Zaginiona sukcesorkaTekst

Z serii: Skrzydła ognia #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Skrzydła ognia

Karta redakcyjna

Mapa

Leksykon. Smoki Pyrii

Smocze proroctwo

Prolog

Część pierwsza. Nad morzem

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Część druga. W głębinach

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Część trzecia. Wyklucie z jaja

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Epilog



Tytuł oryginału:

Wings of Fire. Book Two: The Lost Heir

Copyright © 2012 by Tui T. Sutherland

Copyright for the Polish translation © 2016 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Urszula Okrzeja

Korekta: Magdalena Górnicka

Ilustracja na okładce: Joy Ang

Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński

Mapy i ramki: Mike Schley

Ilustracje smoków: Joy Ang

Projekt typograficzny: Phil Falco

Skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-7480-696-1

Wydanie II

Wydawca:

Wydawnictwo MAG

ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa

tel. 22 813 47 43, fax 22 813 47 60

e-mail kurz@mag.com.pl

www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor:

Firma Księgarska Jacek Olesiejuk

Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

tel. 22 721 30 00

www.olesiejuk.pl

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Jonathanowi,

za jego wspaniały kostium Morskoskrzydłego.







Smocze proroctwo

Poprzedzone wojen dwudziestu latami

Przybędą smoczęta.

Gdy kraina przesiąknie krwią i łzami,

Przybędą smoczęta.

Jajo skrzydeł morza błękitne jest całe.

Nocy skrzydła przybędą wcale niewzywane.

Na szczycie góry największe jajo:

Tam skrzydła nieba na was czekają.

Jajo skrzydeł ziemi w błocie się ukrywa,

Jego kolor to krwi smoczej czerwień żywa.

Przed królowych-rywalek gniewem niechybnym

Ukryte jest samotnie jajo Piaskoskrzydłe.

Żagiew i skrę pożogi niosą trzy królowe.

Dwie z nich polegną, trzecia zaś się dowie,

Że gdy głowę skłoni przed losu potęgą

Moce skrzydeł ognia w sukurs jej przybędą.

W noc najjaśniejszą pięć jaj się wykluje.

Pięć smoków przybywa i pokój zwiastuje.

W ciemności wezbranej światło rozbłyskuje.

Smoczęta przybywają...

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog

Pod wodą Płetwonóg nie mógł słyszeć krzyków umierających smoków.

Pod wodą bitwa była tak odległa, jak trzy księżyce. Ogień nie mógł go tknąć. Szpony nie mogły go poranić. Krew została zmyta z jego łap.

Pod wodą był bezpieczny.

Bezpieczny tchórz... Zawsze lepsze to niż wierny, odważny nieboszczyk.

Płetwonóg zadygotał i się obudził.

Sum wpatrywał się w niego beznamiętnie. Jego wąsy falowały w nurcie. Wyraz pyszczka ryby mówił: „Dlaczego jakiś smok śpi na moich rzecznych kamieniach?”.

Płetwonóg zjadł suma i poczuł się trochę lepiej.

Szpony Pokoju na pewno już wiedzą, co się stało ze smoczętami, pomyślał. Mają szpiegów w pałacu Nieboskrzydłych. Nie muszę osobiście ich informować.

Nie było potrzeby, żeby stanął przed Szponami i powiedział: „Zawiedliśmy”.

Tylko dokąd miał teraz pójść?

Już ukrywał się przed własnym plemieniem, Morskoskrzydłymi smokami. Czy będzie musiał przez resztę życia ukrywać się także przed Szponami Pokoju?

Płetwonóg wypłynął na powierzchnię rzeki i ostrożnie się rozejrzał. Było ciemno, zwłaszcza że Pazury Chmur zasłaniały księżycowe światło jak ogromne czarne zębiska.

Płynął w dół rzeki od wielu dni. Zostawił Królestwo Nieba daleko za sobą.

Królestwo Nieba i pięcioro smocząt, które przysiągł chronić.

Płetwonóg wywlekł swoje długie, obolałe ciało z wody i wszedł trzy kroki w las, nim zauważył czekające na niego mroczne kształty.

Obrócił się błyskawicznie, ale z rzeki wynurzył się smok, odcinając mu drogę ucieczki. Czarne spirale znaczyły zielone łuski przybysza; jego zęby błyszczały w księżycowym świetle.

– Płetwonogu – odezwał się przyjemnym głosem Morskoskrzydły – myślałem już, że nigdy się nie obudzisz.

Płetwonóg przeciągnął długimi szponami po nadrzecznym błocie.

– Nautilusie – przywitał go. Nienawidził się za strachliwe drżenie głosu. – Mam ważne wiadomości dla Szponów.

– Nie może być! – zakpił Nautilus. – Pewnie zgubiłeś się w drodze na nasze zwykłe miejsce spotkań.

– Dlatego pomyśleliśmy, że sami cię poszukamy – odezwała się jedna z ciemnych postaci głosem jak topiące się sople.

 

Cirrus, pomyślał Płetwonóg. Obecność Cirrusa z Lodoskrzydłych nigdy nie była dobrym znakiem.

– Nieboskrzydłe znalazły naszą jaskinię – powiedział Płetwonóg. „Po prostu powiedz prawdę. To nie twoja wina”, powtarzał sobie. – I królowa Czerwień zabrała smoczęta.

– Tak – odrzekł oschle Nautilus. – Zorientowaliśmy się, gdy praktycznie stanęła na najwyższej górze i wrzasnęła: „Mam smoczęta przeznaczenia! Są moje!”.

– Opowiedz nam wszystko – syknął Cirrus. – Jak was znalazły?

– Ach – zaczął powoli Płetwonóg – wszystko zaczęło się, kiedy dwoje smocząt próbowało uciec.

A może troje, pomyślał.

Nie był pewien, gdzie się podziewała Gloria tamtej nocy, kiedy znaleźli tylko Gwiezdnego Lotnika i Słonko. Wiedział jednak, że nie mogła uciec rzeką razem z Tsunami i Łupkiem.

– Dlaczego chciały uciec? – zapytał ostro Nautilus. – Co im zrobiliście?

Płetwonóg nastroszył skrzela.

– Utrzymywaliśmy je przy życiu – warknął.

I więźliśmy pod ziemią, dodał w myślach. I zakuliśmy Tsunami w łańcuchy. I zamierzaliśmy zabić Glorię, bo przepowiednia jej nie uwzględniała. Tylko czy mieliśmy wybór?

– Z pewnością złapaliście uciekinierów i przyprowadziliście ich z powrotem? – rozległ się głos w mroku.

Płetwonóg rozpoznał Krokodylicę, nową Błotoskrzydłą wśród Szponów Pokoju. Nabrał nadziei. W czasie ich nielicznych spotkań zawsze odnosiła się do niego życzliwie. Może miał tu sprzymierzeńca.

– Ehm, nie. Nie całkiem. Właściwie to... Wrócili sami. Żeby uwolnić pozostałe smoczęta. – Odchrząknął. – Nie spodziewaliśmy się tego.

Pustułka uznała, że kiedy tylko się uwolnili, odlecieli w siną dal, pomyślał.

– Brzmi to tak, jakby smoczęta czuły się więźniami – syknął cicho Nautilus.

– To wy kazaliście nam trzymać je pod ziemią – zaprotestował Płetwonóg. – Taką decyzję podjęły wszystkie Szpony!

– Chcieliśmy jednak, żeby były zgodne, a nie zbuntowane – odpowiedział Nautilus. – O to w tym wszystkim chodziło, prawda?

W kręgu smoków rozległ się pomruk. Było ich siedem łącznie z Nautilusem. Zastanawiał się, czy zdołałby przebić się przez siedem smoków.

– To nie nasza wina – mruknął. – Może było z nimi coś nie tak.

– A jak ma się ta ucieczka do Nieboskrzydłych? – syknął Cirrus.

– Nieboskrzydłe śledziły Łupka i Tsunami i dotarły za nimi do jaskini – wyjaśnił Płetwonóg. – W ten sposób królowa Czerwień nas znalazła. Walczyliśmy, ale zabiła Barchana i zabrała Pustułkę razem ze smoczętami.

– Każe im walczyć na arenie? – zapytała Krokodylica. – Zdołają wygrać?

– To tylko smoczęta – warknął Cirrus. – Oczywiście, że nie przetrwają na arenie.

– Z pewnością oszczędzi przynajmniej Nieboskrzydłe smoczę – powiedziała Krokodylica.

Płetwonóg się wzdrygnął. Nigdy nie miał dość odwagi, by powiedzieć Szponom Pokoju, że stracili Nieboskrzydłe smoczę i zastąpili je Deszczoskrzydłym. Jednakże teraz, kiedy smoczęta wyszły na świat, wkrótce wszyscy się dowiedzą.

– Wiecie, co zrobiła królowa Czerwień ze wszystkimi Nieboskrzydłymi smoczętami, które wykluły się w najjaśniejszą noc – syknął Cirrus. – Litość nie leży w jej naturze.

Płetwonóg uniósł głowę i rozejrzał się po błyszczących w ciemnościach oczach.

– Nie możemy ich odbić? – zapytał. – Może gdyby wszystkie Szpony zaatakowały jednocześnie... – Głos mu się załamał.

Kogo on oszukiwał? Sam nie zamierzał pędzić do Podniebnego Pałacu, żeby tam zginąć, a był bardziej związany ze smoczętami niż pozostałe Szpony, które nawet ich nie poznały.

– Wszystkie Szpony? – syknął Cirrus. – Czterdzieści smoków przeciwko setce strażników Podniebnego Pałacu? Genialny plan. Nic dziwnego, że zostawiliśmy smoczęta w twoich kompetentnych łapach.

Poderwał romboidalny łeb i złapał przelatującego nietoperza. Drobne kości zachrzęściły w jego zębach.

– Misja samobójcza może nie być konieczna – orzekł Nautilus. – Coś się wydarzyło wczoraj w pałacu Nieboskrzydłych. Nie otrzymaliśmy jeszcze jasnych raportów, ale jeden ze szpiegów poinformował nas, że jego zdaniem królowa Czerwień nie żyje. Została zabita przez smoczęta.

Zaskoczony Płetwonóg poruszył skrzelami.

– Moje smoczęta?

– Może mają talent do uciekania – powiedział Nautilus. – Chociaż inny szpieg był przekonany, że wszystkie zginęły w trakcie ucieczki.

Płetwonogowi zacisnął się żołądek, jakby był pełen trujących meduz. Smoczęta nie mogły nie żyć. Nie, kiedy tyle poświęcił dla tej przepowiedni.

I żeby ocalić własne łuski, rozległ się cichy głosik w jego głowie.

– Jeśli poruszają się swobodnie po Pyrrii, to jak proponujesz je odnaleźć? – zapytał Nautilus. – Proszę o propozycje niewymagające samobójstwa. Przynajmniej naszego. Ty możesz się zabić w dowolnej odpowiadającej ci chwili.

– Nie wiem – przyznał Płetwonóg.

Nie miał pojęcia, dokąd mogły udać się smoczęta. Nie rozumiał, dlaczego w ogóle chciały się uwolnić, odciąć od swoich obrońców. Dziesięć najgorszych dni jego życia to był czas między bitwą, kiedy porzucił swoją królową, i chwilą, kiedy znalazły go Szpony Pokoju. Samotne, bez plemienia, które by je wspierały, bez Szponów, które by je chroniły... Jak Smoczęta mogły przetrwać?

– Jeśli nie możemy odzyskać smocząt – rozmyślał na głos Nautilus – to chyba będziemy musieli rozważyć nasz plan awaryjny.

Podrapał się w zamyśleniu po skrzelach.

– Jaki plan awaryjny? – spytał Płetwonóg.

– Ten, o którym się nie dowiesz – odpowiedział Cirrus.

– Ale... Ale przecież musimy je odnaleźć – upierał się Płetwonóg. – To są te smoczęta. Tylko one mogą powstrzymać wojnę.

– Miej trochę wiary w przepowiednię – powiedział Nautilus.

– Tak, nie martw się – uspokoiła go Krokodylica. – Szpony Pokoju nie wkładają wszystkich jaj do jednego gniazda. Mamy dobry plan awaryjny.

Płetwonóg popatrzył po ginących w mroku obliczach. Poza Krokodylicą nie dostrzegł niczego przyjaznego w oczach, które na niego patrzyły.

– Nie rozumiem – powiedział.

Czyżby istniała inna przepowiednia, o której nie wiedział?

– Oczywiście, a to znaczy, że stanowisz przeszkodę – odrzekł Nautilus.

Płetwonóg ledwie zdążył powiedział „Co?”, kiedy Cirrus nagle wylądował na jego grzbiecie i przyszpilił go do ziemi. Jego rany po walce z Nieboskrzydłym żołnierzem na nowo zapłonęły bólem. Jedno skrzydło wykręcono mu do tyłu. Czuł ząbkowane szpony Lodoskrzydłego wbijające mu się w łuski.

– Co robisz?! – krzyknął Płetwonóg. – Jestem jednym z was! Pracowałem dla Szponów Pokoju przez siedem lat!

– I zawiodłeś nas – syknął Cirrus.

– Ejże... – zaczął Nautilus, ale zaraz urwał. – Nie, dobrze mówisz.

– Zamierzam wyrwać ci serce i nakarmić nim ryby – warknął Cirrus.

Co za ironia losu. Płetwonóg pomyślał ponuro o rybie, którą dopiero co zjadł.

– Przecież jesteśmy pokojowymi smokami – wycedził przez zaciśnięte z bólu zęby. – Jeśli będziemy wzajemnie się zabijać, nie okażemy się równie źli jak Pożoga, Żagiew czy Iskra?

– Przykro mi, Płetwonogu – powiedział Nautilus. – Pokój jest ważniejszy od jednego smoka. A ty przeszkodziłbyś nam w realizacji naszego planu awaryjnego. Robimy to dla twojego własnego dobra. Dla przepowiedni. Dla pokoju.

Płetwonóg usłyszał potworne echo własnych słów – to samo mówił smoczętom, kiedy narzekały na życie pod górą. „To dla waszego własnego dobra. Pokój jest najważniejszy”. Wierzył w to, co mówił. Niewątpliwie tak samo wierzył Nautilus.

Nautilus machnął łapą.

– Wyrwij mu serce, Cirrusie.

Szczęki Lodoskrzydłego rozwarły się i Cirrus cisnął Płetwonogiem, obracając go na plecy. Poruszył ostrymi jak sople szponami, gotowy rozedrzeć pierś Morskoskrzydłego.

Nagle Krokodylica rzuciła się na Cirrusa i zepchnęła go w poszycie.

Płetwonóg nie wahał się ani chwili. Poderwał się i strzelił w niebo tak szybko, jak poniosły go skrzydła. Słyszał krzyki, kiedy Krokodylica atakowała otaczające ją smoki, i ogarnęły go wyrzuty sumienia. Nie powinien zostać i pomóc jej w walce?

Tylko po co wracać na pewną śmierć, skoro miał szansę przeżyć?

Usłyszał łopot skrzydeł za sobą, więc przyśpieszył. Wyobraził sobie Cirrusa dyszącego za jego ogonem albo Nautilusa syczącego coraz bliżej.

Jednakże to Krokodylica zawołała do niego:

– Leć, Płetwonogu! Ogłuszyłam ich. Nie spodziewali się tego. Ha!

– Dziękuję! – odkrzyknął Płetwonóg, wykręcając szyję, żeby zobaczyć ciężką, brązową sylwetkę unoszącą się za jego plecami.

– Gdzie się ukryjesz?

Pokręcił głową.

– Nie mam pojęcia. Jest pewien smok na Jadeitowej Górze, o którym słyszałem, że mógłby...

– Powinieneś wrócić do domu – powiedziała, przechylając skrzydła, żeby zakręcić pod nim. – Słyszałam, że królowa Korala jest ostatnio w łaskawym nastroju.

Dreszcz, który przebiegł Płetwonogowi od rogów aż po ogon, zaparł mu dech w piersi. Dom? – pomyślał. Po tych wszystkich latach wróciłbym wreszcie do morza? Czy to możliwe?

– Nigdy mi nie wybaczy, nie po tym wszystkim, co zrobiłem. Nie chodzi tylko o to, że porzuciłem ją podczas bitwy. Na pewno wie, że to ja ukradłem jej jajo dla przepowiedni.

– Możesz się zdziwić – odrzekła Krokodylica. – Czyż nie uważa się jej za największą królową wszech czasów? Tak twierdzą wszystkie zwoje Morskoskrzydłych. Może ci wybaczy. Czemu nie zaryzykować, gdyby to oznaczało, że mógłbyś wrócić do domu?

Płetwonóg milczał. Jeden z księżyców wschodził, połyskując na jego niebiesko-zielonych łuskach. Z góry widział morze w oddali, równie niedosięgłe jak sam księżyc.

– Twój wybór – powiedziała Krokodylica, zakręcając i oddalając się od niego. – Mówię ci tylko, co słyszałam. Tak czy inaczej, powodzenia.

– Wzajemnie – odpowiedział Płetwonóg.

Zniknęła wśród drzew, a on zastanawiał się, dokąd smoczyca się uda.

Tęsknił za morzem każdą łuską. Tęsknił za pałacami, prądami, pieśniami wielorybów, ucztami, ogrodami... Innymi Morskoskrzydłymi.

Skoro Szpony ze mną skończyły... I jeśli obiecam jej, że tym razem wykażę się odwagą...

To może mógłbym wrócić do domu.


Rozdział 1

Fala uderzyła z rykiem o plażę i rozbiła się o łapy Tsunami. Jej połączone błoną pławną szpony zanurzały się w mokrym piasku, niebieskie skrzydła wydymały się na wietrze.

Uniosła głowę, wdychając wzburzone morskie powietrze.

Tu było jej miejsce. To było jej morze.

– Niech zgadnę – rzuciła kpiąco Gloria, która stała za jej plecami. – Oto zapach wolności.

– Wolność zalatuje rybami – zauważył Gwiezdny Lotnik. – I dla jasności dodam, że od tego smrodu aż wykręca smokowi nos.

– A mnie się podoba – odpowiedziała Tsunami.

Oto co Szpony Pokoju jej ukradły. Całe życie trzymały ją uwięzioną w zatęchłym, ponurym powietrzu pod górą, kiedy powinna być tutaj, latać, pływać i żyć jak prawdziwy Morskoskrzydły.

Gwiezdny Lotnik zerknął na niebo i przesunął się w stronę ciemnego listowia okalającego plażę.

– Nie powinniśmy zostać pod drzewami? A jeśli wypatrzy nas patrol? Znaczy... – Urwał i głęboko odetchnął. – Musimy zostać pod drzewami. W porządku. Tak. W tej chwili wracamy pod drzewa!

Smoczęta udały, że go nie słyszą, chociaż Słonko rzuciła mu litościwe spojrzenie.

Tsunami pochyliła głowę, żeby przyjrzeć się falom obmywającym jej szpony.

Małe kształty, srebrne, zielone i żółte śmigały po płyciznach. Zapach morza miał w sobie znacznie więcej życia niż podziemna rzeka.

Naprawdę minął tylko tydzień od ich ucieczki od opiekunów? Trudno było przypomnieć sobie, jak dużo czasu spędzili w więzieniu Nieboskrzydłych.

Jednakże jedno Tsunami pamiętała doskonale: trzask łamanej kości pod swoimi łapami.

 

Wykopała szponem dziurę w piasku.

Musiałam zabić tego Morskoskrzydłego. Królowa Czerwień zmusiła nas do walki. Nie było innego wyjścia z areny. A on oszalał. Musiałam wybrać: on albo ja.

Te myśli krążyły jej po głowie jak smoki o połamanych skrzydłach. Pokręciła głową i rozłożyła skrzydła. To było idiotyczne. Była smokiem czy wyskrobkiem? Smoki powinny być zaciekłymi wojownikami; jedna mała śmierć nie powinna nią tak wstrząsnąć.

Poza tym Gloria narobiła większych szkód swoim jadem i nie sprawiała wrażenia ani trochę poruszonej.

– Wiecie, co mnie by się spodobało? – zapytał ponuro Łupek. – Ryby. Mnóstwo ryb. Ogromne ryby, które mógłbym zjeść, zamiast tego drobiazgu.

Błotoskrzydły usiadł na piasku obok Tsunami. W brzuchu zaburczało mu tak głośno, że wszyscy usłyszeli.

Słonko zachichotała.

– Przecież dopiero co złapałeś wczoraj tę ogromną świnię dla nas wszystkich.

– Nie była ogromna – powiedział Łupek. Westchnął i opuścił skrzydła. – To była najmniejsza świnka na całym świecie.

– Trzeba było zjeść moje marchewki. – Słonko wspięła się po jego grzbiecie i zerknęła na morze.

Słońce właśnie wstawało na jasnobrzoskwiniowym niebie, rzucając przerywane ścieżki światła na wodę. Dwa księżyce, zaledwie odpryski jak cieniutkie szpony, znikały za górami.

– Mówię poważnie – odezwał się Gwiezdny Lotnik. – Na plaży nie jest bezpiecznie. Szukają nas Błotoskrzydłe i Nieboskrzydłe.

Sam stał daleko poza zasięgiem fal i próbował strząsnąć z łap piasek.

Z punktu widzenia Tsunami już stracili dzień, lecąc na południe od delty Diamentowej Mgiełki, ponieważ Gwiezdny Lotnik zamartwiał się i narzekał tak długo, aż wszyscy ustąpili. Tak, Nieboskrzydłe ich szukały. I bez wątpienia były dość rozgniewane z powodu Glorii, która być może zabiła ich królową podczas ucieczki.

Tyle że Tsunami nie chciała ciągle uciekać. Chciała odnaleźć rodzinę. Kiedy już bliscy dowiedzą się, kim Tsunami jest, z pewnością ochronią ją i jej przyjaciół.

A przede wszystkim chciała, żeby Gwiezdny Lotnik przestał marudzić, narzekać i się szarogęsić. Pozostali denerwowali się przez to i trudniej było ich zorganizować. Niemal żałowała, że Nocoskrzydłe go zwróciły.

– Dlaczego akurat ty tak bardzo się martwisz? – zapytała go Tsunami. – Twoi Nocoskrzydli przyjaciele nie przylecą ci znowu na ratunek, jeśli Nieboskrzydłe jeszcze raz nas złapią?

Gwiezdny Lotnik zatrzepotał z oburzeniem skrzydłami.

– Nie martwię się o siebie – powiedział. – Staram się zadbać o bezpieczeństwo nas wszystkich. – Zerknął na Słonko i schylił głowę.

– Wystarczy, że ja dbam o nasze bezpieczeństwo! – zaprotestowała Tsunami. – Czy kiedykolwiek źle nas poprowadziłam?

– No wiesz – odezwała się Gloria – był taki moment, kiedy złapały nas Nieboskrzydłe i ich królowa omal nas nie zabiła...

Tsunami uderzyła ogonem w wodę, ochlapując Glorię zimną falą. Deszczoskrzydła syknęła i odskoczyła od morza.

– Przestańcie! – krzyknęła Słonko. – Przestańcie się kłócić. Łupek, powiedz im coś. – Poklepała go po głowie, żeby oderwał wzrok od maleńkich rybek pływających wokół jego stóp.

– A, tak, posłuchajmy naszego skrzydliska – zakpiła Gloria.

Jej łuski tego ranka były złote jak łuski Słonka, ale przesuwały się po nich rozbryzgi morskiego błękitu. Usiadła i ziewnęła, patrząc na Tsunami i odsłaniając zęby jadowe.

– Ej – powiedział Łupek, szturchając Tsunami skrzydłem. – Gwiezdny Lotnik ma prawo się martwić. Nie wiemy nawet, czy królowa Czerwień umarła, czy nadal żyje. Ale – dodał szybko – wiem, że chcesz jak najszybciej odnaleźć Morskoskrzydłe. No to poszukajmy ich, zamiast kłócić się o to, i wtedy szybciej znajdziemy się w bezpiecznym miejscu.

Tsunami rzuciła jeszcze jedno spojrzenie spod zmrużonych powiek Gwiezdnemu Lotnikowi, a potem odwróciła się do morza. Łupek miał rację; najistotniejsze było znalezienie jej rodziny i bezpiecznej kryjówki dla całej piątki.

– Rety, taki mądry i taki duży – pokpiwała Gloria.

– Właśnie, że tak – powiedziała Słonko, obejmując Łupka za szyję.

Gwiezdny Lotnik usiadł, smutno owijając ogon wokół łap.

Gloria złożyła skrzydła barwy słońca.

– To co teraz? Powinniśmy zawołać: „Ej, Morskoskrzydłe, mamy waszą zaginioną księżniczkę!” i poczekać, aż smoki wyskoczą radośnie z morza?

– Z ucztą! – wykrzyknął Łupek, płosząc mewę, która poderwała się w powietrze. – Pod koniec historii była uczta! Kiedy zaginiona Morskoskrzydła księżniczka wróciła do domu, jej rodzice tak się ucieszyli, że urządzili ucztę. Pamiętam ucztę. Zjedli całego wieloryba. To była świetna uczta. Założę się, że zjadłbym wieloryba. Myślicie, że będzie uczta?

– „Zaginiona księżniczka” to tylko historyjka na zwoju – powiedział Gwiezdny Lotnik. – Nie mamy pojęcia, na co tak naprawdę natrafimy w Królestwie Morza.

– To prawda. – Łupkowi oklapły skrzydła. – Możesz nie znaleźć tego, na co masz nadzieję, Tsunami. Tak jak kiedy ja się dowiedziałem, że matka sprzedała mnie za krowę.

– Ejże – upomniała go Gloria – za co najmniej dwie krowy.

– Hm. Pocieszyłaś mnie.

Tsunami była pewna, że jej się coś takiego nie przytrafi. Może marzenia Łupka na temat rodziny okazały się całkiem nierealne, ale jej rodzina będzie idealna. Nabrała pewności zwłaszcza teraz, kiedy się dowiedziała, że jej jajo wykradziono z Królewskiej Wylęgarni.

Była córką Morskoskrzydłej królowej.

I to nie koniec – według Gwiezdnego Lotnika żadna z pozostałych córek królowej nie dożyła dorosłości. Tsunami była jedyną żywą następczynią tronu Morskoskrzydłych. Pewnego dnia zostanie ich królową.

Prawda, to znaczyło, że pewnego dnia będzie musiała walczyć z własną matką na śmierć i życie, żeby zostać królową. Ten dzień mógł być jednak tak odległy, jak tego zechce. Nie musiała myśleć o tym teraz.

Rozłożyła skrzydła i znowu odetchnęła słonym powietrzem. Kątem oka widziała maleńkie stworzenia wyskakujące spomiędzy drobinek piasku i znikające wśród nich ponownie.

– Mogłabym po prostu zanurkować i poszukać pałacu Morskoskrzydłych – zaproponowała.

– Tam? – Gwiezdny Lotnik sprawiał wrażenie zaniepokojonego.

Rozłożył skrzydła i strzepnął z nich piasek, mrugając nerwowo.

– A gdzie proponujesz, żebym szukała Morskoskrzydłych? – zapytała Tsunami.

– Pływanie w morzu nie przypomina pływania w podziemnej rzece – pouczył ją Gwiezdny Lotnik. – Są tam silne prądy i nieprzewidywalne fale, i wielkie stworzenia z zębiskami...

– Ja jestem wielkim stworzeniem z zębiskami. – Tsunami wyszczerzyła do niego zęby w uśmiechu.

Nie roześmiał się.

– To nie jest bezpieczne. A jeśli cię stracimy?

Tsunami chciała szturchnąć jego zmarszczony z troski pysk najostrzejszym szponem.

– Rozchmurz się – odezwała się do Nocoskrzydłego Słonko. – Tsunami wszystko potrafi. I jak ma dotrzeć do domu i swojej rodziny, jeśli nie wejdzie do morza?

– O, nie! – Łupek podniósł się, rozrzucając piasek i prawie zrzucając Słonko, która złapała się z krzykiem jego szyi.

Piasek, muszelki i maleńkie, zdumione krabiki poleciały na wszystkie strony, kiedy machnął ogonem.

– Ej! Przestań! – rozkazała Gloria, osłaniając oczy.

– A co z nami? – Łupek zatrzepotał wielkimi brązowymi skrzydłami. – Nie pomyślałem o tym! Tsunami, nie możemy udać się z tobą do pałacu Morskoskrzydłych. Nie potrafimy oddychać pod wodą! Jak mamy trzymać się razem, jeśli zejdziesz pod wodę? – Przejechał szponami po płytkiej wodzie, zostawiając głębokie rowki w mokrym piasku. – Co zrobimy?

Tsunami uwielbiała Łupka, kiedy tak się gorączkował. Uwielbiała też to, że potrzebował całego dnia, żeby dotarło do niego, że Królestwo Morza znajduje się pod wodą.

– Serio pytasz? – zapytała Łupka Gloria. – Tyle było tych lekcji geografii i nic ci nie zapadło w pamięć?

Zdumiony Łupek zatoczył kółeczko, obracając się. Kraby uciekały przed jego ogromnymi łapami.

– Co?

– Morskoskrzydłe mają też pałac nad wodą – rzekł Gwiezdny Lotnik tonem, który mówił „powinieneś był więcej się uczyć”. – Żeby przyjmować w nim gości, takich jak ich Piaskoskrzydła sojuszniczka Żagiew. Znajduje się gdzieś w Zatoce Tysiąca Łusek.

– Aha.

Łupek usiadł z powrotem i westchnął głęboko.

Słonko poklepała go po ramieniu.

– Ja też o tym nie pamiętałam – pocieszyła go. – Czyli lecimy tam, zgadza się?

– To nie takie łatwe – powstrzymał ją Gwiezdny Lotnik. – Oba pałace Morskoskrzydłych, podwodny i naziemny, są ukryte. Dzięki temu Morskoskrzydłe smoki przetrwały do tej pory w tej wojnie, chociaż nie dysponują ogniem jak inne plemiona. Nikt nie może ich odnaleźć i zaatakować ich domów.

– To coś w stylu Nocoskrzydłych – dogryzła mu Gloria.

– To nie ma nic wspólnego z Nocoskrzydłymi! – krzyknęła Tsunami. – Morskoskrzydłe nie próbują odgrywać tajemniczych i nie zachowują się pretensjonalnie. Po prostu rozsądnie chronią swoje domy.

– Mamy ponad tysiąc wysp do przeszukania, ale pewnie i tak... – Gwiezdny Lotnik urwał w połowie zdania i zerknął znowu w niebo. – Czy ktoś jeszcze czuje zapach ognia?

– Na trzy księżyce, nie będę się chować pod drzewami za każdym razem, kiedy przestraszy cię jakiś drobiazg. – Tsunami westchnęła.

– Czekaj, wydaje mi się, że Gwiezdny Lotnik ma rację – powiedziała Słonko, unosząc głowę. – Słyszę łopot skrzydeł.

– Ja też – dodał Gwiezdny Lotnik.

Zaniepokojony zjeżył kolczasty grzebień na grzbiecie i śmignął pod drzewa najszybciej jak potrafił.

– Z takiej odległości? – powątpiewała Tsunami. – Niczego tam nie widzę.

Kiedy to powiedziała, dostrzegła grupkę czerwonych kropek, niczym rozbryzg krwi na niebie, lecącą od strony gór na północnym zachodzie.

Ku nim nadlatywał patrol Nieboskrzydłych.