Kaszëbë

Tekst
Z serii: Sulina
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kaszëbë
Kaszëbë
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,80  57,44 
Kaszëbë
Kaszëbë
Audiobook
Czyta Tomasz Ignaczak
39,90  27,93 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Szczep

Na dworze Henryka III w Merseburgu trwa uczta. Przybyli ważni goście, obsypali cesarza hojnymi podarkami, czym wzbudzili podziw i szacunek dworzan i samego władcy. To trzej skłóceni książęta słowiańscy. Pierwszy, książę Polan Kazimierz, zostanie przez potomnych nazwany Odnowicielem. Drugim jest książę czeski Brzetysław, trzeci zaś, Siemomysł, przybył z kraju leżącego na północy, nad morzem, między brzegiem Bałtyku na północy a Notecią na południu.

Lato 1046 roku jest upalne. Czerwcowe słońce grzeje mocno – kamienne wnętrze romańskiego zamku daje odrobinę wytchnienia od kanikuły. Władcy jedzą, piją, komplementują się nawzajem według dworskiej etykiety. Uprawiają politykę. Każdy z nich ma swoje własne interesy, są wobec siebie równi, a cesarz musi się z nimi liczyć, bo każdy dysponuje armią.

Dziś powiedzielibyśmy, że przy stole siedzieli: Niemiec, Polak, Czech i… Ten ostatni, Siemomysł, oficjalnie zostanie nazwany „Kaszubą” dopiero za lat dwieście, w 1238 roku.

W jakim języku rozmawiają ze sobą średniowieczni możnowładcy? Być może znają niemiecki, być może potrzebują tłumacza. Niewykluczone, że władcy porozumiewają się po łacinie, za pośrednictwem uczonych mnichów.

Siemomysł do swojej służby zwraca się zwyczajnie, po swojemu.

– Pòdôj mie czelich z winã.

Po kaszubsku[4].

Dzisiejsi Kaszubi wywodzą się ze Słowian, którzy przybyli tu mniej więcej w VI–VII wieku naszej ery. Z czasem, w ciągu następnych kilkuset lat, powołali do życia Księstwo Pomorskie.

– Było ono zamieszkałe głównie przez ludność kaszubską i stworzone zostało w dużej mierze przez społeczności: po prawej stronie Odry kaszubską, po lewej zaś wielecko-obodrycką – tłumaczy profesor Cezary Obracht-Prondzyński. – Tu nie ma żadnych kontrowersji. Nazwa Cassubia, która pojawia się po raz pierwszy w bulli papieskiej Grzegorza IX z 1238 roku, dotyczy terenów znajdujących się na wschód od Odry, a pradawna Cassubia na najstarszych mapach to Karlino, Białogard, czyli Pomorze Środkowe. W XVI wieku jest odnotowywana na Pomorzu Gdańskim. Podsumowując: nie ma wątpliwości, że Pomorze jest ojczyzną Kaszubów.

Od zjazdu w Merseburgu minęło dokładnie dwieście dwadzieścia lat. Władcą Pomorza Wschodniego jest Świętopełk II.

– Pan nasz właśnie zległ na łożu, niebawem przyjdzie mu zakołatać do Piotrowej Bramy – powiada starzec posłom przybyłym na gdański dwór z Krakowa.

W świetle świec, w ciszy, w oczekiwaniu na śmierć swojego władcy uczeni skrybowie czują potrzebę zanotowania wydarzeń z jego żywota. Trudzą się niezmiernie, próbując się w tym wszystkim połapać.

Świętopełk zaczął swoje panowanie jako namiestnik Pomorza, którą to prerogatywę otrzymał (1219/1220) od polskiego władcy Leszka Białego. Walczył w krucjatach przeciwko pogańskim Prusom (1223). Z Odonicem występował zbrojnie przeciwko Władysławowi Laskonogiemu (1223). Przepędził z Pomorza Środkowego Duńczyków (około 1225). Kiedy Leszek Biały zginął zamordowany, Świętopełk nie był już niczyim namiestnikiem – tytułował się księciem (1227), na co wkrótce zdobył stosowny glejt od samego papieża (1231). Ruszył po raz kolejny na pogańskich Prusów (1234), tym razem u boku między innymi Krzyżaków. Potem walczył już chyba ze wszystkimi: ze swoimi braćmi, z wojskami meklemburskimi, z książętami piastowskimi, z Krzyżakami (1237–1259). Zapisał się na kartach historii jako ten, który pierwszy dostrzegł zagrożenie ze strony rosnącego w siłę zakonu rycerzy z czarnymi krzyżami na białych płaszczach. Podzielił właśnie swoje ziemie między dwóch synów: Mściwój otrzymał Świecie, a Warcisław Gdańsk, Słupsk i Sławno.

A teraz, gdy mrok rozświetlają nieco świece, a w ciszy krużganków gdańskiego zamku słychać tylko nabożny śpiew mnichów, jasne jest, że Świętopełk umiera. Posłowie z Krakowa nie zdołali dostać się przed oblicze gdańskiego księcia. Jedyne, co mogli zrobić w tej sytuacji, to wziąć udział w ceremonii pogrzebowej. Najznamienitszy z książąt gdańskich zostaje pochowany w leżącej tuż obok Gdańska Oliwie, w świątyni cystersów[5].

Wiele lat później jeden z opatów, pisząc o spoczywających tu władcach Pomorza, stwierdzi: „Między nimi najbardziej świetny był Świętopełk. Był bowiem wojowniczy i wobec wszystkich sobie wrogich zwycięski, który zwycięską ręką wybił się spod jarzma książąt polskich”31.

Jest rok 1850. W mieszkaniu przy Heiligengeiststrasse 932 w Gdańsku (dziś ulica św. Ducha 1–3) siedzi przy stole trzydziestodwuletni mężczyzna. Ma długie włosy i brodę. W świetle lampy naftowej widać, jak pochyla się nad gazetą. Marszczy czoło w gniewie.

Minęły dwa lata, od kiedy jest na wolności. Więzienie w Berlinie opuścił w niezwykłych okolicznościach. Trwała rewolucja, demonstranci domagali się uwolnienia bohaterów Wiosny Ludów. W ten sposób uniknął katowskiego topora – wszak za nieudany atak na pruskie wojska w Starogardzie Gdańskim usłyszał wcześniej wyrok śmierci. Udało mu się jednak przeżyć zawieruchę i wrócić w rodzinne strony, na Pomorze. W międzyczasie zdołał ukończyć studia medyczne w Królewcu i zdać końcowy egzamin.

Florian Ceynowa wśród funkcjonariuszy pruskiej policji ma opinię niebezpiecznego rewolucjonisty, ale ma także posadę lekarza przy 5 Kolumnie Amunicyjnej 1 Wschodniopruskiego Pułku Artylerii, którego pododdziały stacjonowały w Gdańsku. Nie zamierza już spiskować, planować zbrojnych powstań. To nie znaczy jednak, że porzucił ideały Wiosny Ludów. Zajmuje się teraz działalnością naukową i publicystyczną, pracuje nad swoją rozprawą doktorską i pogłębia wiedzę, co czynił zresztą nawet w więzieniu.

Interesuje go ludoznawstwo, folklor, szczególnie Słowian, a najbardziej jego własnego ludu – Kaszubów. Jak wielu intelektualistów w tym czasie w marzeniach widzi na mapie Europy swój naród obok wielu innych nacji słowiańskich: Czechów, Słowaków czy Łużyczan.

Tymczasem marszczy brew, nie podoba mu się to, co czyta na swój temat w gazecie. Przed miesiącem napisał artykuł, który wywołał burzę. Ukazał się na łamach wydawanego w Chełmnie czasopisma „Szkoła Narodowa”.

Ceynowa napisał go po kaszubsku, według pisowni, którą samodzielnie wymyślił:

„Njech mdze póchvoloni Jezus Christus.

To je nasze chrzescejańskje pózdrovjenje […]. Temji słovamji me sę e z vamji, kóchani braco Pólosze, vjitome. A tak zacząvsze wód Pana Bóga mdzeme me dali z vamji gadac, jak młodszi brat do starszeho. A viec słechojce. […] Kjejbe te chto chceł dzeje naszech przodkov spjisac, jak wónji z dovnemji Pressokamji, Dunczekamji, Szwedamji, Miemcamji, wójowale, tejbe to beła decht peszno ksążka; albo jakji tobe beł peszni krajobrozk nasze całe njegdesz zemje wód Vjisłe do Wódre [Odry – T.S.] a wód mórza jasz pó Notecę e Vartę. Chóc to teros njeje, to jednak jesz może sę stac, kjejle sę młodszi brat ze starszim za ręce vezmą. Me bardzo rod [radzi, zadowoleni – T.S.] vjidzime bjełeho grifa, herb nas Kaszebskji, prze bjełim wórzle Pólskjim na vesokji bramje Gdąńskji. […] A vjec storą drogą szło to letko do jednosce z Pólochamji, rodzonemji bratamji, v żełach chterech tak dobrze Słovjańsko krev płenje, jak v naszech”32.

Te słowa, opublikowane przed miesiącem, wywołały burzę. Florian Ceynowa ma teraz marsową minę, gdy czyta ripostę pióra Jana Kellera, która ukazała się w tej samej „Szkole Narodowej”. Keller nazywa Ceynowę „niepowołanym opiekunem Kaszubów”, a w samym artykule znajduje on słowa „szczupłej i przewrotnej treści”, do tego zapisane „prymitywnym” dialektem języka polskiego. Keller nie rozumie, jak można pisać o braterskich narodach, Kaszubach i Polakach. Nie ma żadnych braci. To jeden naród jest, koniec, kropka. I dodaje: „przyjmij jeszcze moją przyjacielską radę. […] Pracuj w duchu polskim, bo Kaszubi to Polacy. Jeżeli nie wierzysz, to ich samych spytaj, a potwierdzą ci to samo. Jako takich ich więc uważaj, a nie za zupełnie odrębny szczep słowiański, jak ich wystawiasz, kładąc ich obok Czechów, Moskali i innych”33.

Florian czuje złość, ale nie chodzi o jednego Kellera. Irytuje go to, co sobą reprezentują tacy jak ten ostatni: dumna, wyniosła „pańskość”, sojusz polskiej szlachty z Kościołem. Całe zamieszanie stąd, że w prasie ukazał się manifest, w którym ktoś odważył się przemówić do „Pólochów”, Polaków, czyli szlachty, w języku, jakim posługują się „provdzevi Kaszebji”, czyli chłopi. Jak tak może być? Przecież zdaniem wielu dobrze urodzonych, no i wielu duchownych to się nie godzi. Miejsce chłopa jest przy pługu i w oborze.

Gdy trzydziestodwuletni lekarz wojskowy przykręca knot lampy naftowej i w mroku kładzie się spać, nie wie jeszcze, bo nie może wiedzieć, że napisze w przyszłości wiele artykułów, nie tylko naukowych, i że zostanie nazwany z jednej strony „budzicielem Kaszub”, ale także z drugiej „kaszubskim separatystą” czy „zdrajcą sprawy polskiej na Pomorzu”. Z pewnością zaś okrzykną go pierwszym kaszubskim „narodowcem”, czyli tym, który uważał, że Kaszubi to odrębny naród.

Skąd druzgocąca krytyka Ceynowy? Stąd, że podkreślanie odrębności Kaszubów to nic innego jak odciąganie ich od polskości i wpychanie w objęcia Prusaków. Dla polskich niepodległościowych elit jest niewygodny, jak kamień w pościeli. I nie chodzi tu tylko o jego dziwaczną, chłopską kaszubskość, również o niego samego: Ceynowa to dziewiętnastowieczny skandalista, ktoś, kto żyje z kobietą w nieformalnym związku i jawnie występuje przeciwko polskiej szlachcie i duchowieństwu.

– Do historii Ceynowa przejdzie jako ten, który zapoczątkował nurt „kaszubskosłowiański”, Keller zaś jako ten, który zapoczątkował nurt „polskokaszubski” – mówi profesor Józef Borzyszkowski, zwracając uwagę, że to ważny podział, który ugruntował się na lata i ma znaczenie do dnia dzisiejszego.

 

W 1902 roku Ceynowa nie żyje już od dwudziestu lat z górą. Ziarno, które zasiał, zaczyna kiełkować. Na różne sposoby.

Zarysowuje się podział na opcję „narodową” i „propolską”.

W miejscowości Winona (dzisiaj w stanie Minnesota) po siedemnastu latach pobytu w Stanach Zjednoczonych umiera emigrant z Pomorza Hieronim Derdowski, syn kaszubskiego gospodarza. Do historii przejdzie jako drugi po Ceynowie literat tworzący w języku kaszubskim, a także ten, który, w odróżnieniu od swojego poprzednika, stoi na stanowisku, że Kaszubi nie stanowią odrębnego „bratniego” narodu, że po prostu są Polakami.

W pamięci potomnych utkwi jego powiedzenie: „Ni ma Kaszëb bez Pòlonii, a bez Kaszëb Pòlsczi”. Hasło będzie powtarzane przez kolejne pokolenia – współcześnie jego popularność może wynikać z tego, że jest jakby dwufunkcyjne. Jedni widzą w nim pochwałę jedności: potwierdzenie nierozerwalnych więzi Kaszubów z Polską. Inni zaś dostrzegają akcent kładziony na odrębność: podkreślenie istnienia dwóch niezależnych podmiotów w tej relacji, Kaszub i Polski, które składają sobie obietnicę sojuszu lub wspólnoty dla obopólnej korzyści.

Czy Derdowski był świadom niejednoznaczności słów, które wypowiadał? Trudno to dziś stwierdzić. Wiadomo jednak, że jego „propolskość” była przepełniona goryczą: „Më Kaszëbi jesz strzeżemë Pòlsczi mòrsczich granic, / A w Warszawie naszi bracô mają naju za nic”34.

Z doktorem Tomaszem Rembalskim, Kaszubą, historykiem z Uniwersytetu Gdańskiego, sekretarzem Instytutu Kaszubskiego, spotykam się na planie krótkiego filmu dokumentalnego. Zgodził się na krótką wypowiedź w otoczeniu eksponatów Muzeum Kaszubskiego w Kartuzach. Usiedliśmy więc przy zabytkowym stole, na równie zabytkowych, niezbyt stabilnych krzesłach, tuż obok łóżka pochodzącego z jakiejś wiejskiej chaty. Zanim jednak zostanie włączona kamera, naukowiec, na moją prośbę, próbuje odpowiedzieć na, wydawałoby się, proste pytanie: jakiej narodowości byli mieszkańcy Kartuz u progu XX wieku?

Do rozmowy się przygotowałem. Czytam: „W Kartuzach w 1905 roku mieszka 3245 mieszkańców. Niemcy stanowią większość, około 54 procent, Polacy – 42 procent, Żydzi – 4 procenty”35.

Westchnienie. Dziennikarze to zawsze chcą wszystko od razu, na patelni, w dwóch zdaniach. Nic z tego. Naukowiec zaczyna od sytuacji narodowościowej na Pomorzu w XVIII wieku, bo jak twierdzi, inaczej nie da się tego wytłumaczyć.

– Do pierwszego rozbioru mieliśmy tutaj inną, bardziej rozbudowaną strukturę społeczną i narodowościową niż na innych terenach etnicznie polskich w Rzeczpospolitej. Było tu sporo ludzi tak zwanych wolnych od zależności pańszczyźnianej. Od średniowiecza mieszkali tu również Niemcy, oczywiście najliczniej w miastach takich jak Gdańsk, Tczew, Puck czy Chojnice. I co charakterystyczne, na Pomorzu nie mieliśmy ludności żydowskiej, gdyż tej zakazali się osiedlać Krzyżacy, i to zostało podtrzymane również w czasach Prus Królewskich.

Co znamienne, kaszubscy intelektualiści w takich sytuacjach zwykle nie używają tylko przymiotnika „polski” albo tylko „kaszubski”. Zazwyczaj padają obydwa określenia następujące po sobie po przecinku: „polski, kaszubski”. Czasem dodatkowo: „katolicki”. W różnej kolejności. Są również tacy, w mniejszości, którzy unikają przymiotnika „polski”.

– Po pierwszym rozbiorze struktura ludnościowa nieco się zmienia. Dotyczy to jednak głównie małych miast, gdzie wraz z nowym pruskim porządkiem następuje napływ Niemców: urzędników, rzemieślników. Pojawia się również ludność żydowska.

Historyk przyzwyczajony jest do wykładów, dziennikarz dąży do konkretnych odpowiedzi na konkretne pytania.

– Kartuzy, 1905 rok. Jaki język usłyszymy na ulicy?

– Słyszymy dwa języki: niemiecki i kaszubski. Bardzo ładnie opisał to Szczepan Wierzchosławski w swojej książce Orzeł czarny i orzeł biały: dobrze wychowany Kaszuba do Niemca zagadałby po niemiecku, dobrze wychowany Niemiec do swojego sąsiada Kaszuby zwróciłby się po kaszubsku. Ale oczywiście była też Hakata.

Hakata – Niemiecki Związek Marchii Wschodniej – organizacja niemieckich nacjonalistów, która stawiała sobie za cel germanizację ziem znajdujących się w granicach II Rzeszy zamieszkałych przez ludność polską. Miała charakter wybitnie antypolski. Działała w latach 1894–1934.

– Skoro już jesteśmy w Kartuzach w 1905 roku, zapytajmy kogoś, kto mówi po kaszubsku: jaka jest twoja narodowość?

– To jest bardzo ciekawa kwestia. Bo nawet jeśli ten człowiek mówiłby po kaszubsku, to trudno powiedzieć, czy on by znał odpowiedź na to pytanie… Polski nie było na mapie Europy.

Historyk zamyśla się na moment. Zastanawia się. Najtrudniej szukać argumentów uzasadniających twierdzenia oczywiste.

– W niektórych dokumentach z epoki „można dostrzec” Kaszubów, znajdują się tam nazwiska kaszubskie, a przy nich zapisy: „moim językiem macierzystym jest język polski”. Widać wyraźnie, że człowiek, który to deklaruje, w rzeczywistości mówi po kaszubsku. Dlaczego więc twierdzi, że mówi „po polsku”? Bo w jego przekonaniu tak właśnie jest. Uważano, że kaszubski to jakiś taki zepsuty polski. Pełna świadomość, że język „macierzysty” Kaszubów to nie polski, lecz kaszubski, przypada na początek wieku XX, w czym niemała była zasługa rodzącego się wówczas ruchu młodokaszubskiego.

– Czyli gdybyśmy w 1905 roku zapytali Kaszubę w Kartuzach o narodowość, to zapewne odpowiedziałby, że jest Polakiem, bo jego język, kaszubski, on sam uważa za odmianę języka polskiego.

– Tak i nie, ale to nie jest takie proste.

Tomasz Rembalski znowu zastanawia się, jak tę polskość kaszubską z przełomu wieków wytłumaczyć. Bo to inna polskość jest niż na przykład w Warszawie, Galicji czy Małopolsce.

Przywołuje postać Jana Karnowskiego, gorącego orędownika przynależności Kaszub do Polski. W 1911 roku Jan Karnowski pisał, że Kaszuba nie ceni Polski. Jeśli istniała jakaś pamięć o Polsce, to o Polsce niesprawiedliwej, szlacheckiej. Tym bardziej że te negatywne skojarzenia były podsycane przez Prusaków, którzy chętnie wspominali szlachecką samowolę i warcholstwo; „polnische wirtschaft”[6] – to pojęcie funkcjonowało na Pomorzu. Pamięć o Polsce nie była więc dobra. A jeśli Kaszuba z 1905 roku mówi o sobie, że jest Polakiem, to w dużej mierze dlatego, że jest katolikiem. Katolickie znaczyło polskie; protestanckie znaczyło niemieckie. Ponadto wówczas identyfikacja narodowościowa wśród Kaszubów okazywała się niejednolita: jednym bliżej było do Polaków, innym do Niemców, a wielu określało się jako „tutejsi”.

Aleksander Majkowski – nie sposób o nim nie wspomnieć – twórca ruchu młodokaszubskiego, którego członkowie jednoznacznie wskazywali miejsce Kaszub przy Polsce jeszcze wtedy, gdy nie było jej na mapie Europy i nikt nie mógł przewidzieć, że wkrótce się na niej pojawi…

„Gryf. Pismo dla spraw kaszubskich. Wychodzi raz na miesiąc. Rok 1, Zeszyt 1, Listopad, 1908. Wydawca: Dr. Majkowski.

Nasz program. Nowe pismo, aczkolwiek w skromnych wychodzące rozmiarach, powinno mieć racyę bytu i wypełnić istniejącą wśród naszego piśmiennictwa lukę. […] Zachętą i bodźcem do wydawania pisma, zajmującego się sprawami społecznemi i kulturalnemi na Kaszubach, były dla nas uwagi następujące: Do dziś dnia o kresach kaszubskich wśród inteligentnego ogółu społeczeństwa polskiego często dziwne i zgoła błędne istnieją pojęcia”36.

Powstaje Towarzystwo Młodokaszubów. „Gryf” zaczyna być najważniejszym głosem inteligencji kaszubskiej zorientowanej propolsko. Z roku na rok jego oddziaływanie jest coraz wyraźniej dostrzegalne.

Majkowski zwraca się do młodszego od siebie o dziesięć lat Jana Karnowskiego: „Najwyższy czas, aby myśli społecznej na Kaszubach wyrazicielami byli Kaszubi sami […] Jestem zdania, że wytyczną naszej pracy powinno stanowić hasło: Kaszuby dla Kaszubów”37. W innym tekście pisze o stosunku Kaszub do Polski: „Istnieją silniejsze więzy [niż tylko język – T.S.] łączące nas w jeden naród: wspólność kościelna, kulturalna, wspólna tradycja historyczna i – wspólna niedola”38. Przy innej okazji Majkowski stwierdza: „Co kaszubskie, to polskie”[7].

Ale… znowu pojawia się głos: Jak to? Jaki „szczep”? Jak to „Kaszuby dla Kaszubów”? Nie ma czegoś takiego, jak „kaszubski szczep”. Przecież to nic innego, jak separatyzm – a więc działanie w interesie Prus! Tylko narodowa jednolitość może służyć sprawie polskiej. Tak twierdzą redaktorzy narodowo-klerykalnego „Pielgrzyma”, wydawanego w Pelplinie. Kierują bezpardonowy atak na Majkowskiego, idącego według nich ślepą uliczką, którą kroczył Ceynowa. Do najpoważniejszych zarzutów zaliczają fakt, że jest „ateuszem”. A przecież tylko gorliwy katolik może być prawdziwym Polakiem.

– Prawda jest taka, że „Pielgrzym” zaatakował Majkowskiego dlatego, że on złamał monopol środowiska pelplińskiego. Nagle pojawia się ktoś, kto ośmiela się zabierać głos w sprawie kaszubskiej, i jest niezależny… To wywołało ten atak – tłumaczy profesor Józef Borzyszkowski.

Od sporu o polskość Kaszubów, w którym brał udział Aleksander Majkowski, minęło już ponad sto lat. Mogłoby się więc wydawać, że dzisiaj taki wewnątrzkaszubski spór jest anachronizmem, że kaszubskość równa się polskość, koniec kropka, nie ma o czym mówić. Ale tak nie jest.

– Jeśli ktoś mówi, że nie jest Polakiem, tylko Kaszubą, a znam takich osób mnóstwo, nie ruszam tego – stwierdza doktor Eugeniusz Pryczkowski, wiceprezes Zarządu Głównego Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. – To jest jego prawo. Nie wnikam, czy sądzi tak naprawdę, czy może jest to koniunkturalizm… Nie widzę powodów, żeby również Kaszubi, obok na przykład Ukraińców czy Białorusinów, nie mieli prawa do takiego samookreślania się.

– A jednak zdecydowana większość Polaków jest przekonana, że Kaszuba to zawsze Polak, tak jak Góral…

– Tak jest w dziewięćdziesięciu procentach. Staram się zrozumieć tych, których dziwi fakt istnienia osób narodowości kaszubskiej. Ich zaskoczenie wynika z tego, że postrzegają nas, Kaszubów, jako grupę wyłącznie regionalną, jak Górali na przykład. A my jesteśmy czymś więcej niż grupą regionalną, jesteśmy grupą etniczną.

– Więc jeśli ktoś mówi, że jest Kaszubą…

– To już niekoniecznie jest Polakiem. Jak już powiedziałem, w grubo ponad dziewięćdziesięciu procentach ktoś taki czuje się Polakiem. Ale istnieje pewien odsetek Kaszubów nie-Polaków.

Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie (ZKP) powstało w 1964 roku w wyniku połączenia dwóch, istniejących wcześniej organizacji: Zrzeszenia Kaszubskiego (od 1956 roku) i Zrzeszenia Kociewskiego (od 1957 roku). Obecnie zrzesza jakieś pięć tysięcy członków w około siedemdziesięciu oddziałach terenowych. Uznaje się je za najważniejszą organizację regionalną na Kaszubach i Kociewiu. Z pewnością jest największą organizacją kaszubską i jedną z większych organizacji pozarządowych w Polsce.

W Zrzeszeniu – w odróżnieniu od nieporównywalnie mniejszej Jednoty – dominującą postawą jest tak zwana podwójna tożsamość: polska i kaszubska zarazem.

Prezesem Zarządu Głównego ZKP był mój rozmówca profesor Józef Borzyszkowski (1986–1992), a profesor Cezary Obracht-Prondzyński i doktor Tomasz Rembalski to również wieloletni działacze tej organizacji. Funkcję jej prezesa pełni Jan Wyrowiński, były wicemarszałek Senatu RP, zaś wiceprezesa doktor Eugeniusz Pryczkowski.

– Polacy z innych części kraju zachowują się jak starsi bracia, przekonani, że są lepsi, mądrzejsi, to tacy „stuprocentowi” Polacy – mówi profesor Józef Borzyszkowski. – A my i nasi przodkowie żyliśmy w świecie wielu grup etnicznych, wyznań i kultur, z Gdańskiem w centrum. Dla wielu do dzisiaj Kaszuba to jest prosty rybak albo chłop. Opinie o Kaszubach… Boże, jakże one są podobne do tego, co niegdyś kolonizatorzy mówili o podbitych ludach. To są bardzo delikatne kwestie.

– Dwie tożsamości: polska i kaszubska, funkcjonują na dwóch różnych poziomach, dlatego nie wchodzą sobie w drogę – stwierdza profesor Cezary Obracht-Prondzyński.

– Ja jestem Kaszubą i Polakiem. Nieprzypadkowo mówię to w tej kolejności: najpierw Kaszubą, potem Polakiem – przyznaje doktor Eugeniusz Pryczkowski.

Prof. Jan Wyrowiński akceptuje w szeregach Zrzeszenia wszystkich. Jak mówi, nikt nie sprawdza tych kwestii przy przyjmowaniu członków.

– W wolnym kraju każdy ma prawo do swobodnej autoidentyfikacji narodowej – stwierdza prezes ZKP.

– Ja jestem Polakiem i Kaszubą, są to dla mnie dwie równie ważne identyfikacje, i nie mam z tym problemu – tłumaczy doktor Tomasz Rembalski. – Z rozmysłem nazywam siebie najpierw Polakiem, ze względu na pamięć o moim pradziadku, który był Poznaniakiem i gorliwym Polakiem. Przywędrował na Pomorze w 1919 roku, gdzie jego synowie pożenili się z Kaszubkami, a córki, z jednym wyjątkiem, wyszły za Kaszubów… To jest najtrudniejsze: wyjaśnić mieszkańcowi Mazowsza czy Małopolski, o co w tym chodzi, że to się ma w sobie, że można mieć dwie narodowości, polską i kaszubską lub kaszubską i polską. Dla większości Kaszubów nie ma tu żadnej sprzeczności. Żeby to zrozumieć, trzeba chyba tutaj zamieszkać.

 

Inne książki tego autora