Zapomniany wiek XX. RetrospekcjeTekst

Autor:Tony Judt
Z serii: Historia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Dedykacja

Tony Judt – Orwell naszych czasów

Podziękowania

Wprowadzenie. Świat, który utraciliśmy

Część pierwsza. JĄDRO CIEMNOŚCI

Rozdział I. Arthur Koestler, wzorcowy intelektualista

Rozdział II. Elementarne prawdy Primo Leviego

Rozdział III. Żydowska Europa Manèsa Sperbera

Rozdział IV. Hannah Arendt i zło

Część druga. POLITYKA ZAANGAŻOWANIA INTELEKTUALNEGO

Rozdział V. Albert Camus: „najlepszy człowiek we Francji”

Rozdział VI. Elukubracje: „marksizm” Louisa Althussera

Rozdział VII. Eric Hobsbawm i romans z komunizmem

Rozdział VIII. Pożegnanie z tym wszystkim? Leszek Kołakowski i dziedzictwo marksizmu

Rozdział IX. „Papież idei”? Jan Paweł II i współczesny świat

Rozdział X. Edward Said: kosmopolita bez korzeni

Część trzecia. ZAGUBIONE PODCZAS PRZEMIAN: MIEJSCA I WSPOMNIENIA

Rozdział XI. Katastrofa: upadek Francji, 1940

Rozdział XII. À la recherche du temps perdu: Francja i jej przeszłości

Rozdział XIII. Krasnal w ogrodzie: Tony Blair i brytyjskie „dziedzictwo”

Rozdział XIV. Państwo bez państwa: dlaczego Belgia ma znaczenie

Rozdział XV. Rumunia między Europą a historią

Rozdział XVI. Mroczne zwycięstwo: izraelska wojna sześciodniowa

Rozdział XVII. Kraj, który nie chciał dorosnąć

Część czwarta. (PÓŁ)WIEK AMERYKI

Rozdział XVIII. Amerykańska tragedia? Sprawa Whittakera Chambersa

Rozdział XIX. Kryzys: Kennedy, Chruszczow i Kuba

Rozdział XX. Iluzjonista: Henry Kissinger i amerykańska polityka zagraniczna

Rozdział XXI. Czyja to historia? Zimna wojna z perspektywy czasu

Rozdział XXII. Milczenie owiec: dziwna śmierć liberalnej Ameryki

Rozdział XXIII. Dobre społeczeństwo: Europa kontra Ameryka

Przesłanie. Odrodzenie kwestii społecznej

Źródła tekstów

Dla AK i GL

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Tony Judt – Orwell naszych czasów1

W wielu esejach i niejednej książce Tony Judt daje świadectwo frankofilii popartej znakomitą znajomością języka, świetną orientacją w realiach życia politycznego nad Sekwaną i dogłębną wiedzą na temat historii francuskiego życia intelektualnego. Błyskotliwe szkice o Albercie Camusie, monumentalnej pracy Pierre’a Nory Miejsca pamięci czy jadowity artykuł o Louisie Althusserze pełne są celnie dobranych cytatów i obserwacji, które zrodzić się mogły jedynie na skutek wieloletniego oddychania powietrzem paryskich bibliotek i długich godzin obserwowania burgundzkich krajobrazów.

Omawiając kilkutomowe dzieło pod redakcją wybitnego francuskiego historyka, opisujące „miejsca” rozumiane metaforycznie, jako wydarzenia, budynki czy miasta, które zapisały się w pamięci Francuzów tak głęboko, że niemal można dotknąć materii, z jakiej utkano wspomnienia na ich temat, Judt nie zaczyna od kurtuazyjnego wyliczenia zasług patronującego przedsięwzięciu uczonego (choć wyliczenie takie pojawi się w dalszej części tekstu) czy od przywołania tytułów książek na podobny temat (choć liczne przypisy, porównania i uwagi wskazują, że Judt zna literaturę przedmiotu na wyrywki). Zamiast tego proponuje czytelnikowi przejażdżkę jedną z francuskich autoroutes: „Kiedy jedzie się wspaniale zaprojektowanymi i otoczonymi nieskazitelnym pejzażem autoroutes we Francji, nie sposób nie zauważyć tablic informacyjnych umieszczonych w regularnych odstępach po prawej stronie drogi. Trudne do przeoczenia, ale w jakiś sposób także dyskretne, utrzymane w ciepłych, ziemistych barwach, pogrupowane są parami. Najpierw tablica, na której znajdują się dwa lub trzy symbole – wystarczająco proste i zwięzłe, by wzbudzić zainteresowanie pędzącego kierowcy, ale niemówiące od razu same za siebie: na przykład kiść winogron lub stylizowany wizerunek budynku czy góry” (À la recherche du temps perdu: Francja i jej przeszłości).

Przytoczony fragment stanowi doskonałą próbkę literackiego stylu Tony’ego Judta oraz nawyków myślowych, którym hołdował. W pisaniu i myśleniu najważniejsze były dla niego konkret i kontekst – pejzaż, barwa, akcent, klimat zarówno geograficzny, jak i intelektualny. Ton, jakim wypowiada tę czy inną myśl, to, czy pobrzmiewa w nim ironia, albo napomknienie, na jaki kolor pomalowana jest stacja kolejowa, wpływa na ocenę owej myśli lub zjawiska. Jako uważny czytelnik i cierpliwy obserwator Judt jest wrażliwy na niuanse, nie tracąc nic ze swej zdolności do generalizowania. Czyni go to w pewnym sensie spadkobiercą historyków ze szkoły „Annales”. Nieprzypadkowo, omawiając pracę Ernesta Maya na temat upadku Francji w 1940 roku, Judt przywołuje Marca Blocha i jego poruszającą książkę Dziwna klęska, nazywając ją „dziełem niedoścignionej błyskotliwości”, a samego Blocha – „najwybitniejszym spośród francuskich historyków” (Katastrofa: upadek Francji 1940). Mayowi i innym historykom, którzy ograniczają się do analizy wojskowych raportów, liczenia dywizji i zastanawiania się, jak potoczyłyby się dzieje, gdyby rezultat decydujących bitew był inny, Judt zarzuca przede wszystkim ignorowanie nastrojów politycznych i społecznych. Jego zdaniem nikt, kto miałby ucho równie jak Bloch wyczulone na klimat panujący w kraju tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej, nie miałby najmniejszych wątpliwości, że Francja została pokonana nie tylko w Lesie Ardeńskim, ale również w paryskich kawiarniach i na ławach poselskich.

Chociaż większość swoich książek – od La reconstruction du parti socialiste: 1921–1926, wydanej w 1976 roku, po The Burden of Responsibility: Blum, Camus, Aron, and the French Twentieth Century z roku 1998 – poświęcił francuskiemu życiu intelektualnemu i politycznemu, a w jego pisarstwie historycznym znać powinowactwa z bodaj najsłynniejszą w historii dwudziestowiecznej humanistyki francuską szkołą uprawiania refleksji nad dziejami, Tony Judt pozostaje autorem wybitnie brytyjskim. Francja, podobnie jak Belgia, o której pisał, że jest niewielkim państwem dostarczającym „przykładów na niebezpieczeństwa czyhające również na inne kraje” (Dlaczego Belgia ma znaczenie?), stanowi dla niego swoisty poligon doświadczalny, na którym ludzkość testuje różne podejścia do przeszłości, komunizmu, ideologicznego opętania, kryzysu zaufania obywatelskiego. Wielka Brytania, targające nią kryzysy gospodarcze i polityczne, pogarszające się warunki życia w podupadających miasteczkach północnej Anglii, ulotność czaru roztaczanego przez Tony’ego Blaira – wszystko to stanowi dla Judta sprawę niemalże osobistą. Kiedy Judt, urodzony w Londynie i mieszkający przez sporą część dzieciństwa w hrabstwie Surrey, pisze o złym stanie brytyjskiej gospodarki, sięga po przykład angielskich kolei, których prywatyzacja ilustruje, jego zdaniem, fatalny w skutkach brak zrozumienia, że nie każdy towar czy usługę można poddać grze rynkowych sił (Krasnal w ogrodzie: Tony Blair i brytyjskie „dziedzictwo”). Wybór kolei jako koronnego dowodu na niekompetencję rządu nie jest przypadkowy. Jak wyjaśnia Judt w eseju In Love with Trains, „technologia, architektura i sposoby działania systemu kolejowego fascynowały mnie od zawsze – nawet dziś mogę opisać osobliwości funkcjonowania linii londyńskiego metra i wystroju jego stacji, pozostałości po prywatnych firmach z ubiegłych lat” („New York Review of Books”, marzec 2010). Judt kocha kolej, a zwłaszcza kolej brytyjską. Katastrofy, które wydarzyły się na angielskich torach na skutek zaniedbań i szukania oszczędności za wszelką cenę, są zatem dla niego nie tylko poważnym problemem społeczno-gospodarczym, ale i sprawą osobistą.

 

Ten osobisty ton w pisaniu o Wielkiej Brytanii, w połączeniu ze zdystansowaną ironią, wrażliwością społeczną, która rodzi się ze współodczuwania z konkretnym człowiekiem i lokalną wspólnotą mieszkańców, a nie z lektury lewicowych teoretyków, a także wierność ideałom lewicy połączona ze sceptycyzmem wobec abstrakcyjnego, zideologizowanego marksizmu zniechęcają Tony’ego Judta do francuskich intelektualistów w rodzaju Sartre’a czy Althussera. Choć w swoich książkach i esejach wyraźnie daje świadectwo pokrewieństwa z takimi pisarzami i myślicielami jak Albert Camus czy Raymond Aron, jego styl, wrażliwość społeczna i przywiązanie do Wielkiej Brytanii jako kraju, w którym wchodził w intelektualną i życiową dorosłość, zbliżają go do raczej do George’a Orwella. Choć Judt nigdy nie poświęcił Orwellowi osobnej książki, duch autora Na dnie w Paryżu i Londynie wyraźnie unosi się nad jego pisarstwem.

Odbudowane molo w Wigan

Tony Judt napisał przynajmniej jeden tekst, w którym opisuje swoją wędrówkę śladami Orwella. W szkicu Krasnal w ogrodzie: Tony Blair i brytyjskie „dziedzictwo” notuje:

Barnsley zajmuje ważne miejsce w Drodze na molo w Wigan George’a Orwella, gdzie pisarz zawarł niezapomniany opis tragedii bezrobocia dotykającej brytyjską przemysłową klasę pracującą. W Wigan jest dziś nie tylko molo (Orwell poczynił słynną uwagę o jego braku), ale również znak na autostradzie zachęcający do jego odwiedzenia. Obok oczyszczonego kanału Leeds– –Liverpool stoi Muzeum Tego, Jacy Byliśmy oraz Orwell na Molo w Wigan, typowy pub z lat osiemdziesiątych sprzedający hamburgery i frytki. „Przerażające, północne slumsy” Orwella zniknęły – nie tylko z pejzażu Wigan, ale najwyraźniej także z miejscowej pamięci: album Wspomnienia Wigan, 1930–1970, do nabycia w muzeum, zawiera bardzo ładne zdjęcia w kolorze sepii, przedstawiające ekspedientki i sklepy, ale żadnej wzmianki o robotnikach i kopalniach, które zapewniły miastu wątpliwą sławę i przyciągnęły tam Orwella.

Fragment ten jest nie tylko kolejnym świadectwem erudycji Judta i jeszcze jednym potwierdzeniem jego znakomitego zmysłu obserwacji. Opisywane przez niego szczegóły składają się na obraz świata, który postanowił wymyślić własną przeszłość, odmalować jej znaki i zarabiać na nostalgii. „Znak na autostradzie” pokazujący drogę do miasteczka, gdzie Orwell podpatrywał niegdyś życie górników, to odpowiednik francuskich tablic informacyjnych sygnalizujących atrakcje turystyczne mijane w pędzie podczas jazdy autoroutes. To drogowskazy prowadzące do alternatywnej przeszłości – takiej, w której nie ma miejsca na brudne szyby górnicze, nędzne slumsy i wyziewy z kominów. Kiedy podróżny, skuszony hasłem „Orwell”, symbolem zamku lub winnicy, zdecyduje się zwolnić i skręcić w boczną drogę, czekać już będą na niego albumy i pocztówki pieczołowicie podtrzymujące iluzję świata, który nawet w dobie dzikiego uprzemysłowienia i wyzysku trudnił się przede wszystkim handlem własnym wizerunkiem. Zamiast mężczyzn w brudnych kombinezonach – uśmiechnięte ekspedientki; zamiast Orwella nieprzyzwyczajonego do ciężkiej pracy pod ziemią i tracącego przytomność z wyczerpania podczas wizyty w kopalni2 – Orwell jako patron pubu dla turystów, zbudowanego koło molo, którego nigdy nie zobaczył.

Judt odwiedzający Wigan kilkadziesiąt lat po Orwellu zauważył, że nazwisko jego wielkiego poprzednika stało się marką, znakiem towarowym, chwytliwym sloganem reklamującym wizerunek miasta wpisujący się w najgorsze cechy Blairowskiej „Cool Britannia”, z jej nieszczerym uśmiechem, fałszowaniem rzeczywistości i przerabianiem przeszłości na sielankowy skansen. W akapicie poprzedzającym gorzkie uwagi o Wigan Judt opisuje inny przykład zacierania przeszłości poprzez jej bezpieczne, rytualne przywoływanie:

Siedemnastego czerwca 2001 roku kilka mil od Barnsley odegrano dla telewizji „bitwę pod Orgreave”. Konfrontacja pomiędzy górnikami i policją z czerwca 1984 roku była najbardziej brutalnym z wielu starć, jakie towarzyszyły konfliktowi i zwycięstwu, które Margaret Thatcher odniosła tego roku nad Arthurem Scargillem i Narodowym Związkiem Górników. Od tamtej pory wielu górników jest bezrobotnych, niektórzy z nich wzięli za pieniądze udział w rekonstrukcji. Wydaje się niezwykłe i nieco osobliwe, że tak desperacka polityczna walka doczekała się tak szybko traktowania należnego „dziedzictwu”. Upłynęło trzysta lat, zanim Anglicy zabrali się do odegrania bitwy pod Naseby, stoczonej kilka godzin drogi na południe w czasach wojny domowej; Orgreave odegrano dla telewizji ledwie siedemnaście lat po tym, gdy się wydarzyło.

Do pełni ironicznej wymowy owego epizodu brakuje tylko opisu górników, którzy stracili pracę po wydarzeniach z 1984 roku, a siedemnaście lat później przywdziali te same, „historyczne” kostiumy i za kilka funtów statystowali w historycznym widowisku upamiętniającym ich własne wyczyny.

Judt równie mocno jak amnezji boi się pamięci, która staje się promenade touristique dans le jardin du passé, turystyczną ścieżką wiodącą przez ogród przeszłości – by przywołać określenie Pierre’a Nory, cytowane również przez Judta w eseju poświęconym dziełu wybitnego francuskiego historyka. Podążenie ową ścieżką oznacza zgodę na pewien paradoks, który zdaniem Judta jest jedną z niepokojących cech naszych czasów. W eseju À la recherche du temps perdu: Francja i jej przeszłości pisze: „Wznosząc formalne pamiątki lub repliki czegoś, o czym powinniśmy pamiętać, ryzykujemy dalsze zapomnienie: czyniąc symbole lub pozostałości synonimami całości, łagodnie popadamy w iluzję”. Im więcej dyskutujemy o pomnikach, tablicach, ceremoniach, tym mniej naprawdę pamiętamy. Im bardziej pogrążamy się w dyskusjach nad formami upamiętniania, tym mniej rozumiemy znaczenie wydarzeń z przeszłości.

Pamiętny slogan partii z Roku 1984 George’a Orwella pozostaje w mocy. Nadal „ten, kto kontroluje przeszłość, kontroluje przyszłość”, a „kto kontroluje teraźniejszość, kontroluje przeszłość”. Rzecz w tym, że kontrola nie jest sprawowana ani przez spoglądającego dobrodusznie z ekranów Wielkiego Brata, ani tym bardziej przez promiennie uśmiechniętego Tony’ego Blaira. Owszem, to, że refleksję nad protestami górniczymi w Orgreave zastąpiło „widowisko historyczne”, jest rządzącym bardzo na rękę, co jednak nie oznacza, że wielka inscenizacja zastępująca autentyczną, pełną sporów i odmiennych interpretacji pamięć jest dziełem władz lub jakiegoś sekretnego spisku czy wyjątkowo potężnego lobby. Sami jesteśmy własnym Ministerstwem Prawdy. Największy problem nie polega na tym, że odbudowano molo w Wigan, ale na tym, że nikt nie pamięta, iż kiedyś go tam nie było i dlaczego go brakowało.

Kataloński i izraelski teatr cieni

Choć trudno w tej materii o absolutną pewność, przekonujące wydaje się stwierdzenie, że wnikliwi myśliciele czy błyskotliwi literaci potrzebują doświadczyć na własnej skórze przemian społecznych, muszą zostać zmuszeni do zdecydowanych wyborów ideowych, aby stać się prawdziwie wielkimi pisarzami politycznymi. Trudno sobie wyobrazić, by Machiavelli napisał Księcia bez wcześniejszych doświadczeń dyplomatycznych i popadnięcia w niełaskę powracających do władzy Medyceuszy. Nie sposób też pomyśleć, by O demokracji w Ameryce, genialne połączenie reportażu i filozofii politycznej, mogło powstać bez wcześniejszej podróży Tocqueville’a do Ameryki. Nie chodzi przy tym wyłącznie o wiarygodność opisu ani nasycenie tekstu trafnymi czy zaskakującymi informacjami pochodzącymi od rozmówców, z którymi autorów zetknęły ich podróże czy misje dyplomatyczne. Równie istotne jest dotknięcie przez pisarzy polityki w stanie czystym, z jej wyborami, niejasnościami, ze spowijającą każde wydarzenie mgłą utrudniającą podjęcie odpowiedniej decyzji.

Dla Orwella takim otrzeźwiającym doświadczeniem była walka po stronie sił Republiki podczas hiszpańskiej wojny domowej. Jak pisze jego biograf Bernard Crick, Orwell pojechał do Hiszpanii, „by walczyć, a nie pisać. Ostatecznie jednak zrobił jedno i drugie” (George Orwell: A Life, s. 311). Nie spodziewał się, że udział w toczących się w Katalonii walkach będzie dla niego doświadczeniem formującym, a los jego towarzyszy z Partii Robotniczej Zjednoczenia Marksistowskiego (POUM) w czasie stalinowskich czystek pomoże mu ostatecznie zrozumieć jego własną lewicową wrażliwość. Myśl, która kazała mu wyruszyć do Hiszpanii, była prosta: „Faszyzm. Ktoś go musi powstrzymać”3.

Tony Judt nie stałby się zapewne pisarzem politycznym, gdyby nie Izrael. Tuż przed śmiercią deklarował, że „postrzega siebie przede wszystkim i ponad wszystko jako nauczyciela historii, następnie autora historii Europy, potem komentatora spraw europejskich, potem głos intelektualisty publicznego wypowiadającego się w ramach amerykańskiej lewicy i dopiero na końcu okazjonalnego, motywowanego okolicznościami uczestnika bolesnej amerykańskiej dyskusji na temat spraw żydowskich” (wywiad udzielony Peterowi Jukesowi, „Prospect”, 21 lipca 2010). Trudno jednak zaprzeczyć, że jego bardzo krytyczna ocena polityki Izraela wydatnie przyczyniła się do tego, że jego nazwisko stało się nagle znane również wśród czytelników, którzy nie byli przesadnie zainteresowani intelektualną historią Francji. Kiedy jesienią 2006 roku konsul generalny RP Krzysztof Kasprzyk odebrał kilka „miłych telefonów” od przedstawicieli żydowskich organizacji Anti-Defamation League i American Jewish Committee (rozmówcy domagali się wycofania zgody na wygłoszenie przez Judta wykładu w polskim konsulacie w Nowym Jorku), miał prawo być zaskoczony.

Chociaż Judt ma oczywiście rację, kiedy twierdzi, że opublikował w życiu jedynie „cztery krótkie eseje, które mogły komuś nadepnąć na odcisk. Dwa z nich były na temat Izraela” (wywiad dla rozgłośni radiowej WHYY, wyemitowany 11 sierpnia 2010, pięć dni po śmierci Judta), to owe dwa teksty – Mroczne zwycięstwo: izraelska wojna sześciodniowa oraz Kraj, który nie chciał dorosnąć – były szczególnie ostre i celne również dlatego, że za autorem krytyki stały konkretne doświadczenia. W latach szkolnych i wczesnych latach studenckich Judt zaangażował się na rzecz lewicowego syjonizmu i spędzał kolejne wakacje, pracując w kibucu. W Mrocznym zwycięstwie tak wspomina te doświadczenia:

Ton dominujący w kibucu i w kraju był zaściankowy i purytański. […] Dominujący etos, z jego wiarą w odkupicielską moc Ziemi i Pracy, harcerskimi mundurkami, wspólnymi tańcami, wędrówkami przez pustynię i obowiązkową wspinaczką na Masadę (oczywiście trudniejszym szlakiem), z wykładami o botanice i biblijnej geografii, szczerymi cotygodniowymi debatami o „problemach” socjalizmu, przypominał przeszczepione na Bliski Wschód zainteresowania i obyczaje brytyjskiej Niezależnej Partii Pracy z lat dziewięćdziesiątych XIX wieku lub klubów piechurów Wandervogel z wilhelmińskich Niemiec.

Choć wspomnienia o kibucowej starszyźnie broniącej moralnej czystości młodych robotników rolnych i zabraniającej śpiewać piosenki Beatlesów nasycone są sporą dawką właściwej Judtowi ironii, jego odejście od syjonizmu nie było spowodowane wyłącznie odkryciem, że bieganie po pustyni w harcerskim mundurku i wspinaczka do twierdzy Masada ze śpiewem na ustach są zajęciami niepoważnymi. Zasadnicze znaczenie miało uświadomienie sobie, że tego rodzaju działania oznaczają zaangażowanie się w teatr cieni, automatyczne, bezrefleksyjne wskrzeszanie umarłego świata i odmowę konfrontacji z realiami Bliskiego Wschodu: „Dla syjonistów sprzed 1967 roku Arabowie byli elementem materialnego otoczenia, w którym ustanowiono państwo Izrael, ale nie mieścili się w mentalnym pejzażu wyobrażonego Izraela, przez pryzmat którego większość Izraelczyków patrzyła na swoją politykę i środowisko. Usunięcie Żydów z Europy nie usunęło Europy z Żydów”.

Funkcjonowanie izraelskiej polityki w dużej mierze „według czasu białostockiego” było zdaniem Judta jedną z zasadniczych przyczyn, dla których w 1967 roku nie zapaliły się lampki alarmowe i państwo żydowskie wykroczyło poza wymogi obrony koniecznej, dając się uwieść marzeniom o niemalże imperialnej potędze. Gdyby nie teatr cieni, nie byłoby „mrocznego zwycięstwa”. Stało się jednak inaczej: „Z perspektywy możemy widzieć w zwycięstwie Izraela w czerwcu 1967 roku i utrzymującej się okupacji zdobytych wówczas terytoriów własne nakbar, moralną i polityczną katastrofę, państwa żydowskiego. Działania Izraela na Zachodnim Brzegu i w Strefie Gazy powiększyły i rozdmuchały niedostatki kraju i wystawiły je na widok całego świata” (Kraj, który nie chciał dorosnąć). Oceny Judta są tym ostrzejsze, że uważał, iż sam dał się uwieść owej grze pozorów, nostalgicznej maskaradzie zwalniającej z refleksji. Zapewne gdyby nie doświadczenia w kibucu, nigdy nie podjąłby służby tłumacza w Siłach Obronnych Izraela podczas wojny sześciodniowej z 1967 roku.

 

Krótki epizod w izraelskiej armii mógł z jednej strony posłużyć jako swoiste alibi dla krytykowania polityki Izraela, z drugiej – tym bardziej rozjuszyć jej obrońców, którzy do zarzutów o antyizraelskość czy wręcz antysemityzm dorzucić mogli również oskarżenie o zdradę. Młodzieńczy epizod w kibucu i służba w SOI to nieliczne albo wręcz jedyne przypadki, kiedy Judt sięga wprost po doświadczenia osobiste i buduje na nich argumentację. Owszem, we wspomnieniowych szkicach publikowanych na łamach „The New York Review of Books” w ciągu kilku miesięcy przed śmiercią Judt daje bogate opisy lat dzieciństwa i studiów, ale są to raczej impresje mające przybliżyć czytelnikowi (a i samemu autorowi) świat doświadczeń, który w miarę postępów choroby stawał się coraz bardziej zagrożony. To prawda, że Judt sięga po osobiste obserwacje belgijskich czy angielskich miasteczek, ale nigdy nie buduje na nich stanowiska politycznego. Bodaj jedyny przykład, kiedy prywatne spotyka się w jego tekstach z politycznym, to wypowiedzi i eseje na temat Izraela. Zapytany o to przez Petera Jukesa, Judt odparł:

Nie chodzi tutaj o to, że prywatne jest polityczne. Chodzi o przywołanie tego, co osobiste, aby stworzyć przestrzeń dla polityczności. Masz rację, że nie przyszło mi to łatwo. Zwykłem unikać pierwszej osoby i prywatnych wspomnień. Ale stało się jasne, że chcąc mówić publicznie rzeczy niepopularne, potrzebowałem wiarygodności opartej na codziennym, „ulicznym” doświadczeniu. Bycie Żydem nie wystarczało. Bycie byłym syjonistą nie wystarczało. Ale bycie byłym syjonistą, który nosił izraelski mundur (i ma zdjęcie z pistoletem maszynowym, w towarzystwie ślicznotki) – to pomogło („Prospect”, 21 lipca 2010).

Pomogło, ale oczywiście nie załatwiło sprawy. Podobnie jak Orwell, który wróciwszy z Katalonii, nie miał gwarancji, że jego lewicowa wiarygodność nie będzie podważana, Judt nie ustrzegł się zarzutów o działanie na szkodę Izraela (złośliwie notował, że były one o wiele częstsze w Ameryce niż w samym Izraelu). W sierpniu 1937 roku Orwell otrzymał list od redakcji wydawanego w Moskwie magazynu „International Literature”, który wcześniej prosił pisarza o artykuł i egzemplarz Drogi na molo w Wigan: „Postąpił pan słusznie, szczerze informując nas o swojej służbie w oddziałach POUM. Rzeczywiście, nasze pismo nie ma nic wspólnego z członkami POUM; organizacja ta, jak dowiodło długie doświadczenie walki hiszpańskiego ludu przeciwko podżegaczom i faszystowskim interwencjom, jest częścią «piątej kolumny» Franco i prowadzi dywersję wymierzoną w bohaterską armię republikańskiej Hiszpanii” (George Orwell: A Life, s. 346). Autor W hołdzie Katalonii mógł dzięki osobistym doświadczeniom pozbyć się resztek złudzeń na temat ZSRS, ale nie uchroniło go to przed odegraniem roli faszysty w teatrze cieni reżyserowanym w Moskwie.

Przypadek Judta jest oczywiście o wiele mniej drastyczny: zamiast czystek zwieńczonych procesami pokazowymi i karą śmierci skończyło się wyrzuceniem z zespołu redakcyjnego opiniotwórczego pisma – zarzucający mu zdradę Izraela publicyści i działacze nie są, rzecz jasna, zaślepionymi ideologicznie lub żądnymi władzy aparatczykami i zupełnie inna jest zarówno temperatura sporu, jak i realia, w których się on toczył. Niemniej logika polegająca na obsadzaniu przeciwnika w z góry przypisanej roli, pasującej do jasnego podziału na sojuszników i wrogów, była taka sama. Leon Wieseltier pisał: „Judt zatytułował swój artykuł [chodzi o tekst na łamach «The New York Review of Books», po którego publikacji w 2003 roku historyk został skreślony z redakcji «The New Republic»] Izrael: alternatywa. Ale przeczytajmy go dokładnie. Jedno państwo zamieszkiwane przez dwa narody nie jest alternatywnym rozwiązaniem dla Izraela. Jest rozwiązaniem Izraela. Judt i jego redaktorzy przekroczyli linię oddzielającą krytykę polityki izraelskiej od krytyki samego istnienia Izraela” („The New Republic”, 29 października 2003).

Przy takim postawieniu sprawy nie ma żadnej różnicy między Edwardem Saidem, od dawna postulującym utworzenie jednego państwa, w którym władzą podzieliliby się przedstawiciele narodów izraelskiego i palestyńskiego, a fanatycznym bojownikiem Hamasu żądającym wymazania Izraela z mapy świata. Nieprzypadkowo Judt cytuje w eseju poświęconym Saidowi słowa George’a Orwella: „Jeśli ktoś żywi gdziekolwiek w swoim umyśle nacjonalistyczną lojalność lub nienawiść, pewne fakty, choć na swój sposób uznawane za prawdziwe, nie są dopuszczane” (Edward Said: kosmopolita bez korzeni). Nacjonalistyczna i „internacjonalistyczna” lojalność, choć na różne sposoby, kreują w gruncie rzeczy ten sam teatr cieni, w którym każde osobiste doświadczenie musi zostać sprowadzone do dwóch wymiarów, światła i mroku, dobra i zła. Na tej scenie nie ma miejsca na refleksję, zmianę zdania, rewizję poglądów. Na zawsze pozostaje się w mundurze i dla noszącego go człowieka lepiej, aby był on odpowiedniego koloru.

Ogromny szacunek, jaki Judt żywił dla niektórych intelektualistów z Europy Środkowej, pasja, z jaką czytał i dyskutował o książkach takich autorów jak Leszek Kołakowski, podyktowane były zapewne w dużej mierze tym, że bodaj pierwsi i najbardziej wnikliwie rozpoznali oni własne uwikłanie w teatr cieni, uświadamiając sobie podziemny, czarny nurt własnego zaangażowania w komunizm. Polemika Kołakowskiego z wyrzucającym mu zdradę socjalistycznych ideałów brytyjskim historykiem E.P. Thompsonem, zatytułowana Moje słuszne poglądy na wszystko, jest dla Judta „być może najbardziej perfekcyjną intelektualną rozprawą z oponentem w historii dyskusji politycznych”, w której polski filozof „bezlitośnie obnaża egocentryczne wysiłki Thompsona mające ocalić marksizm przed porażkami komunizmu, komunizm zaś przed własnymi zbrodniami: wszystko w imię pozornie zakorzenionego w rzeczywistości «materialnej» ideału, którego wiarygodność wymagała jednak zachowania czystości – dystansu od doświadczeń realnego świata i ludzkich niedostatków” (Pożegnanie z tym wszystkim? Leszek Kołakowski i dziedzictwo marksizmu). Nie chodzi przy tym wyłącznie o napiętnowanie zgubnych wysiłków prowadzonych w imię zachowania marksistowskiej czystości, lecz o krytykę każdego myślenia „systemowego”, a więc niejako z definicji opartego na schematycznych podziałach, które nad wysiłki na rzecz zrozumienia rzeczywistości i skomplikowanych ludzkich wyborów przedkłada jasność kategorii pojęciowych czy podziałów ideologicznych.

Kiedy Judt mówi w ostatnim wywiadzie o „przywoływaniu tego, co osobiste, aby stworzyć przestrzeń dla polityczności”, można odnosić jego słowa nie tylko do fragmentów jego biografii, będących choćby częściową obroną przed zarzutami o działanie na szkodę Izraela, ale również do przeciwstawiania osobistego doświadczenia myśleniu za pomocą gotowych, abstrakcyjnych schematów. Leszek Kołakowski przeciwstawiający E.P. Thompsonowi – „przemawiającemu ze swojej bezpiecznej grzędy w środkowej Anglii” – doświadczenia komunistycznej Polski zapewne przypomina Judtowi jego samego wspominającego młodość w kibucu i służbę w izraelskiej armii, by skrytykować politykę współczesnego Izraela.

Inne książki tego autora