Skrzydła ognia. Ukryte królestwoTekst

Z serii: Skrzydła ognia #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– To prawda. Obudzimy się przed twoimi przyjaciółmi.

– Nie chcesz najpierw zadać wszystkich pytań? – zagadnął Glorię Gwiezdny Lotnik. – Nie chcesz znaleźć rodziny i...

– Nie ma pośpiechu – przerwała mu Gloria. – Zresztą i tak teraz śpią. Za kilka godzin odpowiedzi będą brzmiały tak samo.

Wiedziała, że potrafi robić wrażenie, jakby jej nie zależało. W szczególności chciała, żeby uwierzyła w to Liana.

Na szczęście pytania nie mogły paradować po łuskach jak emocje, bo cała byłaby nimi pokryta. Nie chciała jednak sprawiać wrażenia zdesperowanej przy pierwszym spotkaniu ze swoim plemieniem. Oni z pewnością nie mieli do niej miliona pytań. Zatem dobrze, mogła zachowywać się, jakby powrót do domu dla niej też nie stanowił niczego wielkiego.

Może chłód w obejściu i beztroska były naturalne dla Deszczoskrzydłych? Nie musieli latać w kółko i głośno wyrażać niepokoju jak wszystkie inne plemiona w Pyrrii.

Gwiezdny Lotnik podrapał się po głowie.

– Możemy przynajmniej zapytać o potwora?

– Potwora? – Liana się roześmiała. – Potwory nie istnieją.

– Naprawdę? To co zabija Błotoskrzydłych żołnierzy przy waszych granicach?

– Och... Ten potwór...

Gwiezdny Lotnik nastroszył skrzydła i wytrzeszczył oczy wielkie jak księżyce. Liana wybuchła śmiechem.

– Ale mina! Warto było. Żartuję, mały czarny smoku. Nic nie wiem o żadnych martwych Błotoskrzydłych, ale wiem, że nie mamy tu potworów.

– Uspokój się – powiedziała do niego Gloria. – Pomyśl o bibliotekach albo o czymś takim.

– Mały smoku! – zawołał Jambos z wysokiej gałęzi nad głową Glorii.

Zerknęła na niego, mrużąc oczy, oślepiona jasnym światłem odbijającym się od jego łusek w kolorze fuksji.

– Dołączysz do nas podczas słonecznej pory? Chcesz hamak? Albo platformę?

Gloria zamrugała, patrząc na przyjaciół. Łupek chrapał głośniej od wszystkich Deszczoskrzydłych razem wziętych. Tsunami nawet we śnie marszczyła gniewnie czoło i łapy jej drgały, jakby śniła o walce. Słonko zwinęła się w spokojny kłębek i drzemała jak szynszyla, a Płetwonóg, który oddychał płytko, sprawiał wrażenie na wpół martwego.

Skoro i tak nie zamierzali się zaraz obudzić...

– Idź śmiało – powiedział Gwiezdny Lotnik. – To żaden problem. Ja ich popilnuję.

Potrzasnął skrzydłami i wypiął dumnie pierś. Dzięki temu wyglądał jak rzekotka, która próbuje groźnie wyglądać.

– Obudź mnie, jeśli będzie trzeba – powiedziała Gloria. – Gdybym usłyszała pokrzykiwania maleńkiego wyskrobka, to domyślę się, że to ty.

Gwiezdny Lotnik naburmuszył się urażony, a Gloria zebrała parę tajemniczych owoców i poleciała na gałąź Jambosa.

– Wezmę platformę – orzekła, lądując obok różowego Deszczoskrzydłego.

– Na pewno? Zwykle smoczęta trzymają się hamaków, żeby nie sturlać się przypadkiem we śnie z wysokości. Obudziłabyś się, zanim uderzyłabyś o ziemię, ale pewnie wcześniej zahaczyłabyś parę innych rzeczy. Czyli wiesz, nie mówimy tu o śmierci czy czymś takim, ale z pewnością o paru bolesnych siniakach.

– Nic mi nie będzie – odpowiedziała Gloria.

Nigdy nie spadła z koszmarnych skalnych półek, na których była zmuszona spać przez sześć lat. Nawet w Królestwie Nieba, w śpiączce po przedawkowaniu słońca zawsze utrzymywała idealną równowagę na marmurowym drzewie.

– Śpisz spokojnie, co? – powiedział Jambos. – Czyste sumienie, spokojne sny?

– Pewnie.

Przecież nie opowiem o swoich snach smokowi, którego dopiero co poznałam. Albo o swoich zbrodniach, skoro już o tym mowa, dodała w myślach.

– W takim razie zapraszam do nas – powiedział, zeskakując z gałęzi na platformę pokrytą liśćmi rozłożonymi tak, żeby wyglądały jak jeden ogromny liść.

Inne dwa smoki skinęły do niej sennie głowami. Gloria obróciła się i położyła z rozłożonymi szeroko skrzydłami, żeby złapać jak najwięcej słońca.

Ciepło oblało ją, jakby obracała się w stopionym złocie. Tak, pomyślała, zamykając oczy i rozluźniając wszystkie mięśnie, mogłabym tak spać w słońcu każdego dnia mojego życia.

W nosie mam tę głupią przepowiednię. Oto jest moje przeznaczenie.

Rozdział 5

Gloria obudziła się odświeżona i wypoczęta, ale kiedy tak leżała z zamkniętymi oczami, zalała ją fala dziwnego gniewu na siebie.

Pewnie, w porządku, nie należę do Przewspaniałej Nadzwyczajnej Niebywałej Smoczej Przepowiedni. Może nikt nigdy nie napisze przepowiedni o Deszczoskrzydłym smoku. Żaden smok w Pyrrii nie spodziewa się, że któreś z nas mogłoby mieć ważne przeznaczenie albo że dokona czegoś wartego uwagi.

Ale to? Spanie przez cały dzień w słońcu? Tylko do tego się nadaję? Tylko do tego nadają się wszystkie Deszczoskrzydłe?

Musimy być czymś więcej.

Ja muszę być czymś więcej.

Miała ochotę kopnąć się w ogon. Zasnęła niemal dokładnie w tej samej chwili, w której odnalazła dom... Nie takie wrażenie chciała zrobić na przyjaciołach, nie tak chciała im pokazać swoje plemię. Będzie musiała udowodnić im, że istnieją dobre powody dla przestrzegania słonecznej pory u Deszczoskrzydłych. To musiało czynić je silniejszymi, bystrzejszymi, zacieklejszymi albo coś w tym guście.

Poruszyła skrzydłami i zamarła.

Coś wtuliło się w szczelinę między jej ramieniem i skrzydłem. Częściowo też owinęło się wokół jej szyi. Było ciepłe, cieplejsze od promieni słonecznych i oddychało głęboko i równo.

Obróciła powoli głowę i zerknęła z ukosa.

Spał na niej leniwiec!

Wczołgał się w załom jej ramienia i wpasował się idealnie, kładąc jedną łapę na jej szyi, żeby mieć na czym oprzeć głowę. Długie srebrzysto-szare futro udrapowało się na jej zielonych łuskach. Miał zamknięte oczy i spokojny uśmiech na śpiącym pyszczku.

Co za idiotyczne stworzenie! Pozbawione strachu? Czy głupie?

A może to jakiś diaboliczny plan? – pomyślała.

W końcu teraz nie mogła go zjeść. Nie mogła zjeść czegoś, co tak się uśmiecha. Przypominał jej trochę Słonko, która pewnie też zasnęłaby bez kłopotu na czymś dostatecznie dużym, żeby mogło ją pożreć.

Gloria uniosła głowę, poruszając się jak najdelikatniej, żeby nie przeszkadzać leniwcowi. Pozostałe Deszczoskrzydłe na platformie nadal spały. Słońce obniżyło się na niebie, ale domyślała się, że brakowało jeszcze kilku godzin do zmroku. Delikatny wiaterek przerzucał bezdomne liście wśród koron, dwie grube niebieskie żaby na pobliskiej gałęzi prowadziły senną kumkaną rozmowę.

– Brrrp? – zaświergotał leniwiec. Otworzył ogromne ciemne oczy i spojrzał na Glorię, po czym ziewnął szeroko i – o dziwo elegancko. – Brrrrrrrple.

– Nie śpię – powiedziała Gloria – więc pewnie powinieneś właśnie uciekać w przerażeniu.

– Rrrrrmble rrrrrmp rrrrrllp – zamruczała ugodowo leniwiec.

Przytulił się do jej łusek i znowu ziewnął.

– Nie jestem jak inne tutejsze smoki. Mam sprawy do załatwienia – powiedziała mu Gloria. – Nie możesz dalej tu spać.

– Mmmm-hrrmble – zgodził się z nią leniwiec i zamknął oczy.

Platforma zawibrowała pod nią, kiedy Jambos się zaśmiał. Obrócił się na bok i skinął na leniwca.

– Zostałaś wybrana. Szybko się to rozegrało.

– Nie, dziękuję. Nie chcę być wybrana. Zwłaszcza przez leniwca.

Usiadła, ale leniwcowi jakoś udało się objąć ją dwiema łapami za szyję i utrzymać się, moszcząc się przy jej skrzydle.

– Lubi cię – powiedział Jambos. – Musisz wybrać dla niej imię. Królowa swojego nazwała Kudłacz.

– Po pierwsze i przede wszystkim: co takiego? Po drugie: nie. To zdecydowanie niegodne smoczej królowej trzymać leniwca. Poza tym leniwce są stanowczo za ładne na głupkowate imię w rodzaju „Kudłacz” – orzekła Gloria, a potem ugryzła się w język. – I nie nazwę jej, bo jej nie zatrzymam. Pójdzie sobie, jeśli będę ją dostatecznie długo ignorować.

Jambos prychnął z rozbawieniem.

– Albo może ją zjem – dodała Gloria. – Dlaczego ich nie jecie?

Rzuciła spojrzenie leniwcowi, który spał pogodnie niczym niezmąconym snem.

Jambos wzruszył ramionami.

– Bo są słodkie. I zbyt włochate. Tak naprawdę to samo futro. Miałabyś przez kilka dni niestrawności.

Gloria szturchnęła leniwca szponem. Rzeczywiście wyglądało na to, że składa się głównie z futra.

– Rrrrrrble. – Leniwiec poruszył się, jakby go połaskotała.

– Nie bawię się z tobą – powiedziała Gloria. – Musisz sobie pójść. Mam ważniejsze sprawy na głowie, na przykład odnalezienie rodziców.

Jambos przyjrzał jej się, przechylając głowę. Na jego malinowo-różowych łuskach pojawiły się zawijasy w jaśniejszym odcieniu. Gloria była niemal pewna, że nigdy nie przybrała takiego koloru, i nie miała pojęcia, czy coś on znaczy. Czasem róż wyskakiwał na jej łuski, kiedy była szczęśliwa, ale Jambos był różowiutki od stóp do głów. Nikt nie może być aż tak szczęśliwy.

– Chcesz odnaleźć rodziców? – zapytał. – W jaki sposób?

– Ty mi powiedz. Mogę cię poinformować, kiedy mnie skradziono, a jeden z Morskoskrzydłych na dole może ci wyjaśnić skąd. To nie wystarczy?

– Ha! – Jambos zaśmiał się, jakby szczerze myślał, że Gloria żartuje, a potem stłumił chichot, gdy zdał sobie sprawę, że nie. – Co ty wygadujesz? Deszczoskrzydłe nie uznają „rodziców”.

Gloria próbowała nie zważać na skręt rozczarowania w żołądku.

 

Wiedziałaś, że to może się wydarzyć, powiedziała sobie. Przypomnij sobie Błotoskrzydłe. Może Deszczoskrzydłe są takie same, wychowują się z rodzeństwem?

– Zatem... – zaczęła.

– Zresztą po co chciałabyś ich znaleźć? – spytał Jambos.

Gloria stłumiła rozdrażnienie, żeby nie odzwierciedliło się na jej łuskach.

– Z dwóch powodów. Po pierwsze, chcę wiedzieć, skąd pochodzę i co straciłam. Po drugie, chcę, żeby moja rodzina wiedziała, że nic mi nie jest. Musieli strasznie się martwić, kiedy moje jajo zaginęło.

Obserwowała jego reakcję.

Jambos pociągnął nosem. Sprawiał wrażenie skonsternowanego.

– Ale nawet by nie wiedzieli – powiedział. – Ty chyba nie... To znaczy... – Urwał i rozejrzał się po śpiących smokach. Kilka Deszczoskrzydłych kręciło się już po wiosce, ale większość nadal drzemała. – Po prostu ci pokażę – dodał i rozłożył skrzydła.

Gloria zrobiła to samo.

– Czas złazić, leniwcu – powiedziała – chyba że jesteś gotowy na latanie.

– Brrrrrp. – Leniwiec chwycił się mocniej jej szyi.

– Rozumieją nas? – zapytała Gloria.

– Wątpię. Po prostu odczytują mowę ciała i reagują.

Strącił pnącze i gołębia z platformy.

Gloria znowu zerknęła na leniwca. Była przekonana, że uśmiecha się do niej. Może jednak ją rozumiał; może był bystrzejszy od wszystkich innych leniwców w lesie deszczowym.

Poleciała za Jambosem, szybując ostrożnie między drzewami i zwieszającymi się pnączami. Starała się nie przejmować włochatym stworzeniem, które do niej przywarło, ale złapała się na tym, że leci wolniej niż zwykle, żeby uniknąć przeszkód, które mogłyby strącić z niej zwierzę.

Ty kretynko, zbeształa się w myślach. To tylko zwierzyna, nieważne, że słodka.

Dokądkolwiek Jambos ją prowadził, miejsce to znajdowało się w pewnej odległości od centrum wioski. Minęli kolejne platformy ze śpiącymi smokami i coś podobnego do batutu z ogromnych przeplatających się liści rozpiętych między czterema drzewami, gdzie kilka smocząt podskakiwało i zaciekle trzepotało skrzydłami, ucząc się latać.

Wszyscy wyglądali na szczęśliwych. Nigdzie nie było straszliwych ran wojennych ani blizn, które Gloria widziała w innych królestwach. Nikt nie sprawiał wrażenia spiętego czy przerażonego. Nikt nie był zmuszany do walki na śmierć i życie albo karany za nieuważne stanie na warcie.

Żadnych walk, żadnych zmartwień z powodu wojny, żadnego głodowania ani kłaniania się przed szaloną królową... Przynajmniej tak to wygląda.

Na co komu przepowiednia, kiedy można mieć taki dom? – zastanawiała się.

Jambos skręcił w dół do konstrukcji, która miała kształt ogromnego, zielonego jaja. Dziury w dachu z nachodzących na siebie liści wpuszczały do środka słońce, ale dno wzmocniono ciasno splecionymi pnączami i gałęziami, więc całość prezentowała się solidniej od wszystkiego, co do tej pory Gloria widziała. Zastanawiała się chwilę, czy to pałac, ale z pewnością konstrukcja nie była dostatecznie duża. Nie widziała jeszcze niczego odpowiednio dużego i królewskiego, żeby mogło być pałacem królowej Deszczoskrzydłych.

Wylądowali na gałęzi obok jednego ze świetlików i Jambos wskazał jej, żeby zajrzała do środka.

Blade jaja zaścielały całą podłogę upakowane ciasno jedno obok drugiego. W świetle wpadającym z góry połyskujące kolory jarzyły się pod cieniutkimi skorupami, kiedy smoczęta wierciły się i rozpychały przed wylęgiem. Gloria domyślała się, że jaja najbliżej skraju są pierwsze do lęgu, ponieważ było w nich widać najwięcej ruchu. Na paru już pojawiły się maleńkie pęknięcia.

– No i? – zapytała. – Zatem macie wylęgarnię. Jak wszystkie królowe. Pewnie, to mnóstwo jaj jak na jedną królową, ale... Czekaj, chcesz powiedzieć, że to z tej wylęgarni mnie wykradziono?

Ja też jestem córką królowej?

Oczywiście to nie miało dla niej znaczenia, ale byłoby zabawnie zobaczyć minę Tsunami, gdyby okazało się prawdą.

– Nie mam pojęcia – odpowiedział Jambos. – Mamy trzy wylęgarnie, więc to mogła być dowolna z nich. Ale nie rozumiesz. Te jaja nie pochodzą tylko od królowej czy innej smoczycy. Wszystkie nasze jaja trzymamy razem.

Gloria zamrugała, patrząc na rzędy gładkich białych kształtów przed sobą.

– Zatem to jest jedna trzecia jaj z całej wioski. Wszystkie... Zebrane razem.

– Właśnie – odpowiedział Jambos. – Ogrzewają się wzajemnie, a smoczęta wylęgają się, kiedy nadchodzi ich czas. Zaglądamy tu co parę dni, żeby sprawdzić, czy nie ma świeżo wyklutych smocząt. Poza tym nie musimy martwić się jajami. Wszystkie są tu bezpieczne.

– Poza moim – wytknęła mu Gloria. – Moje skradziono.

Urwała, kiedy coś do niej dotarło. Miała wrażenie, że odebrano jej wiatr spod skrzydeł i nagle spada.

– I nikt tego nie zauważył – powiedziała powoli. – To mi próbujesz powiedzieć. Nie mieliście pojęcia, że moje jajo zginęło.

Jambos wzruszył ramionami. Nie sprawiał wrażenie choćby zakłopotanego.

– Skąd mielibyśmy wiedzieć? Jak widzisz, mamy mnóstwo jaj. Co tydzień pojawiają się nowe, więc po co zadawać sobie trud i je liczyć?

– Bo ja nie byłam tylko jajem, które „wturlało się” i „wyturlało się” z wylęgarni – powiedziała Gloria, srożąc kryzę. – W środku był żywy smok. Smoczę, które przez sześć lat musiało dorastać bez rodziny, bez lasu deszczowego, bez słońca.

– Rrrrrrrrrrrrrrp – mruknął współczująco leniwiec, obejmując ją za szyję.

Chmurny szarawy błękit zaczął przesuwać się po łuskach Jambosa zaczynając od łap. Miał niemal komicznie smutną minę, gdy zapytał:

– Bez słońca?

– Ej, jakoś to przetrwałam – odrzekła Gloria. Odsunęła się, kiedy Jambos wyciągnął do niej skrzydło. – To żadna tragedia, nie musisz mi współczuć. Mówię tylko, że może powinniście nieco bardziej przejmować się jajami i smoczętami w nich.

– Przejmujemy się – powiedział i ciemna zieleń przykrości zabarwiła mu kryzę. – Bardzo dobrze opiekujemy się smoczętami! Nie martwimy się po prostu jajami, bo nigdy żadnego nie straciliśmy.

– Skąd wiecie?! – wykrzyknęła. – Tak łatwo skradziono moje, że mogliście stracić też inne.

Kilka razy otworzył i zamknął paszczę. Zrobił tak durną minę, że Gloria miała ochotę mu przyłożyć. To było coś więcej niż rodzice, którzy nie kochają swoich jaj. Nikt nie zauważył jej braku. Nie miała rodziny, która zastanawiałaby się, co się z nią stało. Nikt nie przejął się jej zniknięciem.

Płetwonóg musiał wiedzieć, że takie są Deszczoskrzydłe. Dlatego przyleciał do lasu deszczowego, żeby ukraść jajo. Tego właśnie nie chciał jej powiedzieć po drodze.

Deszczoskrzydłe nie były wspaniałym, idealnym plemieniem żyjącym w ukryciu. Było gorzej, niż się obawiała. Jej plemię było za leniwe, żeby nawet policzyć własne jaja.

– Och, teraz jesteś wściekła – zauważył z żalem Jambos.

Gloria nie potrafiła powstrzymać ciemnoczerwonych pasów, które rozbłysły jej wzdłuż skrzydeł. Skrzywiła się.

– Skąd wiecie, które smoczęta należą do których rodziców? – zapytała.

– Nie wiemy. Wspólnie je wychowujemy, cała wioska. Wszyscy pomagają. Ja uczę szybowania wśród drzew – wyjaśnił z dumą.

Niebiesko-szare łuski już mu różowiały.

– Ale czy to nie znaczy, że nie wiecie nawet, z kim jesteście spokrewnieni?

– Och, wiem, o czym myślisz. Nie martw się, mamy swoje sposoby. Zanim dwa smoki zdecydują się na wspólne jaja, wykonują próbę jadu. – Obrócił się, zerwał oklapły liść z drzewa i położył na gałęzi między nimi. – Popatrz.

Otworzył szeroko paszczę, niemal wyłamując sobie żuchwę z zawiasów, i splunął na liść odrobiną czarnego jadu. Gloria wyobrażała sobie, że prezentuje się wspaniale i groźnie, kiedy strzela jadem, ale ten Deszczoskrzydły wyglądał upiornie, jak niezrównoważony psychicznie wąż.

Liść natychmiast zaczął skwierczeć i się topić.

– A teraz ty strzel jadem. Wystarczy odrobina. Spróbuj trafić w to samo miejsce.

Gloria nigdy dotąd nie ćwiczyła celowania jadem ani nie kontrolowała ilości wystrzeliwanej trucizny. Odsłoniła zęby jadowe nad liściem i omal nie zalała go całego. Gałąź pod liściem i wokół też zaczęła dymić i skwierczeć.

Jednak, co dziwne, w miejscu gdzie jad Glorii trafił na jad Jambosa, liść natychmiast przestał się rozpływać.

– Rety! – wykrzyknął Jambos.

Ostrożnie prysnął jeszcze odrobiną jadu na resztę liścia i gałęzi, gdzie padła trucizna Glorii. Dymienie i skwierczenie ustało. Liść leżał spokojnie w kałuży czegoś, co wyglądało jak niegroźna czarna maź.

Gloria wytrzeszczyła oczy ze zdziwienia.

– Hm. To nieoczekiwane.

Jambos klepnął ją w skrzydło. Każda jego różowa łuska promieniała zachwytem.

– Nie widzisz, co właśnie się stało? Twój jad przeciwdziała mojemu. Prawda, że to świetne? To takie świetne!

– Tak?

– To znaczy, że jesteśmy spokrewnieni! – wykrzyknął Jambos. – Jesteś moją młodszą siostrzyczką!

Gloria poruszyła szponami, zastanawiając się nad tym. W końcu przybyła do lasu deszczowego, żeby znaleźć rodzinę. I oczywiście musiała odkryć, że jej bratem jest Jambos, zaraz po tym, jak uznała, że to najbardziej niefrasobliwy i bezużyteczny smok, jakiego kiedykolwiek poznała. I na co ci rodzina, która nigdy cię nie wspierała? Która nigdy nie wiedziała ani nie interesowała się, czy żyjesz, czy zaginęłaś, czy nie grozi ci niebezpieczeństwo?

– Hm. Rety. Spokrewnieni.

Podrapała leniwca po podbródku. Przytulił się mocniej i znowu zamamrotał.

– Oto skąd wiemy – podsumował Jambos, wskazując częściowo rozpuszczony liść. – Gdyby twoja trucizna sprawiła, że liść stopiłby się szybciej, wiedzielibyśmy, że nie jesteśmy spokrewnieni, i moglibyśmy mieć razem jaja. Kiedy jednak twój jad znosi działanie drugiego, to znaczy, że jesteście z jednej rodziny. Możesz uwierzyć, że jesteśmy rodzeństwem? Pewnie tylko przyrodnim, ale mimo wszystko to super sprawa.

– Ale na pewno nie jesteś moim tatą, prawda?

Jambos znowu zaniósł się śmiechem.

– Mam tylko dziewięć lat. Przysięgam, że nie jestem jeszcze ojcem żadnych jaj, a już na pewno nie miałem żadnego jako trzylatek.

To mi ulżyło, pomyślała Gloria.

– Pewnie w taki sposób leczy się też smoki, które potraktowano jadem? Znajduje się członka rodziny, żeby powstrzymał działanie trucizny?

Nowo odkryty brat szczerze się przeraził.

– Nie posługujemy się jadem wobec innych smoków – powiedział i jasna zieleń rozbłysła na jego kryzie. – Kto zrobiłby coś takiego?

– Ehm. Nikt.

Może nie w twoim idealnym świecie, ale pogadajmy znowu, gdy zostaniesz więźniem królowej, które zmusza twoich przyjaciół do walki na śmierć i życie.

– Miałam na myśli przypadkowe potraktowanie jadem. To może się zdarzyć, prawda?

– Nasi trenerzy od jadu nigdy by na to nie pozwolili – zaprotestował Jambos. Zerknął na bałagan, którego narobiła na gałęzi. – Pewnie mógłbym ci załatwić kilka lekcji, gdybyś chciała. Posługujemy się jadem tylko do takich testów i bardzo rzadko w czasie polowań albo wiesz... kiedy coś nas zaatakuje, chociaż to teoretyczna możliwość.

– Coś was zaatakuje? – zapytała Gloria, nadstawiając uszu.

Na przykład... Tajemniczy potwór z lasu deszczowego? – zastanawiała się.

– Powinniśmy wracać do twoich przyjaciół – powiedział Jambos. – Lada chwila się obudzą. Możemy powiedzieć im dobrą nowinę, że jesteśmy spokrewnieni! Ale odlot!

– W porządku. Dość już tu zobaczyłam.

I jestem pewna, że otrzymałam wszystkie odpowiedzi na temat mojej rodziny, jakie mogłam otrzymać.

– Dawno zaginiona siostra! – ekscytował się Jambos, owijając ogon wokół gałęzi. – Super! Mogę cię nauczyć szybowania i pokazać różne owoce w lesie, i nauczyć cię, jak się opiekować leniwcem, i...

Zakręcił się wokół gałęzi i poszybował, nadal gadając. Gloria raz jeszcze zerknęła na wioskową wylęgarnię i poleciała za bratem. Nie mogła nie zauważyć, że o nic jej nie zapytał. Nie obchodziło go, gdzie przebywała, kto ją ukradł ani dlaczego. Nie zapytał o świat istniejący poza dżunglą. Miał mnóstwo pomysłów, co może jej pokazać, ale nie był zainteresowany tym, czego ona mogła go nauczyć.

Pokręciła głową i obleciała omszały pień.

Zresztą kogo to obchodzi? – pomyślała. Nawet jeśli to wszystko prawda, co o Deszczoskrzydłych mówili opiekunowie... Nawet jeśli są bezużyteczne i nie przejmują się właściwymi rzeczami... Ja nadal jestem sobą. I nie stanę się taka jak oni. Nigdy. Za nic w świecie.