Ognista korona

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tony Abbott
Dziedzictwo Kopernika
Ognista korona

Tłumaczenie

Małgorzata Fabianowska

Dla czytelników w każdym zakątku świata


ROZDZIAŁ PIERWSZY

Nicea, Francja

10 czerwca

10:48

W apartamencie Ackroyda rozpętała się strzelanina, grad kul niszczył ściany, meble i obrazy. Agenci zakonu krzyżackiego zaatakowali sprawnie i znienacka.

– Wiejmy! – wrzasnęła Lily. – Szybko!

Darrell przebiegł przez pokoje do prywatnej windy i szarpnięciem otworzył wąskie drzwi.

– Wskakuj!

Lily przemknęła pod jego ręką i zaczęła raz po raz wciskać guzik parteru. Pod pachą ściskała swoją torbę podróżną. Drugim ramieniem przytrzymywała niewielką aluminiową kasetkę, w której znajdował się przedmiot o krawędziach ostrych jak brzytwa, zwany Triangulum. Był to piąty z dwunastu artefaktów dziedzictwa Kopernika.

Chcieli go dostać agenci zakonu.

Drzwi windy zdążyły się zamknąć i zadrżały pod serią pocisków. Darrell zgarnął odłamki z twarzy. Serce mu dudniło jak maserati na pełnym gazie. Podczas jazdy cztery piętra w dół chłopak w błyskawicznym tempie dokonał w myślach przeglądu ostatnich zaskakujących minut.

W jego dramatyczną rozmowę z Lily („Muszę wrócić do domu. Koniec z artefaktami. Koniec z tym wszystkim!”) wdarła się strzelanina. Gospodyni, pani Cousteau – ile ona miała lat? Sześćdziesiąt? Osiemdziesiąt? – zataczając się, wpadła do pokoju z twarzą bladą jak upiór i krwawą plamą rozlewającą się na sukience. Ostatkiem sił cisnęła im kasetkę z artefaktem i kazała uciekać.

Silva, ich śniady obrońca i bojownik, wpadł do mieszkania, ostrzeliwując się jak szalony, aż dostał w bark, w ramię i w bok. Upadł na podłogę. Straszny był widok wypróbowanego przyjaciela wijącego się z bólu. Zarówno Silva, jak i pani Cousteau poświęcili się, aby chronić artefakt, który Lily przyciskała teraz do piersi. Darrell nie mógł się pogodzić z tym, że niektórzy muszą wystawiać się na linię strzału, aby z narażeniem życia dać dzieciakom czas do ucieczki.

– Zaraz przyjedzie policja. – Lily postukiwała stopą w podłogę windy, jakby ją poganiała. – Chociaż niekoniecznie. Oni też pewnie pracują dla niej.

Dla niej.

Czyli Galiny Krause, młodej przywódczyni zakonu krzyżackiego. Jedynej osoby na świecie, która pożądała dwunastu artefaktów równie szaleńczo jak oni. Ten, kto je wszystkie odnajdzie, będzie mógł dzięki nim uruchomić machinę czasu, skonstruowaną przez słynnego astronoma Mikołaja Kopernika.

Chociaż w ciągu trwającej od wielu miesięcy pogoni za artefaktami dzieci wiele się dowiedziały o Galinie, nadal nie miały pojęcia, czemu tak usilnie pragnęła podróżować w czasie. Darrell uważał, że owa zagadka okaże się tylko szczytem gigantycznej góry zbudowanej z tysiąca innych tajemnic.

Winda gwałtownie stanęła, ale drzwi się nie otworzyły.

– Utknęliśmy pomiędzy piętrami – szepnęła Lily. – Darrell, to oni ją zablokowali!

– Znaleźli awaryjny wyłącznik. Uwięzili nas!

– Mnie nie. Ja tu nie zostanę…

– Ja też nie!

Próby rozsunięcia skrzydeł drzwi skończyły się połamaniem paznokci. Darrell w pośpiechu wyciągnął pasek ze spodni i wcisnął w szczelinę klamrę, dobijając ją nasadą dłoni. Szpara rozszerzyła się na tyle, że mógł tam włożyć palce.

Lily zrobiła to samo i wspólnym wysiłkiem zdołali rozewrzeć skrzydła drzwi na parę centymetrów, potem na kilkanaście i wreszcie na tyle szeroko, że mogli się pomiędzy nimi prześlizgnąć. Winda zatrzymała się pomiędzy pierwszym a drugim piętrem. Odsunęli zewnętrzną kratę. Lily wspięła się na palce i wyjrzała.

– Na razie pusto.

Bez trudu podciągnęła się i wysunęła z szybu – już w podstawówce trenowała gimnastykę – a potem pomogła wyjść Darrellowi. Znaleźli się w korytarzu należącym do innego mieszkania. W drugim końcu Darrell zobaczył okno, a na parapecie drewniany stojak z doniczką z kwiatami. Różami? Nieważne. Nie znał się na kwiatach.

Piętro wyżej zagrzechotały serie z broni automatycznej. Czyżby Silva dalej walczył z przeciwnikiem? Czy możliwe, żeby żył? Śmierć latem na Riwierze Francuskiej. Ludzie od wieków umierają w pięknych miejscach.

– Tędy? – szepnęła Lily. Wyminęła go, pobiegła korytarzem do końca i otworzyła okno. – Dasz radę? – zapytała.

Zbliżył się i wyjrzał. Odległość do ziemi nie była mała. Pokręcił głową.

– Połamiemy nogi.

– Ty pewnie tak – skomentowała z uśmieszkiem. – Ale czy to ważne? Zginiemy, jeśli tu zostaniemy.

– Czy to nie ty mówiłaś o ucieczce? Z połamanymi nogami trudno jest biec.

– Jasne – mruknęła i pokazała na taras sąsiedniego budynku, który znajdował się dużo bliżej. – A tam doskoczysz?

Strzelanina w głębi domu rozgorzała z nową siłą. Huknęły otwarte kopniakiem drzwi, zatupotały kroki.

– Jeśli mam spaść, to wolę tam.

– Ja też.

Usiłowała mocniej ścisnąć pod pachą aluminiową kasetkę, ale Darrell ją wziął i wsunął w spodnie. Dzięki temu przestały opadać, bo bez paska były za luźne. Lily kopnęła na bok stojak z kwiatkiem, wskoczyła na parapet i chwyciła ramę okienną. Kiedy sprężyła się do skoku i musiała się mocniej przytrzymać, zobaczył, jaka jest umięśniona. Miesiące zmagań z zakonem zrobiły z niej wojowniczkę. Odepchnęła się i wyskoczyła. W pierwszym odruchu bał się wyjrzeć, ale zobaczył, że bezpiecznie wylądowała na tarasie naprzeciwko.

Darrell jeszcze się wahał, jak następny w kolejce spadochroniarz, którego kumpel już wyskoczył z samolotu. Jego rozterki ucięła kolejna, bardzo już bliska seria. Skoczył. Lily podtrzymała go przy zeskoku, żeby nie rozbił sobie głowy. Serce mu waliło jak szalone, kiedy z tarasu wpadli do pokoju.

Był pusty.

Podobnie jak korytarz za drzwiami. Pomimo słonecznego poranka panował tam półmrok. Darrell starał się chłonąć wszystkie szczegóły, aby pobudzić myślenie w otumanionym mózgu. Korytarz zamykały metalowe drzwi. Nie było innej drogi wyjścia.

– Idziemy – powiedziała Lily. – Nie zgubiłeś Triangulum?

– Pewnie, że nie. Na pewno…

– Lepiej go pilnuj.

Okrutne pożegnanie Lily, która oświadczyła, że porzuca poszukiwanie artefaktów, opuszcza Europę, opuszcza drużynę i przed wszystkim opuszcza jego – trafiło Darrella w chwili, kiedy wreszcie się ośmielił wyznać, że ją lubi. Otworzył przed nią serce, a ona mu wylała na głowę kubeł zimnej wody. „Odchodzę. Cześć”.

Dręczył się zaledwie przez ułamek sekundy, bo przerwała mu strzelanina, a potem już tylko krzyk Lily:

– Wiejmy! Wiejmy!

Metalowe drzwi wychodziły na klatkę schodową. Zbiegli na dół. Znaleźli się na uliczce na tyłach gmachu przy placu Palais de Justice, w którym mieściły się sąd i główna komenda policji. Kiedy wybiegli z budynku, oślepił ich jasny blask słońca.

Przeraźliwie zaświstały gwizdki. Darrell zobaczył, jak z Pałacu Sprawiedliwości wybiega gromada policjantów. Tym bardziej musieli stąd uciekać.

Błyskawicznie skręcili za róg i popędzili przez kolejne uliczki.

– Trafili ich – odezwała się nagle Lily. – Oboje są ranni. I zostali tam. – Nie patrzyła na niego, kiedy to mówiła. Domyślił się, że nie potrafi wyprzeć z pamięci przerażających obrazów ciężko rannego Silvy i wykrwawiającej się gospodyni oraz tej całej okrutnej przemocy.

– Nie możemy im teraz pomóc – powiedział. – Musimy…

– Tam. Rowery! – zawołała. Pokazała na parę dziewczęcych rowerów z koszykami i wstążeczkami przy kierownicach.

Nie o takim pojeździe marzył, ale niestety nie było w pobliżu astona martina DB5. Na szczęście rowery nie zostały przypięte – najwidoczniej ludzie byli tu ufni. Jak miło! Oboje rozejrzeli się czujnie, wskoczyli na siodełka i pojechali przez ulice zalane porannym słońcem.

Darrell nie wiedział, co dalej robić, więc trzymał się Lily, która najwyraźniej wpadła na jakiś pomysł. Teraz dopiero miał czas pomyśleć o innych – z totalnym przerażeniem. O swojej mamie Sarze, przyrodnim bracie Wadzie, o wspólnej przyjaciółce Becce i Julianie, synu ich sponsora i przyjaciela Terence’a Ackroyda. Zaczął się obawiać, czy zaprzyjaźniony detektyw Paul Ferrere zdołał ich ostrzec. Wyglądało na to, że zwabiono ich w pułapkę na lotnisku w Nicei i wpadli w nią prawdopodobnie w tym samym momencie, w którym zostało zaatakowane mieszkanie. Zrobiono tak specjalnie, aby jedni nie zdążyli zawiadomić drugich.

Martwił się także o ojczyma, Roalda Kaplana. Z esemesa, który Darrell niedawno dostał od Paula, wynikało, że Roald i Terence Ackroyd nie są gośćmi Gran Sasso, podziemnego laboratorium nuklearnego we Włoszech, jak wszyscy myśleli. Obaj panowie – wraz z grupą innych naukowców – zostali najwyraźniej porwani przez Galinę i jej agentów i od dłuższego czasu byli jej więźniami w odciętym obecnie od świata laboratorium.

– Słuchaj, Lily, dokąd my właściwie jedziemy?

– A skąd mam wiedzieć? – Skręciła na chodnik, stanęła, zsiadła i oparła rower o drzewo. Wyglądała, jakby zaraz miała się rozpłakać. – Musimy się zastanowić. Nie mogę myśleć, ale wiem, że muszę.

– Musisz – przytaknął. – Ale może nie tutaj…

Wszystko wokół – samochody, inni rowerzyści, przechodnie, ludzie na skuterach i motorach – każdy ruch budził ich czujność. Odruchowo wypatrywali podejrzanych postaci polujących na nich na każdej ulicy, placu czy w alejce. Darrell był pewien, że zakon krąży teraz po mieście, gotów ich zabić, byle dostarczyć Galinie Triangulum.

 

– Ukryjmy się gdzieś z tymi rowerami – powiedział. – Musimy być ostrożni…

– Darrell, boję się.

– Ja też. Jeszcze jak! Postarajmy się ukryć artefakt w jakimś w miarę bezpiecznym miejscu – poklepał aluminiową kasetkę sterczącą za pasem – a potem spróbujmy skontaktować się z moją mamą, Wade’em i Beccą.

– Moi rodzice będą mnie szukać – szepnęła. – Znajdą mnie i pomogą nam.

Darrell przeczesał palcami krótkie włosy. Głowę miał mokrą od potu.

– Szczerze mówiąc, mam nadzieję, że im się nie uda. Bo jeśli oni zdołają nas znaleźć, zakon tym bardziej to zrobi i będzie szybszy. Kiedy rodzice się zjawią, nas już dawno tu nie będzie.

Lily jęknęła w duchu, słysząc ten najnowszy darrellizm, ale musiała przyznać chłopakowi rację.

Gdyby jednak zdecydowała się porzucić misję i odejść, czy tęskniłaby – oczywiście tylko teoretycznie – za jego odlotowymi, niemal głupawymi uwagami? Z tym, że teraz jego uwag nie mogła uznać za głupawe albo odlotowe. Przeciwnie, były śmiertelnie poważne.

Skontrolowała spojrzeniem oba końce ulicy i wolno wciągnęła powietrze.

– Tędy. – Skręciła w bok, ale kiedy mijała palmę, czy jakieś inne drzewo o pierzastych liściach, nagle zesztywniała.

– Co jest? – zapytał.

Wsunęła rękę do kieszeni szortów i wyjęła komórkę.

– Dzwoni.

– Nie odbieraj!

Sprawdziła.

– To Becca! Przez ułamek sekundy, tylko tyle!

– Lily, czekaj…

– Halo, Becca? Wszystko w porządku?

Po dłuższej chwili usłyszeli:

– Przykro mi, ale twoja przyjaciółka Becca nie może odebrać. Jeśli chcesz ją zobaczyć żywą, lepiej oddaj artefakt naszym ludziom.

– To Markus Wolff! – wyszeptała bez tchu.

Markus Wolff był najbardziej bezwzględnym mordercą na usługach Galiny Krause i jednym z najbardziej przerażających ludzi na świecie, po prostu maszyną do zabijania.

Darrell jednym ruchem wyrwał Lily komórkę z dłoni.

– Żadnej elektroniki! – Cisnął telefon na ziemię i zdeptał obcasem.

– Darrell!

– Nie, Lily – powiedział stanowczo. – Już wiemy, że moja mama i reszta mają kłopoty. A oni wiedzą, że my mamy kłopoty. Tak ostatnio żyjemy. Nie chcemy, żeby nas namierzyli!

Wyjął swój telefon i potraktował go w ten sam sposób.

W pierwszym odruchu chciała na niego nawrzeszczeć, ale się powstrzymała. Sługusy zakonu, ci wszyscy bojówkarze, mordercy i agenci już pewnie zdążyli ich namierzyć. W każdej chwili samochód mógł zwolnić obok nich i w oknie mogła się pojawić lufa. Przecież ona i Darrell uciekli z bezcennym artefaktem!

– Wiesz, masz rację – przyznała.

– O, rany, czuję się… Zaraz, powtórz to, dobra?

– Masz rację. Nie możemy ufać naszemu sprzętowi. Czy nie jest tak, że hakerzy potrafią w godzinę włamać się do telefonu, choćby nie wiem jak chronionego?

– Coś o tym słyszałem.

– Nie ma wyjścia. – Wyjęła swój minitablet z niewielkiej torby na ramię i podała mu. – Ty to zrób.

Odwróciła głowę, żeby nie patrzyć, jak Darrell łamie tablet na pół, depcze go, a potem wrzuca resztki wszystkich trzech urządzeń do najbliższego kosza na śmieci.

– Żadnej sieci, Lily. Uciekamy, jemy, śpimy. Od tej chwili jesteśmy zdani tylko na siebie.

Westchnęła.

– Mam nadzieję, że to wystarczy. Zresztą był prawie wyładowany. Wiesz, czego nam naprawdę potrzeba?

– Motocykla? Helikoptera?

– Przyjaciela, który ma dobre chody i przeszmugluje nas z Nicei – powiedziała. – Przypomniał mi się facet, który w zeszłym tygodniu pomógł nam w Monte Carlo. Wiesz, ten Maurice Maurice.

– Maurice Maurice? – Darrell zamrugał. – Gangster?

– Tak, entrepreneur.

Maurice Maurice był przyjacielem Terence’a Ackroyda z podziemnego światka. Nie tak dawno przysłużył się Kaplanom, uzbrajając ich szpiegowską kamerę, aby mogli śledzić aukcję, na której licytowano szesnastowieczne okulary wykonane przez Leonarda da Vinci. Dzięki tym szkłom udało im się dotrzeć do artefaktu Triangulum.

– Dobra myśl – przyznał Darrell. – Ale gdzie znajdziemy Maurice’a?

– Zacznijmy od pytania, co jest najbardziej kryminalnym miejscem na francuskim wybrzeżu?

– Sklepy?

– Doki. Tam odchodzi cały szmugiel. Ktoś w porcie musi go znać.

Niewiele, pomyślał Darrell, ale zawsze jakiś cel. Generalnie Lily kierowała się zdrowym rozsądkiem znacznie częściej niż on, choć oczywiście nie zawsze. W każdym razie mają plan. Coś do roboty, zanim zostaną wyśledzeni, poddani torturom i zabici. Sprawdził, czy kasetka dobrze siedzi za pasem, i ruszył za dziewczyną w kierunku morza.


ROZDZIAŁ DRUGI

Port Lotniczy Nicea-Lazurowe Wybrzeże

Dziesięć kilometrów dalej

Jedenaście minut wcześniej

Becca Moore nie lubiła lotnisk.

Bardzo nie lubiła.

Choć musiała przyznać, że lotnisko w Nicei jest w porządku – czyste, dobrze zorganizowane, ładne i tak dalej. Tylko ten hałas! Ryk zderzających się z sobą dźwięków przeszywał jej głowę jak tysiące igieł. Puls dudnił. Ciało robiło się ciężkie jak ołów. Była niespokojna, drżąca, rozpalona i zarazem lodowata. Coś ją przenikało, jakiś dziwny, tępy elektryczny impuls.

To nie było normalne.

Z drugiej strony, jeśli masz lecieć, samo czekanie doprowadza cię do szału.

O 10:55 Rolad Kaplan i Terence Ackroyd powinni przylecieć z Rzymu po prawie tygodniu spędzonym w Gran Sasso, podziemnym laboratorium CERN, Conseil Européen pour la Recherche Nucléaire, czyli Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych. Tego dnia rano Wade dostał esemes, w którym ojciec podał dane rejsu i godzinę swojego przylotu z Terence’em. I praktycznie tylko tyle.

Syn Terence’a, Julian, czuwał przy odbiorze bagażu. Wade i jego macocha, Sara, stali przy schodach ruchomych, czekając na pierwszą falę pasażerów. Becca była śmiertelnie zmęczona po ostatnich gorączkowych poszukiwaniach Triangulum. Ten nieustający wyścig z wrogiem, od Francji, przez Maroko i Tunis, na Węgry, a potem znów do Francji i na Maltę, wyssał z niej siły. Tłumiła dreszcze, usiłując nie zemdleć od tego ryku i igieł w mózgu. Wreszcie głośniki ożyły, informując, że samolot z Rzymu wylądował i bagaże „apparaîtra prochainement sur le tapis roulant numéro huit”.

Becca wzięła głęboki oddech i powlokła się do taśmociągu numer osiem.

***

Wade z macochą dołączyli do Bekki i Juliana stojących przy taśmociągu.

– Jeszcze chwila – powiedział. – Nie mogę się doczekać ich relacji. Podziemne nuklearne laboratorium musi być niesamowitym miejscem!

– Nasza relacja będzie jeszcze ciekawsza – skwitował Julian z nerwowym śmiechem.

Racja.

Kiedy Roald i Terence przybyli do laboratorium na zaproszenie jego dyrektora, Marina Petrescu, aby dyskutować o nielegalnym nuklearnym procederze, którego ślady prowadziły bezpośrednio do Galiny Krause i zakonu krzyżackiego, Wade, Becca, Lily i Darrell odkryli Triangulum. Artefakt został ukryty w początkach szesnastego wieku na Malcie przez słynnego pirata Barbarossę i jeszcze bardziej słynnego artystę, Leonarda da Vinci.

– Nie mogę się doczekać, kiedy opowiem tacie o naszym znalezisku – powiedział podekscytowany Wade, wpatrując się w bramki paszportowe i ciesząc się, że jeszcze chwila, a znów będą razem.

– Dobrze, tylko bez dramatycznych szczegółów – ostrzegła Sara. – I wyliczania, ile razy o mało nie zginęliśmy.

– Jasne – odparł ze śmiechem Wade.

Trwający prawie tydzień brak kontaktu z tatą niepokoił go i frustrował. Wiele razy po prostu pragnął z nim pogadać. Darrell był super, tak samo jak Sara i dziewczyny, ale rozmowy z ojcem nic nie zastąpi. Bardzo mu tego brakowało.

Wreszcie to nieznośne oczekiwanie miało się skończyć. Ostatni esemes od ojca wydawał się szczery i optymistyczny.

Wkrótce wszystko wytłumaczę. Kocham was!

Po wielu dniach udręki dowiedział się, że tata jest cały i zdrowy, podobnie jak Terence. Kłopoty się skończyły. Za niespełna godzinę drużyna w komplecie będzie się relaksowała w luksusowym apartamencie Ackroyda, z oknami wychodzącymi na Pałac Sprawiedliwości.

Komórka Sary głośno zadzwoniła.

– To Paul Ferrere – powiedziała z uśmiechem.

Detektyw, który został ranny w Rosji, w trakcie poszukiwania artefaktu Serpens, wyzdrowiał i dostał nowe zadanie – wsparcie Roalda i Terence’a w Gran Sasso.

– Halo?

W ułamku sekundy twarz Sary przeszła totalną przemianę. Uśmiech uleciał, a w oczach zabłysła czujność.

– Co? No nie. Roald przysłał esemes! – Rozejrzała się nerwowo po wielkiej hali przylotów. – Słuchajcie, to pułapka! Roald nie wysłał wiadomości. On i Terence są uwięzieni w laboratorium. Becca, Julian, uwaga, zasadzka…

Zanim Wade zdążył zareagować, ktoś krzyknął po angielsku: „Ej, człowieku, patrz, co robisz!”. Podniosły się zaniepokojone francuskie głosy. Rozległ się głośny trzask, a potem łomot, jakby ktoś kopniakami roztrącał walizki. Teraz zobaczył kilkunastu mężczyzn, którzy przepychali się przez tłum. Na czele biegł wysoki, białowłosy mężczyzna w długim płaszczu z czarnej skóry.

– Markus Wolff! – krzyknęła Becca. – Niech go ktoś zatrzyma! On ma broń!

Sara chwyciła ją i pociągnęła za sobą do wyjścia. Trzech mężczyzn w czarnych garniturach zmaterializowało się nagle przy drzwiach i zablokowało im drogę ucieczki.

Julian wezwał ich gestem do siebie.

– Taśmociąg! Szybko!

Sara w biegu zrzuciła klapki i boso wskoczyła na krążący taśmociąg, a za nią Becca, z torbą fruwającą na ramieniu. Przebiegli do bramki, skąd walizki wysypywały się na krążący transporter. Wdarli się tam, chwytając się krawędzi ruchomego chodnika. Wade trzymał się Juliana, gdy nagle ciężka walizka spadła mu na głowę. Zachwiał się i poleciał do tyłu.

Dlaczego nie dźwięczy alarm? Co z systemami bezpieczeństwa?

Dla Markusa Wolffa i jego ludzi przeszkodą był tylko tłum pasażerów – zapewne dzięki Becce, która ostrzegła krzykiem, że ma broń. Teraz wszyscy krzyczeli.

Wade wczołgał się do wielkiej hali sortowni. Pracownicy pokrzykiwali na niego gniewnie, ale Becca zagadała do nich i w końcu któryś pokazał na najdalszy koniec hali.

Merci - podziękowała. – Wade, chodź. Julian!

Popędzili w stronę uchylonych drzwi. Z wózka transportowego, zaparkowanego w dole, walizki trafiały na transporter i wjeżdżały przez nie do hali. Cała czwórka zsunęła się po pasie do wózka i z niego na ziemię. Zdyszani biegli wzdłuż budynku, mijając ciężarówki załadowane panelami i aluminiowymi blachami.

– Może poprosimy pracowników o pomoc? – wysapał Wade.

Julian pokręcił głową.

– Nie. Nie można im ufać.

Wade nie mógł pojąć, jakim cudem Sara i Becca tak się wysforowały przed nich. I dlaczego rusza się jak starzec? Nagle poczuł ból w nodze poniżej kolana. Musiało mu się coś stać przy zeskoku z transportera.

– Tam, otwarte drzwi. – Sara pokazała kierunek. Za moment znaleźli się na terenie budowy, pod wielkim namiotem. Śmierdziało rozgrzanym metalem i smarem, przeraźliwie jazgotały narzędzia. Przebiegli w drugi koniec, przepchali się pod grubą gumową zasłoną przeciwkurzową i wpadli do na wpół zbudowanego terminalu.

Ogromna hala, w której powinno roić się od robotników, była pusta.

– Tego właśnie chciał Wolff – powiedział Wade. – Odizolować nas.

Ból w nodze pełznął w górę, przez udo, do bioder i brzucha.

Kurczę, nie mogę biec! Serio? Zamknij się. Nie zwalniaj.

Julian zerwał taśmę zabezpieczającą kolejne drzwi. Wpadli w labirynt pomieszczeń, taśmociągów, schodów, wind bagażowych i magazynów, jeszcze pustych i czekających na napływ podróżnych.

– Hej! – krzyknął ktoś. – Qu’est ce que vous faites là? C’est une zone interdite! Nie wolno wchodzić!

Nagle drzwi za nimi rozwarły się gwałtownie i huknął strzał. Becca się zachwiała.

 

– Nie! – wrzasnął Wade i pobiegł do niej z ogromnym wysiłkiem, jakby niósł głaz.

Wyprostowała się i pokręciła głową.

– Nic mi nie jest. Biegniemy dalej.

Wade na wszelki wypadek został przy niej. Serce mu waliło jak młot. W następnym pomieszczeniu nie dostrzegł wyjścia. Za to czekało tam chyba sześciu uzbrojonych mężczyzn z wycelowaną bronią. Wpadli w pułapkę! Ale nie wszyscy. Zauważył, że nie ma z nimi Juliana. Uciekł?

Markus Wolff stał nieporuszony jak posąg pośrodku tego całego zamieszania. Po chwili rozkazał:

– Dajcie mi to.

– Nie mamy artefaktu – odpowiedział Wade bez tchu.

– Wiem – powiedział Wolff. – Pracujemy nad tym.

– Nie waż się ruszyć Lily! – krzyknęła Becca.

Sara wzięła ją za ramię i odciągnęła do tyłu, ile się dało – czyli niewiele.

Kiedy uzbrojeni agenci – wysocy, muskularni, ubrani na czarno – stłoczyli ich w gromadkę, Wolff spokojnym krokiem ruszył ku nim po lśniącej posadzce. Za nim jaśniał ogromny plakat Bienvenue sur la Côte d’Azur. Napis widniał na tle błękitnego morza, piaszczystej plaży, palm, czerwonych parasoli i białych żagli w słońcu. Miało się wrażenie, że martwe, lodowate spojrzenie Wolffa i kamienne, ostre rysy wyostrzyły się jeszcze, kiedy skupił uwagę na Becce. Wsunął prawą rękę do kieszeni długiego skórzanego płaszcza i wyjął półautomatyczny pistolet.

– Znów ty, Rebecco Moore. Proszę, oddaj diariusz.

Wade poczuł, jak przechodzi go dreszcz.

– Ona go nie ma – skłamał. – Diariusz jest w Londynie.

Ból był teraz tępy, ale tkwił w nim ciężkim, mdlącym brzemieniem. Wade pogrzebał w kieszeni i namacał alarm, który Sara dała mu w Opactwie Westminsterskim. Włączył go. Alarm wydał metaliczny dźwięk, słabo słyszalny w wielkiej przestrzeni. Zacisnął go w dłoni tak mocno, że ostre krawędzie medalionu wbiły się w skórę.

Tylko nie mdlej. Nie upadnij. Trzymaj się! – upominał się w myśli.

– Panno Moore, poproszę diariusz. – Wolff, nie spuszczając spojrzenia z Bekki, uniósł broń i wycelował w… głowę Wade’a. W ogromnej hali było tak cicho, że słyszał pulsowanie własnej krwi.

– Nie waż się go ruszyć! – krzyknęła Sara. Twarz jej płonęła.

Agenci odsunęli ją i innych pod ścianę lśniących nowością lotniskowych skrytek, pozostawiając na środku zabójcę wpatrzonego w Beccę. Przenikliwe spojrzenie czarnych oczu Wolffa stawało się coraz bardziej skupione i intensywne. Sondował ją do głębi, aż wreszcie, niczym hipnotyzer, wydobył z niej wszystko, co chciał wiedzieć. Opuścił broń i stanął przed Beccą.

– Jak zapewne wiesz, panno Moore, robię tylko to, co mi każą. Ani mniej, ani więcej.

Becca drżała, kiedy Wolff, nie zdejmując ciężkiej torby z jej ramienia, wsunął do środka dłoń o długich palcach i wyjął sfatygowany diariusz Mikołaja Kopernika, który przeżył wiele batalii. Ten ruch był dziwnie dyskretny i intymny. Wade miał ochotę dać mu za to w twarz.

– Dzięki, kochanie. Nie doszłoby do tego, gdyby nie Joan Aleyn, sierotka, którą uratowałaś w Londynie z nurtu Tamizy. Pewnie już się domyśliłaś, tak?

Wolff schował pistolet, otworzył diariusz i zaczął go z wolna kartkować. Robił to demonstracyjnie, jakby się obnosił ze swoim triumfem. To też wyglądało jako obraźliwe naruszenie prywatności.

– Okazałaś Joan tyle współczucia – ciągnął Wolff. – Ale ty przecież pomagasz każdemu, nieprawdaż, panno Moore? Weźmy takiego Helmuta Berna. Jego też próbowałaś ratować. Jesteś taka… ludzka.

W ustach Markusa Wolffa ostatnie słowo zabrzmiało jak obelga.

– O czym ty mówisz? – zapytała Becca drżącym głosem. – Co artefakty i diariusz mają wspólnego z tą dziewczynką? Powiedz!

Wolff nie odpowiedział, tylko się cofnął i dał znak swoim ludziom, gdy nagle pojawił się Julian.

Wade widział, jak się czai, przykucnięty na nieukończonej górnej galerii, spoglądając w dół przez na wpół ukończoną balustradę. Miał pistolet. Wade wolał się nie domyślać, skąd go wziął. Julian przesunął się bezszelestnie tak, że znalazł się dokładnie za Wolffem. Dał im znak drugą ręką, żeby trzymali się z dala. I bez słowa wycelował.

Nie było słychać żadnego dźwięku, jakby każdy atom powietrza został wyssany z tego przestronnego pomieszczenia, aż nagle cisza eksplodowała wraz z wystrzałem.

Jednocześnie wydarzyły się trzy rzeczy.

Agenci obrócili się i otworzyli ogień do Juliana.

Becca doskoczyła do Wolffa i wyszarpnęła mu diariusz.

Pusta hala rozdzwoniła się echem świdrującego wrzasku, który zdawał się wychodzić wprost z kart starej księgi.