Dolina Muminków w listopadzie

Tekst
Z serii: Muminki #9
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dolina Muminków w listopadzie
Dolina Muminków w listopadzie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 42,80  34,24 
Dolina Muminków w listopadzie
Dolina Muminków w listopadzie
Audiobook
Czyta Krzysztof Kowalewski
19,90  14,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dolina Muminków w listopadzie

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Zajrzyj na strony

W serii

Muminki w wersji do słuchania

Mapa

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Karta redakcyjna

Zajrzyj na strony:

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

Przeczytaj również pozostałe tomy z serii MUMINKI

http://www.nk.com.pl/muminki/2/seria.html

Poznaj naszą ofertę lektur i książek edukacyjnych

http://www.nk.com.pl/lektury-i-edukacja/7/kategoria.html

Cykl książek o Muminkach obejmuje:

Małe trolle i duża powódź

Kometa nad Doliną Muminków

W Dolinie Muminków

Pamiętniki Tatusia Muminka

Lato Muminków

Zima Muminków

Opowiadania z Doliny Muminków

Tatuś Muminka i morze

Dolina Muminków w listopadzie

Muminki w wersji do słuchania

http://www.nk.com.pl/muminki-9-audiobookow/1473/ksiazka.html



Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


Rozdział 1

Któregoś wczesnego ranka w Dolinie Muminków Włóczykij obudził się w swoim namiocie i poczuł, że nadeszła jesień i czas ruszać w drogę.

Taki wymarsz jest zawsze nagły. W jednej chwili wszystko się zmienia, temu, kto odchodzi, zależy na każdej minucie, szybko wyciąga namiotowe śledzie i gasi żar, zanim ktokolwiek przyjdzie przeszkadzać i wypytywać, i zaczyna biec, w biegu zarzucając plecak, i wreszcie jest już w drodze, raptem spokojny niczym wędrujące drzewo, na którym nie rusza się ani jeden liść. Tam, gdzie stał namiot, świeci pusty prostokąt zbielałej trawy. Później, kiedy zrobi się dzień, zbudzą się przyjaciele i powiedzą: „Odszedł, widać jesień się zbliża”.

Włóczykij szedł drobnym, spokojnym krokiem przez gęsty las. Zaczęło padać. Deszcz kropił na jego zielony kapelusz i na płaszcz nieprzemakalny, który też był zielony, szemrał i pluskał ze wszystkich stron, a las otaczał go łagodną, cudowną samotnością.

Dużo się tu spotykało dolin wzdłuż wybrzeża. Przy nich góry schodziły do morza długimi, uroczystymi fałdami, ku cyplom i zatokom wcinającym się głęboko w przybrzeżne pustkowie. W jednej z tych dolin mieszkała całkiem samotnie pewna Filifionka. Włóczykij już nieraz widywał Filifionki i wiedział, że one zawsze robią wszystko po swojemu, według swoich własnych głupich zasad. Toteż nigdy nie zachowywał się tak cicho jak wtedy, gdy przechodził koło domu jakiejś Filifionki.

W ogrodzeniu sterczały spiczaste kołki, furtka była zamknięta, ogród całkiem pusty. Sznury do rozwieszania bielizny zostały schowane, drzewo na opał zniknęło. Nie było hamaka ani mebli ogrodowych. Nic z tego uroczego nieporządku, jaki zwykle w lecie panuje wokół domu, ani grabi, ani wiadra, ani zapomnianego kapelusza czy miseczki z mlekiem dla kota, nic z tych wszystkich swojskich rzeczy, które czekają na następny dzień i czynią dom przyjaźnie otwartym i zamieszkanym.


Filifionka wiedziała, że nadeszła jesień, i zamknęła się w środku. Jej dom wydawał się całkowicie nieprzystępny i opustoszały. Lecz ona była w nim, schowana w jego najgłębszym wnętrzu, za szczelnymi ścianami i murem świerków zasłaniających okna.

Spokojne przechodzenie jesieni w zimę wcale nie jest przykrym okresem. Zabezpiecza się wtedy różne rzeczy, gromadzi się i chowa jak największą ilość zapasów. Przyjemnie jest zebrać wszystko, co się ma, tuż przy sobie, możliwie najbliżej, zmagazynować swoje ciepło i myśli i skryć się w głębokiej dziurze, w samiutkim środku, tam gdzie bezpiecznie, gdzie można bronić tego, co ważne i cenne, i swoje własne. A potem niech sobie sztormy, ziąb i ciemności przychodzą, kiedy chcą. Niech się tłuką o ściany, szukając po omacku wejścia, i tak go nie znajdą, bo wszystko jest zamknięte, a w środku siedzi ten, kto był przezorny, siedzi i śmieje się, zadowolony z ciepła i samotności.

Są tacy, co zostają w domu, i tacy, co odchodzą. Zawsze tak było. Każdy może sam wybrać, ale musi to zrobić, póki jeszcze czas, i w żadnym razie nie rozmyślić się.


Filifionka zabrała się do trzepania dywanów na podwórku za domem. Trzepała zajadle, równo odmierzanymi uderzeniami, bez reszty pochłonięta tym zajęciem, które najwyraźniej sprawiało jej wielką przyjemność. Włóczykij szedł dalej, palił fajkę i myślał: „Obudzili się teraz w Dolinie Muminków. Tatuś nakręca zegar i puka w barometr. Mama rozpala w piecu. A Muminek wychodzi na werandę i widzi, że miejsce, gdzie stał namiot, jest puste. Zagląda do skrzynki na listy koło mostu, a w niej też pusto. Zapomniałem o liście pożegnalnym, nie zdążyłem go napisać. Ale wszystkie moje listy są jednakowe: «Wrócę w kwietniu, bądź zdrów. Odchodzę, wrócę z wiosną, trzymaj się». On przecież wie”.

I Włóczykij szybko zapomniał o Muminku.

O zmroku doszedł do długiej zatoki leżącej w wiecznym cieniu między górami. W jej głębi, tam gdzie stała gromadka ciasno do siebie przytulonych domów, świeciły nieliczne wczesne światła.

Padał deszcz i na dworze nie było nikogo.

Tu mieszkali Paszczak, Mimbla i Gapsa, pod każdym dachem mieszkał ktoś, kto postanowił nie odchodzić, ci, którzy chcieli zostać w domu. Włóczykij przemknął koło podwórek, wszedł w cień i zachowywał się, jak mógł najciszej, bo nie chciał z nikim rozmawiać. Duże domy, małe domy, jedne tuż przy drugich, niektóre połączone ze sobą, ze wspólnymi rynnami i pojemnikami na śmiecie, zaglądające sobie do okien i wąchające zapachy kuchenne od sąsiadów. Kominy, wysokie dachy i żurawie studzienne, a w dole wydeptane ścieżki od drzwi do drzwi. Włóczykij szedł szybko i cicho i myślał: „Och, wy, domy, jak ja was wszystkich nie cierpię!”.

 

Było już teraz prawie ciemno. Łódź Paszczaka leżała wyciągnięta aż pod olchy, przykrywał ją szary brezent. Trochę wyżej leżały wiosła, maszt i ster. Były sczerniałe i popękane, bo niejedno lato minęło, a nikt ich nigdy nie używał. Włóczykij otrząsnął się i poszedł dalej.

Lecz mały Toft, schowany w łodzi Paszczaka, usłyszał jego kroki i wstrzymał oddech. Kroki oddaliły się powoli i znów było cicho, tylko deszcz uderzał o brezent.

Ostatni dom stał całkiem samotnie pod ciemnozieloną ścianą świerkowego lasu i tu naprawdę zaczynało się pustkowie. Włóczykij szedł coraz szybciej, prosto w stronę lasu. Wtedy w ostatnim domu ktoś uchylił trochę drzwi i bardzo stary głos zawołał:

– Dokąd idziesz?

– Nie wiem – odpowiedział Włóczykij.

Drzwi zamknęły się i Włóczykij wszedł w las. Miał przed sobą sto mil ciszy.



Rozdział 2

Czas płynął, a deszcz nie przestawał padać. Żadnej jeszcze jesieni tyle nie padało. Doliny wzdłuż wybrzeża nasiąkły wodą, która spływała z gór i pagórków, i ziemia butwiała, zamiast wysychać. Lato wydawało się nagle tak dalekie, jakby go nigdy nie było, drogi od domu do domu wydłużyły się i każdy siedział schowany u siebie.

Głęboko w dziobie łodzi Paszczaka mieszkał mały Homek imieniem Toft. Nikt nie wiedział, że tam mieszka. Tylko raz do roku, z nastaniem wiosny, ktoś zdejmował brezent, smołował łódź i zatykał największe szpary, a potem znów naciągał brezent i łódź dalej leżała pod nim i czekała. Paszczak nigdy nie miał czasu wypłynąć nią na morze, zresztą nie umiał żeglować.

Toft lubił zapach smoły i bardzo dbał o to, żeby mieszkać w miejscu, gdzie ładnie pachnie. Lubił zwój lin, który go mocno trzymał w objęciach, i nieustanny szmer deszczu. Jego szeroki płaszcz był ciepły i nadawał się doskonale na długie noce jesienne.

Wieczorem, kiedy już wszyscy byli w swoich domach i cisza zalegała nad zatoką, Homek Toft opowiadał sobie historię, którą sam wymyślił. Była to historia o szczęśliwej rodzinie. Opowiadał, dopóki nie zasnął, a następnego wieczoru albo zaczynał od miejsca, w którym przerwał, albo jeszcze raz od początku.

Homek zaczynał przeważnie od opisu szczęśliwej Doliny Muminków. Szedł pomału w dół, po zboczu, na którym rósł ciemny bór świerkowy i bardzo jasne brzozy. Robiło się cieplej. Próbował opisać, jakie to było uczucie, kiedy z doliny wchodziło się do zielonego, dzikiego ogrodu prześwietlonego słońcem, wszędzie zielone liście kołyszące się w letnim powiewie, zielona trawa dookoła i nad jego głową, a w trawie plamy słońca i brzęczenie pszczół, i wszystko tak ładnie pachniało, a on szedł wolno dalej, dopóki nie usłyszał płynącej rzeki.

Musiał uważać, żeby nie zmienić ani jednego szczegółu. Któregoś razu umieścił dom nad rzeką, i to był błąd. Miał tam być tylko most i skrzynka na listy. Potem ukazywały się krzaki bzu i drewutnia Tatusia z ich własnym zapachem lata i bezpieczeństwa.

Było dość wcześnie rano i bardzo cicho. Homek Toft widział teraz ozdobną kulę z niebieskiego szkła stojącą na słupku w głębi ogrodu. To szklana kula Tatusia Muminka, najpiękniejsza w całej dolinie. Magiczna kula.

Trawa rosła wysoko i pełno w niej było kwiatów. Homek opowiadał sobie, jak one wyglądają. Opowiadał o gracowanych ścieżkach, schludnie obrzeżonych muszlami i bryłkami złota, zatrzymywał się trochę dłużej przy plamach słońca, które szczególnie lubił. Pozwalał wiatrowi zaszumieć wysoko nad doliną, przelecieć przez las na zboczu, potem ucichnąć, tak że znowu robił się idealny spokój. Jabłonie stały okryte kwiatem. Homek poumieszczał jabłka na niektórych drzewach, ale potem je zdjął, zawiesił hamak i rozsypał żółte trociny przed drewutnią, teraz był już bardzo blisko domu.


Była rabata piwonii i weranda... Weranda skąpana w porannym słońcu, dokładnie taka, jak ją Homek widział, balustrada ozdobnie wycinana wyrzynarką, kapryfolium, fotel na biegunach, wszystko.

Homek Toft nigdy nie wchodził do domu, czekał na zewnątrz. Czekał, żeby Mama Muminka wyszła na schody.

Niestety, przeważnie zasypiał właśnie wtedy. Tylko jeden jedyny raz mignął mu jej pyszczek w drzwiach wejściowych, okrągły, przyjazny pyszczek. Cała Mama Muminka była zresztą okrągła, tak jak mamy powinny być.

Teraz Toft znowu szedł doliną. Setki razy wędrował tą samą drogą i za każdym razem przeżywał coraz większe emocje. Nagle szara mgła przysłoniła cały krajobraz, wszystko zamazało się, widział już tylko ciemność pod zamkniętymi powiekami i słyszał nieustający jesienny deszcz, który bił w brezent. Homek próbował wrócić do doliny, ale nie mógł.

W ostatnim tygodniu zdarzyło się to dobrych parę razy i za każdym razem mgła przychodziła wcześniej. Wczoraj zobaczył ją przy drewutni, a teraz zrobiło się ciemno jeszcze przed krzakami bzu. Toft wpełzł głębiej w fałdy płaszcza i pomyślał: „Jutro nie dojdę może nawet do rzeki. Nie udaje mi się wyobrazić sobie rzeczy tak, żebym mógł je zobaczyć, wszystko się cofa”.

Drzemał przez chwilę, a gdy obudził się w ciemności, wiedział już, co zrobi. Opuści łódź Paszczaka, pójdzie do Doliny Muminków, wejdzie na werandę, otworzy drzwi i powie, kim jest.

Kiedy już to postanowił, zasnął z powrotem i spał całą noc bez żadnych snów.



Rozdział 3

Któregoś listopadowego czwartku przestało padać i Filifionka postanowiła umyć okna na poddaszu. Zagrzała wodę w kuchni, wsypała trochę mydła, ale tylko troszeczkę, a potem zaniosła miskę na górę, postawiła ją na stołku i otworzyła okno. Wtedy coś odczepiło się od ramy okiennej i upadło tuż obok jej łapki. Wyglądało jak mały kłaczek bawełny, ona jednak od razu wiedziała, co to jest: to ohydna poczwarka, a w niej siedzi biaława larwa. Filifionka wzdrygnęła się i skuliła łapki. Gdziekolwiek szła, cokolwiek robiła, zawsze natrafiała na coś, co się czołga i pełza, tyle tego było wszędzie! Wzięła ścierkę od kurzu i szybkim ruchem wymiotła poczwarkę, a potem patrzyła, jak poczwarka stacza się po dachu, spada z jego krawędzi i znika.

– Paskudztwo – szepnęła, wytrzepując ścierkę. Podniosła miskę i wyszła przez okno, żeby je umyć od zewnątrz.

Lecz Filifionka była w kapciach i gdy tylko znalazła się na stromym, mokrym dachu, zaczęła zsuwać się po nim na plecach. Nie zdążyła się nawet wystraszyć. Błyskawicznym ruchem odwróciła swe chude ciało na brzuch i w jednej zawrotnie szybkiej sekundzie zjechała w dół. Kapcie stuknęły o krawędź dachu i wtedy zatrzymała się. Teraz dopiero poczuła strach. Przeniknął ją całą, utkwił jej w gardle jak smak atramentu.

Przymknęła oczy, ale mimo to widziała ziemię daleko w dole, jej szczęki zwarły się z przestrachu i zdziwienia i nie była nawet w stanie krzyczeć.

Zresztą i tak nikt by jej nie usłyszał. Bo Filifionka dawno już pozbyła się wszystkich swoich krewnych i uciążliwych znajomych i miała mnóstwo czasu, żeby zajmować się swoim domem i swoją samotnością, żeby spadać całkiem samotnie z własnego dachu do ogrodu, między chrząszcze i różne nieopisanie wstrętne robaki.

Zrobiła rozpaczliwy, pełzający ruch w górę, łapkami czepiając się śliskiej blachy, lecz znowu zjechała w dół i wszystko było tak, jak przed chwilą. Wiatr łomotał otwartym oknem i szumiał w ogrodzie, a czas płynął. Kilka kropli deszczu spadło na dach.

Nagle przypomniała sobie o piorunochronie, którego przewód biegł po drugiej stronie domu. Wolno, powolutku zaczęła przesuwać się wzdłuż krawędzi dachu, najpierw kawałeczek na jednej nodze, potem znów kawałeczek na drugiej. Z oczami mocno zamkniętymi, przylepiona brzuchem do blachy, pełzła dookoła swojego dużego domu i cały czas myślała o tym, że miewa zawroty głowy i jakie to jest uczucie, jak się takiego zawrotu dostaje. Kiedy wreszcie namacała łapką drut piorunochronu, uczepiła się go ostatkiem sił i zaciskając jeszcze mocniej powieki, wciągnęła się ostrożnie na wysokość poddasza; teraz nie było na całym świecie nic innego, tylko cienki drut i zawieszona na nim Filifionka.

Chwyciła się wąskiej, drewnianej listwy obiegającej poddasze, podciągnęła się, przypadła do niej i leżała chwilę bez ruchu. Potem bardzo wolno uniosła się i na czworakach czekała, aż nogi przestaną jej dygotać. Nie czuła się nic a nic śmiesznie. Krok po kroku zaczęła posuwać się dalej, twarzą do ściany. Przechodziła od okna do okna, ale wszystkie były zamknięte. Zawadzał za długi pyszczek, włosy spadały na oczy i łaskotały w nos. „Bylebym tyko nie kichnęła, bo stracę równowagę... Nie wolno mi patrzeć ani myśleć. Przydeptał mi się kapeć, nikogo nie obchodzi, co się ze mną dzieje, gorset cały się pozwijał i w każdej sekundzie, po tych wszystkich okropnych sekundach...”.

Znowu zaczęło padać. Filifionka otworzyła oczy i zerkając przez ramię, zobaczyła stromy dach, w dole jego krawędź, a za nią upadek w próżnię. Nogi znowu się pod nią ugięły i świat zakołował, teraz to już był zawrót głowy. Odciągnął ją od ściany, listwa, na której stała, zrobiła się cienka i wąska jak nóż i w ciągu jednej, długiej jak wieczność sekundy Filifionka przeleciała przez całe swoje filifionkowe życie.

Bardzo powoli, rozstając się z bliskim już bezpieczeństwem, odchyliła się do tyłu, aż do nieubłaganej granicy, za którą runęłaby w przepaść, ale zatrzymała się na niej na moment trwający jakby jeszcze jedną wieczność, a potem opadła z powrotem w przód.


Teraz nie była już niczym innym, jak tylko czymś, co usiłowało zrobić się bardzo, bardzo płaskie i posuwać się dalej. Wreszcie okno. Wiatr mocno je zatrzasnął.

Na ramie okiennej, gładkiej i gołej, nie było nic, za co można by pociągnąć, najmniejszego nawet gwoździa. Filifionka spróbowała podważyć ją szpilką do włosów, ale szpilka się zgięła. Widziała w środku miskę z mydlinami i ścierkę, niewzruszony obraz spokojnej codzienności, nieosiągalny świat.

Ścierka! Okno przycięło ją na parapecie... Serce Filifionki zaczęło łomotać – zobaczyła wystający, malutki jej rożek, wzięła go w palce, och, jak ostrożnie, i pociągnęła lekko... „Ach, żeby tylko wytrzymała, żeby to była ta nowa, śliczna ścierka, a nie ta stara... Nigdy już nie będę żałowała nowych ścierek, nigdy nie będę na niczym oszczędzała, będę rozrzutna, przestanę sprzątać, za dużo sprzątam, jestem pedantyczna... Będę kimś zupełnie innym niż Filifionką...” Tak myślała, błagalnie, lecz i beznadziejnie, bo Filifionka, oczywiście, nigdy nie może być nikim innym, jak tylko Filifionką.

Ścierka wytrzymała. Okno otworzyło się powoli, wiatr uderzył nim o ścianę, a Filifionka rzuciła się na łeb, na szyję w zacisze pokoju, spadła na podłogę i poczuła, że żołądek podchodzi jej do gardła i że robi się jej okropnie niedobrze.

Nad nią huśtała się poruszana wiatrem wisząca u sufitu lampa, wszystkie frędzelki kiwały się w równych od siebie odstępach, każdy z małym paciorkiem na czubku. Przyglądała się im uważnie, zdziwiona tymi małymi frędzelkami, których nigdy przedtem nie widziała. Nigdy też dotąd nie zauważyła, że jedwabny abażur jest czerwony, bardzo piękna czerwień przypominająca zachód słońca. Nawet hak w suficie miał nowy i niezwykły kształt.

Poczuła się trochę lepiej. Zaczęła się zastanawiać, jakie to jest dziwne, że wszystko, co wisi na haku, rzeczywiście wisi w dół, a nie w jakąś inną stronę, i na czym to może polegać. Cały pokój zmienił się, wszystko wyglądało inaczej. Filifionka podeszła do lustra i przypatrzyła się sobie. Pyszczek z jednej strony cały podrapany, włosy proste jak druty i mokre. Oczy nie te same. „I pomyśleć, że się ma oczy do patrzenia – zastanawiała się – i jak to się dzieje, że się widzi?...”

 

Zaczęło jej być zimno, i od deszczu, i od tego, że przeleciała przez całe swoje życie w ciągu jednej sekundy, postanowiła więc zaparzyć kawę. Lecz gdy otworzyła kredens w kuchni, zobaczyła po raz pierwszy, że ma za dużo porcelany. Takie straszne ilości filiżanek do kawy! Znacznie za dużo półmisków, naczyń do zapiekania, sterty talerzy, setki rzeczy, którymi się je i na których się je, i tylko jedna jedyna Filifionka. Kto to wszystko dostanie, jak ona umrze?

– Wcale nie umrę – szepnęła i zatrzasnęła kredens. Wbiegła do holu, na chwiejnych nogach pokręciła się koło mebli w sypialnym, wpadła do salonu i odsłoniła firanki, skoczyła jeszcze na poddasze, jednak wszędzie było równie cicho. Pootwierała wszystkie drzwi, otworzyła też szafę na ubranie, w której leżała jej podróżna torba – i teraz nareszcie wiedziała, co zrobi. Uda się w odwiedziny. Chce zobaczyć znajomych. Znajomych, którzy rozmawiają i są mili, którzy wchodzą i wychodzą, i tak zapełniają cały dzień, że nie zostaje czasu na straszne myśli.

Ale nie chce widzieć Paszczaka. Ani Mimbli, zwłaszcza jej! Tylko rodzinę Muminków. Czas już, żeby pójść z wizytą do Mamy Muminka. Na te rzeczy trzeba się decydować, póki się jest w odpowiednim nastroju, i najlepiej szybko, zanim nastrój minie.

Filifionka wyciągnęła torbę i włożyła do niej srebrny wazon – da go Mamie Muminka. Wylała mydliny na dach i zamknęła okno. Wysuszyła włosy, zakręciła je na papiloty, a potem wypiła popołudniową herbatę. Dom uspokoił się i znowu był taki sam jak zawsze. Umywszy filiżankę po herbacie, wyjęła z torby srebrny wazon i na jego miejsce włożyła porcelanowy. Zapaliła lampę u sufitu, bo przy deszczu szybko się ściemniało.

„Co mi się stało – pomyślała. – Przecież ten abażur wcale nie jest czerwony, tylko lekko brązowy. Ale tak czy inaczej, ja wyruszam”.



Rozdział 4

Była późna jesień. Włóczykij szedł dalej na południe, lecz co jakiś czas rozstawiał namiot i pozwalał dniom mijać, jak chcą, chodził sobie i przyglądał się różnym rzeczom, nic nie myśląc i nic nie pamiętając, i dużo spał. Zachowywał ostrożność, ale niczym się właściwie nie interesował i nie obchodziło go, dokąd idzie – chciał tylko iść dalej.

Las uginał się od deszczu, drzewa tkwiły w zupełnym bezruchu. Wszystko było już zwiędłe i obumarłe, lecz w dole, przy ziemi, wyrastał z wielką energią prosto z butwiejącej gleby późnojesienny, tajemniczy ogród, dziwne podszycie z błyszczących, napęczniałych roślin niemających w ogóle nic wspólnego z latem. Nagie krzaki czarnej jagody były żółto-zielone, a owoce żurawiny ciemne jak krew. Zaczęły też rosnąć ukryte przedtem porosty i mchy, rozpełzały się szeroko, podobne do wielkiego, miękkiego dywanu, który chce zawładnąć lasem. Wszystko miało nowe, mocne kolory i wszędzie na ziemi leżały świecące, czerwone jagody jarzębiny. Ale paprocie były czarne.

Włóczykij poczuł, że ma ochotę układać piosenki. Poczekał, żeby ochota stała się całkiem oczywista, i któregoś wieczoru wyciągnął harmonijkę, leżącą dotąd na samym dnie plecaka. W sierpniu, gdzieś w Dolinie Muminków, wpadło mu w ucho pięć taktów, które niewątpliwie mogły się stać wspaniałym początkiem melodii. Zjawiły się w sposób całkiem zwyczajny, jak to bywa z dźwiękami, gdy się je zostawi w spokoju. Teraz nadszedł czas, żeby je wydobyć i żeby powstała z nich piosenka o deszczu.

Włóczykij nasłuchiwał i czekał. Ale pięć taktów nie przychodziło. Czekał dalej, wcale się nie niepokojąc, bo wiedział, jak to jest z melodiami. Słyszał tylko słaby szum deszczu i ściekającej wody. Pomału zrobiło się całkiem ciemno. Wyjął fajkę i zaraz schował ją z powrotem. Zrozumiał, że te pięć taktów zostało w Dolinie Muminków i że ich nie znajdzie, dopóki tam nie wróci.

Są miliony melodii, które łatwo znaleźć i zawsze będą inne, nowe. Ale Włóczykij nie zwracał na nie uwagi, niech sobie odlatują, gdzie chcą, to były letnie piosenki, dla kogokolwiek. Wczołgał się do namiotu i zakopał w śpiworze, naciągając go na głowę. Delikatny szum deszczu i spływającej wody nie zmieniał się, dźwięczała w nim wciąż ta sama, łagodna nuta samotności i doskonałości. Lecz co go obchodził deszcz, skoro nie mógł ułożyć o nim piosenki?