Tylko prawda nas wyzwoli

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Okładka i projekt graficzny

Fahrenheit 451

Zdjęcia z archiwów

- Autora i Jego rozmówców

Redakcja i korekta

Małgorzata Terlikowska, Barbara Manińska

Dyrektor projektów wydawniczych

Maciej Marchewicz

Skład i łamanie

Honorata Kozon

ISBN 9788380795167

Copyright © by Tomasz P. Terlikowski

Copyright © for Fronda PL

Sp. z o.o., Warszawa 2016

Wydawca

Wydawnictwo Fronda Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

tel. 22 836 54 44, 877 37 35

faks 22 877 37 34

e-mail: fronda@fronda.pl

Konwersja

Monika Lipiec

Spis treści

Wstęp

Rozdział 1. Pozwólcie nam mówić. To nie my niszczymy obraz kapłanów, to sprawcy. Rozmowa ze „Zranionym”

Rozdział 2. Tym, co ich łączy, jest brak wiary. Rozmowa z dr Bogdanem Stelmachem

Rozdział 3. To rak bezobjawowy, a w istocie zżerający bardzo głęboko od wewnątrz. Rozmowa z red. Zbigniewem Nosowskim

Rozdział 4. Samopostrzeganie duchowieństwa i związana z tym teologia doprowadziły do skandali seksualnych. Rozmowa z dr Sebastianem Dudą

Rozdział 5. Proszę mi znaleźć takie seminarium, gdzie nie ma gejów. Rozmowa z ks. Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim

Rozdział 6. A my ciągle przygotowujemy takie ciepłe kluchy. Rozmowa z dr Sabiną Zalewską

Rozdział 7. Na naszych oczach powoli odchodzi do lamusa historii tradycyjna wizja Kościoła. Rozmowa z ks. prof. Andrzejem Kobylińskim

Rozdział 8. Kościół jest od bycia niewygodnym, od wstawiania nogi w drzwi. Rozmowa z Tomaszem Rowińskim

Rozdział 9. Moce intelektualne Kościoła pracują w połowie możliwości. Rozmowa z dr Cezarym Kościelniakiem

Rozdział 10. Zamiast nauczać świat, pozwalamy, by świat nas nauczał. Rozmowa z dr Justyną Melonowską

Zakończenie. Powolna droga do upadku

Przypisy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes




Wstęp

Osytuacji związanej ze skandalami seksualnymi w Kościele katolickim tak pisał w październiku 2018 roku historyk Kościoła i teolog Massimo Faggioli na łamach „Foreign Affairs”. „To największy kryzys w historii Kościoła od czasów Reformacji”. Ta opinia nie jest szczególnie odosobniona. Wielu obserwatorów jest przekonanych i daje temu wyraz, że to, co dzieje się obecnie w Kościele, jest jednym z najpoważniejszych kryzysów w jego nowożytnej i postnowożytnej historii. Skąd tak mocna ocena? Tak się składa, że kryzys ten dotyczy kwestii absolutnie kluczowych: kapłaństwa i jego rozumienia, instytucji Kościoła, klerykalizmu, relacji świeckich z duchownymi, władzy w Kościele i poza nim, ale także rozumienia homoseksualizmu czy wreszcie zaufania do bosko-ludzkiej instytucji, jaką jest Kościół. Jeszcze większe znaczenie ma pytanie, jak towarzyszyć ofiarom, i to ofiarom wieloletnich zaniedbań instytucji i grzechów jej „funkcjonariuszy”. A na to wszystko nakłada się jeszcze wielka przemiana Kościoła, zmiana jego struktur, odrzucenie wcześniejszego modelu funkcjonowania i tworzenie (na naszych oczach) nowego modelu instytucjonalnego, bardziej zdecentralizowanego, a jednocześnie jeszcze mocniej podzielonego między zwolenników linii progresywnej, umiarkowanie otwartej, neoortodoksyjnej, neotradycjonalistycznej itd. Wizje Kościoła przyszłości w zależności od nurtu są odmienne, ale jedno pozostaje wspólne: katolicy – zarówno świeccy, jak i duchowni – mają świadomość, że żyjemy w czasach przełomu. Kościół jutra będzie inny od dzisiejszego (a może lepiej powiedzieć od wczorajszego), tak jak Kościół po Soborze Trydenckim był inny niż ten z XII czy XIII wieku, a nawet niż ten, z którym polemizował Marcin Luter.


Momentem przełomowym miał być – opinia taka wielokrotnie powracała na łamach rozmaitych mediów – Synod Amazoński z października 2019 roku. Według redaktor naczelnej francuskiego katolickiego dziennika „La Croix” Isabelle de Gaulmyn był on „końcem Kościoła trydenckiego”. Problem polega tylko na tym, że Kościół trydencki nie istnieje już od dawna, nie ma ani struktur społecznych, jakie go stworzyły, ani modeli pobożności, jakie on wytworzył, ani nawet nastroju duchowego. Ogromna większość rozwiązań (poza dogmatyką), jakie on proponował, także już nie funkcjonuje albo została zreformowana. Trydent żyje tylko jako straszak, jako wymyślone zagrożenie, z którym trzeba walczyć. Pytanie, jakie przed nami stoi, nie brzmi: czy wrócić do Kościoła trydenckiego, ale… jak zachować to, co specyficznie katolickie w świecie płynnej nowoczesności, która coraz częściej przyjmuje – także wewnątrz Kościoła – postać postprawdy i „płynnej doktryny”. Nikt nie proponuje powrotu do przeszłości, bo jej już nie ma. Istotne jest natomiast pytanie, jak zachować to, co istotne, reformując to, co przypadłościowe. Ujmując rzecz inaczej, jak pośród reformy (przybierającej niekiedy formę walki z Kościołem trydenckim) zachować to, co istotne, prawdziwe, to, co w Trydencie było wymiarem dogmatycznym, z którego zrezygnować nie wolno. O to spierają się obecnie, i to bardzo ostro, katolicy na świecie.

Te podziały dotyczą także kwestii kluczowych dla dyskusji związanej ze skandalami seksualnymi. Rozmaite grupy wewnątrz Kościoła odmiennie diagnozują źródła kryzysu, inaczej je postrzegają i wreszcie mają inne remedia na ich leczenie. Czy kryzys wywołany jest klerykalizmem, czy tolerowaniem homolobby? Czy u jego podstaw leżą nadużycia władzy, czy jej brak? Czy wreszcie lekarstwem jest więcej dyscypliny, czy wręcz przeciwnie – delegowanie władzy w kierunku świeckich i zmiana rozumienia kapłaństwa? Te pytania padają nieustannie w debacie publicznej w Kościele i choć nie ma na nie zgodnej odpowiedzi, to wszystkie niemal strony – i ta skrajnie progresywna, i ta bardzo konserwatywna – zgadzają się co do jednego: kryzys związany ze skandalami seksualnymi istnieje i trzeba go rozwiązać. W Polsce jest inaczej, wciąż dyskutujemy o tym, czy kryzys jest realny, czy też może jest on spowodowany wyłącznie nagonką medialną? U nas wciąż zastanawiamy się, czy stać po stronie ofiar czy kapłanów i biskupów, którzy ich chronili, a zwolenników oczyszczenia Kościoła i ukarania winnych uważamy za… zdrajców.

Na szczęście i u nas są środowiska, często w wielu kwestiach stojące po różnych stronach debaty publicznej, które chcą w tej sprawie przejrzystości, zmiany i uznania faktów. Z przedstawicielami tych środowisk rozmawiam w tej książce. Jest ona próbą zdiagnozowania problemu, pokazania, jakie są jego źródła. Zastanawiamy się także, jak z kryzysu Kościół może wyjść.Pierwsze rozmowy dotyczą wprost kwestii skandali seksualnych, ale kolejne traktują już o kryzysie intelektualnym wewnątrz Kościoła, kryzysie władzy i polityki czy wreszcie o przyszłości katolicyzmu. Rozmawiam z ludźmi, którzy na co dzień często się ze sobą nie zgadzają, ale wiem, że dobro Kościoła leży im na sercu. Obraz, jaki wyłania się z tych rozmów, nie jest optymistyczny, ale też nie miał taki być. Jesteśmy nie tylko w kryzysie, ale też nie wiemy, jak z niego wyjść. Jedynym źródłem nadziei pozostaje Jezus Chrystus, który obiecał, że „bramy piekielne” nie przemogą Kościoła. Nie ulega też wątpliwości, że wciąż w Kościele są święci, oni nie tylko utrzymują Kościół w istnieniu, ale także przeprowadzą jego prawdziwą reformę.

Warszawa, 4 listopada 2019,

wspomnienie liturgiczne św. Karola Boromeusza



Rozdział 1

Pozwólcie nam mówić. To nie my niszczymy obraz kapłanów, to sprawcy

Rozmowa ze „Zranionym”

To jedna z najtrudniejszych rozmów, jakie odbyłem w życiu. Zraniony w Kościele (nie chce jeszcze ujawniać ani imienia, ani twarzy) opowiedział mi swoją historię. Molestowało i wykorzystywało go dwóch księży. Zniszczyli jego czystość, normalność, życie i wiarę. Odnalazł ją po wielu latach, trudnych, bo naznaczonych walką z alkoholizmem i narkotykami. Straszna historia, ale jeszcze straszniejsze jest to, że ten, który to zrobił, mimo że sprawę zgłoszono jego zakonnym przełożonym prawie osiemnaście lat temu, nadal jest księdzem, a władze zakonne oskarżają o zaniedbania ofiarę. Gorzka to była rozmowa, smutna, bo pokazująca, jak instytucja przedkłada swoje dobro nad dobro ofiar, interes własny nad ewangelię i wiarę w Boga. A przecież Kościół ma sens tylko wtedy, gdy jest Chrystusowy, to znaczy wypełnia wolę Jezusa, a nie swoją. Jeśli my nie będziemy po stronie ofiar, to kamienie wołać będą.

 

Co to znaczy „zraniony w Kościele”?

– To znaczy wykorzystany seksualnie przez księdza.

Jak to się zaczęło?

– Od dziecka byłem ministrantem, formowałem się w Kościele, ksiądz był dla mnie autorytetem, a ja czułem się tam bezpiecznie. Pewien ksiądz wykorzystał jednak moje zaufanie. Zaprosił mnie do siebie na rozmowę. Wcześniej wielokrotnie, na obozach czy na parafii, księża zapraszali mnie na rozmowy, więc nie było to dla mnie zaskoczenie. Nawet nie przyszło mi do głowy, że może stać się coś złego. Tym razem było inaczej. Ksiądz zaczął mnie wypytywać o różne rzeczy, a później przycisnął mnie ciałem do ściany i zaczął molestować seksualnie.

To zdarzyło się tylko raz?

– Nie. To się powtarzało wielokrotnie. On nie tylko zmuszał mnie do tego, szantażował, ale także nakłaniał rodziców, by mnie do niego wysyłali.

Jak to?

– To był znajomy moich rodziców, więc czasem dzwonił do nich, zapraszał mnie do siebie, a oni posyłali mnie do niego, bo im pewnie trochę schlebiało, że ksiądz tak zajmuje się ich synem.

Nie powiedziałeś im?

– Nie.

Dlaczego?

– U mnie w domu mieliśmy bardzo duży szacunek dla kapłaństwa, odwiedzali nas różni księża, przyjaźniliśmy się z nimi, cała rodzina była głęboko zaangażowana religijnie, a ja miałem im powiedzieć, że ksiądz włożył mi rękę w spodnie? Że zrobił mi krzywdę? To dla mnie było nie do przejścia.

Uwierzyliby?

– Nie wiem. Ale wiem, że miałem wówczas ogromne poczucie wstydu i lęk, by w ogóle o tym komukolwiek powiedzieć. Byłem u spowiedzi, ale spowiednik mi nie pomógł, nic nie zasugerował.

A sam sprawca coś Ci mówił?

– Że zrobi mi gnój w życiu, że powie rodzicom, że opowie wszystkim. Ja się tego strasznie bałem. Bałem się, że ktoś się dowie, że współżyłem z mężczyzną, że ktoś się dowie, że ktoś mnie wykorzystał. Wtedy nikt o takich rzeczach nie mówił, nikt nie wiedział, jak się zachować w takiej sytuacji. To był przełom 1989 i 1990 roku, Kościół był potęgą, zwyciężył komunizm. A ja miałem powiedzieć, że ksiądz mnie molestował?

Kiedy powiedziałeś o tym pierwszy raz?

– Pierwszy raz? Jak wszedłem do Wspólnoty Neokatechumenalnej na przełomie 1999 i 2000 roku, a potem na terapii w roku 2001.

A rodzicom?

– Niedawno, może rok temu.

Uwierzyli?

– Tak. Tata chciał pojechać i zmasakrować gościa.

Tylko ten jeden ksiądz Cię molestował?

– Niestety nie. To dla mnie bardzo trudne, bo wielu może się wydawać, że byłem homoseksualny, choć nigdy tak nie było. Mniej więcej rok później to zdarzyło się po raz kolejny, z inną osobą. Jechałem pociągiem, był ogromny tłok, stałem na korytarzu i wtedy z przedziału wyłonił się pewien kapłan…

Znałeś go?

– Nie, on zaczął rozmowę, zapytał, dokąd jadę. Gdy się dowiedział, odpowiedział, że zna to miejsce, i że stamtąd ma grupę młodzieży. Od słowa do słowa i zaprosił mnie do przedziału, w którym jechał z młodzieżą. Usiadłem i zasnąłem, czułem się bezpiecznie, wokół mnie byli młodzi ludzie. Obudziłem się, gdy on rozpiął mi spodnie i trzymał rękę na moim członku…

A inni podróżni?

– Nikt nic nie widział, wszyscy spali. Byłem przerażony, nie wiedziałem, co mam robić, czy mam go uderzyć, uciekać. Byłem przekonany, że to wszystko moja wina.

Ile to wszystko trwało?

– Jeśli chodzi o tę pierwszą historię to osiem, może dziewięć lat. Od piętnastego roku życia.

Ten pierwszy sprawca jest jeszcze księdzem?

– Tak, zakonnikiem. Dopiero kilka miesięcy temu został usunięty ze swojej ostatniej placówki.

A kiedy poinformowałeś jego przełożonych o sprawie?

– Na początku 2000 roku.

Dziewiętnaście lat temu?

– Tak.

A on dopiero niedawno został oddalony z placówki?

– Tak.

Przez wiele lat nic z tym nie zrobiono?

– Nic. Ukarano go zakonnym napomnieniem i nic więcej.

Jego przełożeni skierowali sprawę do Watykanu?

– Tak, rok temu.

Byłeś jedyną ofiarą?

– Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że do jednego mojego znajomego wysyłał jednoznaczne pocztówki:

„Czekam na Ciebie, dlaczego się nie odzywasz, czekam”.

Pamiętasz swoją pierwszą rozmowę z przełożonymi owego kapłana?

– Tak.

Jak ona wyglądała?

– Prowincjał przyszedł od razu z mecenasem…

Dlaczego?

– … bo gdy się umawiałem, to powiedziałem, w jakiej sprawie przychodzę. Reakcja była taka, że na pierwszym spotkaniu od razu pojawił się prawnik.

Czyli wiedzieli, że coś jest na rzeczy?

– Na to wygląda. Ja byłem sam. Opowiedziałem im o tym, co się wydarzyło, i usłyszałem pytanie, czego od nich oczekuję. Odpowiedziałem, że nie chcę, by ktokolwiek więcej został skrzywdzony, że chciałbym, żeby coś z nim zrobiono i żeby ten ksiądz nie trafił do piekła. Byłem już wtedy we wspólnocie, w trakcie terapii, może dlatego byłem tak łagodny.

Wydarzyło się coś po tym spotkaniu?

– O niczym mi nie powiedziano, a dziesięć lat później, gdy udałem się do kolejnego prowincjała, dowiedziałem się, że tego księdza ukarano karą wewnętrzną. Więcej nic z tym nie zrobiono, a przecież już wtedy zasady były takie, że sprawa powinna być zgłoszona do Watykanu.

I tego nie zrobiono?

– Nie. On dalej pracował na kolejnych parafiach.

Mówiłeś o tym, że wykorzystywanie trwało wiele lat, a jak wyglądało później Twoje życie?

– To był koszmar. Nie miałem znikąd pomocy, nawet w konfesjonale nikt mi nie powiedział, że to nie jest moja wina. Byłem wtedy przekonany, że robię coś źle, że to moja wina, wstydziłem się, nienawidziłem siebie, czułem się naznaczony, sprofanowany, powoli przestałem chodzić do kościoła, alienowałem się od wiary, zacząłem imprezować, pić alkohol. Pierwszy raz upił mnie ten ksiądz, potem robił to wielokrotnie, czystą wódką, i to on spowodował, że jestem teraz alkoholikiem. Potem doszły narkotyki, rozwiązłość seksualna. Z trudem skończyłem szkołę średnią, bardzo chciałem pójść do szkoły artystycznej, ale mój brat i moja mama uważali, że tam zniszczę się zupełnie, więc wysłali mnie na teologię do Warszawy. Na pierwszym roku nieźle sobie radziłem z nauką, ale nadal nikt mi nie pomógł. Cały czas się z tego spowiadałem, ale nikt nie potrafił mi pomóc.

Piłeś dalej?

– Tak. Miałem przerwy, gdy wszedłem do wspólnoty, ale generalnie zupełnie sobie z tym nie radziłem. Siła zranienia molestowaniem była ogromna. Poczucie winy, wstyd, ciągle wracały do mnie różne obrazy. Udało mi się znaleźć miejsce w Kościele, znalazłem cudowną żonę, ale nie byłem w stanie sobie z tym wszystkim poradzić. Piłem i ćpałem. Czysty jestem dopiero od pięciu lat. Moje nawrócenie trwa od dwudziestu lat, ale wciąż noszę w sobie rany. Nie radzę sobie z niesprawiedliwością w Kościele, z tym, że nic nie robi się dla ofiar.

A nic się nie robi?

– Dla ofiar nie robi się nic. Nawet nie mówi się im, że nie ma innej drogi do oczyszczenia siebie i pamięci niż zgłoszenie sprawy Kościołowi, a gdy trzeba organom państwa, i jej załatwienie. To bardzo ważne dla ozdrowienia, i to nawet jeśli się sprawcy nie przebaczy.

Ty przebaczyłeś?

– Tak. Obu sprawcom. Ten drugi, ksiądz diecezjalny, jest już zresztą skazany w procesie kanonicznym. Trwa proces o wydalenie go ze stanu kapłańskiego. Dla mnie jego sprawa jest już zamknięta. Na proces cywilny się nie zdecydowałem.

Dlaczego?

– Bo widzę, co dzieje się z tymi, którzy się na niego zdecydowali. Są stygmatyzowani, oskarżani, nie ma dla nich współczucia. A ja mam rodzinę, mam żonę, mam dzieci, chcę wrócić do normalnego życia.

Nie boisz się, że to, co spotkało Ciebie, może spotkać Twoje dzieci?

– Boję się, boję się, że jako naznaczony w ten sposób sam mogę kiedyś zrobić krzywdę swoim dzieciom.

Masz synów?

– Czterech.

Są ministrantami?

– Nie. Nie chcą.

Oni nie chcą, czy Ty nie chcesz?

– Oni.

Wiedzą, co Cię spotkało?

– Nie. I dlatego nie mówię też o tym publicznie. Nie chcę pokazywać swojej twarzy, bo czuję, że to ja jestem potępiany. Nadal mam wrażenie, że nikt nie chce dbać o ofiary.

Co to znaczy zadbać o ofiary?

– Ofierze należy się pomoc psychologiczna, seksuologiczna, psychiatryczna, finansowanie terapii, otoczenie troską duchową i pomoc prawna. Takie są wytyczne samego Kościoła. Ale to za mało, bo gdy proces się kończy, to ofiara pozostaje z problemem sama, musi zmagać się z wielkimi zranieniami. A to jest nieewangeliczne. Jezus nakazuje rozwiązać Łazarza po wyprowadzeniu go z grobu, a my jesteśmy jak wyprowadzeni z grobu, więc nas też trzeba rozwiązać. To nie jest prośba Jezusa, ale nakaz. I nie chodzi tylko o sfinansowanie terapii, ale także o to, że często taka terapia trwa całymi dniami i człowiek nie ma wówczas sił ani możliwości, by pracować. I wtedy zadbanie to zapewnienie ofierze pomocy finansowej w trakcie terapii i procesu. To jest straszne, bo wchodzimy na powrót w tamten czas, a pytania są czasem wręcz nie na miejscu. Mnie ksiądz z dziwnym uśmiechem zapytał, czy miałem wzwód, jak mnie ksiądz sprawca dotykał. Nie wolno też wymagać przysięgania na krzyż czy na Biblię, bo to sugeruje, że my przychodzimy kłamać. To właśnie takie traktowanie sprawia, że wielu z nas nie ma odwagi wyznać swojej traumy, wielu z nas traci wiarę.

Dlaczego za winy jednego człowieka ma odpowiadać jego zgromadzenie, zakon czy diecezja?

– W sakramencie pokuty, wśród warunków dobrej spowiedzi jest coś takiego, jak zadośćuczynienie. Odszkodowanie jest takim właśnie zadośćuczynieniem.

Zadośćuczynienie to sprawa jednostki, a nie całego zgromadzenia.

– To bardziej skomplikowane. Ja byłem molestowany także w ośrodku rekolekcyjnym, przez bliskiego przyjaciela misjonarza, który prowadził rekolekcje, to wszystko działo się podczas formacji w Kościele. Mnie molestowano w Kościele, tam była kaplica. Tam, gdzie powinienem czuć się bezpiecznie, zostałem skrzywdzony. Ktoś tego człowieka uformował, ktoś go dopuścił do święceń, ktoś pozwalał mu pracować z młodzieżą. Ktoś za to ponosi odpowiedzialność.

Jak więc powinna wyglądać pomoc duchowa w przypadku ofiar księży?

– Zacząć trzeba od tego, by pozwolić ofiarom opowiedzieć ich historię. A takiej zgody nie ma. Kościół się broni, umacnia, a nas często – także ludzie Kościoła – oskarżają o szkalowanie, atakowanie, niszczenie, prześladowanie instytucji. My musimy o tym mówić, i to nie jest atak na uczciwych księży, to nie my jesteśmy winni tego, co się stało, ale źli, grzeszni kapłani. Oni wpuścili demona do Kościoła. Jeśli do kogoś trzeba mieć pretensje, to do tych, którzy narobili bałaganu. Jeśli wciąż nie staje się w prawdzie, jeśli nawet episkopat brnie w kłamstwa, to jest to rzeczywistość demoniczna. Kościół można prześladować za wiarę, ale nie za grzechy. Z grzechów się go oczyszcza. Kościół jest prześladowany w Syrii, w Iraku, tam ludzie giną za wiarę, a w Polsce Kościół jest rozliczany z grzechów. To zupełnie co innego. Musimy też pamiętać, że molestowanie seksualne przez kapłana czy siostrę zakonną niszczy nasze życie duchowe. Ofiara jest zawsze gwałcona duchowo. To jest gwałt na jej obrazie Boga, na jej zaufaniu do Kościoła i do Boga, gwałt na nadziei, na jej dziecięctwie Bożym, gwałt na jej miłości do niej samej, do bliźniego. To niszczy tak głęboko, że trzeba wielkiej pomocy duchowej, by takiego człowieka podnieść. W tej sprawie Kościół ponosi totalną klęskę.

 

Co konkretnie Kościół musi zrobić dla takich osób?

– Człowiek w ten sposób zraniony potrzebuje ponownie odkryć swoją tożsamość, to, kim jest sam w sobie, ale też kim jest w Kościele. Musimy na nowo odkryć kerygmat, miłość Boga, i to w sytuacji, gdy nosimy w sobie nienawiść, brak przebaczenia, nieumiejętność wchodzenia w relacje, często niewiarę. Jesteśmy całkowicie zniszczeni. Konieczne jest także prowadzenie nas w kierunku przebaczenia sprawcy. A to wcale nie jest proste, bo często sprawcy wypierają swoją winę. Obaj księża, którzy mnie wykorzystali, powiedzieli mi, że sam tego chciałem… A potem dodali, że Bóg im już wybaczył, bo On jest miłosierny. Mamy naprawdę wielu mądrych kapłanów, oni muszą do nas wyjść, naprawiać to, co się stało. Ale tego nikt nie robi.

***

To jedna z kilku rozmów, jakie odbyłem z ofiarami księży przestępców seksualnych podczas pisania tej książki. Każda burzy spokój, dobre samopoczucie i rodzi ogromny niepokój. I to nie tylko z powodu tego, co się wydarzyło, ale także z powodu tego, co dzieje się teraz. Niewiara w świadectwo ofiar, obrona sprawców nie tylko przez przełożonych, ale także często przez świeckich, potępianie ofiar, to dla wielu z nich kolejny krzyż. Ale był w tych świadectwach i rozmowach, bolesnych, mocnych, pokazującycch, jak dalej krzyżuje się ofiary, także promyk nadziei, wskazanie na to, co ratuje życie. „Ocalił mnie fakt, że trzydzieści trzy lata temu zostałem rycerzem Niepokalanej i nigdy nie porzuciłem różańca, inaczej, tak jak wiele ofiar, popełniłbym samobójstwo” – napisał mi pewien mężczyzna. Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że warto mieć świadomość, że mechanizm ukrywania sprawców, mechanizm krzywdzenia ofiar nie obejmuje tylko duchownych, ale także część zaangażowanych świeckich. Jeśli gdzieś jest nadzieja, to tylko w Bogu. On jako jedyny może prostować te sytuacje. Musimy pamiętać, że ofiary potrzebują także naszej pomocy, a przynajmniej sygnału, że jesteśmy naprawdę po ich stronie.