Skrzydła ognia. Ukryte królestwoTekst

Z serii: Skrzydła ognia #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

To jednak było niemożliwe. Krzyk rozległ się gdzieś z przodu.

Gloria sprawdziła łuski, żeby się upewnić, że dobrze się ukryła, i przyśpieszyła, biegnąc między drzewami w stronę, z której dobiegł krzyk.

Mgła była tak gęsta, że Gloria omal nie przegapiła dwóch ciemnych kształtów, które wyglądały jak obalone pniaki. Jej łapy natrafiły na coś, co zdecydowanie było smoczym ogonem, i Gloria odskoczyła.

Dwa brązowe smoki leżały wyciągnięte na błocie, otoczone kałużami krwi, którą już zmywał deszcz. Ich gardła zostały rozerwane tak bestialsko, że głowy prawie odpadły od ciał.

Gloria wbiła wzrok w kłębiącą się szarą mgłę, ale nie zauważyła żadnego ruchu poza deszczem.

Błotoskrzydli żołnierze nie żyli i nigdzie nie było śladu ich mordercy.

Rozdział 2

– Przypomnij mi, dlaczego idziemy w kierunku miejsca z potworami, krzykami i czymś, co zabija smoki? – zapytał Łupek.

– Moglibyśmy iść gdzie indziej – powiedział Gwiezdny Lotnik. – Może do Lodoskrzydłych?

– Lodoskrzydłe! Tak! – ucieszył się Łupek. – To świetny plan. Zróbmy tak. Nie ma żadnych tajemniczych mordujących smoki rzeczy w Królestwie Lodu, prawda? Co to za zwierzęta tam mają? Pingwiny? Założę się, że pokonałbym w walce pingwina, może nawet dwa. Prawda? Jak duże są te pingwiny? Może tylko jednego.

– Żebyśmy dla odmiany mogli po prostu zamarznąć na śmierć? – żachnęła się Gloria. Plotka i dwójka martwych żołnierzy nie odstraszą jej od powrotu do domu, kiedy wreszcie znajdowała się tak blisko. – Fantastyczny plan, Gwiezdny Lotniku. Nie wspominając już o tym, że Królestwo Lodu znajduje się pół kontynentu stąd, podczas gdy las deszczowy mamy dosłownie pod nosem.

– Poza tym Płetwonóg w życiu nie dotarłby do Królestwa Lodu – wtrąciła Słonko.

Zerkała nerwowo po drzewach, które stawały się coraz wyższe.

Ponadto im dalej szli, tym cieplej się robiło, a wysoko wśród pnączy Gloria widziała rozbłyski kolorów. Żywe żółcie, fiolety i błękity mogły należeć do ptaków albo kwiatów, ale zdecydowane nie były brązami, brązami i brązami Królestwa Błot. Gloria nie miała pewności, ale domyślała się, że teraz naprawdę znajdują się w lesie deszczowym.

Sękate, podobne do szponów kształty bagiennych drzew zostały pół dnia drogi za nimi, tak samo jak ciała Błotoskrzydłych. Tsunami chciała się zatrzymać i przeszukać okolicę, żeby znaleźć jakieś ślady, ale została przegłosowana przez pozostałe smoczęta, kiedy Gwiezdny Lotnik zwrócił uwagę, że wpakowaliby się w prawdziwe kłopoty, gdyby znaleziono ich obok miejsca podwójnego morderstwa... Nie wspominając już o tym, że cokolwiek zabiło żołnierzy, nie mogło się zbytnio oddalić. To wystarczyło, żeby wszyscy – nawet Płetwonóg – lecieli całą noc i wylądowali dopiero po wschodzie słońca. Dalej ruszyliby piechotą i poszukali jedzenia.

– Widzicie? – powiedziała Gloria do Łupka i Gwiezdnego Lotnika – nawet Słonko jest od was odważniejsza, wyskrobki-strachajły.

– Nawet Słonko? – nastroszyła się Piaskoskrzydła. – A co to niby miało znaczyć? Jestem odważna, cały czas jestem odważna!

Machnęła gniewnie ogonem i odchyliła się, kiedy Łupek chciał poklepać ją po głowie.

Ciepłe rozbłyski słońca przebijały się przez liściaste korony, dzięki czemu łuski smocząt błyszczały. Gloria pozwoliła swoim przybierać takie kolory, jakie zechcą. Zalała ją migotliwa opalizująca zieleń, tu i ówdzie ubarwiona bursztynowymi zawijasami. Sprawiało jej przyjemność uczucie, że pasuje do drzew i snopów promieni słonecznych.

Niedługo będziemy na miejscu, pomyślała, drżąc z wyczekiwania. Chociaż nie mogę robić sobie zbyt dużych nadziei. Może nie będzie tak, jak sobie wyobrażałam, ale życie tutaj musi być lepsze od życia pod górą, gdzie byłam uwięziona z opiekunami, którzy mnie nienawidzili. Chyba nie stawiam poprzeczki zbyt wysoko.

Coś trzasnęło na lewo od nich, ale kiedy Gloria obróciła się błyskawicznie, zobaczyła tylko kudłatego szarego leniwca zwisającego z drzewa i mrugającego sennie oczami.

– Wspominałem, że to miejsce mnie niepokoi? – zapytał Łupek.

– Raptem z tysiąc razy – odpowiedziała Gloria.

– Wolałabym wiedzieć, o czym mówiły Błotoskrzydłe – odezwała się Słonko. – Jak mogą żyć tuż obok lasu deszczowego i nie wiedzieć, dlaczego jest niebezpieczny?

– Jak Deszczoskrzydłe mogłyby mieszkać w lesie deszczowym, skoro jest taki niebezpieczny? – odparła Gloria.

Płetwonóg pociągnął nosem i był to pierwszy dźwięk, jaki wydał z siebie od dłuższego czasu.

– Ponieważ są Deszczoskrzydłe – mruknął. – Pewnie nawet nie zauważyły.

Gloria zgromiła go wzrokiem.

– Może masz ochotę na symetryczną zatrutą ranę na drugim boku? – warknęła.

Tsunami obróciła się i złapała Płetwonoga za pysk. Większy Morskoskrzydły parsknął z zaskoczenia i próbował się wyrwać, ale ona trzymała go mocno i piorunowała wzrokiem.

– W porządku, dość tego. Co wiesz na ten temat? – zapytała ostro. – Tylko ty byłeś w lesie deszczowym. Czy żyją tu jakieś potwory? – Niezbyt delikatnie potrząsnęła jego pyskiem. – Przestań się słaniać jak mokra paproć i mów, co wiesz.

– Nif nie fiem – wymamrotał Płetwonóg.

– Nadepnij mu na ogon – zaproponowała Gloria. – Albo szturchnij w ranę. Wtedy zacznie mówić.

– Nie bądź okropna – zbeształa ją Słonko. Szturchnęła opiekuna pyskiem w ramię. – Płetwonogu, proszę, ostrzeż nas, jeśli coś wiesz. Ty też nie jesteś tu bezpieczny.

Smok westchnął i Tsunami go puściła.

– Przysięgam, że nic nie wiem o potworze. Nie widziałem niczego niebezpiecznego, kiedy zakradłem się, żeby ukraść jajo Glorii. Szczerze mówiąc, to było całkiem łatwe. To była noc poprzedzająca najjaśniejszą noc, więc można było się zorientować, z których jaj wyklują się smoczęta. Wziąłem jedno i poleciałem w góry. Nie natknąłem się nawet na Deszczoskrzydłe, nie wspominając o potworze.

– Moi rodzice nie strzegli gniazda? – zapytała Gloria.

Płetwonóg spuścił wzrok na łapy i pokręcił głową.

To jeszcze nic nie znaczy, pomyślała Gloria, ale przypomniała sobie wioskę Błotoskrzydłych i matkę Łupka, która za parę krów sprzedała jedno z jaj Szponom Pokoju. Wcale nie tęskniła za synem i z pewnością nie chciała go odzyskać. Gloria miała nadzieję, że jej rodzice okażą się inni.

Zarówno Łupek, jak i Tsunami rozczarowali się. Może smoczy rodzice zawsze sprawiają zawód... Zwłaszcza kiedy całe lata snuło się marzenia na ich temat.

Cóż, Glorii nie interesowało szczególnie, czy jej rodzice okażą się najwspanialszymi smokami świata. Chciała tylko poznać inne Deszczoskrzydłe i pokazać swoim przyjaciołom, że wcale nie są leniwymi owocożercami, jak uważają pozostałe plemiona. Zważywszy na ich umiejętność stosowania kamuflażu i sekretny jad, z pewnością musieli być twardsi i silniejsi, niż ktokolwiek podejrzewał.

– Może to nowy potwór – zasugerował Łupek. – Coś, co pojawiło się w lesie deszczowym w ciągu sześciu lat od twojej ostatniej wizyty.

– Może – zgodził się Płetwonóg. – Szpony nigdy nikogo tu nie posyłały.

– Ja też niewiele mogę wam powiedzieć o tym miejscu – odezwał się Gwiezdny Lotnik, skubiąc nerwowo szpon. – Nie ma prawie żadnych zwojów na temat lasu deszczowego i smoków, które tam żyją.

Gloria sama to wiedziała. Nauczyła się na pamięć każdej wzmianki na temat Deszczoskrzydłych, na jaką natrafiła, ale nawet poskładane w całość nie mówiły jej właściwie nic. Był jeden zwój pod tytułem „Zagrożenia w lesie deszczowym”, wiedziała więc sporo o ruchomych piaskach, jadowitych wężach i śmiercionośnych owadach. Tyle że nawet w nim prawie nie wspominano o Deszczoskrzydłych, a już absolutnie nic o stworzeniach na tyle dużych, żeby zmasakrować Błotoskrzydłych żołnierzy.

Coś głośno zatrajkotało w gałęziach i wszyscy aż podskoczyli.

– To tylko małpa – tłumaczyła im zawzięcie Gloria, trzymając nerwy na wodzy, żeby jej łuski nie zmieniły koloru. – Albo... Tukan czy coś takiego.

– Możemy zjeść tukana? – zainteresował się z nadzieją Łupek.

– O ile jakiegoś złapiemy – odpowiedziała Tsunami.

Poruszyła skrzydłami i zerknęła na gałęzie i pnącza w górze.

Gloria nie była już głodna, odkąd wreszcie wyszło słońce. Każdy dotyk promieni napełniał ją lepiej niż jakakolwiek krowa. Z pewnym poczuciem winy przypomniała sobie pałac Nieboskrzydłych i wyrzeźbione drzewo, które królowa Czerwień przygotowała, żeby prezentować Glorię jak klejnot ze skarbca.

Tam było tyle słońca – przez całe życie pod górą nie zaznała takiej ilości słońca. Królowa Czerwień przesuwała rzeźbę z Glorią na słońce i pozwalała jej dowolnie zmieniać kolory przez cały dzień. Nie próbowała z nią rozmawiać. Nigdy jej nie dotykała ani nie krzyczała na nią, nie obrażała jej ani do nikogo nie porównywała. Jednym życzeniem Czerwieni było, żeby Gloria spała i pięknie wyglądała.

Wcale nie byłam tym zachwycona, powtarzała sobie zaciekle Gloria. To było po prostu coś nowego i innego. Nowy i inny sposób bycia więźniem. Nadal ktoś inny decydował o moim życiu. Jestem czymś więcej niż tylko klejnotem ze skarbca.

Czerwień przekonała się o tym w szczególnie bolesny sposób, dodała w myślach.

– Kra! Kra!

Tsunami błyskawicznie stanęła w gotowości do walki, odsłaniając zęby, a Łupek był krok za nią. Pozostali zatrzymali się, kiedy Morskoskrzydła piorunowała wzrokiem otoczenie, szukając źródła dźwięku.

 

– Mówię wam przecież – odezwała się Gloria – to tylko tukany. Nie ma się czego bać. Jesteście strasznie nerwowi.

– A dlaczego mielibyśmy być nerwowi? – odpowiedziała Tsunami. – Ach, racja. Z powodu ciał.

– Przynajmniej wam o nich powiedziałam – odgryzła się Gloria, strosząc kryzę. – Ty pewnego dnia w Królestwie Morza zobaczyłaś ciało, ciało kogoś, kogo znaliśmy, i postanowiłaś nam o nim nie mówić.

– Ej, słuchajcie... – zaczął Gwiezdny Lotnik.

– To było co innego! Chodziło o Pustułkę! – krzyknęła Tsunami. – Musiałam znaleźć sposób, żeby właściwie was o tym poinformować.

– No to świetnie się spisałaś.

– Słuchajcie! – ryknął Gwiezdny Lotnik.

Zamilkły i spojrzały na niego. Obracał się nerwowo i rozglądał po drzewach. Gloria potrzebowała minuty, ale zorientowała się, czego szuka, zanim w końcu powiedział:

– Gdzie jest Słonko?

Wszyscy zamilkli.

Słonko zniknęła bez śladu.

Rozdział 3

– Słonko! – ryknął na całe gardło Łupek.

– Była zła – denerwował się Gwiezdny Lotnik. – Może odbiegła, bo się na nas rozgniewała.

– Była zła? – zdumiał się Łupek. – Dlaczego była zła?

Gloria też nie mogła sobie przypomnieć.

– Odbiegłaby sama w dziwnym lesie deszczowym? – zapytała Tsunami. – To do niej niepodobne.

Gloria zamknęła oczy, zastanawiając się gorączkowo.

Jadowite pająki, rozmyślała. Śmiercionośne chmary mrówek. Jakie jeszcze „zagrożenia w lesie deszczowym” wymieniono? Ruchome piaski?

Otworzyła oczy i zerknęła na ziemię wokół nich, ale to była zwykła ściółka ze splątanymi korzeniami, odłamanymi gałęziami i opadłym listowiem. Nic, co wyglądałoby jak ruchome piaski.

– Słonko! Słonko! – zawołał znowu Łupek.

Tsunami warknęła.

– Przeszliśmy Królestwo Nieba i Królestwo Morza, nie tracąc nikogo, a teraz jesteśmy dwie minuty w lesie deszczowym i już jedno z nas przepadło?

– Ona nie przepadła – powiedział Gwiezdny Lotnik głosem drżącym od paniki. – Nie mogła! Na pewno gdzieś jest. Patrzyłem na nią raptem kilka chwil temu!

Gloria spojrzała na drzewa. Kolejny szary leniwiec zwieszał się z pobliskiej gałęzi, ziewając. W życiu nie widziała mniej groźnie wyglądającej istoty. Przyjrzała mu się chmurnie.

– Płetwonogu, jak myślisz, co się stało? – dopytywała się Tsunami, patrząc w tym samym kierunku co Gloria.

Nikt nie odpowiedział. Wszyscy się odwrócili.

Płetwonóg też przepadł.

– To niemożliwe – powiedział Łupek, rozkładając skrzydła. – Dopiero co tu był. Widziałem jego minę, kiedy zrozumieliśmy, że Słonko zniknęła. Raptem z dziesięć sekund temu. Nie mógł przepaść w dziesięć sekund!

– A jednak zniknął! – wykrzyknął Gwiezdny Lotnik. – Tak samo jak Słonko. Dosłownie wyparowali.

– Auć! – powiedziała Tsunami, przyciskając łapę do szyi. – Właśnie coś mnie użądliło.

Łupek podskoczył i też złapał się za szyję. Gwiezdny Lotnik wytrzeszczył oczy, a potem rzucił się na ziemię i przeturlał pod najbliższy nisko zwieszający się krzew ze skrzydłami narzuconymi na głowę.

– Na trzy księżyce, co ty wy... – zaczęła Gloria, pochylając się, żeby na niego zerknąć.

Usłyszała ciche brzęczenie, kiedy coś śmignęło jej koło ucha, a potem stłumiony odgłos uderzenia, kiedy trafiło w rosnące za nią drzewo.

Obróciła się gwałtownie i zobaczyła, jak Łupek dosłownie znika na jej oczach. Zupełnie jakby las wyciągnął swoje liściaste ramiona i bezgłośnie go objął, spowił i zabrał. W jednej chwili stał tam, mrugając, a w drugiej przepadł. W okamgnieniu to samo stało się z Tsunami.

Aha! – pomyślała Gloria.

Usadowiła się obok kryjówki Gwiezdnego Lotnika i nasrożyła kryzę. Wyczuwała fale bladego pomarańczowego koloru i ciemnej czerwieni przepływające po jej łuskach, ale nie próbowała tego ukryć. Nie obchodziło jej, czy widownia zorientuje się, że jest rozgniewana.

– Dość tego! – krzyknęła. – Natychmiast wyłaźcie!

Zapadła cisza, a potem powietrze obok niej zamigotało i nagle stanął przed nią malinowy smok szczerzący zęby w uśmiechu.

Gloria nigdy dotąd nie widziała, żeby ktoś korzystał z takiego kamuflażu jak ona. To była zadziwiająca, niepokojąca i najbardziej odlotowa rzecz, jaką w życiu zobaczyła.

Na księżyce, pomyślała, to jest rewelacyjne. I my to potrafimy, znaczy Deszczoskrzydłe takie jak ja.

Ciemnoniebieska smoczyca ze złotymi cętkami pojawiła się obok pierwszego smoka. Ona też się uśmiechała.

Szelest sprawił, że Gloria spojrzała w górę.

Nagle na drzewach zaroiło się od smoków.

Deszczoskrzydłe owijały się wokół pni i zwieszały się za ogony z konarów. Kilka z nich miało kolory, jakich nigdy sobie nawet nie wyobrażała. Dostrzegła najgłębsze odcienie fioletu, opalizujący odcień brzoskwini, bladą nefrytową zieleń i żółty tak jaskrawy, że raził w oczy jak słońce.

Jesteśmy piękne, pomyślała.

– Och, patrz! – zawołał malinowy smok. – Cieszy się na nasz widok!

Uśmiechnął się do niej, a Gloria zdała sobie sprawę, że drobne różane bąbelki wznoszą się od jej łap ku skrzydłom.

– Biedne małe smoczę – mruknęła ciemnoniebieska Deszczoskrzydła. – Dlaczego jej łuski są takie nijakie?

Gloria zamrugała zaskoczona. Mówi o mnie?

– Cicho, nie bądź niegrzeczna – upomniał ją pierwszy Deszczoskrzydły. – Witaj, maleńka. Nazywam się Jambos, a to jest Liana. Jak się nazywasz i czemu cię nie znamy?

– Jestem Gloria, a ten czarny, którego tak łatwo przestraszyć, to Gwiezdny Lotnik – odpowiedziała. Zerknęła za siebie i zobaczyła, że mały Nocoskrzydły wygląda spod krzaka. – Gdzie są moi przyjaciele?

Ciemnoniebieska smoczyca Liana przechyliła jedno ze skrzydeł w stronę drzew. Pośród smoków w górze wisiały cztery sieci z pnączy. Znajdowali się w nich Słonko, Płetwonóg, Łupek i Tsunami. Wszyscy mieli zamknięte oczy i leżeli w sieciach bezwładnie jak śnięte ryby.

– Nic im nie jest?! – krzyknął Gwiezdny Lotnik.

– To tylko usypiające strzałki – wyjaśnił malinowy smok, wyciągając z sakiewki na szyi dmuchawkę. – Powiem jedynie, że mamy tu rzekotki, których wolelibyście nie lizać. Wasi przyjaciele obudzą się za kilka godzin cali i zdrowi.

– W ten sposób łatwiej jest poznać nowe smoki – powiedziała Liana. – Zapuściło się tutaj parę zrzędliwych brązowych smoków i z jakiegoś powodu zaczynały nas gryźć, zanim nawet zdążyliśmy się przywitać. A tak możemy najpierw pogawędzić, póki są jeszcze trochę nieprzytomne.

– Poza tym tak jest zabawniej – dodał Jambos. – Trenowanie strzelania z dmuchawek na sobie nawzajem to nie to samo.

– Oni pewnie nie uznają tego za takie zabawne – powiedziała Gloria. – Zwłaszcza ta niebieska. Bywa zrzędliwa. Ostrzegam tylko.

– Zatem... Jesteśmy teraz waszymi więźniami? – zapytał ponuro Gwiezdny Lotnik.

Ciemnoniebieska smoczyca roześmiała się serdecznie, a wśród wszystkich smoków na drzewach rozległy się rozbawione chichoty.

– Deszczoskrzydłe nie trzymają więźniów, mały zabawny czarny smoku – wyjaśniła ciemnoniebieska smoczyca, kiedy już przestała śmiać się do rozpuku. – Co byśmy z nimi robili?

– Moglibyście przesłuchać ich, żeby zdobyć nowe informacje – zasugerowała Gloria. – Wymienić na zakładników albo broń. Zamknąć, żeby zminimalizować zagrożenie z ich strony.

Deszczoskrzydłe popatrzyły na nią, mrugając, jakby nagle zaczęła mówić w języku tukanów.

– To tylko kilka pomysłów dla przykładu – dodała, wzruszając ramionami.

– Jeśli nie jesteśmy więźniami – powiedział Gwiezdny Lotnik – to co zamierzacie z nami zrobić?

– Cóż – odezwał się malinowy smok, sprawdzając położenie słońca względem koron drzew – ktoś jest głodny?

I wtedy drzewa zaczęły krzyczeć.

Rozdział 4

Gwiezdny Lotnik omal nie wyskoczył z łusek. Gloria wbiła szpony w pokrytą liśćmi ziemię, żeby powstrzymać się przed daniem nura w dżunglę.

Krzyki ucichły i zdała sobie sprawę, że wszystkie Deszczoskrzydłe patrzą na nią z lekkim zdziwieniem.

– Nic ci nie jest? – zapytał Jambos. – Rety, ale wystraszony kolor. Nas się tak nie przestraszyłaś! Widać, że musimy popracować nad straszeniem.

– Wcale się nie wystraszyłam! – odpowiedziała Gloria, zaciskając zęby i odzyskując panowanie nad łuskami.

– A ja owszem – wyjąkał Gwiezdny Lotnik. – Co-co to było?

– Och, to wyjce – wyjaśniła Liana. Wskazała w górę i Gloria dostrzegła dwie duże brązowe małpy wylegujące się na gałęzi na górze. – Zaczęły tak wrzeszczeć kilka lat temu.

– Początkowo nas też to przerażało – dodał współczująco Jambos. – Kiedyś tylko pochrząkiwały gardłowo, a teraz wrzeszczą i jazgoczą jak mordowane smoki. Można się do tego przyzwyczaić.

– Naprawdę można? – zdumiała się Gloria.

Po pierwsze, wyjaśniło się, co słyszały w lesie deszczowym patrole Błotoskrzydłych. Po drugie, nadal nic nie wyjaśniało śmierci żołnierzy. Po trzecie, dlaczego małpy nagle zaczęły wydawać inne odgłosy niż dotąd? I po czwarte, dlaczego Deszczoskrzydłe nie uznały, że to dziwne?

– Wracajmy do naszej wioski – zaproponował Jambos. – Jeśli chcecie, możemy uśpić was na czas lotu. To może być dla was wygodniejsze. Po drodze jest mnóstwo gałęzi.

– Nie, dziękuję – odpowiedział Gwiezdny Lotnik.

– W żadnym razie – zastrzegła się jednocześnie Gloria.

Jambos wzruszył ramionami.

– W porządku. W takim razie ruszajcie za nami.

Skoczył zręcznie w powietrze i wzniósł się spiralą ku wierzchołkom drzew. Pozostałe smoki zrobiły to samo. Wyglądało to trochę, jakby tęcza eksplodowała i rozrzuciła kolory po wszystkich drzewach.

Gloria i Gwiezdny Lotnik ruszyli za nimi ku koronom drzew wysoko nad leśnym poszyciem, gdzie otoczyły ich rozświetlona słońcem szmaragdowa zieleń i furkoczący szept maleńkich skrzydełek. Wokół nich śmigały i skakały ptaki równie barwne jak Deszczoskrzydłe. Kiedy tylko Gloria zatrzymywała się na chwilę, fioletowe i złote motyle lądowały na jej łapach lub głowie. Może myślały, że jest kwiatem, bo trzymały się z dala od ciemniejszych łusek Gwiezdnego Lotnika.

Deszczoskrzydłe poruszały się wśród koron drzew ze zdumiewającą gracją, posługując się ogonami albo rozkładając skrzydła, żeby szybować między drzewami. Bardziej to przypominało pływanie w powietrzu niż latanie. Gloria nie była pewna, czy kiedykolwiek się tego nauczy.

Jednakże ta metoda miała sens, bo zwykłe latanie między gęsto rosnącymi drzewami byłoby trudne dla stworzeń rozmiarów smoka. Gwiezdny Lotnik cały czas uderzał w pnącza, kiedy próbował nadążyć za pozostałymi. Gloria zastanawiała się, czy nie żałował, że nie zgodził się, żeby go uśpiono jak pozostałych i zabrano w sieci. Widziała, jak sieć ze Słonkiem przelatywała obok nich podawana płynnie z łapy do łapy, od Deszczoskrzydłego do Deszczoskrzydłego.

Zerkając pośpiesznie, czy nikt nie patrzy, Gloria spróbowała owinąć ogon wokół gałęzi i wykręcić pełne koło, jak to robiły inne Deszczoskrzydłe.

– Już prawie jesteśmy na miejscu – powiedział Jambos, lądując obok niej.

Jego ciężar, gdy przysiadł na konarze, wybił ją z obrotu i Gloria zawisła na ogonie do góry nogami. Uśmiechając się szeroko, wyciągnął łapę i pomógł jej podciągnąć się na gałąź. Złapała się tylnymi szponami szorstkiej kory – w dotyku przypominała łuski wiekowego smoka.

– Naprawdę nie jesteś stąd – powiedział.

– Nie – odpowiedziała Gloria, kiedy Gwiezdny Lotnik niezręcznie i z łomotem także wylądował na gałęzi. – Moje jajo skradziono Deszczoskrzydłym sześć lat temu.

– Mogę cię zabrać na szybowanie wśród drzew, kiedy tylko zechcesz, żebyś mogła poćwiczyć – zaproponował. – Na pewno szybko to opanujesz.

Rozłożył skrzydła i znowu zeskoczył.

Gloria zmarszczyła czoło, patrząc na jego oddalający się różowy ogon.

– Aha, to było dziwne – powiedział Gwiezdny Lotnik, odpowiadając na jej niewypowiedziane pytanie.

 

– Prawda? Jakby w ogóle się tym nie przejął. Nie zapytał, kto mnie ukradł ani gdzie się wychowałam. Nie robił nawet wrażenia, jakby pamiętał, że skradziono jakieś jajo. Jakby jaja cały czas znikały i to nie było nic wielkiego. – Podrapała się w zadumie po kryzie. – Cóż. Może tak jest. Może istnieje potwór z lasu deszczowego i smoki przywykły, że tracą przez niego jaja.

– To naprawdę, naprawdę nie jest pocieszająca myśl – odrzekł Gwiezdny Lotnik.

Objął się ciaśniej czarnymi skrzydłami, zerkając na leśne poszycie, jakby spodziewał się, że wyskoczy stamtąd coś z zębiskami i spróbuje go złapać.

Pocieszająca myśl. Glorii nie przychodziło do głowy żadne pocieszające wyjaśnienie braku zainteresowania Jambosa jej porwaniem.

Może po prostu jest dziwnym smokiem, który nie zwraca uwagi na smoczęta i jaja, pomyślała. Z pewnością inne smoki z plemienia się przejmą.

– Chodź, żebyśmy ich nie zgubili – powiedziała do Gwiezdnego Lotnika.

Kilka ślizgów i huśtawek później wszystkie Deszczoskrzydłe wokół nich nagle skręciły w górę i wzbiły się nad korony drzew. Gwiezdny Lotnik wydał z siebie pełen niepokoju jęk, kiedy sieci z ich nieprzytomnymi przyjaciółmi przeleciały obok.

A potem smoki zaczęły lądować i Gloria ujrzała dom Deszczoskrzydłych.

– Och – szepnęła.

Zawisła w powietrzu, żeby ogarnąć wzrokiem całość.

Opalizujące kolory smoków wydobywały ukryty świat, bo wioska kamuflowała się równie dobrze jak każdy Deszczoskrzydły.

Szerokie chodniki z pnączy migoczące pomarańczowymi orchideami wielkimi jak smocze łapy wisiały między liściastymi platformami. Kilka domków na drzewach miało niskie ściany lub plecione sufity, inne były otwarte i wyłożone miękkim białym kwieciem jakby opadły tam obłoki. Gloria dostrzegła kilka sennych szarych leniwców przechadzających się powoli albo zwieszających się między chodnikami. Zastanawiała się, czy nie są dość mądre, żeby zorientować się, że otaczają je smoki, które w każdej chwili mogą je zjeść.

To najwspanialsze miejsce, jakie kiedykolwiek widziałam, pomyślała triumfalnie Gloria. I to jest moje miejsce.

– Goście! – zawołała Liana.

Trzymała w szponach jeden róg sieci z Łupkiem. Ostrożnie opuściła ją razem z pozostałymi Deszczoskrzydłymi na platformę dostatecznie szeroką, żeby zmieściło się tam dwadzieścia smoków. Gloria podleciała do Łupka i patrzyła, jak jej plemię delikatnie odstawia pozostałych jej przyjaciół.

W całej wiosce wychylały się smocze głowy. Gloria zdała sobie sprawę, że większość smoków wisiała w ustrojstwach podobnych do hamaków. Przyjrzała się najbliższemu. Rozwieszono go między dwoma drzewami; był solidnie wykonany z pnączy i wyłożony fioletowymi piórami i niebieskimi płatkami kwiatów. Leżącego w nim smoka nie dało się dostrzec, dopóki nie wychylił głowy; jego łuski idealnie dopasowały się do otaczającej go zieleni i fioletu.

– Sprytne – powiedział Gwiezdny Lotnik, przechylając głowę i patrząc na hamak. Spojrzał na ziemię znajdującą się kilka mil niżej i zadrżał. – Z pewnością nie chciałbym spać tak wysoko bez czegoś podobnego. Spójrz na projekt hamaka: nie da się z niego wypaść, a dzięki kamuflażowi wrogowie nie zdołają też wypatrzyć żadnego Deszczoskrzydłego.

Gloria spojrzała na własne łuski i zobaczyła przepływający po nich kolor, jakiego nigdy dotąd na sobie nie widziała: żywy niebiesko-fiołkowy odcień, który jak zgadywała, oznaczał dumę. Rzeczywiście była dumna ze swojego plemienia. Dopiero co je poznała, a już spełniły się jej nadzieje – była pod dużym wrażeniem.

I kto miał rację, opiekunowie? – pomyślała. Przez całe lata zmuszaliście mnie do spania na niewygodnych skalnych półkach w ciemności! I kto teraz wyszedł na zacofane smoki?

– Wiem. Prawda, że jest piękna? Nam też się podoba – powiedziała Liana niemal prosto do jej ucha.

Gloria odskoczyła, wymachując ogonem. W porządku, to jedno ją krępowało – sposób, w jaki inne Deszczoskrzydłe patrzyły na nią, jakby spodziewały się zrozumieć każdą jej myśl, odczytując jej łuski. Zdusiła emocje, przybierając z powrotem kolor koron drzew i dopasowując się do tła.

Liana nie sprawiała wrażenia zbitej z tropu reakcją Glorii. Przyjrzała się liściom w górze, a potem uśmiechnęła się, kiedy piątka małych smocząt w odcieniach lazuru i miedzi spadła do nich z koron.

– Mam nadzieję, że jesteś głodna – powiedziała Liana, kiedy smoki rozcapierzyły szpony.

Dziwne kształty podskakiwały na platformie i turlały się po niej, odbijając się od śpiących przyjaciół Glorii. Gloria podniosła leżący najbliżej niej: był limonowy w kolorze, miał gwiaździsty kształt i pachniał jak ananas i bazylia. Szturchnęła go szponem, zastanawiając się, czy trzeba to obrać.

Pod górą smoczęta prawie nigdy nie jadały owoców. Więcej wiedziała z lektury zwojów niż dzięki nielicznym jagodom, które czasem przynosił Płetwonóg. To królowa Czerwień dała jej raz ananasa.

Nie myśl o królowej Czerwieni, powiedziała sobie.

Gwiezdny Lotnik przyjrzał się platformie, nie kryjąc rozczarowania.

– To wszystko owoce? Nie ma żadnego mięsa?

Liana zmarszczyła nos.

– Możesz zapolować, jeśli chcesz – odparła – ale to naprawdę marnotrawstwo energii. – Znowu zerknęła na niebo. – To już prawie słoneczna pora, więc jeśli musisz polować, rób to cicho.

– Słoneczna pora? – spytała Gloria.

– Och, skarbie. – Liana pokręciła głową. – To ci właśnie dolega?

– Nie wiedziałam, że coś mi dolega – odpowiedziała Gloria, zdecydowanie powstrzymując łuski przed zmianą koloru. – W każdym razie nie z Deszczoskrzydłego punktu widzenia.

– Chodzi o twoje łuski. Są takie... Myszate.

Gloria spojrzała na nią. Myszate?

– No wiesz – tłumaczyła przepraszająco Liana – Trochę nijakie. Nie takie jak nasze.

Rozciągnęła jedno skrzydło i przepłynął po nim mały wodospad tęcz.

Czy ona mówi, że nie jestem tak piękna jak inne Deszczoskrzydłe? – zastanawiała się Gloria.

Pewnie, że wszystkie były barwne i błyszczące. Może jej własne łuski nie były równie jaskrawe.

Gloria nie wiedziała, co o tym myśleć. W końcu uznała, że ma to w nosie. Zawsze była „ślicznotką” i donikąd jej to nie doprowadziło, poza tym, że przykuto ją do ozdobnego drzewa w Podniebnym Pałacu.

– Opowiedz mi o słonecznej porze – odrzekła ze wzruszeniem ramion.

Kilka pasemek oranżu i szmaragdu rozbłysło na łuskach Liany, po czym szybko zniknęły wśród ciemnoniebieskiej barwy. Pomarańczowy i szmaragdowozielony... Jeśli ich łuski działały tak samo, znaczyło to, że Liana była odrobinę zaskoczona i nieco poirytowana. Jakby miała nadzieję na silniejszą reakcję ze strony Glorii.

Czytanie z łusek działa w dwie strony, moja nowa przyjaciółko.

– Słoneczna pora – odrzekła gładko Liana, jakby jej łuski w ogóle się nie zmieniły – to godziny, kiedy słońce stoi najwyżej. Wtedy wspinamy się jak najbliżej nieba i śpimy.

– Och – wtrącił się Gwiezdny Lotnik tonem sygnalizującym, że coś zrozumiał. – Glorio! To jak twoje drzemki po lunchu. Wiedziałem, że to musi być coś typowego dla Deszczoskrzydłych, ale nigdy nie mogłem zrozumieć ich sensu. Po co spać w środku dnia? Nie macie niczego ważniejszego do roboty?

Gloria machnęła gniewnie ogonem i zgromiła go wzrokiem, ale Liana najwyraźniej nie poczuła się urażona.

– Słońce napełnia nasze łuski energią podczas snu – wyjaśniła. – Dzięki temu jesteśmy silniejsze, lepiej się kamuflujemy, jesteśmy mądrzejsze i szczęśliwsze. Co może być ważniejszego?

– Och – mruknął znowu Gwiezdny Lotnik. Przyjrzał się Glorii jak zwojowi, który wreszcie nabrał sensu. – Och... Szczęśliwszymi? Znaczy... Mniej zrzędliwymi?

– Przymknij się – warknęła Gloria i go szturchnęła.

Sama już poskładała w myślach część tej układanki. Wiedziała, że to, co zrobili opiekunowie – całe życie więzili ją pod ziemią i z dala od słońca – pewnie uczyniło ją bardziej gderliwą i słabszą, niż mogła być. Nie potrzebowała, żeby inni też to zrozumieli, bo nie życzyła sobie niczyjej litości.

I kto wie, jaka byłaby bez tego? Według Glorii bycie drażliwą stanowiło kluczowy element jej istoty.

Prawda była taka, że nigdy nie czuła się równie szczęśliwa i pogodzona ze sobą jak w Królestwie Nieba, gdzie królowa Czerwień zostawiała ją na słońcu całymi dniami. Ale też czuła, że nie jest sobą. Wiedziała, że to efekt słońca i niczego innego. Rozumiała, że to, czego doświadcza, to jakby wreszcie najeść się należycie po całym życiu głodowania. Wiedziała, że królowa Czerwień jest zła. Gloria stanowiła dla niej kolejną błyskotkę w skarbie.

Po części znienawidziła ten stan – nienawidziła dziwnej senności i pozbawionego wszelkiej motywacji zadowolenia, przez które czuła się jak kałuża ślimaków.

A po części czuła, że mogłaby trwać w takim stanie całą wieczność.

Otrząsnęła się gwałtownie.

– W takim razie idź spać – powiedziała do Liany. – My się nigdzie nie wybieramy.

Pozostałe Deszczoskrzydłe, które niosły sieci, już poleciały na wyższe platformy. Niektóre wyciągnęły się na odsłoniętych połaciach w słońcu, inne ułożyły się w sprytnych hamakach i chrapały.