Komisarz Gordon. Pierwsza sprawaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Karta redakcyjna

1. Orzechy skradzione, wszyscy podejrzani

2. Obserwacja dziupli. Nic się nie dzieje. A jednak!

3. Przesłuchanie podejrzanego złodzieja

4. Komisarz zatrudnia asystenta

5. Badanie nowych śladów

6. Asystentka prowadzi własne śledztwo

7. Policjant rozmyśla i przybija pieczęcie

8. Pułapka i złodziej

9. Złodziej siedzi w więzieniu. Przez chwilę...

10. Prawdziwi złodzieje

11. 224 orzechy

12. Trzy życzenia

Tytuł oryginału: KOMMISSARIE GORDON – DET FÖRSTA FALLET

Opieka redakcyjna: DOROTA WIERZBICKA

Korekta: EWA KOCHANOWICZ, EWELINA KOROSTYŃSKA, BARBARA TURNAU

Opracowanie graficzne na podstawie oryginału: PIOTR KOŁODZIEJ

Text © Ulf Nilsson, 2013

Illustrations © Gitte Spee, 2013

First published by Bonnier Carlsen Bokförlag, Stockholm, Sweden

Published in the Polish language by arrangment with Bonnier Rights, Stockholm, Sweden

© Copyright for the Polish translation by Barbara Gawryluk, 2018

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Literackie

ISBN 978-83-08-06634-8

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.


Orzechy skradzione,

wszyscy podejrzani


.

– Obrzydliwi złodzieje! – krzyczało małe zwierzątko i nerwowo podskakiwało na śniegu. – Złodziejscy obrzydliwcy!

Był późny wieczór, cały las już spał. Padał drobny, delikatny śnieg.

– Paskudni zbójnicy! – krzyczało zwierzątko drżącym, piskliwym głosem. – Zbójeckie paskudy!

Wreszcie zwierzątko dotarło do ścieżki, która prowadziła do małego domku. W nim znajdował się posterunek policji. W oknach świeciło się światło, bo posterunek policji był zawsze czynny.

Zwierzątko otrzepało śnieg z futerka i potrząsnęło swoim długim puszystym ogonkiem tak, że płatki śniegu aż zawirowały.

To była wiewiórka. Wytarła nóżki i weszła do środka.

– Uch! To straszne i smutne! – zawołała. – Smutne i straszne!

Wiewiórka się rozejrzała. Była na zupełnie zwykłym policyjnym posterunku. Najpierw wchodziło się do pomieszczenia, w którym na ścianie obok drzwi wisiała szafka ze szklanymi drzwiczkami. W szafce znajdowały się pistolet i policyjna pałka. Szkło było bardzo grube, a zamek wyjątkowo solidny.

Na środku policyjnego pokoju stał kominek, a w nim tlił się mały ogień. Za kominkiem kryła się niewielka kuchnia, w której można było przygotować herbatę.

Na posterunku znajdowało się wiele nowoczesnych przedmiotów, na których wiewiórka w ogóle się nie znała. Mieszkała bowiem w dziupli w drzewie. Nie miała ani krzeseł, ani stołu. W dziupli była tylko ona i orzechy i w zupełności jej to wystarczało.


Nagle wiewiórka dostrzegła trzy duże pudełka z ciastkami. Poczuła też cudowny zapach i popatrzyła na pudełka z jeszcze większym zainteresowaniem.

W końcu zerknęła na prawo i zobaczyła więzienną celę. W drzwiach prowadzących do celi zamontowana była krata, która teraz pozostawała otwarta. Na środku więziennego pomieszczenia stała prycza przykryta grubym kocem, na którym leżały dwie poduszki. Najwyraźniej obecnie nie przetrzymywano w więzieniu żadnych złodziei.


Wiewiórka spojrzała w lewo. Tam z kolei znajdował się jeszcze jeden mały pokój, ale ten był sypialnią szefa policji. Wiewiórka zajrzała do środka i zobaczyła wiszące nad łóżkiem zdjęcia różnych ropuch – bardzo starych, ale też bardzo młodych. Zdaniem wiewiórki ropusze dzieci były dość brzydkie.

Wiewiórka weszła do sypialni szefa policji i stanęła przed biurkiem, przy którym siedziała gruba ropucha. Przed ropuchą leżał ważny dokument, a w jej łapie tkwił długopis. Był to komisarz Gordon – komisarz kryminalny, szef policji i szef detektywów w tym lesie. Słynny komisarz Gordon, którego bali się wszyscy przestępcy.

Ale teraz komisarz Gordon spał. Leżał twarzą na ważnym dokumencie pokrytym okruchami ciastek. Miał otwarty pyszczek i chrapał. Z kącika ust ciekła mu ślina na ważny dokument.

– Uch – powtórzyła cicho wiewiórka.

Komisarz wzdrygnął się, mruknął i przez sen oblizał wargi. Potem przetarł wielkie okrągłe oczy. Natychmiast się obudził.

– Nie spałem! – wyjaśnił szybko. – Siedziałem tu i pisałem coś ważnego.

Spojrzał na papier. Wszystko, co napisał, było zamazane i kleiło się od okruchów.

– To i tak nie było dobre – dodał ze smutkiem i zmiął papier. – Droga wiewiórko, usiądź, proszę, na krześle dla gości. W czym mogę ci pomóc?


Wiewiórka ostrożnie usiadła na krześle i zaczęła opowiadać długą i zawiłą historię, która najpierw nie mogła się zacząć, a potem nie chciała się skończyć. W całej opowieści pojawiało się coraz więcej postaci, które nie odegrawszy żadnej roli, znikały. Było wielu podejrzanych o przestępstwo. Ale jakie przestępstwo? Żadna normalna, rozsądna osoba nie byłaby w stanie zrozumieć, o co chodzi.

Ale komisarz Gordon zrozumiał.

Wiewiórka była w końcu tak poruszona, że zaczęła płakać. Komisarz dał chusteczkę, ale nie przerywał jej. Nigdy tego nie robił. Czasem wtrącał drobne: „Aha”, żeby naprowadzić wiewiórkę na właściwy tor. Po trzech kwadransach komisarz napisał na nowej, suchej kartce:


Wiewiórka nareszcie skończyła swoje opowiadanie. Siedziała i cichutko szlochała, na pocieszenie pocierając ogonem pyszczek. Miała miękkie futerko i łagodne oczy. Komisarz trochę jej tego zazdrościł.

Komisarz Gordon miał w biurku dwie szuflady. W jednej przechowywał ważne papiery, a w drugiej trzymał staroświecką pieczęć. Teraz wyjął pieczęć, przyłożył do papieru, przesunął trochę w prawo, potem znowu z powrotem i nacisnął. Pang! – usłyszeli.

Wiewiórka natychmiast się uspokoiła.

Świetna pieczęć, pomyślał Gordon.

Wiewiórka zaciskała łapki i gniotła chusteczkę.

– Czy odzyskam moje orzechy? – zapytała.

– Zajmę się tą sprawą – odpowiedział Gordon i razem wyszli na zewnątrz.

Dalej sypał śnieg, ale księżyc w pełni zawisł nad wierzchołkami drzew, dając jasne światło. Wiewiórka powiedziała, że pokaże drogę. Gordon tylko pokiwał głową. Widział, skąd biegły ślady. Mógł iść za nimi. Był przecież detektywem!



Obserwacja dziupli.

Nic się nie dzieje.

A jednak!


.

Komisarz Gordon rzeczywiście umiał czytać ślady na śniegu. Wyczytał z nich, że wiewiórka szła na posterunek policji jakieś trzy kwadranse wcześniej. Wyczytał też, że była zdenerwowana i podskakiwała od czasu do czasu.

 

Gordon wzdychał i sapał, brnąc przez śnieg. Oddech zamieniał się w parę buchającą z jego szerokich ust.

Ślady odbite na śniegu wiodły do wielkiej jodły z małym otworem prowadzącym do dużej dziupli. To tam wiewiórka gromadziła orzechy przez całą jesień. Miała je zjeść w zimie.

Ale wiele orzechów zostało skradzionych.

– Przyjdź i zobacz! – wołała wzburzona wiewiórka, stojąc w progu dziupli.

– Nie – odparł komisarz. – Niechętnie wspinam się po drzewach.

– Tyle zniknęło! – wołała wiewiórka, rozkładając z rozpaczą łapki.

– Oj – zmartwił się komisarz. – Oj, oj.

Ze śladów na śniegu Gordon wyczytał, co stało się, kiedy wiewiórka odkryła kradzież. Wyczytał na przykład, że biegała tam i z powrotem. Trochę tam i tu, potem tu i tam.

– Hm – mruknął komisarz i pochylił się, żeby coś sprawdzić.

– Czy to ślady złodzieja? – spytała wiewiórka.

– Nie, hm, myślę, że to zamarznięta łza. Płakałaś, kiedy odkryłaś kradzież?

Wiewiórka cichutko przytaknęła.

– Mieszkasz w tej dziupli? – zapytał Gordon.


Wiewiórka pokręciła przecząco głową. Mieszkała w innym drzewie. Tu miała spiżarnię, do której przyszła, żeby policzyć orzechy. Na wszelki wypadek.

– Jak często liczysz orzechy?

Wiewiórka zwykle liczyła orzechy w niedzielę.

– Hm – zastanawiał się komisarz. – To znaczy, że do kradzieży mogło dojść wiele dni temu. Złodziej nas wyprzedził. Ziemia pokryta jest świeżym śniegiem, więc nie ma już jego śladów. Dużo masz takich spiżarni?

Wiewiórka kiwnęła głową. Tak, miała dużo takich spiżarni.

– Najlepiej będzie, jak pójdziesz teraz do domu, żeby nie marznąć – poradził jej Gordon. – Zajmę się obserwacją. Bądź całkowicie spokojna, kochana wiewiórko!


I wiewiórka ruszyła do swojego domu, brnąc przez głęboki śnieg. Potem wróciła, żeby oddać chusteczkę. Komisarz Gordon schował do chusteczki małą zamarzniętą łzę, a wiewiórka pobiegła w podskokach.

Gordon usiadł w śniegu i prowadził obserwację. Patrzył na dziuplę i myślał.

Wiewiórki są odrobinę roztrzepane. Zdarza im się zapominać, a czasem nie bardzo można polegać na tym, co mówią. Ale ta wiewiórka chyba mówiła prawdę.

Ktoś rzeczywiście ukradł jej dużo orzechów. Wyglądało na to, że złodziej ukradł też orzechy innym zwierzętom.

W ostatnim czasie przyszły zgłoszenia od orzechówki, myszy leśnej i sójki. Komisarz spisał wszystkie skargi i przybił na nich pieczęć.

Nie mogli przecież wszyscy być roztrzepani, nie wszyscy bujali w obłokach i byli zapominalscy. Wyglądało na to, że seryjny złodziej działał w lesie na całego. Ale komisarz Gordon go znajdzie i zatrzyma!

Teraz jednak mógł najwyżej uważnie obserwować dziuplę. Szkoda, że był jedynym policjantem na posterunku. Wciąż sypał śnieg, a komisarz rozmyślał o herbacie i ciastkach.

Zirytowany znowu popatrzył na dziuplę.


Komisarz nigdy nie patrzył na nikogo ze złością. Ale na dziuplę mógł być zły. Pomyślał też o jeszcze większej porcji ciastek i naprawdę gorącej herbacie. Śnieg padał i padał, i w końcu komisarz był całkowicie przykryty białym puchem.

Spróbował popatrzeć na dziuplę groźnie i zdecydowanie. Ale nic to nie dało. Twarda sztuka z tej dziupli.

Komisarz pomyślał o ciepłym kominku i ważnych notatkach. Po wszystkim napisze na pewno:


Komisarz nienawidził obserwacji prowadzonej w śniegu. Przede wszystkim prawie zamarzły mu nogi i ręce. Niemal nie było go widać spod białego puchu.

W końcu zasnął.

Wtem obudziło go lekkie poruszenie. Otworzył oczy i zrozumiał, że od strony dziupli dobiega jakiś odgłos. Wytężył wzrok. Czyżby jego cierpliwa obserwacja mimo wszystko miała doprowadzić do ujęcia złodzieja?

Wtedy zobaczył coś wychylającego się z otworu dziupli. Co to było? Mrugnął dla pewności kilka razy.

Mysz. Mała mysz. W objęciach trzymała orzech.

Ha! – pomyślał. Oto mamy seryjnego złodzieja. A więc to myszka była przestępcą!

– Stać! W imię prawa! – zawołał komisarz lodowatym tonem.

Tak, ton był lodowaty i oficjalny. Cały komisarz był lodowaty i sztywny z zimna.

Myszka szybko zeskoczyła na ziemię i zaczęła uciekać ile sił w łapkach.

– Dorwę cię! – krzyknął komisarz.

I właśnie wtedy odkrył, że zamarzł.


Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?