę świętować urodziny.

Odkąd sięga pamięcią, obawiała się tego święta, za każdym razem oznaczającego, że dojrzewa i się starzeje… a potem na całe wieki urodziny stały się bezużyteczne, błahsze niż wieczór, podczas którego zrzekła się duszy.

Te daty, śmierci i odrodzenia, zlały się w jedno.

Mimo to na urodziny należy jej się prezent.

Zatrzymuje się więc przed butikiem i patrzy na swoje odbicie w witrynie.

Na wystawie stoi manekin upozowany tak, jakby właśnie dawał krok naprzód, z głową lekko przechyloną, jak gdyby słuchał jakiejś piosenki. Jego długi tors tkwi w pasiastym swetrze, a nogawki tęczowych legginsów znikają w wysokich butach za kolano. Na palcach uniesionej dłoni zaczepiono kołnierz kurtki, przewieszonej przez ramię. Addie przygląda się manekinowi i zaczyna naśladować jego pozę, przesuwając ciężar ciała i przechylając głowę. Może to ten dzień, obietnica wiosny wisząca w powietrzu, a może po prostu sama jest w nastroju na coś nowego.

Wnętrze butiku pachnie niezapalonymi świeczkami i nowymi ubraniami. Addie przesuwa palcem po bawełnianych i jedwabnych tkaninach, zanim znajdzie pasiasty sweter. Okazuje się kaszmirowy. Przerzuca go przez ramię razem z tęczowymi legginsami. Doskonale zna swój rozmiar.

Nie zmienił się od dawna.

– Cześć! – Radosna sprzedawczyni ma dwadzieścia parę lat, tak jak Addie, chociaż tylko jedna z nich jest prawdziwa i się starzeje, a druga to wizerunek uwięziony w bursztynie. – Mam przygotować przymierzalnię?

– Och, poproszę – mówi Addie, ściągając parę butów z wystawy. – Teraz mam wszystko, czego potrzebuję. – Podąża za tamtą w kierunku trzech kabin za zasłonkami z tyłu sklepu.

– Jeżeli będę mogła jakoś pomóc, proszę mnie zawołać – mówi dziewczyna, a potem zaciąga zasłonę i Addie zostaje sama z ławeczką, pełnowymiarowym lustrem i ubraniami.

Ściąga buty i strząsa z siebie kurtkę, po czym rzuca ją na ławeczkę. Drobne monety grzechoczą w kieszeniach, z jednej coś wypada, uderza w podłogę z tępym stukiem i toczy się po wąskiej przymierzalni. Zatrzymuje się dopiero przy listwie pod ścianką.

To pierścień.

Krążek wyrzeźbiony z jesionowego drewna. Doskonale go zna: kiedyś go uwielbiała, teraz stał się czymś wstrętnym.

Addie patrzy na niego przez chwilę. Jej palce drżą zdradziecko, ale nie sięga po pierścionek, nie podnosi go, tylko staje do niego tyłem i dalej się przebiera. Wkłada sweter, potem legginsy, na końcu naciąga buty. Manekin był chudszy i wyższy, lecz Addie podoba się ten strój: ciepło kaszmiru, legginsy gładko opinające nogi, miękki dotyk futrówki w butach.

Odrywa po kolei metki z cenami, ignorując zera.

„Joyeux anniversaire, sto lat niech żyje nam”, myśli, spoglądając na swoje odbicie w lustrze. Przechyla głowę, tak jakby również słyszała jakąś piosenkę. Widzi nowoczesną kobietę z Manhattanu, nawet jeśli z lustra spogląda na nią ta sama twarz, którą zna od wieków.

Addie rzuca swoje stare rzeczy na podłogę przymierzalni niczym cień. Pierścionek leży w rogu, zlekceważony. Jedyna rzecz, którą zabiera z powrotem, to kurtka.

Miękkie okrycie z czarnej skóry, wytartej, a przez to cienkiej niczym jedwab. Ludzie określają obecnie takie rzeczy mianem „vintage” i są skłonni zapłacić za nie fortunę. To jedyna rzecz, której Addie nie chciała zostawić w płonącym Nowym Orleanie, chociaż jego zapach przylgnął do niej niczym smród dymu, jego piętno pozostało już na zawsze. Nie obchodzi jej to, bo uwielbia tę kurtkę.

Wtedy była nowa, a teraz idealnie się dopasowała. Poza tym wygląda na swój wiek, inaczej niż właścicielka, która przypomina sobie teraz opowieść o Dorianie Grayu: w jej przypadku upływ czasu widać na bydlęcej skórze, nie na obrazie.

Addie wychodzi zza zasłony przymierzalni.

Z przeciwnej strony butiku patrzy na nią zmieszana sprzedawczyni.

– Wszystko pasuje? – pyta, zbyt grzeczna, by przyznać, że nie pamięta, by wpuszczała kogokolwiek do przymierzalni. Boże, błogosław obsługę klienta.

 

Addie smutno kręci głową.

– Są takie dni, kiedy człowiek zostaje z tym, w czym przyszedł – mówi, zmierzając ku drzwiom.

Kiedy sprzedawczyni znajdzie jej ciuchy, rozciągnięte na podłodze przymierzalni niczym duch dziewczyny, nie będzie pamiętała, do kogo należały, a Addie zniknie jej z oczu, umysłu i pamięci.

Zarzuca kurtkę na ramię, zawieszając ją na jednym palcu, i wychodzi prosto w słońce.