KotolotkiTekst

Z serii: Kotolotki
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kotolotki
Kotolotki
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,90 51,92
Kotolotki
Kotolotki
Kotolotki
Audiobook
Czyta Wiktor Zborowski
32,90 25,99
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

CATWINGS, CATWINGS RETURN,

JANE ON HER OWN,

WONDERFUL ALEXANDER

AND THE CATWINGS

CATWINGS

tekst copyright © 1988 by Ursula K. Le Guin

ilustracje copyright © 1988 by S.D. Schindler.

CATWINGS RETURN

tekst copyright © 1989 by Ursula K. Le Guin

ilustracje copyright © 1989 by S.D. Schindler

JANE ON HER OWN

tekst copyright © 1999 by Ursula K. Le Guin

ilustracje copyright © 1999 by S.D. Schindler

WONDERFUL ALEXANDER AND THE CATWINGS

tekst copyright © 1994 by Ursula K. Le Guin

ilustracje copyright © 1994 by S.D. Schindler

All rights reserved.

Published by arrangement with Scholastic Inc.,

557 Broadway, New York, NY 10012, USA

Projekt okładki

S.D. Schindler

Redaktor prowadzący

Magdalena Gołdanowska

Redakcja

Maria Lipowska

Korekta

Katarzyna Kusojć

Sylwia Kozak-Śmiech

ISBN 978-83-8169-982-2

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

KOTOLOTKI



Dla wszystkich kotów, które kochałam.

U.K.L.G.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ 1


Pani Jane Bura nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego cała czwórka jej dzieci ma skrzydła.

– Pewnie ich ojciec był niebieskim ptakiem – zauważył ich sąsiad i roześmiał się nieprzyjemnie, skradając się wokół śmietnika.

– Może mają skrzydła, bo przed ich urodzeniem marzyłam, żeby mogły stąd odfrunąć – odparła pani Jane Bura. – Thelmo, masz brudną buzię, umyj ją. Roger, nie bij Jamesa. Harriet, kiedy mruczysz, powinnaś przymknąć oczy i ugniatać mnie łapkami, o tak. Jak wam dziś smakuje mleko, dzieci?

– Bardzo, mamo, dziękujemy – odparły kociaki radośnie.


Były to piękne dzieci, dobrze wychowane. Ale pani Bura po cichu się o nie martwiła. Ich dzielnica, naprawdę okropna, stawała się coraz gorsza. Przetaczające się ulicami przez cały dzień koła samochodów i ciężarówek, śmieci i odpadki, głodne psy, niekończący się pochód trzewików i wysokich butów – bieg­nących, tupiących, kopiących – ani jednej spokojnej i bezpiecznej kryjówki, coraz mniej jedzenia. Prawie wszystkie wróble się stąd wyniosły. Szczury stały się drapieżne i groźne, myszy płochliwe i wątłe.


Dlatego skrzydła dzieci stanowiły najmniejszą z trosk pani Burej. Myła te jedwabiste skrzydełka codziennie, tak samo jak bródki, łapki i ogonki, i czasem się im dziwiła, ale za bardzo zajmowało ją szukanie jedzenia i dbanie o rodzinę, żeby zbyt często zastanawiać się nad rzeczami, których nie rozumiała.

Ale gdy wielki pies gonił małą Harriet, zapędził ją za kubeł na śmieci i skoczył na nią z szeroko otwartą paszczą pełną białych zębów, a Harriet z rozpaczliwym miauknięciem wzbiła się w powietrze, nad głowę osłupiałego psa, i wylądowała na dachu, wtedy pani Bura zrozumiała.

Pies odszedł, warcząc, z podkulonym ogonem.

– Zejdź już, Harriet – zawołała matka i dodała: – Dzieci, chodźcie tu wszystkie.


Kotki wróciły na śmietnik. Harriet nadal drżała. Pozostałe mruczały do niej, aż się uspokoiła, a wówczas pani Jane Bura powiedziała:

– Dzieci, przed waszym urodzeniem przyśnił mi się sen i teraz rozumiem, co oznaczał. To nie jest miejsce, w którym można dorastać, a wy macie skrzydła i możecie stąd odlecieć. Chcę, żebyście to zrobiły. Wiem, że ćwiczyłyście. Widziałam, jak wczoraj w nocy James przeleciał nad zaułkiem, i tak, widziałam też, jak pikujesz w dół, Rogerze. Sądzę, że jesteście gotowi. Teraz zjedzcie sutą kolację i odlećcie stąd jak najdalej.

– Ale, mamo… – zaczęła Thelma i wybuchnęła płaczem.

– Ja nie odejdę – dodała cicho pani Bura. – Mam tu co robić. Pan Tom Jones wczoraj mi się oświadczył i zamierzam go przyjąć. Nie chcę, żebyście mi się kręciły pod nogami!

Dzieci zaczęły płakać, ale wiedziały, że w kocich rodzinach tak po prostu musi być. Były też dumne, że matka uważa, iż potrafią o siebie zadbać, dlatego wszyscy posilili się do syta z przewróconego przez psa kubła na śmieci. Potem Thelma, Roger, James i Harriet pożegnali się, mrucząc, ze swoją kochaną mamą i jedno po drugim rozłożyli skrzydła, unieśli się nad zaułek i dachy i odlecieli.

Pani Jane Bura odprowadziła je wzrokiem. Serce miała pełne strachu i dumy.

– To wyjątkowe dzieci – odezwał się pan Tom Jones cichym, niskim głosem.

– Nasze też będą wyjątkowe – odparła pani Bura.


ROZDZIAŁ 2

Thelma, Roger, James i Harriet lecieli, widząc w dole tylko ciągnące się kilometrami miejskie dachy i ulice.

Jakiś gołąb wzbił się w górę, by do nich dołączyć. Frunął obok, zerkając na nich z niepokojem małym, okrągłym, czerwonym oczkiem.

– A właściwie jakimi ptakami jesteście? – spytał w końcu.

– Gołębiami wędrownymi – odparł natychmiast James. Harriet miauknęła ze śmiechu.

Gołąb podskoczył w powietrzu, łypnął na nią, po czym zrobił w tył zwrot i oddalił się od nich szybko wielkim łukiem.

– Chciałbym umieć tak latać – odezwał się Roger.


– Strasznie głupie te gołębie – mruknął James.

– A mnie bolą skrzydła – pożalił się Roger.

– Mnie też – powiedziała Thelma. – Wylądujmy gdzieś i odpocznijmy.

Mała Harriet już leciała w stronę kościelnej wieży.


Kotki przycupnęły na rzeźbach na kościelnym dachu i napiły się wody z rynny.

– Lepszy gołąb w garści niż kocurek na dachu! – zaśpiewała Harriet, przycupnięta na wieżyczce.

– Tam jest chyba inaczej – zauważyła Thelma, wskazując noskiem zachód. – Bardziej miękko.

Wszystkie kotki spojrzały uważnie na zachód, ale koty nie widzą na duże odległości.

– No, jeśli jest inaczej, to spróbujmy – zdecydował James i wystartowali. Nie potrafili lecieć bez zmęczenia niczym gołębie. Pani Bura zawsze dbała o to, żeby jedli do syta, więc byli dość pulchni i musieli mocno machać skrzydłami, żeby wydźwignąć się w górę. Nauczyli się szybować na wietrze, ale Harriet miała z tym problemy i bardzo kołysała się na boki.


Mniej więcej po godzinie wylądowali na dachu wielkiej fabryki. Choć pachniało tam okropnie, zdrzemnęli się na nim, leżąc spleceni w wielki, puszysty kłąb. Potem, pod wieczór, obudzili się bardzo głodni – bo nic tak nie zaostrza apetytu jak latanie – i pofrunęli dalej.

Słońce zaszło. Rozbłysła miejska iluminacja – długie sznury i łańcuchy świateł, ciągnące się w dole aż po ciemność. Kotki także leciały ku ciemności, aż w końcu, gdy wokół nich i pod nimi zapadł mrok, rozświetlony tylko jednym migającym nad wzgórzem światełkiem, powoli opuściły się w dół i wylądowały.


Miękka ziemia – dziwna ziemia! Do tej pory jedynym podłożem, jakie znały, były chodnik, asfalt, cement. Tu wszystko ich dziwiło: glina, ziemia, suche liście, trawa, gałązki, grzyby, robaki. Wszystko pachniało wyjątkowo interesująco. Nieopodal płynął mały strumyk. Kotki usłyszały jego szum i podeszły, żeby się z niego napić, bo były bardzo spragnione.

Roger zaspokoił pragnienie, ale nadal pozostał przyczajony na brzegu, z noskiem w wodzie i wytężonym wzrokiem.


– Co to jest, to coś w rzece? – szepnął.

Rodzeństwo zbliżyło się i spojrzało. W wodzie widać było w świetle gwiazd jakiś ruch – srebrne migotanie, błysk… Roger szybko sięgnął łapką…

– Moim zdaniem to kolacja – powiedział.

Kiedy wszyscy się najedli, przytulili się do siebie pod krzakiem i zasnęli. Ale najpierw Thelma, potem Roger, po nim James, a następnie mała Harriet podnosili głowy, otwierali jedno oko, nasłuchiwali czujnie. Wiedzieli, że znaleźli się w znacznie lepszej okolicy niż ich zaułek, ale wiedzieli też, że wszędzie jest niebezpiecznie, czy jesteś rybą, kotem, czy nawet kotem ze skrzydłami.

 

ROZDZIAŁ 3


– To straszna niesprawiedliwość! – krzyknął drozd.

– Nieprawość! – zgodziła się zięba.

– Nie ma na to zgody! – wrzasnęła sójka.

– Nie rozumiem dlaczego – odezwała się mysz. – Wy zawsze miałyście skrzydła. Teraz one je mają. Gdzie tu niesprawiedliwość?

Ryby w rzece nie zabrały głosu. Nigdy go nie zabierają. Niewiele osób wie, co ryby sądzą na temat niesprawiedliwości czy czegokolwiek innego.

– Właśnie tego ranka niosłem gałązkę do gniazda i z góry raptem sfrunął kot, kot sfrunął z czubka Rodzimego Dębu i uśmiechnął się do mnie w przelocie! – rzucił drozd, a pozostałe ptaki krzyknęły:

– Wstrząsające! Niebywałe! Niedopuszczalne!

– Więc chodźcie tunelami – pisnęła mysz i potruchtała w swoją stronę.

Ptaki musiały się nauczyć żyć z Latającymi Buraskami. Właściwie większość z nich była raczej przerażona i oburzona niż naprawdę zagrożona, bo Roger, Thelma, Harriet i James latali o wiele gorzej od nich. Ptaki nigdy nie wplątywały skrzydeł w gałęzie sosny i nigdy nie wpadały w roztargnieniu na pnie drzew, a podczas ucieczki potrafiły prześcignąć napastnika lub zrobić zwód. Lecz bały się – i nie bez powodu – o swoje pisklaki. W wielu gniazdach pojawiły się jajka; gdy wyklują się z nich dzieci, jak je chronić przed kotem, który potrafi wzlecieć i przysiąść na najcieńszej gałązce wśród najgęstszego listowia?


To wszystko nie od razu stało się jasne dla Sowy. Sowa nie myśli szybko. Sowa myśli długo. Pewnego wieczoru późną wiosną przyglądała się czule swoim dwóm sówkom, gdy obok przemknął James w pościgu za nietoperzami. I Sowa pomyślała powoli: „Co to to nie”.

Po czym cicho rozłożyła wielkie szare skrzydła i bezgłośnie pofrunęła za Jamesem, rozczapierzając szpony.


Latające Buraski zrobiły sobie gniazdo w dziupli w połowie pnia wielkiego wiązu, ponad poziomem lisów i kojotów, o zbyt małym wejściu, by mogły się w nie zmieścić szopy. Thelma i Harriet właśnie myły sobie nawzajem szyje i opowiadały o wypadkach całego dnia, gdy u stóp drzewa rozległ się żałosny płacz.

– James! – krzyknęła Harriet.

Podrapany i krwawiący James kulił się pod krzakami. Jedno jego skrzydło leżało na ziemi.

– To Sowa – powiedział, gdy siostry pomogły mu się wspiąć z trudem po pniu do dziupli. – Ledwie jej uciekłem. Złapała mnie, ale ją podrapałem, i na chwilę mnie puściła.

W tym samym momencie Roger wśliznął się do dziupli. Oczy miał okrągłe, czarne i pełne strachu.

– Goni mnie! – krzyknął. – Sowa!


Wszyscy opatrzyli rany Jamesa, który po jakimś czasie zasnął.

– Teraz wiemy, jak czują się te małe ptaszki – zauważyła Thelma ponuro.

– Co z Jamesem? – szepnęła Harriet. – Czy będzie jeszcze latać?

– Lepiej nie – odezwał się cichy, głęboki głos tuż za ich gniazdem. Przed dziuplą siedziała Sowa.

Buraski spojrzały na siebie. Nie odezwały się aż do rana.

O wschodzie słońca Thelma ostrożnie wyjrzała na zewnątrz. Sowa zniknęła.

– Do wieczora – powiedziała Thelma.

Od tej pory musieli polować za dnia i wypoczywać w nocy, gdyż Sowa myśli powoli, lecz skutecznie.

James chorował przez wiele dni i nie mógł polować. Gdy wyzdrowiał, był bardzo chudy i prawie stracił zdolność latania, bo lewe skrzydło szybko mu sztywniało i przestawało funkcjonować. Ale nigdy się nie skarżył. Przesiadywał godzinami nad strumieniem i łowił ryby, złożywszy skrzydła. Ryby też się nie skarżyły. Nigdy się nie skarżą.

Pewnego wieczoru w początkach lata Buraski leżały, zwinięte w kłębuszki, w swojej dziupli, dość zmęczone i przybite. Na sąsiednim drzewie kłóciła się rodzina szopów. Thelma przez cały dzień nie znalazła nic do jedzenia oprócz ryjówki, po której nabawiła się niestrawności. Jakiś kojot spłoszył Rogera w ostatniej chwili przed upolowaniem nowika.

James nie złowił niczego. Sowa ciągle przelatywała bezgłośnie obok nich i nic nie mówiła.

Dwa młode szopy z sąsiedniego drzewa zaczęły się bić, przeklinając i wykrzykując wyzwiska. Inne dołączyły do nich, wrzeszcząc, drapiąc i klnąc.


– Całkiem jak w naszym zaułku – zauważył James.

– Pamiętacie Buty? – spytała Harriet w rozmarzeniu. Wydawała się całkiem pulchna, może dlatego, że była taka mała. Jej siostra i bracia wychudli i wyglądali dość marnie.

– Tak – powiedział James. – Jedne mnie goniły.

– A pamiętacie Ręce? – odezwał się Roger.

– Tak – oznajmiła Thelma. – Jedne mnie podnios­ły. Kiedy jeszcze byłam kociakiem.

– I co one zrobiły? Te Ręce? – chciała wiedzieć Harriet.

– Ścisnęły mnie. Bolało. A osoba od Rąk krzyczała: „Skrzydła! Skrzydła! Ma skrzydła!”. Krzyczała to w kółko takim głupim głosem. I ciągle mnie ściskała.

– I co zrobiłaś?

– Ugryzłam – odparła Thelma z powściągliwą dumą. – Ugryzłam i Ręce mnie puściły, a ja wróciłam biegiem do mamy, pod śmietnik. Jeszcze nie umiałam latać.


– Widziałam dziś takie coś – powiedziała Harriet.

– Jakie coś? Rękowe? Butowe? – spytała Thelma.

– Istotę Lucka? – podsunął James.

– Istotę ludzką? – dodał Roger.

– Tak. I ona też mnie widziała – oznajmiła Harriet.

– Goniła cię?

– Kopnęła?

– Rzucała w ciebie?

– Nie. Tylko stała i patrzyła, jak fruwam. A jej oczy zrobiły się okrągłe, zupełnie jak nasze.

– Mama zawsze mówiła, że ten, kto znajdzie właściwe Ręce, nigdy więcej nie będzie musiał polować – powiedziała Thelma w zamyśleniu. – Ale jeśli trafisz w złe Ręce, potrafią być one gorsze od psa.

– Moim zdaniem te są dobre – oznajmiła Harriet.

– Dlaczego tak sądzisz? – spytał Roger, zupełnie jak ich matka.

– Bo uciekły i wróciły z talerzem pełnym kolacji. Postawiły ją na tym wielkim pniu na skraju pola, tego pola, gdzie wtedy straszyliśmy krowy, no wiecie. A potem cofnęły się na sporą odległość, usiadły i patrzyły na mnie. Więc przyfrunęłam i zjadłam kolację. Była bardzo interesująca. Jak to, co jedliśmy w zaułku, ale świeższe. I – dodała Harriet, zupełnie jak ich matka – jutro tam wrócę i sprawdzę, co jest na pniu!

– Tylko uważaj na siebie, moja panno! – ostrzegła Thelma, jeszcze bardziej podobna do ich matki.


ROZDZIAŁ 4

Gdy następnego dnia Harriet wybrała się, lecąc nisko i ostrożnie, do wielkiego pnia na skraju krowiego pastwiska, znalazła tam czekającą na nią formę do ciasta pełną mięsnych okrawków i granulowanej karmy dla kotów. Dziewczynka z Domu za Wzgórzem także na nią czekała, siedząc w bezruchu jakieś siedem metrów od pnia. Nazywała się Susan Brown i miała osiem lat. Widziała, jak Harriet wylatuje z lasu i unosi się w powietrzu nad pniem niczym grubiutki koliber, po czym siada, składa schludnie skrzydła i zajada. Susan Brown wstrzymała oddech. Oczy zrobiły się jej zupełnie okrągłe.

Następnego dnia, gdy Harriet i Roger ostrożnie wyłonili się z lasu i zawiśli w powietrzu nad pniem, Susan siedziała pięć metrów od pnia, a towarzyszył jej dwunastoletni brat Hank. Nie uwierzył, że widziała latającego kota. Teraz i on miał zupełnie okrągłe oczy i wstrzymywał oddech.


Harriet i Roger wylądowali, żeby się posilić.

– Nie powiedziałaś, że są dwa – szepnął Hank do siostry.

Harriet i Roger siedzieli na pniu i wylizywali sobie do czysta wibrysy.

– Nie powiedziałaś, że są dwa – szepnął Roger do siostry.

– Nie wiedziałam! – odszepnęły obie siostry. – Wczoraj był tylko jeden. Ale wyglądają miło, prawda?

Następnego dnia Hank i Susan przynieśli na pień dwie blaszane formy na placek z kocią karmą i cofnęli się dziesięć kroków. Usiedli w trawie i czekali.

Harriet śmiało wyfrunęła z lasu i zbliżyła się do pnia. Po niej pojawił się Roger. Potem – „Och, patrz!”, szepnęła Susan – bardzo powoli nadleciała Thelma z miną pełną dezaprobaty. I w końcu – „Och, patrz, patrz!”, szepnęła Susan – James, który leciał nisko i chwiejnie, dotarł do pnia, wylądował na nim i rzucił się na jedzenie. Jadł, jadł i jadł. Raz nawet warknął na Thelmę, kiedy zbliżyła się do drugiej blaszanej formy.


Dwójka dzieci obserwowała czwórkę skrzydlatych kotów.


Harriet, która czuła się całkiem najedzona, umyła pyszczek i obserwowała dzieci.

Thelma skończyła ostatnią smaczną granulkę, umyła lewą przednią łapkę i zerknęła na dzieci.

Nagle wystartowała z pnia i pofrunęła prosto na nie. Pochyliły się, gdy nad nimi przeleciała. A ona okrążyła ich głowy i wróciła na pień.

– To był test – wyjaśniła Harriet Jamesowi i Rogerowi.

– Jeśli znowu to zrobi, nie łap jej – zwrócił się Hank do Susan. – Bo ją spłoszysz.

– Myślisz, że jestem głupia? – syknęła Susan.

Siedzieli nieruchomo. Koty też siedziały nieruchomo. Krowy jadły trawę. Słońce świeciło.

– Kiciu – odezwała się Susan cichym, cienkim głosikiem. – Kici-kici, kiciu, kiciusiu, kotku, kotku-lotku, kotolotku!

Harriet poderwała się z pnia w powietrze, zrobiła fikołka, a potem korkociągiem zbliżyła się do Susan. Wylądowała jej na ramieniu i umościła się na nim wygodnie, mocno się trzymając i mrucząc jej do ucha.

– Nigdy, przenigdy cię nie złapię, nie wsadzę do klatki ani nie zrobię ci nic, czego byś sobie nie życzyła – powiedziała Susan do Harriet. – Obiecuję. Hank, ty też obiecaj.


– Mrr – powiedziała Harriet.

– Obiecuję. I nigdy, przenigdy nie powiemy nikomu – dodał Hank z pewną zapalczywością. – Nigdy! Bo… wiesz, jacy są ludzie. Gdyby je zobaczyli…

– Obiecuję – rzuciła Susan. Uścisnęła rękę bratu na przypieczętowanie umowy.

Roger podfrunął z wdziękiem i przycupnął na ramieniu Hanka.

– Mrr – powiedział.

– Mogłyby zamieszkać w starej stodole – zaproponowała Susan. – Nikt oprócz nas do niej nie chodzi. Na stryszku jest gołębnik z tymi otworami w ścianie, przez które gołębie wlatują i wylatują.

– Zaniesiemy tam siano i zrobimy im posłanie – powiedział Hank.

– Mrr – powiedział Roger.


Hank bardzo powoli i ostrożnie podniósł rękę i pogłaskał Rogera między skrzydłami.

– Oooo – odezwał się James, który się im przyglądał. Zeskoczył z pnia i przytruchtał do dzieci. Usiadł przy butach Susan, a ona wyciągnęła rękę – bardzo powoli i ostrożnie – i podrapała Jamesa pod brodą i za uszami.

 

– Mrr – powiedział James i strużka śliny spłynęła mu z pyszczka na but Susan.

– A co tam! – odezwała się Thelma, która uporała się z ostatkiem zimnej wołowiny.

Wzbiła się w powietrze, zbliżyła się do dzieci z wielką godnością, usiadła na kolanach Hanka, złożyła skrzydła i powiedziała:

– Mrr, mrr, mrr…

– Och, Hank – szepnęła Susan. – Ich skrzydła są puszyste.

– Och, James – szepnęła Harriet. – Ich ręce są dobre.


POWRÓT KOTOLOTKÓW


ROZDZIAŁ 1

Pewnego deszczowego dnia wczesnym rankiem Hank i Susan weszli na wzgórze Domu za Wzgórzem do starej stodoły. A tam, wysoko na strychu, w ścianie znajdowały się otwory, przez które gołębie wlatywały do gołębnika i z niego wylatywały. Susan spojrzała na te otwory i zawołała:

– Kici, kici, kiciolotki! Kotolotki! Śniadanie!

Z otworu wyjrzał nie dziobek, lecz cynamonowy nosek – dwa okrągłe żółte oczka – dwie białe przednie łapki – a potem – szszu! – na zewnątrz wyleciał kot. Kot ze skrzydłami. Bury kot z burymi skrzydełkami.


Pierwsza była Thelma, która jak zawsze wstawała najwcześniej. Potem Roger, następnie (z innego otworu) mała Harriet i na końcu James. Fruwał wolniej niż pozostali, bo kiedyś rozzłoszczona Sowa zraniła mu lewe skrzydło, ale i tak bawił się z rodzeństwem w powietrznych grach, gdy kotłowali się po całej stodole i doprowadzali do szaleństwa dzięcioły z okolicznych dębów. Potem wszyscy czworo jednocześnie zeszli w dół, pikując lub robiąc pętle w powietrzu, miaucząc z głodu i radości, że zaraz będzie śniadanie.

Hank lubił rzucać granulki w górę i patrzeć, jak Roger je łapie, a Roger lubił je łapać. Susan lubiła trzymać granulki na dłoni, a James je wyjadał, łaskocząc jej palce wibrysami i głośno mrucząc. Thelma i Harriet traktowały śniadanie poważnie i wolały się nim nie bawić.


Dlatego dzieci i koty były tego deszczowego dnia w starej stodole, gdy Hank powiedział do siostry:

– Wiesz co, mama chyba widziała wczoraj Rogera. Latał nad wzgórzem. Z domu można go było zauważyć.

– Moim zdaniem widziała je już dawno. I nikomu nie powie! – odparła Susan, drapiąc Thelmę pod brodą.

Od chwili, gdy dzieci odkryły latające kotki, stało się dla nich jasne, że trzeba ten fakt zachować w tajemnicy. Bały się, że ludzie chcieliby trzymać je w klatkach, pokazywać w cyrku lub na konkursach piękności dla zwierząt albo zabrać do laboratorium i po prostu na nich zarabiać.

– To oczywiste, że mama nikomu nie powie – zgodził się Hank. – Ale cieszę się, że nikt nie przychodzi do tej starej stodoły.

– One chyba rozumieją, że powinny się ukrywać – zauważyła Susan, łaskocząc Harriet po tłuściutkim brzuszku. – Przecież gdy je znaleźliśmy, ukrywały się w lesie. Były dzikie.

Susan i jej brat nie wiedzieli, że skrzydlate kotki nie urodziły się w lasach w pobliżu Domu za Wzgórzem. Przybyły tu z daleka. Przyszły na świat w mieście pod śmietnikiem w zaułku – miejscu dzikszym niż jakikolwiek las.

Dzieci odeszły, żeby zdążyć na szkolny autobus.

– Zastanawiam się, jak sobie radzi nasza mama! Myślę o niej codziennie – odezwała się Thelma.

– Nadal za nią tęsknię – wyznał Roger.

– Ja też – stwierdził James.

– Odwiedźmy ją! – zawołała Harriet.

– O nie – odparł poważnie Roger. – W mieście jest zbyt wielu ludzi. To niebezpieczne. Mama kazała nam odfrunąć i tak zrobiliśmy. Powinniśmy zostać tam, gdzie nic nam nie grozi.

– Ale mama by się ucieszyła… – uparła się Harriet.

A James dodał:

– Wpadniemy przelotem!

Thelma pokręciła głową. Zgadzała się z Rogerem.

– To może być dla ciebie trudny lot, James – zauważyła, gdy pozostała dwójka dalej o tym rozmawiała.

– Przecież już prawie wyzdrowiałem – zaprotestował James, na dowód machając z wdziękiem skrzydłami. – A byliśmy prawie kociętami, gdy przefrunęliśmy tę drogę. Chciałbym choć jeden raz zobaczyć stary zaułek!

– Pamiętasz te ślicznie pachnące puszki po sardynkach w śmietniku? – spytała Harriet.

– Pamiętasz, jak pofrunęłaś w górę i przestraszyłaś tego wielkiego psa? – spytał James.


I tak James i Harriet postanowili odwiedzić matkę, panią Jane Burą, a Thelma i Roger postanowili zostać w domu ze swoimi przyjaciółmi Susan i Hankiem.

– Pomyślcie, jak by się zasmuciły dzieci, gdyby przyszły jutro, a nas by nie było!

I rzeczywiście dzieci się zmartwiły, gdy następnego ranka przyszły do starej szopy i przekonały się, że brakuje dwóch Latających Burasków. Wołały je i wołały. Roger i Thelma mruczeli dwa razy dłużej niż zwykle, ale nie mogli wyjaśnić, dokąd odeszli ich brat i siostra. Dlatego wszyscy w starej stodole byli niespokojni, myśleli o Harriet i Jamesie i zastanawiali się: „Gdzie oni teraz są? Czy wrócą bezpiecznie?”.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?