Najjaśniejsza nocTekst

Z serii: Skrzydła ognia #5
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Skrzydła ognia

Karta redakcyjna

Mapa

Leksykon. Smoki Pyrii

Smocze proroctwo

Prolog

Część pierwsza. Ruchome piaski

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Część druga. Forteca Pożogi

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Część trzecia. Onyksowe Oko

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Epilog



Tytuł oryginału:

Wings of Fire. Book Five: The Brightest Night

Copyright © 2014 by Tui T. Sutherland

Copyright for the Polish translation © 2018 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Urszula Okrzeja

Korekta: Magdalena Górnicka

Ilustracja na okładce: Joy Ang

Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński

Mapy i ramki: Mike Schley

Ilustracje smoków: Joy Ang

Projekt typograficzny: Phil Falco

Skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-7480-898-9

Wydanie II

Wydawca:

Wydawnictwo MAG

ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa

tel./fax 22 813 47 43

www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor:

Firma Księgarska Olesiejuk

Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A.

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

tel. 22 721 30 00

www.olesiejuk.pl

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Adalyn – bądź zaciekła, odważna i promienna.

I zawsze sama decyduj o swoim przeznaczeniu.







Smocze proroctwo

Poprzedzone wojen dwudziestu latami

Przybędą smoczęta.

Gdy kraina przesiąknie krwią i łzami,

Przybędą smoczęta.

Jajo skrzydeł morza błękitne jest całe.

Nocy skrzydła przybędą wcale niewzywane.

Na szczycie góry największe jajo:

Tam skrzydła nieba na was czekają.

Jajo skrzydeł ziemi w błocie się ukrywa,

Jego kolor to krwi smoczej czerwień żywa.

Przed królowych-rywalek gniewem niechybnym

Ukryte jest samotnie jajo Piaskoskrzydłe.

Żagiew i skrę pożogi niosą trzy królowe.

Dwie z nich polegną, trzecia zaś się dowie,

Że gdy głowę skłoni przed losu potęgą

Moce skrzydeł ognia w sukurs jej przybędą.

W noc najjaśniejszą pięć jaj się wykluje.

Pięć smoków przybywa i pokój zwiastuje.

W ciemności wezbranej światło rozbłyskuje.

Smoczęta przybywają...

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog

Dwadzieścia lat temu...

Właściwie nie da się okraść smoka, zwłaszcza królowej, która ma własny pałac, straże i bardzo wysokie mury.

A przynajmniej tak powtarzała sobie królowa Oaza, kiedy pośpiesznie szła ciemnymi korytarzami, zionąc ogniem, żeby oświetlić sobie drogę.

To właściwie niemożliwe i zdecydowanie głupie.

A jednak ogarnęło ją straszliwe przeczucie... Coś było nie tak. Coś myszkowało po jej pałacu. Dzięki swojemu nadzwyczajnie ostremu słuchowi Piaskoskrzydłej była pewna, że słyszy jakby mysie piski dochodzące z bardzo daleka i możliwe, że także brzęk monet.

Tyle że myszy nie kradną skarbów.

Zatem co to było? Wydawało jej się tylko? Obudziła się gwałtownie z głębokiego snu, jakby ktoś ją dźgnął w pierś jadowitym ogonem. To się wydawało mało prawdopodobne, ale... Tak czy inaczej, zamierzała sprawdzić skarbiec.

Piaskoskrzydła królowa wyszła raptownie zza rogu i wpadła na swoje dwie córki, Iskrę i Żagiew.

– Auć! – rzuciła płaczliwie Iskra, odskakując do tyłu z grymasem. – Matko, nadepnęłaś mi na stopę!

Żagiew nic nie powiedziała, ale odsunęła się do kąta, żeby zejść królowej z drogi. Nie spuszczała ciemnych oczu z Oazy, obserwując każdy jej ruch w typowy dla niej niepokojący sposób. Oaza miała przeczucie od chwili, kiedy Żagiew się wykluła, że to jest córka, która ją zabije. Najstarsza Pożoga była większa i silniejsza, ale w gruncie rzeczy ona i Oaza dogadywały się na swój sposób. Rozumiały się (jeśli pominąć obsesję Pożogi na punkcie okaleczonych zwierząt). I łatwo można było odwrócić jej uwagę – wystarczyło dać jej coś, co wyglądało upiornie, a znikała w swoich pokojach na całe dnie.

Z kolei Żagiew zawsze robiła wrażenie, że odlicza chwile do śmierci matki, i zachowywała się tak od maleńkości, odkąd zdała sobie sprawę, że zabicie Oazy uczyni z niej królową.

No śmiało, rzuć mi wyzwanie, myślała z pogardą Oaza, piorunując wzrokiem Żagiew. Zgniotę cię jak robaka i dobrze o tym wiesz.

– Skąd ten pośpiech? – zapytała przymilnie Żagiew, jakby nie wyczuwała wrogości w spojrzeniu matki. – Jakiś królewski kryzys? Niech zgadnę: Żar znowu próbował uciec ze swoją dziewczyną.

 

– Nie, nią już się zajęłam – odpowiedziała Oaza. – Idę tylko zajrzeć do skarbca.

– Uuu, błyskotki. – Iskra ziewnęła. – Dobranoc, matko.

Niefrasobliwa Iskra, pomyślała Oaza, odchodząc pośpiesznie. Byłaby potworną królową, ale jest znośną córką. Nie muszę się martwić tym, co mi zrobi.

Usłyszała za sobą stukot szponów na kamieniu i obróciła się błyskawicznie. Żagiew uniosła łapy i rozłożyła skrzydła, wypełniając wąskie przejście.

– Przepraszam, że cię przestraszyłam – powiedziała nieprzekonująco. – Byłam tylko ciekawa, czy mogę iść z tobą.

Oaza się wahała, ale gdyby odmówiła, Żagiew i tak znalazłaby sposób, żeby się za nią zakraść. Zawsze lepiej mieć ją na oku.

– Dobrze, ale niczego nie dotykaj.

Wiem, co chcesz zobaczyć, ty przebiegła żmijo. Ale nic ci z tego nie przyjdzie, dopóki nie zginę.

Pomknęły długim przejściem, które prowadziło do czterech sal ze skarbami.

Wydawało się, że wszystko jest w najlepszym porządku – pochodnie migotały spokojnie, drzwi były zamknięte na klucz.

Jednakże unosił się tam dziwny zapach czegoś włochatego, leśnego i kwietnego zarazem. Bez wątpienia coś tu wcześniej było.

Oaza przykucnęła, żeby zerknąć pod drzwiami. Między nimi a podłogą była wielgachna szpara... Rzecz jasna, nie dość duża, by zmieścił się tam smok, ale...

– Czujesz zapach wyskrobka? – zapytała swoją córkę.

– Nie mam pojęcia, jak one pachną – odpowiedziała Żagiew, marszcząc nos. – Są za opasłe i wodniste jak na mój gust.

Królowa Oaza wybrała właściwe klucze z tych, które nosiła na szyi, i otworzyła wszystkie zamki, a potem przeszukała każde pomieszczenie, zostawiając za sobą otwarte drzwi.

Wyszła z oczami pałającymi wściekłością.

– To wygląda złowieszczo – zauważyła Żagiew.

– Wyskrobki! – rzuciła z wściekłością królowa. – Okradły mnie! Jak śmiały?! – Machnęła ogonem jak biczem i syknęła. – Nie mogły uciec zbyt daleko. Obudź Pożogę i powiedz jej, żeby spotkała się ze mną na zewnątrz.

– Pożogę? – powtórzyła Żagiew, zerkając nad ramieniem matki na pokoje skarbca.

– Na wypadek gdyby było ich mnóstwo i trzeba było z nimi walczyć – powiedziała Oaza. – Widziałam, co potrafią ich maleńkie mieczyki. Nie jestem na tyle głupia, żeby wyjść z pojedynkę.

– O nie, oczywiście – zapewniła Żagiew – ale po co Pożoga, skoro ja tu jestem?

Oaza rzuciła jej miażdżące spojrzenie.

– Potrzebuję prawdziwego wojownika – powiedziała. – Nie kogoś, kto myśli, że może ze wszystkiego się wybronić za pomocą sprytu, a nie jest nawet w połowie tak bystry, jak sobie wyobraża.

– Rozumiem – odrzekła chłodno Żagiew. – Natychmiast ją obudzę.

Wyszła na korytarz, a potem się odwróciła.

– Co zabrały?

– Zasadniczo drobiazgi – warknęła Oaza – ale ukradły też Onyksowe Oko.

Na te słowa pysk Żagwi drgnął, jakby jej prawdziwe emocje chciały się ujawnić. Niepokój, może zaskoczenie?

– Odzyskamy je – zapewniła ją Oaza. – I zjemy pieczonego wyskrobka na śniadanie.

Przepchnęła się obok Żagwi i popędziła w stronę najbliższego dziedzińca, gdzie mogła wzbić się w niebo.

– Polecę za nimi. Obudź Pożogę. I pośpiesz się.

– Tak, tak. Już pędzę – odrzekła Żagiew.

Kiedy Oaza popędziła na dziedziniec, rozłożyła skrzydła i wzbiła się w niebo, pomyślała przez chwilę, że chyba widziała, jak Żagiew odwraca się, żeby spojrzeć na skarbiec, zamiast odbiec.

Zapomniałam je z powrotem zamknąć, pomyślała z niepokojem. Ale to potrwa tylko minutę. A gdyby Żagiew okazała się na tyle głupia, żeby cokolwiek zabrać, zyskałabym dobry pretekst, żeby ją zabić. Ma więcej oleju w głowie.

I wtedy je dostrzegła. Trzy wyskrobki, dwójka czekała na piasku, a trzeci uciekał przez okno. Żaden nie patrzył na niebo. Parchate durne małpy, pomyślała Oaza i warknęła, składając skrzydła, żeby opaść za nimi bezszelestnie. Może powinna je śmiertelnie przerazić. Zwierzyna zawsze potem lepiej smakowała.

Tylko trzy, pomyślała. Nie muszę czekać na Pożogę, o ile Żagiew kiedykolwiek po nią pobiegnie. Z pewnością sama poradzę sobie z trójką denerwujących wyskrobków.

Zmrużyła oczy, podchodząc przez wydmy w kierunku piskliwych odgłosów.

W końcu... co takiego strasznego może się stać?


Rozdział 1

Słonko zawsze wiedziała, że jest właściwym smoczęciem, żeby wypełnić Wielkie Heroiczne Przeznaczenie.

Miała uratować świat. Ona i jej przyjaciele mieli zapikować na skrzydłach ognia (cokolwiek to znaczyło) i zaprowadzić pokój wśród wszystkich smoków Pyrrii. Tak właśnie napisano w przepowiedni: „Pięć smoków przybywa i pokój zwiastuje”. To było jej pisane. To był jej cel.

Poza tym to wszystko wyjaśniało. Z jakiego innego powodu była taka mała i tak dziwacznie wyglądała? Nie jak zwykła Piaskoskrzydła. Jej łuski i oczy miały niewłaściwy kolor, brakowało jej jadowitego kolca na końcu ogona. To jednak nie miało znaczenia. Przeciwnie: to miało sens. To oczywiste, że smoczy bohater, który wyrusza ze szlachetną heroiczną misją, musi się trochę różnić od innych smoków. A poza tym, kto by zwracał uwagę na jej dziwaczny wygląd, gdyby zakończyła wojnę?

No i była jeszcze kwestia rodziców, tajemniczych smoków, które zostawiły jej jajo zakopane w piasku na pustyni, samotne i niestrzeżone. To nie miało znaczenia, że ewidentnie jej nie chcieli. To w ogóle jej nie martwiło, ponieważ to także przewidziano w proroctwie: „Przed królowych-rywalek gniewem niechybnym, ukryte jest samotnie jajo Piaskoskrzydłe”. To nic wielkiego – bohaterowie ze zwojów często nie mieli rodziców. Ich bohaterskie przeznaczenie było ważniejsze od rodziny.

A jej przeznaczenie było naprawdę ważne. Nie istniało nic ważniejszego od zakończenia wojny między smoczymi plemionami. Przez całe życie, zwłaszcza kiedy czuła się w pułapce, smutna albo zmartwiona z jakiegoś powodu, wyobrażała sobie wypełnienie proroctwa. Zastępy uratowanych smoków, ogromną radość, połączone ponownie rodziny i wszystkie przyszłe smoczęta, które będą dorastały w pokoju, wolne od nieustannej grozy wojny.

To był cały sens jej życia.

I okazał się kłamstwem.

Ocierała sobie skrzydła o skaliste ściany, kiedy przedzierała się tunelem, uciekając jak najdalej od wyspy Nocoskrzydłych. Czuła dudnienie wulkanu przez szpony. Jej przyjaciele zostali w tyle, nadal stawiali czoło Wieszczowi, ale ona musiała uciec od nich, od niego, od wszystkiego.

Zmyślił całą przepowiednię. To wszystko to był podstęp, myślała.

Nie, nie wierzę w to. To mściwy, okrutny smok, który zawsze manipulował nami i wszystkimi wokół. Powiedziałby cokolwiek, byle nas zranić.

Przepowiednia jest prawdziwa. Musi być prawdziwa!

Wystrzeliła z tunelu do lasu deszczowego i natychmiast wpadła na chudego czarnego smoka. Nocoskrzydły burknął zaskoczony i spiorunował ją wzrokiem. Słonko chciała się odwrócić i odlecieć w innym kierunku, ale przeszkodził jej mur czarnych skrzydeł, łap i ogonów.

W księżycowym blasku wydawało się, że w całej dżungli kłębi się od smoków. Ryki, syki i warczenie zagłuszyło bębnienie deszczu uderzającego w liście. Nie pomagał fakt, że połowa smoków była czarna jak cienie, a druga zakamuflowana, więc szpony i koniuszki skrzydeł pojawiały się nagle znikąd. Słonko omal nie oberwała ogonem po uchu, kiedy dwójka Nocoskrzydłych zaplątała się w lianę i zaczęła się gwałtownie szamotać, jakby ktoś je zaatakował.

– Wszyscy mają się natychmiast uspokoić! – krzyknęła Gloria.

– Słuchajcie! – ryknęła Dostojna, stara Deszczoskrzydła z królewskiego rodu. – Przemawia wasza nowa królowa!

Kilka Nocoskrzydłych smoków mruknęło coś, ale nie dość głośno, żeby dało się to usłyszeć. Jednakże nawet one zamilkły, kiedy pozostali zaczęli na nie syczeć.

Słonko przeciskała się przez tłum, ale nie dotarła dalej niż do strumienia. Kilka Deszczoskrzydłych w odcieniach błękitu i fioletu stało nad wodą z włóczniami Nocoskrzydłych. Większość z nich zerkała na włócznie z najwyższym zdumieniem albo trzymała je do góry nogami, co odrobinę psuło efekt.

Mimo to Słonko postanowiła nie przepychać się obok nich. Ukłucie taką włócznią niechcący bolało równie mocno, jak celowe dźgnięcie.

Tak naprawdę to chciała przedrzeć się w głąb dżungli i nigdy nie wrócić. Nie bardzo wiedziała, czy zdoła spojrzeć w oczy przyjaciołom, którzy zachowywali się, jakby w ogóle nie obchodziła ich przepowiednia. A na Nocoskrzydłe nie mogła nawet patrzeć.

Tsunami chce wierzyć Wieszczowi, pomyślała. Nigdy nie chciał wypełnić proroctwa. Nie rozumie, jakie to ważne.

Łupek byłby równie szczęśliwy, gdyby nikt nigdy nie dostrzegł, jaki jest wspaniały. Wtedy mógłby spać, jeść i troszczyć się o nas, zamiast walczyć.

Gwiezdny Lotnik z radością przestałby się martwić przepowiednią.

A Gloria ma tu dość roboty, odkąd została królową.

Nikt nie będzie walczył o nasze przeznaczenie. I z pewnością nie posłuchają mnie, jeśli spróbuję im wyjaśnić, że Wieszcz musi kłamać. Spojrzą tylko na mnie tak jak zwykle, wzrokiem, który mówi „Och, głupiutka mała Słonko i jej szalone marzenia... Prawda, jaka jest słodka i bezbronna?”.

Spojrzała w górę na ogrom ciemnych drzew, gdzie księżycowe promienie i kropelki deszczu śmigały na wietrze. Nawet gdyby spróbowała uciec, to pewnie zaczepiłaby ogonem o gałąź i ktoś musiałby ją uratować. Przyjaciele tylko przewróciliby oczami i znowu poklepali ją po głowie.

Na pustyni byłoby inaczej, pomyślała. Spojrzała ponad strumieniem na drugi tunel, który prowadził do Królestwa Piasków. Tam mogłabym lecieć, lecieć i lecieć aż do horyzontu i nie musiałabym ani razu się zatrzymywać, żeby pomyśleć.

A niemyślenie brzmiało teraz niezwykle kusząco.

„Jesteście równie zwyczajni jak wszystkie inne smoki”.

Złośliwe słowa Wieszcza ciągle krążyły jej po głowie. „Wymyśliłem przepowiednię... Teraz wojna będzie się ciągnąć bez końca, pewnie jeszcze przez wiele pokoleń codziennie będzie ginąć coraz więcej smoków. A wszystkie będę zachodzić w głowę, co się stało z niesamowitymi smoczętami, które miały je ocalić, ale najwyraźniej zawiodły”.

Słonko zacisnęła szpony i przykucnęła nisko, blisko ziemi. Kłamał, kłamał, na pewno kłamał! Nie dopuści, żeby te Nocoskrzydłe zobaczyły jej łzy.

Gloria wspięła się na głaz i zatrzepotała głośno skrzydłami. Nawet tam, mimo najbardziej królewskiej miny, nadal wyglądała jak smoczę mniejsze od większości otaczających ją Nocoskrzydłych.

Skoro proroctwo jest kłamstwem, to czemu wszyscy tak dopiekali Glorii z powodu tego, że nie została w nim wymieniona? – zastanawiała się Słonko i znowu wezbrał w niej gniew z powodu Wieszcza. Dlaczego chciał, żeby Gloria poczuła się całkiem bezużyteczna, skoro my wszyscy jesteśmy bezużyteczni?

Ponieważ przepowiednia jest prawdziwa. Musi być.

Tylko jak mam to udowodnić?

– Nocoskrzydłe – przemówiła stanowczo Gloria, przekrzykując smocze szuranie i deszcz. – Wasz dom przepadł. Wasza królowa nie żyje. Macie jednak szansę zacząć na nowo. Jeśli zmarnujecie tę okazję, stracicie i ten dom. – Wskazała Deszczoskrzydłe. – Będziecie traktować te smoki z szacunkiem, a one, bo takie właśnie są te smoki, okażą wam więcej serca, niż na to zasługujecie.

Deszczoskrzydłe po drugiej stronie strumienia zdołały przybrać wyraz pysków, który niemalże sprawiał wrażenie zaciekłego.

Deszcz rozbryzgiwał się na pyszczku i skrzydłach Słonka. Ulewa się nasilała, rozdzierając korony drzew w górze.

– Tej nocy zostaniecie tutaj – mówiła Gloria. – Nie chcę, żeby jakieś Nocoskrzydłe włóczyły się po lesie, dopóki was nie policzymy i nie zrobimy spisu. Każdy z was otrzyma dwóch Deszczoskrzydłych strażników, którzy będą mieli was na oku. I owszem, jeśli czujecie, że nieszczególnie wam ufamy, to taka właśnie jest prawda: nie ufamy wam. Żadne z was nie jest mile widziane w wiosce Deszczoskrzydłych, dopóki nie zdobędziecie naszego zaufania. Znajdziemy wam jakieś inne miejsce do zamieszkania.

 

– Zmokniemy tutaj – gderał jeden z bardziej krzepkich Nocoskrzydłych.

Gloria posłała mu stalowe spojrzenie.

– Możesz wrócić i przespać się na swojej suchutkiej przytulnej wysepce – warknęła. – Słyszałam, że jest tam całkiem ciepło.

Słonko rozejrzała się po Nocoskrzydłych. Nawet w świetle księżyca widziała, że większość z nich sprawia wrażenie solidnie wstrząśniętych i przygaszonych. Widok ich domu pogrzebanego pod lawą – nawet jeśli wiedziały, że kiedyś do tego dojdzie i nawet jeśli wyspa była potwornym miejscem – musiał okazać się potwornym wstrząsem.

Pewnie tak samo czuje się ktoś, kto słyszy, że całe jego życie było kłamstwem, pomyślała.

Nagle w tłumie za jej plecami rozległ się ryk. Czarne smoki naparły w stronę Słonka, trzepocząc skrzydłami z niepokojem, kiedy dwójka ciemnoczerwonych Deszczoskrzydłych rzuciła się między nich i wyciągnęła wrzeszczącego w niebogłosy, przerażonego Nocoskrzydłego przed oblicze królowej Glorii.

– To ten! – warknęło jedno z nich. – Nie może tutaj zostać! Ten był z nich najgorszy.

– To on przeprowadzał na nas wszystkie eksperymenty z jadem – dodała Deszczoskrzydła smoczyca.

Machnęła wściekle ogonem i syknęła na niego. Słonko nigdy dotąd nie widziała – poza Glorią – żadnego Deszczoskrzydłego, który byłby równie rozgniewany. Wyciągnęła szyję, żeby spojrzeć na czarnego smoka, i zdała sobie sprawę, że to ojciec Gwiezdnego Lotnika, Mędrzec, główny naukowiec plemienia Nocoskrzydłych. Sądząc po minie Glorii, ona też dobrze wiedziała, kim on jest.

Przez ostatni rok Nocoskrzydłe porywały Deszczoskrzydłe smoki i przeprowadzały na nich eksperymenty, żeby zrozumieć ich umiejętność plucia jadem. Zamierzały najechać na las deszczowy i odebrać go Deszczoskrzydłym, zabijając wszystkie żyjące tu w pokoju smoki albo biorąc je do niewoli.

Słonko widziała zniszczoną lawą jałową wyspę, gdzie mieszkały Nocoskrzydłe, wiedziała, że desperacko pragnęły nowego domu, i początkowo uważała, że Gwiezdny Lotnik miał genialny pomysł, gdy zaproponował, żeby wpuścić jego plemię do dżungli, o ile smoki złożą przysięgę wierności królowej Glorii i obiecają, że będą się należycie zachowywać. Podobał jej się pomysł smoków z różnych plemion, które uczą się razem żyć, i współczuła chorym i głodującym czarnym smokom. Ponadto uważała, że sprawiedliwości stanie się zadość, gdy właśnie Deszczoskrzydła zostanie nową królową Nocoskrzydłych.

Jednakże kiedy patrzyła na otaczające ją pomrukujące smoki – na Nocoskrzydłe, które nie sprawiały wrażenia, że jest im naprawdę przykro, oraz syczące Deszczoskrzydłe, które dopiero zaczynały zdawać sobie sprawę, przez co przeszli ich przyjaciele – zadawała sobie pytanie, czy nie popełnili potwornego błędu. Może powinni byli pozwolić, żeby wulkan pochłonął wszystkie Nocoskrzydłe. Może nie da się im wybaczyć. Może nawet nie powinniśmy próbować, pomyślała.

Skoro potrafiły kłamać w sprawie tak ważnej jak przepowiednia i zakończenie wojny, to w jakich jeszcze kwestiach mogły kłamać? Jak Gloria mogłaby im kiedykolwiek zaufać?

– Przepraszam – wychrypiał Mędrzec. – Chodziło... Ja tylko... Dla nauki...

Głos mu uwiązł w gardle. Mędrzec, wzdragając się, odsunął się od stojących obok niego Deszczoskrzydłych.

Gloria rozłożyła skrzydła i przepłynęło po nich błyskawicznie kilka kolorów.

– Zwiążcie go. Później zdecydujemy, co...

– Uwaga! – ryknął smok obok tunelu. – Odsunąć się!

Profetka wystrzeliła z dziury i chwilę potem wypadła za nią Tsunami.

– Padnijcie! – wrzasnęła Morskoskrzydła.

Nocoskrzydłe obok tunelu rzuciły się na ziemię. Podmuch palącego powietrza buchnął z dziury, zamieniając krople deszczu w syczącą parę. Słonko była jednym z nielicznych stojących smoków, które patrzyły w stronę tunelu, kiedy wypadły stamtąd dwa smoki.

To był Łupek, osłaniający skrzydłami Gwiezdnego Lotnika, który przednimi łapami zakrywał oczy, a na jego łuskach ciągnęły się długie oparzeliny. Kiedy tylko znaleźli się na powietrzu, padł na ziemię.

– Nie podchodźcie! – krzyknęła wściekle Tsunami na smoki, które trzepotały wokół nich skrzydłami.

– Gwiezdny Lotniku! – zawołała Słonko, gdy ogarnęło ją poczucie winy.

Jest ranny, myślała. Nie powinnam była zostawiać przyjaciół samych z Wieszczem.

Skoczyła do przodu, próbując przecisnąć się przez tłum rozgorączkowanych smoków do Gwiezdnego Lotnika.

Nagle czyjeś łapy złapały ją za pyszczek i ramiona i ktoś szarpnięciem pociągnął ją do tyłu między ciemne drzewa.