UciekinierzyTekst

Z serii: To lubię
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Ślad na wycieraczce

Był pierwszy tydzień listopada. Tydzień spowity w mgłę i nieustannie siąpiący deszcz. Dochodziła ósma rano. Zwykle o tej porze pani Florczakowa wracała z porannego spaceru. Dzisiaj było inaczej. Dzisiaj o tej porze pani Florczakowa była jeszcze w swoim mieszkaniu na dziesiątym piętrze. Siedząc przy maszynie do szycia i nucąc w takt jej wesołego turkotu jakąś skoczną melodię, uśmiechała się do siebie pod nosem i od czasu do czasu spoglądała obiecującym wzrokiem w kierunku wersalki…

Pokój, w którym się to wszystko odbywało, tonął w półmroku, a zapalona lampa nie była tym razem ciepłą, jasną wyspą na oceanie ciemności, tylko jeszcze bardziej potęgowała atmosferę czegoś nieuchronnego, czegoś, co za chwilę się wydarzy…

Z perspektywy schowanej pod wersalką Kropki działania pani Florczakowej nie wyglądały najlepiej. Dlatego z rosnącym niepokojem obserwowała swoją panią, a jednocześnie zastanawiała się nad drogą ewentualnej ucieczki.


Nagle zapanowała cisza.

Pani Florczakowa powoli wstała od maszyny i trzymając w wyciągniętych dłoniach coś, co wyglądało jak pokrowiec na kobzę, przez chwilę w milczeniu przyglądała się ukończonemu dziełu, a potem z triumfem zaprezentowała je wersalce.

Dalej wydarzenia potoczyły się w następujący sposób: nieruchomy do tej pory na ścianie cień pani Florczakowej zadrżał i powoli zaczął zbliżać się do wersalki. Za oknem jakiś zbłąkany gołąb poślizgnął się na mokrym parapecie i teraz, drapiąc pazurkami o metal, usiłował złapać równowagę. Do pełnego efektu brakowało jeszcze tylko postrzępionej kreski błyskawicy przecinającej niebo.

Ale i bez tej błyskawicy było wystarczająco strasznie.

To koniec. Ja tego nie przeżyję – pomyślała Kropka, usiłując zapaść się pod ziemię. Bez skutku. Zamiana w Kropkę niewidzialną też nie przyniosła spodziewanego rezultatu. Dlatego z drżeniem ogonka patrzyła, jak pani Florczakowa z uśmiechem zagląda pod wersalkę, a potem wygłasza przemowę mającą skłonić Kropkę do poddania się i dobrowolnego opuszczenia kryjówki. A kiedy żadne z przytaczanych argumentów, włącznie z próbą dosięgnięcia zbiega ręką, nie poskutkowały, pani Florczakowa uciekła się do wielokrotnie sprawdzonej metody i za pomocą szczotki delikatnie wygarnęła Kropkę spod wersalki.

Opór został złamany.

I na nic nie zdały się protesty i zapierania…

Po kilku minutach pani Florczakowa wyszła na korytarz prowadzący do windy. Za nią na automatycznej smyczy wlokła się zrezygnowana Kropka. Wlokła, bo radość ze spaceru tłumiła świadomość, że w uszytym przez panią wdzianku wygląda jak trzy w jednym: serdelek, pasztetówka i słonica miniaturka zwinięte razem w rulon.

Natomiast pani Florczkowa była zachwycona i bez chwili przerwy szczebiotała.

– No nie masz co się dąsać. Po pierwsze, nie będzie ci zimno. Po drugie, nie zmokniesz. Po trzecie, żaden z twoich kolegów ani żadna z twoich koleżanek nie ma takiego ubranka. A jeżeli przypadkowo ma, to bez pomarańczowych odblasków, moja droga. Więc przestań się wreszcie obrażać i nie grymaś, że seledyn, bo seledyn jest ostatnim krzykiem mody. I jeżeli chcesz być modnie ubrana, to tylko w seledyn, kochanie. I nie zapieraj się, bo to nic nie pomoże. Kropka, słyszysz! Kropka! Co za uparty zwierzak. A mówią, że ratlerki mają łagodny charakter i nie kapryszą. No chodź już!


Pani Florczakowa dwa razy szarpnęła smyczą, ale nie odniosło to żadnego skutku. Kropka została gdzieś za rogiem korytarza, poza polem widzenia właścicielki.

– No dobrze, niech ci będzie, wezmę cię na ręce – pani Florczakowa wzruszyła ramionami i, zwijając smycz, wróciła po Kropkę.

Po kilku krokach zobaczyła następujący obrazek: Kropka stała na wycieraczce mieszkania numer sto piętnaście. Stała i warczała.

Spod seledynowego wdzianka sterczała jej dziko nastroszona sierść.

– Co ci się stało…? – pani Florczakowa pochyliła się nad Kropką, gdy nagle…

Zza drzwi mieszkania numer sto piętnaście dobiegł czyjś rozpaczliwy krzyk.

Potem rozległy się jeszcze inne równie przerażające odgłosy.

A potem pod drzwiami mieszkania numer sto piętnaście nie było już nikogo.

Po pani Florczakowej i Kropce został tylko jeden ślad.

Błyszczące odblaskami, porzucone na wycieraczce, seledynowe wdzianko.

Pingwin w kasku

Centrala policji znajdowała się w samym centrum miasta. Ostatnie okno po lewej stronie na piętnastym piętrze budynku należało do biura Inspektora i jego Sekcji Specjalnej. Mimo siąpiącego deszczu okno było otwarte. Inspektor w chwilach wolnych od tropienia, pościgów i innych policyjnych zajęć uwielbiał stać w nim i patrzeć na ulicę w dole. Zwłaszcza w jesienne dni, kiedy po chodniku wędrowały parasolki, z tej wysokości wyglądające jak seledynowe kleksy i kropki z seledynowego atramentu.

Te kleksy przypomniały Inspektorowi seledynowy płaszcz przeciwdeszczowy, który usiłowała mu kupić żona, i związaną z tym zajściem małą gonitwę po domu towarowym. Inspektor uciekał, żona z płaszczem w ręku goniła go, a za nimi pędziła z krzykiem przerażona ekspedientka, myśląc, że padła ofiarą zorganizowanej Szajki Porywaczy Przeciwdeszczowych Płaszczy.

– Inspektorze! – zawołał ktoś z głębi pokoju.

Inspektor zamknął okno i odwrócił się. W drzwiach stał Podinspektor. Zwykle o tej porze Podinspektor przynosił poranną kawę. Tym razem stał z wyraźnym zakłopotaniem, bo zamiast kawy trzymał przed sobą sporych rozmiarów pudełko.

– Bawisz się w listonosza? – zażartował Inspektor.


Podinspektor bez słowa podszedł do biurka, położył na nim pudełko i gestem wskazał na jego zawartość.

W pudełku spał sobie w najlepsze pingwin. Pingwin w Kasku.

– Bardzo ładny – ocenił pingwina Inspektor. – Pamiątka z wycieczki?

– Nie byłem ostatnio na wycieczce.

– To w takim razie skąd to wytrzasnąłeś?

– Z pomieszczenia gospodarczego Centrali. Skończyło się mleko do kawy. Poszedłem, otwieram lodówkę i widzę, że zamrażalnik jest niedomknięty. Próbuję domknąć, nie mogę. Coś blokuje.

– Pingwin?

– Niezupełnie. Kij hokejowy. Miał ze sobą kij hokejowy.

– A łyżwy?


– W życiu nie widziałem pingwina na łyżwach – Podinspektor zmarszczył czoło, jak zwykle zresztą, kiedy chodziło o poważną zagadkę. – I co ty na to? – dodał po chwili.

– A ty? – Inspektor na razie nie miał pomysłu, jak wytłumaczyć obecność Pingwina w Kasku w lodówce. Inspektor uchodził co prawda za najlepszego specjalistę od spraw trudnych i nietypowych – przynajmniej tak było napisane na jego wizytówce, ale nawet najlepszy specjalista, choćby miał na swoim koncie rozwiązanie kilku bardzo trudnych spraw, przy których wysiadały centrale FBI, CIA i wszystkie, jakie tylko znacie, nie może tak od razu, bez śledztwa, hipotez, pościgów i tak dalej rozwikłać zagadki Pingwina w Kasku.

– Myślę, że to jest ostrzeżenie – Podinspektor w zamyśleniu potarł brodę. – Ostrzegają nas, żebyśmy dali sobie spokój, bo inaczej skończymy jak ten pingwin.

– W kasku?

– W kasku i w lodówce.

– Z czym mielibyśmy dać sobie spokój?

– Z nielegalnymi smażalniami ryb? – Podinspektor popatrzył na Inspektora, szukając w jego oczach potwierdzenia swojej teorii. Oczywiście go nie znalazł.

– Nie przypominam sobie, żebyśmy kiedykolwiek zajmowali się smażalniami ryb.

– W takim razie nie wiem – obruszył się Podinspektor. – Może to reklama lodów? Albo biura turystycznego organizującego wycieczki na Antarktydę? Zresztą co sobie będziemy łamać głowę, zaraz go zapytamy, skąd się tu wziął – Podinspektor sięgnął po pudełko.

– Zostaw – powstrzymał go Inspektor. – Nie budź zwierzaka. Mamy czas.

– Jak sobie chcesz. Śpij, malutki, śpij – Podinspektor delikatnie pogłaskał pingwina najpierw po kasku, a potem po dziobie. I wtedy stało się coś dziwnego. Rozległ się cichutki trzask i…

– Zdaje się, że uszkodziłem pingwina. Nigdy więcej ćwiczeń na siłowni, obiecuję – Podinspektor z przestrachem podniósł złamany dziób i pokazał go Inspektorowi, ale Inspektor nawet na niego nie spojrzał.

Inspektor przyglądał się Pingwinowi. Coraz bardziej przenikliwie.

– Zdaje się, że to wcale nie jest pingwin – powiedział po chwili.

– Tak? A niby co? – zdziwił się Podinspektor.

– Wygląda na borsuka. Borsuka w Kasku. Borsuka w Kasku, który udaje Pingwina w Kasku – skonstatował Inspektor.

– A czy to zmienia postać rzeczy?

– Zasadniczo – Inspektor znowu otworzył okno. – Zasadniczo.

Padający deszcz nie nastrajał zbyt optymistycznie. Zwykle w takie dżdżyste i szare dni pojawiały się nie wiadomo skąd dziwne historie. Borsuk udający Pingwina był pierwszą z nich. Przeczucie mówiło Inspektorowi, że nie ostatnią.

 

Telefon alarmowy

Droga, jaką Inspektor pokonał od momentu odkrycia w sobie tendencji do wyjaśniania aż do pokoju na piętnastym piętrze, nie była wcale łatwa. Ciągłe szukanie odpowiedzi nieuchronnie prowadziło do konfliktów z otoczeniem. Ale tak zwykle jest, gdy się chce poznać prawdę. Dlatego też nie należy nigdy rezygnować, nawet w tak nietypowej sprawie jak Borsuk w Kasku udający Pingwina w Kasku. Bo zawsze, za każdym zdarzeniem kryje się jakaś jego przyczyna. Inspektor głęboko wierzył, że znając przyczynę, możemy mieć wpływ na jej skutki. I wierzył też, że wielu problemów można dzięki temu uniknąć.

Jak najbardziej – Inspektor podsumował w myślach krótką chwilę zadumy w oknie i pytająco spojrzał na Podinspektora.

– Nic z tego. Śpi jak zabity. Będziemy musieli wstrzymać się z przesłuchaniem do momentu, aż sam się obudzi. Słuchaj, a może tak w ogóle to jest suseł? – Podinspektor demonstracyjnie poklepał borsuka po kasku, a ten zamruczał z zadowolenia.

Dalsze rozważania przerwał natarczywy dzwonek telefonu. Inspektor popatrzył na podskakującą słuchawkę. Telefon dzwonił coraz bardziej alarmująco.

– Spodziewam się najgorszego – powiedział po chwili Inspektor. – Sądząc po natarczywości dzwonka, to na sto procent dzwoni moja teściowa. Odbierz i powiedz, że jestem na akcji i nie wiadomo, kiedy wrócę. Nie ma mnie, ale zostawiłem wiadomość – jedzenie dla Mruczki jest w szafce pod zlewem. Okej?

Podinspektor uśmiechnął się wyrozumiale.


– Rozkaz! Jedzenie dla Mruczki jest w szafce pod zlewem – powtórzył, a potem rozpromieniony podniósł słuchawkę. – Tak. Komenda. Niestety nie może pani rozmawiać z Inspektorem, jest na akcji – powiedział słodko Podinspektor, a potem nagle zesztywniał i uśmiech zmienił mu się w grymas niedowierzania.

W miarę jak głos po drugiej stronie słuchawki nabierał mocy i rozpędu, oczy Podinspektora robiły się coraz większe i coraz bardziej okrągłe.

– Ja nie wiem, o czym pani mówi. Gangsterzy? Porachunki? Siła odrzutu wyrwała Kropkę z kamizelki? Chwileczkę, po kolei – Podinspektor usiłował uporządkować chaotyczne informacje. – Kto nosi kuloodporną kamizelkę? Kim jest Kropka?

Przysłuchujący się tej jednostronnej wymianie zdań Inspektor pokiwał głową. Miało to oznaczać: „Teraz rozumiesz?”.

Podinspektor tak do końca wszystkiego nie rozumiał, więc spróbował zadać jeszcze jedno pytanie:

– Czy pani dobrze się czuje? – w głosie Podinspektora zabrzmiała autentyczna troska, ale odniósł tylko taki skutek, że pani po drugiej stronie słuchawki zaczęła być jeszcze bardziej wzburzona i jeszcze bardziej chaotyczna. Z szybkością karabinu maszynowego wyrzucała z siebie zdania, które układały się w kosmiczną historię, głośną od gęsto padających strzałów, bardzo możliwe, że z lasera. Kiedy pani zabrakło tchu, Podinspektor ruszył do kontrataku.

– Proszę się uspokoić, wszystko będzie dobrze. Inspektor spodziewał się pani telefonu i dlatego zostawił dla pani informację, która z pewnością rzuci światło na tę sprawę. Jedzenie dla Mruczki jest w szafce pod zlewem. Powtarzam. Pod zlewem.

W słuchawce na chwilę zapadła cisza, a potem dobiegł z niej syk węża. Podinspektorowi nie pozostało nic innego, jak tylko oddać słuchawkę Inspektorowi.

– To chyba jakaś poważna sprawa – szepnął.

Inspektor zamienił się w słuch. Po chwili wolną ręką wyciągnął z kieszeni notes, w którym zapisał adres podany przez rozmówczynię

– Zaraz tam będziemy. Do momentu naszego przybycia proszę trzymać się z daleka od tego miejsca. Tak, tak. Jak najszybciej. Do widzenia – Inspektor powoli odłożył słuchawkę, a potem popatrzył na Podinspektora.

Podinspektor doskonale znał to stalowe spojrzenie.

– No i co? – zapytał drżącym z emocji głosem.

– Pomyłka.

– To znaczy?

– To nie była moja teściowa.

– To znaczy…?

– To znaczy, że za chwilę będziemy mieli niezłą zabawę.

Nim minęła sekunda, obaj siedzieli w samochodzie i z piskiem opon gnali przez miasto. Razem z nimi gnał przez miasto charakterystyczny, świdrujący dźwięk syreny policyjnej Sekcji Specjalnej.

Koniec żartów

Inspektor bardzo nie lubił takich momentów, kiedy musiał zamieniać się w superkierowcę, superagenta i w jeszcze paru innych supergości do zadań specjalnych. Wolał powolną jazdę tramwajem z nosem przyklejonym do szyby, za którą niespiesznie zmieniały się widoki. Mimo iż znane Inspektorowi z codziennych podróży, dzięki prostemu zabiegowi były za każdym razem inne.

Bo na przykład we wtorki Inspektor patrzył przez okno tylko w górę, gdzieś tam, gdzie kończyły się dachy i siadały gołębie. A w środy tylko w okna na wysokości pierwszego piętra. Patrzył na firanki, kwiaty, a czasami zwierzaki na parapecie. Natomiast wyścigi na sygnale, slalomem między uskakującymi samochodami i przechodniami, często na jednym kole albo, dla zyskania na czasie, spodnią stroną mostu, przyprawiały go o ból głowy.

Dlatego pracownicy apteki w budynku Centrali byli lepiej poinformowani o działaniach Inspektora od najlepszych reporterów z codziennych gazet.

Inspektor jedną ręką prowadził samochód, a drugą rozpaczliwie szukał w schowku tabletki przeciwbólowej. Podinspektor podczas całej tej operacji miał zamknięte oczy. Zamknął je już w momencie, kiedy z piskiem opon ruszyli spod komendy.

Zamknął je, dlatego że nie lubił oglądać filmów na przyspieszonych obrotach.

A wszystko, co się działo za oknem radiowozu od chwili, kiedy się w nim znaleźli, wyglądało dokładnie jak taki film.


– Wzywamy wsparcie? – zapytał Podinspektor, kurczowo trzymając się fotela, bo zawsze podczas takich chwil jak ta odnosił wrażenie, że samochód ucieka mu spod siedzenia.

– Kogo masz na myśli? – Inspektor nacisnął gwałtownie hamulec i auto, niczym indiański mustang, stanęło dęba. Ale gdy tylko światło przed przejściem dla pieszych zmieniło się na zielone, jak rakieta wystartowało dalej.

– Antyterrorystów – Podinspektor dla pewności zakrył dłonią zamknięte oczy.

– Antyterroryści to ostateczność. A może to wszystko fałszywy alarm? Może to wszystko to tylko żart?

– Ta pani z telefonu nie wyglądała na taką, co lubi pożartować.

– Ona w ogóle nie wyglądała – prychnął inspektor. – Dziwisz się? Z tego, co zrozumiałem, tam jest bardzo gorąco.

– Dlatego wezwijmy wsparcie. Tak na wszelki wypadek.

– Damy sobie radę.

– Oczywiście – potwierdził Podinspektor, usiłując przyssać się do sufitu, podczas gdy Inspektor tak ostro wszedł w zakręt, że samochód stracił przyczepność, wyleciał z drogi, kilka razy przekoziołkował po trawniku i na koniec, jak w zwolnionym filmie, powoli opadł na cztery koła.

Inspektor wyłączył silnik.

– Jesteśmy na miejscu.

W tym momencie skończyły się żarty.

Obaj przygotowani byli na najgorsze.

Naoczny świadek

Podinspektor otworzył oczy. Stali na jedynym kawałku zieleni w sercu ogromnego blokowiska. Gdzie nie spojrzeć, z asfaltu wyrastały domy i ginęły gdzieś wysoko w padającym deszczu.

Powoli wysiedli z samochodu. Jak zwykle w takich filmowych sytuacjach bywa, nic nikomu się nie stało. Tylko z pękniętej syreny przestało dobiegać alarmujące wycie. Teraz słychać było jedynie szum mżącego deszczu.

Zepchnęli samochód z trawnika na asfalt, a potem Podinspektor wyruszył na zwiady.

W tym czasie Inspektor ustalał z Centralą, czy nie było więcej alarmów. Nie było. Więc może jednak znaleźli się tutaj w wyniku czyjegoś żartu?

– Nic podejrzanego – zameldował Podinspektor po powrocie. – Cisza i spokój. Żadnych sensacji. Nikt nic nie wie, nikt nic nie widział, nie słyszał. A o tych historiach przez telefon to już w ogóle. Co robimy?

– Może jest już pozamiatane…

– Do jutra będziemy sprawdzać. Tutaj wszystko wygląda tak samo, każde dziesiąte piętro jest identyczne. Może jednak wezwać wsparcie?

– Nic nigdy nie wygląda tak samo. Zwłaszcza jeśli się ma wyobraźnię – powiedział Inspektor. To była druga z rzeczy, w które głęboko wierzył, dlatego teraz bacznie rozglądał się wokół, usiłując odgadnąć, co się za tym wszystkim kryje.


Podinspektor nie zdążył nic odpowiedzieć, bo od strony jednego z dalej stojących bloków doleciał dramatyczny szept pani Florczakowej.

– Tutaj! Tutaj!!!

Obaj funkcjonariusze, ubezpieczając się nawzajem, błyskawicznie znaleźli się obok szepczącej. Pani Florczakowa, ubrana w seledynowy, znany skądinąd Inspektorowi płaszcz przeciwdeszczowy, niczym wytrawny wywiadowca usiłowała stopić się ze ścianą bloku. Ponieważ ściana nie była seledynowa, tylko szara, pani Florczakowa pięknie się na jej tle komponowała. Niczym jakaś egzotyczna, pełzająca roślina.


– Dobrze, że już jesteście – pani Florczakowa odetchnęła z ulgą. – To tam – pokazała w górę. – U Kowalskich. Ledwo uszłam z życiem. Kule świstały mi nad głową. Strzelali, krzyczeli. To nie do pomyślenia, żeby takie historie miały miejsce.

– Czy jeszcze raz może pani opowiedzieć, co się stało? – Inspektor popatrzył we wskazanym przez panią Florczakową kierunku. Z tej perspektywy nadgryzione mgłą dziesiąte piętro bloku wyglądało jak scenografia do horroru. Inspektor nie lubił horrorów.

– Po raz drugi tego nie przeżyję. Strzelali. I krzyczeli. Strasznie krzyczeli.

– Domyśla się pani kto?

– Nie domyślam się i nie mam zamiaru się domyślać. Proszę pana, co ja przeżyłam! A co Kropka przeżyła. Cała się zjeżyła. I warczała. O, jak warczała! Nigdy nie słyszałam, żeby tak warczała. Wyczuła po prostu, że coś niedobrego się tam dzieje. Że coś tam jest nie tak – pani Florczakowa chwyciła się za głowę w geście przerażenia.

– Proszę się uspokoić. Teraz my zajmiemy się tą sprawą. Pani i Kropka możecie czuć się bezpieczne – Podinspektor szarmancko ucałował panią Florczakową w rękę. – Jeżeli sytuacja będzie tego wymagać, przydzielimy Kropce ochronę. Na razie proszę nam powiedzieć, gdzie dokładnie miało miejsce to dramatyczne zdarzenie.

– Pokażę panom.

– Nie trzeba. Wystarczy, że poda nam pani numer mieszkania. Jeżeli jest tak, jak pani mówi, możemy zastosować nadzwyczajne środki. Może dojść do ewakuacji całego bloku, a nawet osiedla. Może też dojść do różnych przykrych incydentów. Dlatego najlepiej będzie, jeżeli zniknie pani z Kropką aż do końca tej historii. Ma pani gdzie się ukryć? – jak zwykle w chwilach zagrożenia Inspektor był zawodowo precyzyjny.

– Mam.

– Zatem proszę tak zrobić. Jak będzie już po wszystkim, natychmiast panią zawiadomimy. Tutaj za chwilę może rozpętać się piekło. Dlatego najważniejsze jest, by zachować zimną krew i zdrowy rozsądek.

Pani Florczakowa od razu zrozumiała, co Inspektor ma na myśli. Bez słowa, pokazując tylko funkcjonariuszom dwa kciuki uniesione w górę na szczęście, rozpłynęła się w deszczu. Tylko od czasu do czasu gdzieniegdzie między blokami migał jej pospiesznie oddalający się seledynowy płaszcz przeciwdeszczowy.

Inspektor z Podinspektorem, zachowując najwyższe środki bezpieczeństwa, wjechali na dziesiąte piętro bloku wskazanego przez panią Florczakową.

Po opuszczeniu windy natychmiast zabezpieczyli korytarz i zajęli na nim pozycje wyjściowe – w zależności od sytuacji – albo do rozpoznania bojowego, albo do ataku.

Przed nimi były już tylko drzwi do mieszkania numer sto piętnaście.

A wokół panowała złowróżbna, spotęgowana tunelem korytarza, cisza.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?