Zima Muminków

Tekst
Z serii: Muminki #6
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zima Muminków
Zima Muminków
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 39,80  31,84 
Zima Muminków
Audio
Zima Muminków
Audiobook
Czyta Krzysztof Kowalewski
19,90  14,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Zima Muminków

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Zajrzyj na strony:

W serii

Muminki w wersji do słuchania

Dedykacja

Mapka

Rozdział 1 W zasypanym śniegiem salonie

Rozdział 2 Zaczarowana kabina kąpielowa

Rozdział 3 Wielki mróz

Rozdział 4 Tajemnicze istoty

Rozdział 5 Goście

Rozdział 6 Początek wiosny

Karta redakcyjna

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

Przeczytaj również pozostałe tomy z serii MUMINKI

http://www.nk.com.pl/muminki/2/seria.html

Poznaj naszą ofertę lektur i książek edukacyjnych

http://www.nk.com.pl/lektury-i-edukacja/7/kategoria.html

Cykl książek o Muminkach obejmuje:

Małe trolle i duża powódź

Kometa nad Doliną Muminków

W Dolinie Muminków

Lato Muminków

Zima Muminków

Opowiadania z Doliny Muminków

Tatuś Muminka i morze

Pamiętniki Tatusia Muminka

Dolina Muminków w listopadzie

Muminki w wersji do słuchania

http://www.nk.com.pl/muminki-9-audiobookow/1473/ksiazka.html



Mojej Matce


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział 1 W zasypanym śniegiem salonie

Niebo było niemal czarne, lecz śnieg lśnił jasnoniebieskim blaskiem w świetle księżyca.

Morze spało pod lodem, a głęboko w ziemi, między korzeniami, wszystkie małe stworzonka śniły o wiośnie. Ale do wiosny było dość daleko, bowiem Nowy Rok minął dopiero co.

Właśnie w miejscu, gdzie dolina wznosiła się łagodnie ku górom, stał dom zasypany śniegiem. Wyglądał bardzo samotnie. Podobny był raczej do dziwacznej zaspy śnieżnej. Tuż obok, między oblodzonymi brzegami, wiła się czarna jak węgiel rzeka. Prąd sprawiał, że nie zamarzała przez całą zimę. Ale na moście nie było żadnych śladów stóp, a i wokół domu zaspy śniegu naniesionego przez wiatr były nietknięte.

Wewnątrz było ciepło i przytulnie. Na dole w piwnicy tliły się wolno na ruszcie całe masy torfu. Księżyc zaglądał w okno, oświetlając białe zimowe pokrowce na meblach i owinięty tiulem kryształowy żyrandol. A w salonie wokół największego kaflowego pieca rodzina Muminków spała długim zimowym snem.

Spali zawsze od października do kwietnia, tak bowiem czynili ich przodkowie, a Muminki przestrzegają tradycji. Wszyscy, podobnie jak ich przodkowie, mieli w żołądkach porządną porcję igliwia, przy łóżkach zaś, pełni nadziei, położyli to, co mogło być potrzebne wiosną. Łopaty, okulary przeciwsłoneczne i trochę taśmy filmowej, przyrządy do mierzenia wiatru i tym podobne przedmioty.

Cisza pełna była spokoju i oczekiwania.

Czasem ktoś westchnął i, zwinąwszy się, wsuwał głębiej w posłanie, w którym spał.

Promień księżyca przewędrował od fotela na biegunach do stołu w salonie, przesunął się po mosiężnych gałkach na wezgłowiu łóżka i zaświecił prosto w twarz Muminka.

A potem zdarzyło się coś, co nie zdarzyło się nigdy, odkąd pierwszy troll z rodziny Muminków zapadł w sen zimowy. Muminek obudził się i już nie mógł zasnąć.

Patrzył, jak świeci księżyc i błyszczą kryształy lodu na szybie. Słyszał buczenie pieca na dole w piwnicy i był coraz bardziej rozbudzony i zdumiony. W końcu wstał i podreptał do łóżka swojej Mamy.

Pociągnął ją ostrożnie za ucho, lecz się nie obudziła, tylko zwinęła się w obojętną kulkę.

„Jeśli nawet Mama się nie obudzi, to nie ma co próbować budzić innych” – pomyślał Muminek i ruszył dalej przez obcy, tajemniczy dom. Zegary stały już od dawna i wszystko pokryte było delikatną warstwą kurzu. Na stole w salonie stała od jesieni waza do zupy z resztkami igliwia w środku. A kryształowy żyrandol w tiulowej sukience podzwaniał sobie z cicha.

Nagle Muminek zląkł się i znieruchomiał w ciepłym mroku za promieniem księżyca. Poczuł się ogromnie samotny.


– Mamo! Obudź się! – zawołał, ciągnąc za kołdrę. – Cały świat gdzieś się zgubił!

Ale Mama się nie obudziła. Co prawda do jej snu o lecie wkradły się na chwilę niepokój i troska, ale nie mogła się obudzić. Więc Muminek zwinął się w kłębek na dywanie przy jej łóżku i długa noc zimowa ciągnęła się dalej.

O świcie zaspa śnieżna na dachu zaczęła się ruszać. Zsunęła się kawałek, po czym zdecydowanie zjechała przez okap i siadła na dole z miękkim plaśnięciem.

Wszystkie okna zostały zasypane i przez szyby sączyło się do wnętrza domu tylko słabe, szare światło. Salon stał się bardziej nierzeczywisty niż kiedykolwiek, jakby znalazł się głęboko pod ziemią.

Muminek, nastawiwszy uszu, długo nasłuchiwał, po czym zapalił nocną lampkę i podszedł do komody, żeby przeczytać wiosenny list Włóczykija. List leżał tam, gdzie zwykle, pod małym tramwajem z morskiej pianki, i podobny był do wszystkich wiosennych listów, jakie zostawiał Włóczykij, kiedy w październiku wyruszał na południe.

Na początku dużymi, okrągłymi literami napisane było „Hej”. Sam list był krótki.

HEJ!

Śpij dobrze i nie smuć się. Pierwszego ciepłego wiosennego dnia będziesz mnie miał tu znowu. Zaczekaj na mnie z budowaniem tamy.

Włóczykij

Muminek przeczytał list kilka razy i nagle poczuł, że jest głodny.

Poszedł do kuchni. Kuchnia także zdawała się tkwić całe mile pod ziemią. Była niesamowicie wysprzątana i pusta. Spiżarnia również świeciła pustkami, jak wszystko inne. Znalazł jedynie butelkę sfermentowanego soku malinowego i paczkę zakurzonego knäckebrödu[1].

Usadowił się wygodnie pod kuchennym stołem i, czytając jeszcze raz list Włóczykija, zaczął jeść.

Potem położył się na plecach i przyglądał się czworograniastym drewnianym listwom pod stołem. Było bardzo cicho.

– Hej! – szepnął Muminek. – Śpij dobrze i nie smuć się. Pierwszego ciepłego wiosennego dnia... – powiedział trochę głośniej. A potem zaśpiewał na całe gardło: – Będziesz mnie miał tu znowu! Będziesz mnie miał i będzie wiosna, i będzie ciepło, i będę tu, i będziemy tu, i ty, i ja, i tak co dnia, i tak co dnia.

Tu urwał nagle na widok dwojga małych oczu spoglądających na niego spod kuchennej szafki.

Odpowiedział im spojrzeniem. W kuchni zapanowała cisza. Potem oczy znikły.

– Czekaj! – zawołał Muminek z niepokojem. Podpełzł do szafki i zaczął szeptem wabić: – Chodź, chodź! Nie bój się! Nie zrobię ci nic złego. Wracaj!


Ale kimkolwiek był ten, kto mieszkał pod szafką – nie pokazał się już więcej. Muminek rozłożył rzędem na podłodze kawałki knäckebrödu i nakapał na nie trochę soku malinowego.

 

Kiedy wrócił do salonu, kryształowe wisiorki na żyrandolu dzwoniły melancholijnie.

– Pójdę sobie stąd – powiedział Muminek surowo do żyrandola. – Znudziliście mi się wszyscy, pójdę na południe na spotkanie Włóczykija.

Usiłował otworzyć drzwi wejściowe, ale przymarzły. Biegł, popiskując, od okna do okna, ale i okna były poprzymarzane. Wtedy pobiegł na strych, otworzył klapę i wyszedł na dach.

Uderzyło go zimne powietrze.

Dech mu zaparło, pośliznął się i stoczył przez okap. I tak nieszczęsny Muminek znalazł się w nowym niebezpiecznym świecie i wpadł po uszy w zaspę śniegu – pierwszą, jaką mu się zdarzyło w życiu widzieć. Coś kłuło go niemile w aksamitną skórę, ale jednocześnie jego nos zwietrzył jakiś nowy zapach. Był to zapach poważny, najpoważniejszy ze wszystkich znanych mu dotąd zapachów, i trochę przerażający. Lecz sprawił, że Muminek obudził się na dobre i poczuł ciekawość.

Nad doliną rozpościerał się szary półmrok. Ale teraz dolina nie była zielona, tylko biała. Wszystko, co się kiedyś ruszało, zrobiło się nieruchome. Wszelkie żywe dźwięki zamilkły. Wszystko, co było kanciaste, stało się okrągłe.

– To jest śnieg – szepnął Muminek. – Słyszałem o tym od Mamy, to nazywa się śnieg.

Bez wiedzy Muminka jego aksamitna skóra postanowiła powoli stać się futerkiem, które mogło przydać się w zimie. Wymagało to trochę czasu, ale decyzja została powzięta. A decyzja to zawsze rzecz pożyteczna.

Tymczasem Muminek dalej z trudem wędrował przez śnieg, aż doszedł do rzeki. Była to ta sama rzeka, która, przejrzysta i wesoła, przepływała latem przez ogród Muminków. Teraz jednak wyglądała inaczej. Była czarna i obojętna – ona też należała do tego nowego świata, który był Muminkowi obcy.


Na wszelki wypadek spojrzał na most. Spojrzał na skrzynkę pocztową. Zgadzało się. Uchylił nieco wieczka, ale nie było tam żadnej poczty prócz zeschłego liścia bez jednego słowa.


Przyzwyczaił się do zapachu zimy i ów zapach nie budził już w nim ciekawości.

Popatrzył na krzak jaśminu, który był bezładną plątaniną nagich gałęzi, i pomyślał przerażony: „Umarł. Cały świat umarł, kiedy spałem. Ten świat należy do kogoś innego, kogo nie znam. Może do Buki[2]. I nie został zrobiony po to, aby żyły w nim Muminki”.

Przez chwilę wahał się. Ale potem uznał, że jeszcze gorzej byłoby znosić samotność, będąc jedynym nieśpiącym wśród śpiących.

I Muminek ruszył przed siebie, wydeptując pierwsze ślady na moście i dalej, na zboczu góry.

Były to ślady bardzo drobne, ale stanowcze, i wiodły prosto między drzewa, na południe.

[1] Knäckebröd (czyt. knekkebro) – szwedzki chleb, przypominający cienkie, kruche suchary, bardzo smaczny.

[2] Buka – potwór, z którym rodzina Muminków i jej przyjaciele zetknęli się już w książkach: „W Dolinie Muminków” i „Lato Muminków”.

Rozdział 2 Zaczarowana kabina kąpielowa

Nad brzegiem morza skakała bez celu tu i tam mała wiewiórka. Była to bardzo zwariowana wiewiórka, która lubiła myśleć o sobie jako o „wiewiórce z pięknym ogonem”.

Zresztą nie potrafiła myśleć o niczym długo. Przeważnie kierowała się uczuciem. A właśnie poczuła, że materac w jej gnieździe zaczyna twardnieć, więc wyruszyła, żeby poszukać nowego.

Od czasu do czasu mruczała do siebie: „Materac... materac”, żeby nie zapomnieć, czego szukała. A zapominała ogromnie łatwo.

Wiewiórka skakała w prawo i w lewo, między drzewami i po lodzie, wtykała pyszczek w śnieg, zastanawiała się, spoglądała w górę na niebo, potrząsała głową i znów skakała dalej.

W końcu znalazła się przed grotą i wskoczyła do środka. Ale zaszedłszy tak daleko, nie mogła już się skupić i zupełnie zapomniała o materacu. Usiadła na ogonie i zaczęła myśleć, że mogłaby się również nazywać „wiewiórką z pięknymi wąsami”.

Przed zaspą, u wylotu groty, ktoś położył na ziemi słomę. A na słomie stało duże tekturowe pudełko z dziurkami na powietrze.

– To dziwne – powiedziała wiewiórka zdumiona. – Tego pudła tu przedtem nie było. Coś z nim musi być nie w porządku. Albo też to nie ta grota. A może ja jestem nie tą wiewiórką, chociaż nie bardzo mi się chce w to wierzyć.

Uniosła róg pokrywy i wetknęła głowę do pudełka.

Wewnątrz było ciepło, pudełko wypełniało coś miękkiego i miłego, i nagle wiewiórka przypomniała sobie o swoim materacu. Drobnymi, ostrymi zębami wgryzła się w to coś miękkiego i wyciągnęła kłaczek wełny.

Wyciągała kłaczek za kłaczkiem, pracując jak opętana wszystkimi czterema łapkami, i wkrótce miała w objęciach mnóstwo wełny. Była bardzo zadowolona i ucieszona. Nagle poczuła, że coś usiłuje ugryźć ją w nogę. Błyskawicznie wyskoczyła z pudła; zawahała się przez moment, po czym zdecydowała się na ciekawość, wolała być ciekawa niż przestraszona.

Z pogryzionej wełny wysunęła się powoli głowa ze zmierzwionymi włosami i wściekłą twarzą.

– Czyś ty zwariowała?! – krzyknęła ze złości mała Mi.

– Nie, nie sądzę – odpowiedziała wiewiórka.

– Obudziłaś mnie – mówiła Mi dalej surowo. – I zjadłaś mój śpiwór. O co chodzi?


Ale wiewiórka była tak zbita z tropu, że znów zapomniała o materacu.

Mi parsknęła i wyszła z pudełka. Zamknęła pokrywę nad swoją siostrą, która dalej spała, po czym zrobiła parę kroków i dotknęła łapkami śniegu.

– Aha, więc on tak wygląda – powiedziała. – Czego to nie wymyślą! – Ulepiła zaraz kulę ze śniegu i rzuciła nią celnie w wiewiórkę. Następnie wyszła z groty, by wziąć zimę w swoje posiadanie.

Pierwszą historią, jaka jej się przydarzyła, było pośliźnięcie na oblodzonej górze; siadła, aż jęknęło.

– Ach, tak – powiedziała groźnym tonem. – Więc to tak!

Potem pomyślała sobie, jak też wygląda z nogami w powietrzu, i długo się śmiała. Przyjrzała się oblodzonemu pagórkowi i zastanowiła się przez chwilę. A potem powiedziała „Aha” i zjechała na siedzeniu z całego pagórka, po dołkach i tym wszystkim, aż hen daleko na lśniący lód.

Powtórzyła to sześć razy i poczuła, że zmarzł jej brzuch.


Wróciła do groty i, przechyliwszy tekturowe pudło, wyrzuciła z niego swoją śpiącą siostrę. Mi niewątpliwie nigdy nie widziała sanek, miała jednak zdecydowane przeczucie, iż pudełka z tektury mogą być wykorzystane na wiele rozsądnych sposobów.

Jeśli zaś chodzi o wiewiórkę, to siedziała w lesie, spoglądając z roztargnieniem to na jedno drzewo, to na drugie. Gdyby nawet miała stracić przez to swój ogon, nie mogła przypomnieć sobie, w którym drzewie mieszkała i czego właściwie szukała w lesie.

Muminek nie zdążył zajść zbyt daleko na południe, gdy mrok zaczął gęstnieć pod drzewami.

Za każdym krokiem jego łapki zapadały głęboko w śnieg; a śnieg nie był już czymś tak ciekawym jak na początku.

W lesie panowała zupełna cisza. Od czasu do czasu wielki płat śniegu zsuwał się z jakiejś gałęzi, która chwiała się przez chwilę, po czym znów wszystko nieruchomiało.

„Cały świat śpi snem zimowym – pomyślał sobie Muminek. – Tylko ja się obudziłem i nie mogę zasnąć. Tylko ja będę wędrował i wędrował przez wszystkie dni i tygodnie, aż i ze mnie zrobi się zaspa śnieżna, o której nikt nie będzie wiedział”.

Las otworzył się przed nim i w dole Muminek zobaczył przed sobą nową dolinę. Po drugiej jej stronie ciągnęły się Góry Samotne. Wędrowały fala za falą na południe i nigdy jeszcze nie wyglądały tak samotnie.

Dopiero teraz Muminek zaczął marznąć na dobre. Wieczorny mrok wypełzał z przepaści i z wolna wspinał się na zamarznięte grzbiety gór, gdzie śnieg błyszczał na czarnych skałach jak obnażone zęby, gdzie panowała biel i czerń, i pustka, jak okiem sięgnąć.

– Gdzieś tam za tym wszystkim jest Włóczykij – powiedział do siebie Muminek. – Siedzi sobie w słońcu i obiera pomarańczę. Gdybym wiedział, że on wie, że przełażę przez te góry dla niego, to potrafiłbym to zrobić. Ale tak, zupełnie samotnie, nie dam rady.

Zawrócił i powoli zaczął iść z powrotem po własnych śladach.

„Nakręcę wszystkie zegary – postanowił. – Może wtedy prędzej będzie wiosna. A poza tym może się przecież zdarzyć, że któreś z nich się obudzi, jeśli przypadkiem stłukę coś dużego”.

Ale wiedział, że żadne się nie obudzi.

Nagle coś spostrzegł – jakieś drobne ślady biegnące w poprzek jego własnych. Stanął i bez ruchu przyglądał się im dłuższą chwilę. Coś żywego przeszło przez las, może zaledwie pół godziny temu. Nie mogło zajść daleko. Poszło w kierunku doliny i musiało być mniejsze niż on sam. Łapki ledwie odciskały się na śniegu.

Muminkowi zrobiło się gorąco od chwaścika na końcu ogona aż po uszy.

– Zaczekaj! – krzyknął. – Nie zostawiaj mnie samego!

Potykając się i piszcząc, brnął przez śnieg. I nagle przestraszył się bardzo mroku i samotności.

Musiał ten strach być gdzieś w pobliżu, od chwili kiedy Muminek obudził się w uśpionym domu, ale dopiero teraz pokazał się na dobre.

I Muminek nie krzyczał więcej – bał się, że nikt mu nie odpowie. Nie miał odwagi podnieść pyszczka znad śladów, które ledwie było widać w ciemności. Wlókł się dalej, popłakując cichutko.

Aż nagle zobaczył światło.

Choć było nikłe, napełniało las łagodnym, czerwonym blaskiem.

Muminek uspokoił się, zapomniał o śladzie i szedł wolno naprzód, nie spuszczając oczu ze światła. Wreszcie podszedł tak blisko, że zobaczył, iż była to zupełnie zwykła stearynowa świeca mocno wetknięta w śnieg. Wokół niej stało coś, co wyglądało jak mały spiczasty domek zbudowany ze śnieżnych kul, które przeświecały słabym pomarańczowożółtym blaskiem, niby abażur na nocnej lampce w domu Muminków.


Po drugiej stronie tej lampy ktoś zakopał się w wygodnym dołku w śniegu i leżał, patrząc na poważne zimowe niebo i pogwizdując cicho.

– Co to za piosenka? – spytał Muminek.

– To piosenka o mnie samej – odpowiedział ktoś z dołka. – Piosenka o Too-tiki, która zbudowała sobie latarnię ze śniegu, ale refren dotyczy spraw zupełnie innych.

– Rozumiem – powiedział Muminek i usiadł na śniegu.

– Nie rozumiesz – odpowiadała Too-tiki, wychylając się z dołka na tyle, że widać było jej kaftanik w biało-czerwone pasy. – Bo w refrenie mowa jest właśnie o rzeczach, których się nie rozumie. W tej chwili myślałam o zorzy polarnej. Nie wiadomo, czy ona jest naprawdę, czy tylko ją widać. Wszystko jest bardzo niepewne i to właśnie mnie uspokaja.

Powiedziawszy to, Too-tiki położyła się na śniegu i znów zaczęła patrzeć w niebo, które przez ten czas zrobiło się zupełnie czarne.

Muminek podniósł pyszczek i zobaczył zorzę polarną, której żaden Muminek przed nim nie oglądał. Była biała i niebieska, i trochę zielona i układała niebo w długie, zwiewne firanki.

– Myślę, że jest – powiedział.

Too-tiki nie odpowiedziała. Przyczołgała się do latarni ze śniegu i wyjęła z niej świecę.

– Zabierzemy ją ze sobą do domu – rzekła. – Zanim Buka przyjdzie i usiądzie na niej.

Muminek z powagą kiwnął głową. Bukę widział tylko jeden jedyny raz. Było to owej sierpniowej nocy dawno temu[3]. Zimna jak lód i szara siedziała skulona w cieniu bzów i tylko patrzyła na nich. Ale jak patrzyła! A kiedy odeszła cicho, okazało się, że w tym miejscu, gdzie siedziała, ziemia zamarzła.

Muminek zastanawiał się przez chwilę, czy zima w rzeczy samej nie jest wynikiem tego, że dziesięć tysięcy Buk siedziało na ziemi. Zdecydował jednak, że poruszy tę sprawę dopiero wtedy, gdy nieco lepiej pozna Too-tiki.

 

Kiedy posuwali się w dół po zboczu, dolina powoli zaczęła się rozjaśniać i Muminek zobaczył, że księżyc wzeszedł. Za mostem stał samotny i uśpiony dom Muminków. Ale Too-tiki skręciła na zachód i szła na przełaj przez nagi sad.

– Tu rosły jabłka – powiedział Muminek uprzejmie.

– Ale teraz rośnie tu śnieg – odpowiedziała Too-tiki obojętnie, idąc dalej.

Doszli do morza, które było jedną wielką ciemnością, i ostrożnie wstąpili na wąski pomost prowadzący do kabiny kąpielowej Muminków.

– Tu dawałem nurka – szepnął Muminek bardzo cicho, spoglądając na żółte, połamane łodygi trzcin, sterczące nad lodem. – Woda była zupełnie ciepła, a ja mogłem zrobić pod wodą do dziewięciu ruchów pływackich.

Too-tiki otworzyła drzwi kabiny. Weszła i postawiła świecę na okrągłym stole, który Tatuś Muminka dawno temu znalazł w morzu.

W starej, ośmiokątnej kabinie kąpielowej wszystko wyglądało jak zawsze. Dziury po wypadłych sękach w pożółkłych drewnianych ścianach, okna z zielonymi i czerwonymi szybkami, wąskie ławki, szafa na płaszcze kąpielowe i dziurawy gumowy Paszczak, który nigdy nie dawał się porządnie nadmuchać. Wszystko wyglądało tak samo jak ubiegłego lata. A jednak było w dziwny sposób odmienione.

Too-tiki zdjęła czapkę, która natychmiast wspięła się w górę po ścianie i zawisła na gwoździu.

– Taką czapkę i ja chciałbym mieć – powiedział Muminek.

– Nie potrzebujesz czapki – odrzekła Too-tiki. – Możesz machać uszami, żeby nie zmarznąć. Ale łapki masz zimne.

Środkiem podłogi podeszła para wełnianych pończoch i położyła się przed Muminkiem.

Jednocześnie zapłonął ogień w żelaznym piecyku na trzech nogach, a pod stołem ktoś ostrożnie zaczął grać na flecie.

– Ale dlaczego go nie widać? – spytał Muminek.

– Są tak nieśmiałe, że zrobiły się niewidoczne – odpowiedziała Too-tiki. – To osiem bardzo małych myszek, mieszkają tu ze mną.

– To jest kabina Tatusia – rzekł Muminek.

Too-tiki popatrzyła na niego poważnie.

– Może masz rację, a może nie masz – powiedziała. – W lecie mogła być Tatusia, a w zimie może być Too-tiki.

W rondlu na piecu coś zaczęło kipieć. Przykrywka uniosła się, a łyżka zamieszała zupę. Inna łyżka wsypała trochę soli, po czym grzecznie wróciła na swoje miejsce na parapet.

Na dworze mróz wzmagał się z nadejściem nocy, a księżyc świecił przez zielone i czerwone szybki.

– Opowiedz o śniegu – powiedział Muminek, siadając w wyblakłym od słońca krześle ogrodowym Tatusia. – Nie rozumiem tego.

– Ja też nie – odpowiedziała Too-tiki. – Myśli się, że jest zimny, ale gdy wybuduje się z niego domek, jest w nim ciepło. Wydaje się biały, ale czasem robi się różowy, a czasem niebieski. Może być najmiększy ze wszystkiego i może być twardszy od kamienia. Nie ma nic pewnego.

Talerz zupy rybnej przejechał ostrożnie w powietrzu i postawił się na stole przed Muminkiem.

– Gdzie twoje myszki nauczyły się latać? – zapytał Muminek.


– Hm – powiedziała Too-tiki. – Nie należy każdego o wszystko wypytywać. Może chcą zachować swoją tajemnicę dla siebie. Nie kłopocz się o nie ani też o śnieg.

Muminek jadł zupę.

Patrzył na narożną szafkę i myślał, jak to przyjemnie wiedzieć, że wisi w niej jego własny stary płaszcz kąpielowy. Że wśród wszystkiego, co nowe i niepokojące, pozostało coś pewnego, coś, do czego się przywykło. Wiedział, że jego płaszcz kąpielowy jest niebieski, że brakuje mu wieszaka i że najprawdopodobniej w którejś kieszeni tkwi para okularów słonecznych. W końcu powiedział:

– Tam zwykle trzymamy nasze płaszcze kąpielowe. Mamy wisi najgłębiej.

Too-tiki wyciągnęła rękę i chwyciła w powietrzu kanapkę.

– Dziękuję – powiedziała. – Tej szafy nie wolno ci nigdy otworzyć. Musisz mi obiecać, że nigdy jej nie otworzysz.

– Niczego nie obiecuję – powiedział Muminek krnąbrnie i spuścił oczy w talerz.

Wydało mu się nagle, że najważniejszą sprawą na świecie jest właśnie otworzyć te drzwi i zobaczyć, czy płaszcz kąpielowy wisi tam jeszcze.

Ogień palił się, aż w rurze od pieca dudniło. W kabinie było ciepło i przyjemnie, a flet pod stołem grał dalej swoją samotną melodię.

Niewidzialne łapki sprzątnęły puste talerze. Świeca dopaliła się i knot utonął w jeziorku stearyny.

Teraz świeciło tylko czerwone oko piecyka i zielono-czerwona szachownica na podłodze, utworzona przez światło księżycowe sączące się przez szybki.

– Mam zamiar spać w domu dziś w nocy – powiedział Muminek stanowczo.

– To dobrze – powiedziała Too-tiki. – Księżyc jeszcze nie zaszedł, więc z pewnością trafisz.

Drzwi wolno same się otworzyły i Muminek wyszedł na śnieg.

– Tak – powiedział. – W każdym razie mój niebieski płaszcz kąpielowy wisi w tej szafie. Dziękuję za zupę.

Drzwi zamknęły się powoli i wokół Muminka była teraz tylko cisza i światło księżyca.

Spojrzał szybko na lód i wydało mu się, że zobaczył, jak wielka niezdarna Buka wlecze się od strony horyzontu.

Wyobraził sobie, jak czai się za kamieniami na brzegu morza. A kiedy wędrował przez las, jej cień uparcie skradał się za każdym drzewem. Buka – która siadała na każdym światełku i na widok której bladły wszystkie kolory.

W końcu Muminek doszedł do swojego uśpionego domu. Wdrapał się powoli na olbrzymią zaspę od północnej strony i dobrnął do klapy w dachu, wciąż jeszcze otwartej na oścież.

W domu powietrze było ciepłe i pachnące Muminkami, a kryształowy żyrandol zadźwięczał znajomo, gdy Muminek skoczył na podłogę. Muminek ściągnął materac ze swego łóżka i położył go przy łóżku Mamy. Wzdychała trochę przez sen i mruczała coś, czego nie rozumiał. Potem roześmiała się do siebie i posunęła bliżej ściany.

„Moje miejsce nie tu – pomyślał Muminek. – Ale i nie tam. Nie wiem, co jest jawą, a co jest snem”. Potem w jednej chwili usnął, a bzy w pełni lata roztoczyły nad nim miły, zielony cień.

Mała Mi leżała w swoim dziurawym śpiworze i złościła się. Pod wieczór zrobiło się wietrznie, wiatr dął prosto w grotę. Mokre tekturowe pudełko pękło w trzech miejscach i wełna ze śpiwora fruwała z kąta w kąt.


– Hej, siostro! – zawołała mała Mi, szturchając Mimblę w plecy.

Ale Mimbla spała dalej, nawet się nie poruszyła.

– Złość mnie już bierze – powiedziała Mi. – Śpi, kiedy jeden jedyny raz miałabym zastosowanie dla siostry.

Wykopała się ze śpiwora. Podeszła do wylotu groty i nie bez zachwytu wyjrzała w ciemność.

– Teraz zobaczycie – mruknęła cierpko i zjechała z pagórka.

Wybrzeże było bardziej puste niż sam koniec świata – jeśli ktokolwiek zaszedł tak daleko. Śnieg z cichym szeptem wielkimi szarymi wachlarzami miótł po lodzie i wszystko ginęło w mroku, bowiem księżyc już zaszedł.

– Teraz jazda! – zawołała Mi, rozpościerając spódnicę, choć smagał północny wiatr. Zaczęła sunąć między łachami śniegu zygzakiem, hamując nogami i zachowując niezachwianą równowagę, jaką się ma, jeśli się jest Mi.

Świeca w kabinie dawno już się wypaliła, kiedy mała Mi mijała to miejsce. Zobaczyła tylko sylwetkę spiczastego dachu na tle nocnego nieba. Nie pomyślała jednak: „To nasza stara kabina”. Wciągała nosem ostry, niebezpieczny zapach zimy i zatrzymała się nad brzegiem, żeby posłuchać. To wilki wyły gdzieś w głębi Gór Samotnych, okropnie daleko.

– Teraz już nie ma żartów – mruknęła i zachichotała w ciemnościach. Nos mówił jej, że gdzieś tu prowadziła droga do Doliny Muminków i domu, w którym były ciepłe kołdry, a może nawet nowy śpiwór. Pobiegła brzegiem morza, prosto między drzewa.

Była tak mała, że jej stopy nie zostawiały śladów na śniegu.


[3] Opisane jest to w książce „W Dolinie Muminków”.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?