Explorer Academy: Akademia odkrywców. Tajemnica mgławicy

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Co jest prawdą, a co fikcją?

To oni nas zainspirowali!

Podziękowania

Okładka


Tytuł oryginału: Explorer Academy. The Nebula Secret

Tekst: Trudi Trueit

Ilustracje na okładce: Antonio Javier Caparo

Layout i projekt okładki: Eva Absher-Schantz

Ilustracje w środku: Scott Plumbe

Tłumaczenie: Krzysztof Kietzman

Redakcja: Barbara Szymanek

DTP: Marzena Andziak

Copyright © 2018 National Geographic Partners, LLC. All Rights Reserved.

Published by National Geographic Partners, LLC, 1145 17th St., N.W., Washington, D.C. 20036

Copyright © 2018 Polish edition National Geographic Partners, LLC. All Rights Reserved

Licensed by Firma Księgarska Olesiejuk spółka z ograniczoną odpowiedzialnością

Wydawnictwo Olesiejuk, an imprint of Firma Księgarska Olesiejuk spółka z ograniczoną odpowiedzialnością

National Geographic and the Yellow Border Design are registered trademarks of National Geographic Society and used under license.

ISBN 978-83-274-8551-9

Firma Księgarska Olesiejuk spółka z ograniczoną odpowiedzialnością

05-850 Ożarów Mazowiecki

ul. Poznańska 91

wydawnictwo@olesiejuk.pl

www.wydawnictwo-olesiejuk.pl

Dystrybucja: www.olesiejuk.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.

National Geographic Society opłaciło ponad 12 000 badań naukowych, projektów ochrony przyrody oraz projektów badawczych. Środki finansowe otrzymywane na tę działalność od National Geographic Partners, LLC częściowo pochodzą z dochodów ze sprzedaży tej publikacji. Aby dowiedzieć się więcej, odwiedź stronę natgeo.com/info.

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

DLA WILLIAMA,

DLA KTÓREGO WARTO

PODEJMOWAĆ WYZWANIA

T.T.

WYSTARCZY ODPOWIEDNIO ZASTOSOWAĆ I UKIERUNKOWAĆ ENERGIĘ, A OSIĄGNIE SIĘ WSZYSTKO.

Nellie Bly (1864–1922)

38°N | 77°W

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


CRUZ!

Zawołanie bez trudu dotarło do niego wśród fal. Cruz obrócił się i ujrzał na brzegu machającego ojca. Jeszcze nie pora, by zbierać manatki, prawda? Zanurzony po kolana w ciepłej morskiej pianie, uniósł dłoń. Rozczapierzył palce, by poprosić – wybłagać – o kolejne pięć minut. „Proszę”, szepnął wieczornej bryzie.

Za mniej więcej trzy godziny miał udać się w podróż do Akademii Odkrywców. Z Kaua’i do stolicy Stanów Zjednoczonych, Waszyngtonu, było daleko – dokładnie 4882 mile. Nagle ogarnął go strach. A co, jeśli z nikim się nie zaprzyjaźni? Jeżeli nie podoła nauce? Zawiedzie rodzinę, nauczycieli i wszystkich tych, którzy widzieli w nim potencjał, jakiego on sam nie dostrzegał?

Ojciec uniósł kciuk na zgodę.

TAK!

Cruz momentalnie przegonił negatywne myśli i zwrócił się ku pomarańczowemu zachodowi słońca w zatoce Hanalei. Jeszcze przyjdzie pora na rozmyślania. Położył się brzuchem na desce surfingowej i energicznie zamachał rękoma w letniej wodzie, tak jak tysiące razy wcześniej. Tata zawsze żartował, że więcej czasu spędza w wodzie niż na lądzie, co zresztą nie odbiegało od prawdy. Uwielbiał łagodne kołysanie fal. Woda była przewidywalna. Relaksowała go.

Gdy kolejna fala była bliska przełamania, uczepił się mocno dłońmi boków deski. Sprawnie skierował przód deski pod czoło fali, by przyjąć uderzenie wody. Po wynurzeniu odpłynął na pewną odległość i obrócił się o czterdzieści pięć stopni, tak by ustawić się równolegle do plaży, a dokładnie – do końca długiego pomostu. Usiadł okrakiem na desce i zaczął wymachiwać nogami. Lubił miejsce startu. „Cisza przed burzą” – mawiała Lani. Kołysząc się na wodzie, potrafił o niczym nie myśleć. A dzień przed wyjazdem nie zamierzał myśleć. Chciał doświadczać. Wszystkiego, czego tylko się da. I zapamiętać to uczucie.

Po lewej, za półkolistą zatoczką, na północnym brzegu wyspy wznosiły się szmaragdowe szczyty gór. W gasnącym świetle łatwo było dostrzec białe wodospady opadające kaskadami ze stoków. Cruz bez trudu zobaczył ojca przemierzającego parking – miał na sobie tak jaskrawą koszulę w żółto-niebieskie zygzaki, że musiały widzieć go załogi jachtów z odległości dwudziestu mil od brzegu. Pewnie kierował się do Słonecznego Szałasu, rodzinnego sklepu surfingowego, by zamknąć go na noc. Cruz spojrzał w prawo, na ciemnopomarańczowe zachodzące słońce. Przypominało mu świecącą kulę, która specjalnie dla niego rozłożyła na wodzie świetlisty dywan, by się z nim pożegnać. Jedno było pewne – będzie tęsknił.

„Wiesz, wcale nie musisz tam jechać” – skwitowała minionej wiosny Lani, gdy zdradził jej, że został przyjęty do Akademii. Jej słowa boleśnie go zraniły. Lani była jego najlepszą przyjaciółką – osobą, która w każdej innej sytuacji potrafiła dostrzec jasną stronę. Ale prawdę powiedziawszy, nie miał jej tego za złe. Oboje złożyli papiery do Akademii, ale koniec końców dostał się tylko on. Nie mógł w to uwierzyć. Był pewien, że kogo jak kogo, ale z pewnością przyjmą Lani – w końcu była znacznie mądrzejsza i bardziej pomysłowa. Jednak to on dostał oficjalne pismo. On. Musiał przyznać, że robiło wrażenie – fantazyjny pergamin wieńczyła połyskliwa złota pieczęć.

Ciocia Cruza, Marisol, która wykładała w Akademii antropologię, zdradziła, że szkoła przyjmuje co roku jedynie około dwudziestu pięciu osób z całego świata. Cruza niewątpliwie spotkał wielki zaszczyt, ale w głębi duszy niepokoił się, czy na pewno na niego zasłużył. Podejrzewał, że to ciocia Marisol szepnęła dobre słowo komisji rekrutacyjnej. Możliwe też, że na decyzji zaważyło poczucie winy. Dawniej na miejscu pracowała również jego mama – była neurobiologiem w jednostce Synteza, placówce naukowej Stowarzyszenia. Zginęła w strasznym wypadku, do którego doszło w laboratorium przed siedmioma laty. Śmierć poniósł również jej kolega po fachu, doktor Elistair Fallowfeld. I na tym kończyła się wiedza chłopaka i jego rodziny. Mama po prostu miała pecha – znalazła się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie. Cruz nie znosił tego określenia. Czyż nie każdy, kto ginie w wypadku, nie znajduje się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie?


– Myślałam, że mamy pójść do Akademii razem – powiedziała Lani.

– No tak, ale ciocia Marisol uważa, że…

– Oczywiście, że twoja ciotka chce, żebyś poszedł teraz. W końcu tam pracuje. Dziwisz się jej?

Cruz wiedział, że uradowałby Lani, prosząc szkołę o możliwość rozpoczęcia nauki od następnego roku. Przyjaciółka zyskałaby kolejną szansę na przyjęcie. Nie był jednak pewien, czy to taki świetny pomysł. Bał się, że jeśli nie złoży dokumentów w tym roku, zaprzepaści szansę bezpowrotnie. Ale to nie wszystko. Miał przeczucie. Nie, to nawet nie to… Nie potrafił tego ująć w słowach – wiedział po prostu, że powinien poddać się biegowi wydarzeń.

 

– Uważam… – Wziął głęboki oddech. – Uważam, że powinienem zacząć już w tym roku.

Na te słowa Lani uniosła ręce w geście rezygnacji.

– Jasne. Rób, jak chcesz. Powodzenia.

– Ale nie złość się na mnie. Przecież nadal będziemy ze sobą w kontakcie, nawet gdy już będę na pokładzie Oriona.

Lani z niedowierzaniem uniosła brew.

– Jaaasne. Już widzę, jak do mnie dzwonisz ze statku odkrywców na drugiej półkuli.

– Czemu nie? Wezmę ze sobą Mell.

– Pozwolą ci zabrać mikrodrona?

Mell była sztuczną pszczołą Cruza – miniaturowym dronem wielkości kciuka. Chłopak dostał go w ubiegłym roku od ojca, po tym jak skręcił kolano. „Zobaczysz fale, mimo że ich nie poczujesz” – usłyszał. Szczęśliwie Cruz szybko wylizał się z kontuzji i ostatecznie przesiedział w domu tylko kilka dni.

– Ma się rozumieć! – Cruz obdarzył przyjaciółkę uśmiechem. – Sama widzisz, nie będzie tak źle. Opowiem ci, jak tam jest naprawdę, więc gdy dostaniesz się za rok, będziesz na wszystko przygotowana. Wyobraźmy sobie, że ja jestem u siebie w pokoju, a ty u siebie…

– …a nie po drugiej stronie świata – dokończyła dziewczyna. W jej głosie słychać było smutek. Bawiła się włosami. Cruz wiedział, że to oznaka rezygnacji.

– Lani, proszę. Potrzebuję twojego wsparcia.

– No dobrze już, dobrze. Ale ani mi się waż nie odzywać, bo jak będzie trzeba, to wytropię cię nawet na biegunie północnym.

Wiedział, że Lani nie żartuje. Gdy Leilani Kealoha coś sobie postanowiła, nie było przebacz.

– No pewnie – obiecał. – Przysięgam na ciasto z gujawą mojego taty.

Dziewczyna skrzyżowała ręce.

– Przecież wiesz, że nie znoszę ciasta.

„Ach, te kobiety”.

Zaraz! Cruz zauważył nadciągającą falę. Położył się na desce. Gdy wzbierała za nim woda, zwrócił się ku brzegowi i zaczął wiosłować rękoma, mocno i z determinacją. Kluczem do sukcesu był odpowiedni moment. Gdy za wcześnie stanie na desce, przegapi szczyt fali. Za późno – zaliczy kraksę. Już czuł za plecami falę.

„Już prawie… Jeszcze… tylko… kilka… sekund...”

Gdy tylko poczuł, że tylna część deski się unosi, wygiął plecy w łuk, odepchnął się dłońmi i stanął na desce – z prawą nogą wyciągniętą przed siebie, a lewą z tyłu, w pozycji „na Goofy’ego”. Większość praworęcznych surferów trzymała z przodu lewą nogę, ale Cruz był wyjątkiem. Powoli przeszedł do kucków. Gdy tylko załamała się pod nim fala, puścił się deski i wyprostował, rozpościerając ręce dla zachowania równowagi. Ogarnęło go znajome uczucie satysfakcji. Idealnie trafił w najwyższy punkt fali!

– Juhu! – krzyknął, zmieniając kąt nachylenia deski.

O jego twarz uderzała wilgotna mgiełka, gdy sunął po fali układającej się w literę S. Raz za razem przenosił środek ciężkości, wyginając się to w lewo, to w prawo, by rozwinąć maksymalną prędkość i pokonać jak największą odległość. Surfując, czuł się panem świata. Był niezniszczalny! Gdyby tylko trwało to dłużej niż typowa telewizyjna reklama… Cruz płynął ku plaży, aż fala ustąpiła morskiej pianie. Sięgnął do rzepu u kostki, którym przymocowany był do deski, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. Może jeszcze nie minęło pięć minut?

„Jeszcze ostatni raz…”

Wbiegł w spienioną wodę. Rzucił przed siebie deskę, wskoczył na nią i powiosłował do miejsca startu. Jak poprzednio przesunął ciało do przodu, by usiąść na desce okrakiem. Gdy unosił lewą nogę, by sprawdzić zaczep przy kostce, poczuł nagle, jak coś łapie go za prawą piętę. Był pewien, że to nie ryba ani żółw. Poczuł mocne pociągnięcie. To mógł być tylko rekin! Cruz usiłował przechylić się na lewą stronę deski, aby uniknąć zagrożenia, ale drapieżnik nie puszczał. Ciągnął chłopaka pod wodę.

„Nie panikuj! Sprzedaj mu kopa!”


Cruz kurczowo uczepił się deski, jedynej rzeczy, dzięki której utrzymywał się na wodzie, po czym kopnął z całej mocy. Gdyby tylko się odwrócił i zdzielił rekina deską w pysk, udałoby mu się wyswobodzić. Jednak miotał się na wszystkie strony, a w jego głowie kłębił się milion myśli.

„Głupku! Rekiny żerują o zmroku. Trzeba było posłuchać ojca i wyjść na brzeg. Jesteś za młody, by umrzeć!”

Nabierał wody w usta. Dosłownie. Nie mógł oddychać.

„Nie. Nie. NIE!”

Słowa w jego głowie pędziły w rytm uderzeń serca.

Nie zamierzał się poddać.

Pomimo palących płuc resztkami sił Cruz wygiął ciało w ostatniej próbie zadania ciosu. Zamachnął się pięścią i uderzył w coś gładkiego i twardego. Zewsząd otoczyły go bąbelki powietrza. Kątem oka ujrzał żółtego węża. Nie! To jakaś rurka. Żaden rekin – to nurek! Cruz miotał się tak mocno, że oderwał rurkę z butli oddechowej napastnika. Poczuł ostry ból w kostce, aż tu nagle – wolność! Przez chmurę bąbelków dostrzegł jeszcze parę płetw. Nurek oddalał się na bezpieczną odległość.

Cruz zaczął pruć ku powierzchni. Miał wrażenie, że jego klatka piersiowa zaraz eksploduje. Machał szaleńczo rękoma. Zawzięcie kopał, aż w końcu dosięgnął powierzchni. Zaczerpnął tyle powietrza, ile mogły pomieścić płuca. Pływając w miejscu, obrócił się, nerwowo spoglądając to na pomost, to na plażę, to na linię horyzontu. Wykonał kilka pełnych obrotów, ale po napastniku nie było ani śladu.

„Spokojnie. Wszystko w porządku. Już go tu nie ma. Jest okej”.

Deska nadal była przytwierdzona do jego kostki. Spróbował umieścić ją pod brzuchem, ale był tak roztrzęsiony, że ta prosta czynność wyszła mu dopiero za trzecim razem. Chwycił mocno deskę i oglądając się co chwila za siebie, dryfował z falami, aż poczuł pod nogami piasek. Nadal sapiąc, ześlizgnął się na wilgotny piasek. Nigdy wcześniej nie cieszył się tak z faktu, że skończył surfować! Leżał na plecach przez dobrych kilka minut, delektując się oddechem. Czuł mrowienie w palcach i suchość w gardle, a do tego pulsujący ból w prawej kostce . Ale żył!

Spoglądając w ciemnofioletowe niebo na pierwsze tej nocy migoczące gwiazdy, zadawał sobie jedno pytanie: „Dlaczego?”.


PORWAŁO cię tsunami? – zapytał pan Coronado, zamykając za Cruzem drzwi Słonecznego Szałasu.

– Hę?

– Trochę cię poturbowało.

– Nic mi nie jest.

– Skaleczyłeś się w nogę.

– Gdzie? – Cruz dopiero teraz zobaczył czerwoną strużkę ściekającą z rany na prawej kostce. – Widocznie… Widocznie zahaczyłem o koralowca.

Tata poprowadził Cruza do łazienki na tyłach sklepu, gdzie oczyścił ranę.

– No, spora, ale chyba obejdzie się bez szwów. Do wesela się zagoi.

Te słowa miały go uspokoić, ale Cruza aż przeszedł dreszcz. Miał szczęście, że wyszedł z tej przygody cało. Może powinien wyjawić, co tak naprawdę się stało? Bał się jednak, że tata zmieni zdanie w sprawie Akademii. I tak nie był do końca przekonany. Początkowo nie chciał, by Cruz się tam uczył. Powiedział, że jest za młody, szkoła znajduje się daleko, a same ekspedycje są zbyt niebezpieczne, jednak obaj wiedzieli, że za sprzeciwem ojca stoi powód, który nie miał nic wspólnego z wiekiem, odległością czy zagrożeniami.

Po śmierci matki Cruza przeprowadzili się z powrotem na Kaua’i, gdzie chłopiec spędził dziecięce lata. Nie było łatwo zaczynać od początku, ale jakoś się udało. Pan Coronado otworzył Słoneczny Szałas, a Cruz zaczął chodzić do szkoły i poznał przyjaciół, z którymi fajnie spędzał wolny czas. Wraz z tatą surfowali przy każdej, nawet najbardziej niepozornej plaży na wyspie. Przeszli dziesiątki szlaków – od łańcucha Śpiącego Olbrzyma na wschodzie po wodospady Waipo’o na zachodzie. Zapisali się nawet na kurs wspinaczki górskiej. Z czasem odnaleźli spokój. Dziś między nimi dobrze się układało – może nie idealnie, ale już nie cierpieli. Jak plaża podczas odpływu, ich życie było stabilne i przewidywalne. A teraz Cruz chciał wrócić do miejsca, gdzie wszystko zostało wywrócone do góry nogami, by narazić się na rozjątrzenie ledwie zagojonych ran.

– Przyznam, że nie do końca rozumiem. – Ojciec spojrzał na niego z niedowierzaniem. – Po tym wszystkim, co się wydarzyło, chcesz pojechać akurat tam?

– Chcę jeździć wszędzie, tato. Chcę być podróżnikiem.

– Byłeś taki młody. Jak mógłbyś pamiętać…?

Co fakt, to fakt. Cruz stracił mamę w wieku pięciu lat. Może gdyby zapamiętał więcej ze wspólnych lat, nie myślałby teraz o powrocie i cieszył się tym, co ma. Lub byłby przerażony tym, co go czeka.

– Cruz? – Ojciec wyrwał go z zadumy.

– Tak?

– Pytałem, czy to jedyna rana. Uderzyłeś się w głowę?

– Nie.

– Odpocznij w pokoju, poradzę sobie w sklepie. Przy okazji, zaglądała tu Lani.

– Naprawdę?

Cruz zdziwił się, że nie zeszła na plażę.

– Zostawiła coś dla ciebie. Sekundkę.

Pan Coronado poszedł na przód sklepu i wrócił po chwili z niewielką turkusową torebką prezentową.

Ze środka Cruz wyjął kartkę i białe kwadratowe pudełko. Najpierw otworzył kartkę.

Od dziś będziesz mógł sterować Mell wszędzie i o każdej porze. No, może nie wszędzie. Zasięg urządzenia wynosi około 4000 stóp.

Aloha! Lani

PS Mówiłam ci, że dam sobie radę!

Cruz uniósł wieko. Na bawełnianej poduszeczce spoczywała malutka przypinka w kształcie plastra miodu. Na twarzy chłopaka pojawił się uśmiech. Lani zawsze była skora do podjęcia wyzwania i zawsze stawiała na swoim.

– Udało jej się!

– Co to takiego? – zaciekawił się tata.

– Urządzenie do komunikacji z Mell – odparł Cruz, trzymając przypinkę między kciukiem a palcem wskazującym. – Dzięki Lani będę mógł wydawać komendy głosowe i nie będę musiał korzystać ze zwykłego kontrolera albo smartfona. Jestem prawie pewien, że pomagała jej w tym mama, ale mimo to…


– Leilani jest bardzo bystra – dokończył pan Coronado.

Całkowicie zapomniawszy o bolącej kostce, Cruz popędził schodami do mieszkania nad sklepem. Wparował do swojego pokoju i przypiął komunikator do koszulki.

– Mell, włącz się – powiedział głośno i wyraźnie.

Spoczywający na półce malutki owad z włókna węglowego zmienił kolor oczu z czarnego na złoty. Komunikator działał!

– Mell, do mnie – rozkazał Cruz.

Po kilku sekundach mechaniczna pszczoła, nieco większa od prawdziwej, zawisła w powietrzu parę centymetrów od jego nosa.

– Mell, usiądź na moim ramieniu.

Pszczoła momentalnie wykonała rozkaz. Czad!

Cruz odpalił komputer. Gdy tylko Lani odebrała połączenie, wykrzyknął:

– Mell, przywitaj się z Lani, pomachaj jej.

Mikrodron zabzyczał i zamachał antenkami.

Lani roześmiała się i pomachała pszczole.

– Cieszę się, że mój wynalazek zadziałał.

– Jest idealny! – Mina chłopaka zdradzała zachwyt.

– Pamiętaj, że masz precyzyjnie się wyrażać – doradziła Lani.

– Jasne. Dzięki!

– Nie ma za co. – Dziewczyna uśmiechnęła się od ucha do ucha.

– Hej, a dlaczego nie zajrzałaś na plażę? – Cruz zmienił temat.

– Nie wiem – odparła przyjaciółka, nagle poważniejąc. – Pomyślałam sobie, że pewnie chciałeś pobyć sam. Wiesz, ostatni dzień i w ogóle…

– Szkoda – skwitował chłopak. Spojrzał za siebie, by upewnić się, że tata nie jest na piętrze. – Nie uwierzysz, co mi się przydarzyło!

– Co?

– Ktoś próbował mnie utopić!

Lani prychnęła.

– Jaaasne.

– Serio. Ktoś złapał mnie za nogę i próbował wciągnąć pod wodę…

– Założę się, że to jeden z ratowników robił sobie głupie żarty. Jak się nazywa ten dzieciak, który zawsze rzuca w nas winogronami? Manu albo Mano Jakmutam…

– To nie był żaden ratownik, Lani. To był jakiś nurek. Miał płetwy, maskę i butlę oddechową… Pełen wypas. Mówię ci, chciał mnie zabić i prawie mu się to udało.

Cruz nie żartował… Lani momentalnie zrzedła mina.

– Kto mógłby chcieć cię skrzywdzić?

 

– Nie wiem.

– Wszystko w porządku?

Chłopak pomasował kostkę. Nie bolała już tak jak wcześniej.

– Tak.

– Twój tata pewnie był chory ze strachu, gdy mu powiedziałeś.

– Sęk w tym, że mu nie po…

– O czymś nie wiem?

Cruz się obrócił.

– Hej, tato. Chodzi jej o tego koralowca. – Ponownie spojrzał na ekran. – Eee tam, miewałem znacznie gorsze przygody!

Dał znać miną, by Lani trzymała język za zębami. Szczęśliwie dziewczyna w mig zorientowała się, o co mu chodzi.

– Miłej podróży, Cruz. Bezpiecznej drogi.

– Dzięki.

– W przeciwnym razie wytropię cię nawet na…

– Na biegunie północnym. Wiem. – Cruz dotknął komunikatora. – Jeszcze raz dzięki.

– Aloha. – Głos dziewczyny załamał się w pół słowa.

– Aloha.

I Lani zniknęła z ekranu.

Tata przysiadł na skraju łóżka. W dłoni trzymał kremową kopertę.

– To dla mnie? – zapytał chłopak.

Mężczyzna postukał kopertą o kolano.

– Tak.

Minęło kolejne pół minuty.

– Zamierzasz… eee… wręczyć mi tę kopertę jeszcze w tym roku? – zaśmiał się Cruz.

Zgadywał, że znajduje się w niej gotówka. A tata nie lubił rozstawać się z pieniędzmi.

– Dobre pytanie. – Pan Coronado przetarł czoło. – Przepraszam. Nie jestem pewien, od czego zacząć.

Cruz się wyprostował. Może wcale nie chodziło o kieszonkowe?

– Rozważałem, jak ci to powiedzieć, na tysiąc sposobów. A teraz i tak nie potrafię… Cóż, raz kozie śmierć, prawda?

– Zawsze tak mówisz.

– Dobrze. A więc tak… Prosto z mostu. Bez owijania w bawełnę…

– Taaatooo…

– To list od twojej mamy.

Cruz tak gwałtownie podskoczył w miejscu, że aż Mell spadła z jego ramienia. Szybko doszła do siebie, zatoczyła pętlę w powietrzu i z powrotem wylądowała w wyznaczonym miejscu.

– Mell, przejdź w stan spoczynku – rozkazał chłopak, łapiąc mechanicznego owada, po czym odstawił go na biurko. – Od… mamy? Nie rozumiem. Jak…?

– Nigdy nie rozmawialiśmy z mamą o pracy – wyjaśnił tata – ale wiedziałem, że jej działalność w Syntezie była… uciążliwa. A nawet niebezpieczna. Kazała mi obiecać, że gdyby stało się jej coś złego, w twoje trzynaste urodziny przekażę ci ten oto list.

– Ale moje urodziny są dopiero…

– Dwudziestego dziewiątego listopada, wiem – dokończył tata. – Ale wtedy będziesz poza domem, w Akademii, a nie chcę, żebyś czekał aż do ferii. Wprawdzie dałem słowo, ale… – Tata wstał. – To nie najlepszy moment, prawda? W końcu za parę godzin wyjeżdżasz. Co mi strzeliło do głowy? Może przełóżmy to na…


– Nie! – Cruz zerwał się na równe nogi. Nie zamierzał czekać ani chwili dłużej, by zapoznać się z listem.

– Nie przejmuj się, tato – powiedział łagodnym tonem, wyciągając dłoń po kopertę. – Jestem już wystarczająco dorosły.

Pan Coronado umieścił kopertę w dłoni syna. Momentalnie uszło z niego powietrze, jakby pozbył się ciężkiego brzemienia. Spojrzał na otwartą walizkę leżącą na łóżku.

– Skończyłeś się pakować?

– W zasadzie tak.

– Jesteś pewien, że chcesz to ze sobą zabrać? – Mówiąc to, tata wskazał srebrną metalową kopułę wielkości niewielkiej kuli śnieżnej, spoczywającą w jednym z rogów walizki.

– A co?

– Jest bardziej delikatna, niż ci się wydaje. Może zostać uszkodzona w trakcie lotu. Albo skonfiskowana przez służby, które wezmą ją za broń.

Miał, rzecz jasna, rację. Cruz nie mógł zaryzykować, że utraci najcenniejszą rzecz, jaką posiada. Opuścił ramiona na znak rezygnacji.

– Zostawię ją w domu.

– Nie martw się, będzie tu bezpieczna. – Pan Coronado wstał i skierował się w stronę drzwi. – Najlepiej się zdrzemnij. Przed tobą długi lot.

– Tato? – Cruz uniósł list. – Nie chcesz…?

– Nie. Zaadresowany jest do ciebie. Obudzę cię za godzinę. – To powiedziawszy, opuścił pokój, delikatnie zamykając za sobą drzwi.

Cruz przyjrzał się zdobionej kopercie. Obrócił ją kilka razy w dłoniach. Obie strony pozostały niezapisane – nie było nawet jego imienia. Na co tak właściwie czekał? Wsunął palec pod zamknięcie i bez trudu dostał się do środka.

Jego serce zaczęło bić jak szalone. Wyjął cienki, złożony arkusz wykonany z tego samego kredowego papieru co koperta. Delikatnie rozłożył list. Czarny tusz już nieco wyblakł, a pochylone pismo mamy wyglądało, jakby zostało delikatnie wyszyte nicią:


Czasami Cruz tęsknił za mamą tak mocno, że aż odczuwał fizyczny ból. Jak przeziębienie docierające do każdej komórki ciała. Wyjął z walizki metalową kopułę. Była chłodna. Umieścił ją na nocnej szafce i delikatnie zastukał w bok. Kilka centymetrów nad srebrnym projektorem błyskawicznie pojawił się trójwymiarowy, holograficzny wizerunek jego mamy. On też był na tym filmie. Miał około trzech lat. Znajdowali się na plaży. Nie wiedział, gdzie dokładnie, ale musiało być chłodno, ponieważ oboje byli opatuleni. Cruz miał na sobie żółtą kurteczkę przeciwdeszczową, której rąbek zdobiły kaczuszki, a także pasujący do niej kapelusik. Przykucnął w żółtych kaloszach na piasku i z zapałem budował wokół siebie fosę czerwoną plastikową łopatką. Mama, wiedząc, że prędzej czy później będzie musiała uratować malca z powstającej wyspy, nie mogła pohamować śmiechu. Jej długie blond włosy falowały na wietrze niczym latawce podczas festiwalu.

– Patrz, Marco, jak zawzięcie kopie – zwróciła się do ojca, który obsługiwał kamerę. – Pewnie wyrośnie na archeologa.

– A tak byłaś pewna, że zostanie neurobiologiem – zaśmiał się tata.

– Jedno z drugim się nie wyklucza – odparła mama, po czym zwróciła się w stronę syna. – Osiągniesz wszystko, do czego się przyłożysz.

– Mama, pomós!

Dziwnie było patrzeć, jak jego młodsza wersja wyciąga przed siebie ręce, by po chwili znaleźć się w objęciach mamy.

Gdy ta schyliła się, by uratować malca, jej błękitnoszare oczy aż zaiskrzyły ze szczęścia. Chłopiec utonął w jej ramionach i po chwili radosna scenka zamigotała, po czym znikła.

Widok matki zazwyczaj dawał Cruzowi ukojenie, ale nie tym razem. Nie tego wieczoru.

Tym razem był bolesny.