Explorer Academy: Akademia Odkrywców. Wydmy Gwiaździste. Tom 4

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Co jest prawdą, a co fikcją?

Podziękowania

Okładka


Tytuł oryginału: Explorer Academy. The Star Dunes

Tekst: Trudi Trueit

Ilustracje na okładce: Antonio Javier Caparo

Layout i projekt okładki: Eva Absher-Schantz

Ilustracje w środku: Scott Plumbe

Szyfry i zagadki: dr Gareth Moore

Tłumaczenie: Krzysztof Kietzman

Redakcja: Barbara Szymanek

DTP: Marzena Andziak

Copyright © 2020 National Geographic Partners, LLC. All Rights Reserved.

Published by National Geographic Partners, LLC, 1145 17th St., N.W., Washington, D.C. 20036

Copyright © 2020 Polish edition National Geographic Partners, LLC. All Rights Reserved

Licensed by Dressler Dublin sp. z o.o.

Wydawnictwo Olesiejuk, an imprint of Dressler Dublin sp. z o.o.

National Geographic and the Yellow Border Design are registered trademarks of National Geographic Society and used under license.

ISBN 978-83-8216-034-5

Dressler Dublin sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki

ul. Poznańska 91

wydawnictwo@olesiejuk.pl

www.wydawnictwo-olesiejuk.pl

Dystrybucja: www.olesiejuk.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.

National Geographic Society opłaciło ponad 12 000 badań naukowych, projektów ochrony przyrody oraz projektów badawczych. Środki finansowe otrzymywane na tę działalność od National Geographic Partners, LLC częściowo pochodzą z dochodów ze sprzedaży tej publikacji.

Aby dowiedzieć się więcej, odwiedź stronę natgeo.com/info.

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

DLA JACQUES’A, Z MIŁOŚCIĄ, OD MŁODEJ — T.T.


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


NA CZOŁO CRUZA spadła kropla wody.

– Weź się, Emmett – jęknął. Poczuł na skroni strużkę wilgoci. – Jeszcze minutka.

Znów zaczął odpływać, gdy kolejną kroplą dostał w nos.

– No już, już. – Jego współlokator miał rację. Narobią sobie kłopotów, jeśli spóźnią się na zajęcia. Ziewnął, mrugając. – Wygrałeś, Emmett. Już... – nie ujrzał jednak kremowobiałego sufitu, lecz posępną czarną dziurę – ...wstaję.

Przełknął ślinę.

Wszystko do niego wróciło. Nie leżał w miękkim, cieplutkim łóżku w kajucie 202 na pokładzie Oriona, flagowej jednostki Akademii Odkrywców. Nic z tych rzeczy. Kulił się na dnie chłodnej, wilgotnej jaskini nieopodal miasta Aksaray w Turcji. Jego głowa nie spoczywała na przypominającej obłok poduszce, lecz , odchylona, opierała się o niewygodną skałę. Pamiętał, że nim stracił przytomność, spoglądał w głąb kamiennej studni, do której widocznie wpadł. Rozejrzał się za choćby smugą światła, choćby najmniejszym znakiem, że ktoś nadejdzie z pomocą, lecz zarówno na pierwsze, jak i na drugie wezwanie odpowiedziała mu jedynie ciemność.

– A psik! – Cruz kichnął tak mocno, że aż podskoczyła mu głowa. Złapał go skurcz szyi. – Aua! – zawył z bólu. Dobiegło go echo własnego głosu.

„Ła... ła... ła...”

Odsunął się spod kapiącej wody. Wszędzie wokół, niczym kawałki drewna wyrzucone na brzeg po sztormie, walały się kości. Plus był taki, że już go nie przerażały. Jasne, gdy po raz pierwszy stanął twarzą w twarz, a raczej twarzą w czaszki, z tuzinem kościotrupów, przeraził się co niemiara. By serce nie wyskoczyło mu z piersi, wmówił sobie, że to nic takiego. W końcu gdyby odnalazł choćby kostkę na powierzchni, byłby zachwycony, nie było więc najmniejszego powodu do paniki z powodu kości głęboko pod ziemią, prawda? To brzmiało przekonująco. No i sprawiło, że jego serce pozostało na swoim miejscu.

Gdy Cruz uświadomił sobie, że przetrwał upadek w jednym kawałku, w pierwszym impulsie sięgnął do górnej kieszeni kombinezonu, by wyjąć Mell, niezawodnego drona w kształcie pszczoły. Mell mogłaby polecieć na powierzchnię, by sprowadzić pomoc. Niestety, kieszeń okazała się pusta. Zostawił minidrona na pokładzie Oriona. Parę tygodni wcześniej Bryndis pokazała mu niebieskie drzwi. Zwróciły jej uwagę, gdy biegała po dolnym pokładzie statku. Mell przycupnęła nad tajemniczymi drzwiami, by nagrywać wszystkich, którzy wchodzą do pomieszczenia lub je opuszczają. W krótkim czasie zarejestrowała Jericho Milesa, technika, który pracował w ściśle tajnym laboratorium Syntezy w podziemiach Akademii. Co sprawiło, że wywiało go aż na pokład Oriona? Zdaniem Emmetta Cruz prawdopodobnie martwił się na zapas – w końcu praca dla Akademii Odkrywców stanowiła doskonały pretekst, by pracownik Syntezy mógł podróżować po całym świecie, prowadząc tajne badania. Mimo to Cruz miał wrażenie, że chodzi o coś więcej.

Zerknął na opaskę SOS, która stanowiła część szkolnego Systemu Organicznej Synchronizacji (ponieważ otwierała wiele drzwi w Akademii i na pokładzie Oriona, niektórzy twierdzili, że SOS to skrót od „Sezamie, otwórz się”). Na złotym wyświetlaczu widniała godzina 3.12. Serio?


Tkwił tu już jedenastą godzinę! Cyfry stopniowo zanikały. Widocznie padała bateria zasilanego energią słoneczną minikomputera. Cruz gwałtownie wypuścił powietrze. Do tej pory wszelkie próby kontaktu z powierzchnią spełzły na niczym.

Nacisnął przypinkę, by uruchomić komunikator.

– Cruz Coronado do Marisol Coronado.

Ciocia nie odpowiedziała.

Ponownie dotknął przypinki odrętwiałymi z zimna opuszkami palców.

– Cruz do Emmetta Lu?

Nic. Kolejno próbował wywołać pozostałych członków ekipy: Sailor York, Bryndis Jónsdóttir i Dugana Marsha. Bezskutecznie.

Nim znalazł się w tarapatach, wybrał się na zajęcia archeologiczne w terenie wraz z pozostałymi odkrywcami. Misja rozpoczęła się jako klasowe zadanie na pokładzie Oriona. Ekipa Cousteau – grupa Cruza – analizowała akurat zdjęcia satelitarne w poszukiwaniu jam wykopanych przez przestępców plądrujących grobowce, gdy natrafiła na zarys nieznanego obiektu o znaczeniu archeologicznym. Przekonani, że uczniowie odkryli starożytną świątynię lub starożytny grobowiec, ciocia Marisol wraz z doktorem Lubenem zabrali dwadzieścioro troje odkrywców na stanowisko archeologiczne w Turcji. Cruz prowadził prace wykopaliskowe ramię w ramię z pozostałymi członkami ekipy, ale oddalił się na moment, by przyjrzeć się wychodni skalnej. Resztę pamiętał jak przez mgłę. W jednej chwili badał prehistoryczne malowidła naskalne, a w następnej już spadał w głąb ziemi. Miał jednak szczęście. Według wskazań opaski SOS okupił upadek jedynie lekkim wstrząśnieniem mózgu i drobnymi stłuczeniami. Mogło być gorzej. Gdyby wylądował parę metrów bardziej w lewo, uderzyłby nie w gęsty pył, lecz w litą skałę.

 

Nagle Cruz usiadł prosto. Dotarło do niego, że nim runął w przepaść, wydarzyło się coś jeszcze... Poczuł nacisk. Nie spod stóp, więc nie było to trzęsienie ziemi ani osuwisko. Bardziej...

Pchnięcie. Tak. Gdy tylko się wychylił, by spojrzeć w dół, poczuł dotknięcie między łopatkami. Spowijająca go mgła niepewności zaczęła ustępować. Upadek nie był dziełem przypadku. Ktoś go pchnął! Nie miał wątpliwości, kto za tym stał: Mgławica. Kilka tygodni wcześniej otrzymał anonimowy liścik z ostrzeżeniem, że szpiedzy Mgławicy zamierzają ukraść jego dziennik i pozbawić go życia, nim skończy trzynaście lat. Jednak obecnie dziennik nadal spoczywał u niego bezpiecznie w lewej górnej kieszeni kombinezonu. Był 29 listopada. Dzień jego trzynastych urodzin.

– Dwa zero dla mnie, Mgławico! – krzyknął w pustkę. – Nadal żyję!

„Yję... yję... yję...”, odparło z dumą echo.

Ale jak długo?

Nie tak planował spędzić urodziny. Tata miał zadzwonić z życzeniami. Zresztą może już dzwonił. Cruz tak bardzo chciał z nim porozmawiać. I z mamą. Ale tylko jedna z tych rozmów była możliwa. Ciekawe, czy tata kupił mu tę nową hydropłatową deskę surfingową, o którą tak prosił. No, błagał. Rozejrzał się po skalnej celi. Miał wrażenie, że jego dom znajduje się w odległej galaktyce.

Sam był sobie winien. Złamał dwie najważniejsze zasady odkrywców. Zasadę numer jeden: nigdy nie oddalaj się samemu. I numer dwa: zawsze powiadamiaj kierownika ekspedycji, dokąd się wybierasz. Cruz zbagatelizował jedno i drugie. Jednak to doktor Luben wskazał mu tę nietypową grotę. Jedyną nadzieją Cruza było to, że jego nauczyciel na zastępstwie przypomni o tym sobie i skieruje do groty ekipę poszukiwaczy. Marna szansa, ale nic innego mu nie pozostało.

Cruz przesunął się nieco dalej, by uniknąć kapiącej wody, która przyjęła już postać cienkiej strużki. Dźwięk wody sprawiał, że poczuł pragnienie. Żałował, że nie może przyłożyć ust do strużki i zaspokoić pragnienia, ale wiedział, że nie powinien. W wodzie mogły znajdować się bakterie, pasożyty albo szkodliwe związki chemiczne. Gdyby tylko miał przy sobie aluminiową butelkę i zestaw przetrwania, mógłby ją uzdatnić. Jednak zarówno butelka, jak i telefon, tablet i reszta sprzętu były w plecaku. Cruz nie miał pojęcia, gdzie się podział – możliwe, że zahaczył nim o jedną z ostrych skał, które go raniły podczas upadku.

Zaburczało mu głośno w brzuchu. Jak długo mógł się obyć bez wody i jedzenia? Emmett z pewnością by wiedział (i to pewnie co do minuty). Cruzowi coś świtało, że bez dostępu do wody pitnej mógł pociągnąć trzy lub cztery dni. Cztery dni oczekiwania na śmierć? Co to, to nie.

Przed zaśnięciem obmacał ściany w poszukiwaniu tunelu. Bez skutku, ale wtedy był obolały i w szoku. Mógł coś przeoczyć. Poruszając się na czworakach, zaczął pełznąć wzdłuż ścian. Tym razem poruszał się znacznie wolniej, badając je centymetr po centymetrze. Musiało istnieć jakieś wyjście.

„Albo i nie”.

Skrzywił się, delikatnie odtrącając czaszkę, która poturlała się gdzieś w bok.

Mniej więcej w połowie drogi natrafił na stertę kamieni opartą o przebiegającą po łuku ścianę. Możliwe, że blokowały przejście. Jeden po drugim zaczął rzucać na boki kamienie wielkości piłek do koszykówki. Po chwili złapał rytm. Kucnąć, wyprostować się, obrócić, rzucić. Kucnąć, wyprostować się, obrócić, rzucić.

Po dziesięciu minutach już sapał i miał zamiar zrobić sobie przerwę, gdy zorientował się, że namokły mu buty. Przez otwór, nad którym pracował, zaczęła przedostawać się woda. A skoro tak...

To może właśnie tamtędy wydostanie się na wolność! Zagęścił ruchy. Odrzucił kilka kolejnych kamieni, po czym skulił się i wślizgnął do powstałej szpary. Przed sobą nie poczuł niczego prócz kolejnych skał. Ślepa uliczka. Bardzo wilgotna ślepa uliczka.

Wycofał się i zaczął tamować otwór kamieniami, układając je jak najgęściej. Robił, co mógł, ale nie potrafił powstrzymać napływu wody. Grota szybko się napełniała. Musiał wspiąć się wyżej. Przeskoczył w jedyne miejsce, jakie zdołał znaleźć: na półkę skalną, położoną niespełna metr nad dnem. Ledwie mógł na niej ustać. Obcasy jego butów dyndały w powietrzu, a pod-bródek tkwił niespełna kilka centymetrów od ściany. W tej pozycji Cruz szukał trasy wspinaczkowej, którą w ostateczności mógłby wydostać się na wolność. Zresztą po chwili nie było już innego wyboru.

Znalazł kilka chwytów na stopy, ale miał trudności ze znalezieniem chwytów na dłonie. Nie mógł się odchylić, bo by spadł. Gdy woda chlupotała mu już w butach, sięgnął dłonią ponad głowę. Po omacku uczepił się skały. Czas uciekał nieubłaganie. Cruz stanął na palcach i zaczął wodzić dłońmi po ścianie, szukając jakiegoś szczebla, wybrzuszenia, szczeliny, czegokolwiek, co mogłoby posłużyć mu za chwyt. Nic. A poziom wody coraz szybciej się podnosił. Sięgała mu już kostek... łydek...

Uderzał dłońmi o ścianę. Jej chropowata powierzchnia rozdzierała mu skórę.

Tam! Chwyt! Nieduży, ale ujdzie. Gdy woda sięgnęła mu do kolan, obiema dłońmi uczepił się wypukłości. Uniósł prawą stopę, postawił w chwycie i podciągnął ciało. Uniósł lewą stopę i próbował umieścić ją tam, gdzie powinna być kolejna szczelina, ale natrafił jedynie na płaską skałę. Uniósł stopę, by poszukać innego miejsca. Zataczał nią koła, ale nadaremno. Zaczęły mu drętwieć palce. Do licha, gdzie ta szpara? Jego kłykcie zsuwały się z chwytu. Jeśli lada chwila nie znajdzie kolejnego punktu zaczepienia, straci...

– Aaajjj!

Runął do tyłu z wielkim pluskiem. Wszystko na nic. Ze złością uderzył dłońmi w taflę wody, ale po pięciu sekundach znów zerwał się na równe nogi. Całe szczęście dzięki dyrektorce pracowni technologicznej Oriona, Fanchon Quills, ich kombinezony były nieprzemakalne, ale miał wrażenie, że nie powstały z myślą o pływaniu. A właśnie to go czekało za parę minut. Zasunął lewą górną kieszeń, w której trzymał holodziennik mamy, po czym upewnił się, że prawa dolna też jest zasunięta. W niej miał Kulę-Zwiewulę. Całe szczęście obie kieszenie były wodoszczelne.

Gdy zasuwał zamek pod sam kołnierz, poczuł, jak coś uwiera go z tyłu w szyję. Sięgnął tam dłonią i jego palce spoczęły na metalowym uchwycie. Zgadza się! Każdy kombinezon wyposażony był w dwa awaryjne systemy przetrwania: spadochron, który w tej sytuacji był bezwartościowy, oraz prowizoryczną kamizelkę ratunkową, która przyda się bez dwóch zdań! Tyle tylko, że Cruz nie wiedział, jak ją nadmuchać. Niemal słyszał w głowie słowa opiekunki rocznika, Taryn Secliff: „Wiedziałbyś, co robić, gdybyś tylko wcześniej zapoznał się z instrukcją obsługi kombinezonu”.

„Wiem, Taryn, wiem...”

Cruz rozpiął pasek i rozsunął kombinezon. Wyswobodził się z rękawów i odwrócił kurtkę na drugą stronę. Przy kołnierzu znalazł małą plastikową rączkę oznaczoną literą „S” – jak „spadochron”. No dobrze, to gdzie rączka, dzięki której kombinezon będzie unosił się na wodzie? Gorączkowo zaczął wodzić dłońmi po spodniej warstwie kombinezonu. Nic. Jęknął.

– Jak mam niby uruchomić tę głupią kamizelkę ratunkową?

– Potwierdzam aktywację urządzenia wypornościowego. – Dobiegł go spokojny kobiecy głos. Należał do Fanchon! – Cruzie Coronado, przygotuj się do aktywacji urządzenia – powiedziała Fanchon. – Jej głos dochodził z opaski SOS! Czad. Dzięki temu, że kombinezon połączony był z opaską, mógł wydawać mu polecenia. Czemu wątpił, że gdy zawiedzie wszystko inne, nadal będzie mógł polegać na opasce SOS?

Ale co miała na myśli Fanchon, oznajmiając, że powinien się przygotować? Chciał już o to zapytać, gdy komputerowy głos wydał kolejne instrukcje:

– W pełni zabezpiecz kurtkę, kieszenie i rękawy. Rozpoczynam dziesięciosekundowe odliczanie. Dziesięć... dziewięć... osiem...

– Zaczekaj!

Cruz narzucił kurtkę na ramiona i wepchnął dłonie w rękawy. Woda sięgała mu już ponad kolana. Zaczął tworzyć się nurt. Musiał szerzej rozstawić nogi, by zachować równowagę w wirującej toni.

– Sześć... pięć...

Mocno zabezpieczył rękawy ściągaczami, po czym zasunął zamek tak szybko, że z pewnością go uszkodził.

– Dwa... jeden – powiedziała Fanchon. – Rozpoczynam aktywację urządzenia wypornościowego.

Materiał kurtki zacisnął się na biodrach Cruza. Rękawy i kołnierz też się zaciskały. Nagle po plecach przebiegł mu strumień powietrza, po którym przeszły go ciarki. Patrzył, jak powoli pompują się rękawy. W miarę jak zwiększały objętość, jego ręce odchodziły na boki. Pęczniała mu również klatka piersiowa. Całość nadmuchała się w niespełna piętnaście sekund. Poczuł się jak ogromna pianka cukrowa.

Poziom wody się podnosił... Sięgała mu już do bioder... do brzucha... do żeber...

Gdy dotarła do klatki piersiowej, Cruz podkulił nogi, by przekonać się, czy urządzenie utrzyma jego ciężar. Udało się! Unosił się na powierzchni. Był coraz wyżej. Dziwnie się czuł, mając świadomość, że wznosi się ku temu samemu miejscu, przez które dostał się na samo dno, ale przynajmniej poruszał się we właściwym kierunku. Nie był pewien, na jaką spadł głębokość. Zmrużył oczy, szukając w skale otworu.

O kurczę. Kłopoty. Właściwy otwór znajdował się po przeciwległej stronie. Nie! Czym prędzej musiał się tam dostać. Kopnął nogami i zamachnął się rękoma, by oddalić się od niewłaściwej dziury, ale nurt był zbyt silny. Porwała go woda . Rzuciło nim o ścianę. Zalało mu nos i gardło. Kasłał, usiłując wykrztusić wodę, a jednocześnie zaczerpnąć powietrza.

Gdy tylko odzyskał wzrok, uświadomił sobie, że nurt zabrał go w wąski tunel. Oczywiście! To pewnie dawna jaskinia lawowa. Gdy woda zrównała się z poziomem tunelu, wyrzuciło go kaskadą niczym bezbronnego pająka znikającego w otworze odpływowym wanny. Woda wzburzyła się do tego stopnia, że Cruz miał wrażenie, iż spływa odcinkiem rzeki o najbystrzejszym nurcie. Tyle że nie miał pontonu. Sam nim był! Wartki nurt rzucał nim od jednej ściany tunelu ku drugiej.


Odbijając się tak, spojrzał przed siebie i spostrzegł, że to jeszcze nie koniec kłopotów. W odległości około trzydziestu metrów tunel rozwidlał się, a nurt pchał go prosto na skały między obiema odnogami. Którą powinien wybrać? Zamachnął się mocno prawą nogą i spróbował sterować prawą ręką, by trafić do lewego tunelu. Marna szansa! Odwrócił głowę i przygotował się na czołowe zderzenie ze ścianą. Uderzył ramieniem w skałę, ale trafił tam, gdzie chciał. Niemal momentalnie odczuł, że napór wody zelżał. Czyżby spowalniał? Tak! Poziom wody też się obniżał. Po kolejnych kilkunastu metrach był już w stanie dotknąć dna tunelu. Badając je podeszwami butów, zahamował przed mielizną. Wykończony, padł na wilgotny żwir i zaczął głośno sapać.

– Dezaktywuj... urządzenie wypornościowe.

– Potwierdzam. Spuszczam powietrze. – Z wnętrza napuchniętej kurtki dobiegł go stłumiony głos Fanchon. Cruz zaczął dygotać, gdy powietrze opuszczało kurtkę przez rękawy, poły i kołnierz. – Uwaga! – zakomunikowała Fanchon. – Opaska Systemu Organicznej Synchronizacji wyczuwa przyśpieszone tempo, podwyższoną temperaturę, niedobór kalorii, odwodnienie, nierównowagę elektrolitów.

– Dobra, dobra – burknął Cruz. – Opasko SOS, przełącz się na tryb wyświetlacza.

– Potwierdzam.

Cruz zazwyczaj wyświetlał dane bezpośrednio na opasce – nie przepadał za trybem głośnomówiącym. Jednak podczas szamotaniny najwidoczniej wybrał taką opcję na ekranie. Gdy kurtka odzyskała pierwotną formę, Cruz przetoczył się na bok. Miał wrażenie, że ma nogi z ołowiu. Ręce też. Bolały go nawet oczy. Tracił ostrość widzenia.

Zmrużył oczy.

Czy to...?

Wąż! Podparł się dłońmi, po czym w rekordowym tempie przeczołgał się krabim chodem przez żwir i piach, aż wreszcie natrafił na ścianę. W uszach czuł, jak buzuje mu krew. Drżącymi palcami sięgnął do zamka kieszeni, w której spoczywała Kula-Zwiewula. Jedno tryśnięcie wystarczyłoby, by sparaliżować człowieka na dobry kwadrans. Miał nadzieję, że osiągnie ten sam efekt w przypadku dużego, czarnego, jadowitego węża. Po omacku sięgnął po kulę. Wycelował. Wąż wypełznął zza rzeźbionej kamiennej kolumny...

 

Chwila. Rzeźbionej kolumny? W jaskini?

– Światło: pełna moc – wyszeptał do opaski SOS.

Wiedział, że bateria jest już na wyczerpaniu, ale musiał się temu przyjrzeć.

W miarę jak wiązka światła z opaski SOS stopniowo oświetlała otoczenie, Cruz wpadał w coraz większe zdziwienie. Za wężem, który szczęśliwie wykonany był z kamienia, znajdował się labirynt ruin. Pradawne miasto! Czyżby śnił na jawie?

Cruz powoli wstał, po czym podreptał chwiejnym krokiem ku rozległej konstrukcji połączonych ze sobą struktur. Kilka prostokątnych ścian z suszonych glinianych cegieł zachowało się w nienaruszonym stanie, jednak liczne się zawaliły. Cruz był w stanie przejść przez gruzy do pomieszczeń. Większość miała te same kształty i rozmiary. Ściany zostały pokryte gipsem i zaszpachlowane. Ich gładkie powierzchnie zdobiły czerwono-czarne geometryczne malowidła przedstawiające ludzi, kwiaty i zwierzęta – ptaki, niedźwiedzie, lamparty, psy i bydło. Uwagę chłopaka zwróciła jedna ze ścian, na której na wysokości ramion zostały podwieszone rogi byka lub wołu. Cruz nie był pewien gatunku, ale sama technika była mu doskonale znana.

– Bukranion – wyszeptał.

Termin ten poznał dzięki cioci Marisol. Bukranion to motyw dekoracyjny pochodzący z epoki kamienia. Nasi przodkowie pokrywali czaszki i rogi dużych zwierząt gipsem, a następnie wieszali je w domach i świątyniach. Jak wspomniała ciocia, czasami otaczały miejsca pochówku, co miało w symboliczny sposób je chronić. Cruz znał ten motyw jedynie z pocztówek, które kiedyś wysyłała mu ciocia. Podszedł do ściany, by przyjrzeć się z bliska gładkim, białym jak kreda rogom.

Miał już pójść dalej, ale po dosłownie paru krokach wśród gruzu zauważył jakiś błysk. Podniósł figurkę wielkości dłoni. Strząsnął z niej kurz.

Przypominała jelenia, chociaż równie dobrze mogła przedstawiać konia. Wskutek upływu czasu detale uległy zatarciu. Nie była pomalowana. Zwierzę z ciekawością spoglądało w górę. Malutkie czarne oko mieniło się w świetle opaski. Strzelał, że było wykonane z obsydianu. Przed tysiącami lat z tej ostrej szklanej skały wulkanicznej przypuszczalnie wyrabiano wszystko od broni i narzędzi po dzieła sztuki. Drugi oczodół jelenia był pusty. Cruz zacisnął dłoń na figurce i kontynuował ostrożną wędrówkę wśród ruin. Na skraju labiryntu znajdowała się obecna ściana jaskini, która w dolnej części przykrywała wysoką, okrągłą kamienną budowlę. Czymkolwiek kiedyś była – świątynią czy teatrem – tkwiła pod tonami gruzu i skał. Wśród ruin Cruz dostrzegł jedynie kilka metrów przebiegającej po łuku ściany. Czyżby to był fragment budowli, którą odnalazł na mapie satelitarnej?

Jeśli tak, to by znaczyło...

Że trafił w dziesiątkę! Odnalazł stanowisko, którego szukali! Odchylił głowę.


– Juhu!

Jego głos nadal niósł się echem po kamiennej sali, gdy zgasło światło opaski SOS. Zapadły egipskie ciemności. Znów. Najkrótsze świętowanie sukcesu w dziejach.

No dobrze. Dokonał największego odkrycia archeologicznego w swoim życiu, ale na niewiele mu to przyjdzie, jeśli jego życie dobiegnie kresu tu i teraz. Padł na kolana. Wbił wzrok w jelenia i poczekał, aż jego oczy przyzwyczają się do ciemności. Znów zaburczało mu w brzuchu. Miał spierzchnięte usta i sucho w gardle. Czuł, jakby jego głowę zamiast mózgu wypełniała miękka, puchata wata.

Mógłby zmrużyć oczy. Tylko na minutkę.

Jednak minuta przerodziła się w dwie, a dwie – w trzy...

Jego uszu dobiegł jakiś dźwięk. Brzmiał jak zakłócenia radiowe i dochodził z opaski SOS.

– Em... do... onado.

– Emmett? – Cruz otworzył szeroko oczy. – Emmett, tu Cruz! To ja. Jestem! Tu jestem! Słyszysz mnie?

Dobiegły go okrzyki radości.

– Słyszymy cię! – potwierdził Emmett. – Próbujemy się z tobą skontaktować od kilku godzin.

– Ja tak samo.

– Cruz, nic ci nie jest? – zapytała ciocia.

Chłopak dotknął ikonki zdrowia na opasce.

Stan ogólny dobry. Brak zagrożenia.

Dziwne. Czy wcześniej opaska nie raportowała, że miał wstrząśnienie mózgu i złamał prawy paluch u stopy? Albo szwankowała, albo wszystko mu się przyśniło.

– Nie, ciociu... Wszystko gra – odparł. Na te słowa jego żołądek wydał dźwięk, który przypominał startujący samolot. – No, może jestem nieco głodny i zmęczony, ale poza tym nic mi nie jest. Jak mnie znaleźliście?

– Ustaliłem twoje położenie za pomocą opaski SOS – wyjaśnił Emmett.

Cruz splótł dłonie.

„Dziękuję, opasko SOS!”

– Nim złapałem sygnał, minęły całe wieki – dodał kolega. – Widocznie trochę się ruszałeś.

Cruz prychnął.

– Troszeczkę.

– Wygląda na to, że jesteś w odległości pół mili od jednego z wejść na powierzchni – powiedział Emmett.

– Naprawdę? Tu na dole jest ciemno. Którędy pójść, by...

– Nie ruszaj się – uciął Emmett. – Nie chcę znów stracić sygnału. Zostań tam, gdzie jesteś.

– Przyjdziemy ci z pomocą. – Tym razem odezwał się Dugan.

– Mamy zapasy – dodała Sailor. – Zabierzemy ze sobą jedzenie, wodę, koce i zestaw pierwszej pomocy. Potrzebujesz czegoś jeszcze?

– Nie. – Wystarczyło, że zjawią się przyjaciele z ekipy.

– Przedzwonię do twojego ojca – powiedziała ciocia Marisol. – Nie ruszaj się z miejsca. Zjawimy się jak najszybciej.

– Zgoda. Bez odbioru.

– Czekaj! – zawołał Emmett. – Prawie byśmy zapomnieli. Jeszcze jedno...

„No nie, co jeszcze?”

– Co takiego?

– Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! – odpowiedzieli chóralnym tonem odkrywcy.

Cruz nawet się uśmiechnął. Nie tak wyobrażał sobie trzynaste urodziny, ale jedno było pewne: nigdy ich nie zapomni.