Kaszëbë

Tekst
Z serii: Sulina
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kaszëbë
Kaszëbë
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,80  57,44 
Kaszëbë
Kaszëbë
Audiobook
Czyta Tomasz Ignaczak
39,90  27,93 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W 1938 roku, gdy do Kartuz przybywa Józef Kisielewski, Feliks Marszałkowski jest kolejnym po Labudzie redaktorem naczelnym „Zrzeszy”. Dwaj dziennikarze rozmawiają, bacznie się obserwując, w atmosferze wzajemnej nieufności. Kisielewski próbuje wykazać niespójność w myśleniu „separatysty”. Trudno pozbyć się wrażenia, że pomimo całej sympatii traktuje go nieco z góry, jak… starszy brat młodszego.

Wówczas na Pomorzu zwiastuny zbliżającego się kataklizmu są już dobrze widoczne.

„Znowu mierzymy się wzrokiem. Jego oczy pytają mnie o czystość intencji.

– Postawmy tę sprawę inaczej – mówię mu. – Gdy wybuchnie wojna. Pan ma lat dwadzieścia pięć czy dwadzieścia sześć. Pan wtenczas musi chwycić za karabin. Gdyby pan wówczas miał wolny wybór. Po której stronie pan stanie?

Podnosi głowę.

– Po stronie Polski.

– Za Polskę?

– Za Kaszuby!

– Za naród kaszubski?

– Nie, za naród polski, a za kaszubski szczep…”26.

Po spotkaniu Kisielewski siedzi w pociągu do Gdyni i rozmyśla. Nie wierzy w separatyzm, w rzeczywistą chęć wyłączania kogokolwiek ze wspólnoty polskiego narodu. Wręcz przeciwnie, po rozmowie z „separatystą” jest przekonany o głębokim związku nawet tych najradykalniejszych Kaszubów z Polską. Błędów upatruje po stronie polskiego państwa, które okazywało chłód, niezrozumienie i podejrzliwość:

„Separatyzm kaszubski, krótko mówiąc, jest niczym więcej, jak sprawą odrobiny ciepła i sprawą prawdziwego uczucia”27.

Wróćmy jednak do wieku XXI. Szesnaście miesięcy po dyskusji o tym, czy Piłsudski jest dla Kaszubów ważną postacią, czy nie, marszałek pojawił się koniec końców w Kartuzach. Stanął w miejscu, które dziś może wydawać się reprezentacyjne – to wzniesienie parkowe koło głównej poczty, ale mieszkańcy Kartuz dobrze pamiętają, że przez wiele lat było ono oblegane przez pijaków. Do czasu. W 2014 roku lokalny przedsiębiorca sfinansował i zrealizował odnowienie parku Finkego. Nazwa ta przetrwała jeszcze z czasów pruskich, kiedy (do 1920 roku) górka była miejscem upamiętnienia doktora Finkego – Niemca, prezesa sądu, założyciela Towarzystwa Upiększania Miasta Kartuz. Zajął więc Marszałek miejsce zasłużonego Niemca. Stanął tam, gdzie później przez lata w ukryciu, nielegalnie spożywano alkohol, a w krzakach załatwiano potrzeby fizjologiczne.

Stanął jakoś tak niepewnie, wspierając się na szabli, drugą ręką biorąc się pod bok. Trochę jakby bolała go noga albo chwyciła rwa kulszowa, jakby chciał gdzieś usiąść. Chociaż… Może stoi niezbyt pewnie, ale spojrzenie nie zostawia złudzeń co do siły jego charakteru. Patrzy surowo w stronę Matki Boskiej Królowej Polski, która zajęła górkę sąsiednią. Zdaje się mówić tonem nieznoszącym sprzeciwu: „Oto jestem, tu, na kaszubskiej ziemi”.

Postument upamiętnia nie tylko Marszałka. Napis na bocznej ściance wskazuje na darczyńców, dzięki którym udało się Marszałka w Kartuzach uhonorować: pierwsze trzy miejsca na liście zajmują spółki Skarbu Państwa: Energa, Orlen i Lotos. Na dole mniejszymi literami zapisane zostały nazwiska pomorsko-kaszubskich piłsudczyków z Tomaszem Kocentem na czele.

Jest więc 5 października 2019 roku. W ramach symbolicznego odsłonięcia monumentu wstęgi ciągną piłsudczycy w niebieskoszarych mundurach, ksiądz proboszcz, politycy.

Został tydzień do wyborów parlamentarnych. W pierwszym rzędzie stoją kandydaci na posłów: Magdalena Sroka, Janusz Śniadek, Marcin Horała, Piotr Karczewski. Stoi również europosłanka Anna Fotyga. Wszyscy reprezentują Zjednoczoną Prawicę. Polityków opozycji formatu ogólnokrajowego nie widać.

– Zostali zaproszeni, ale się nie pojawili – usłyszę od Tomasza Kocenta. – Zawsze wysyłamy zaproszenia do wszystkich polityków, ze wszystkich stron sceny politycznej. Najczęściej jednak przybywają ci z prawej. Dlaczego inni nie przyjeżdżają? Może pan mi odpowie na to pytanie, bo ja nie wiem…

List do zgromadzonych napisał prezydent Andrzej Duda, który objął honorowy patronat nad całym przedsięwzięciem, a odczytał go prezydencki doradca:

– Jestem przekonany, że godne uczczenie marszałka będzie przyczyniać się do budowania jedności.

Jedność. To słowo w odniesieniu do Kaszubów pojawia się co jakiś czas. I często jest przez nich traktowane z podejrzliwością. Na przykład o jedności mówił wojewoda pomorski Dariusz Drelich. W oficjalnym przemówieniu z 2017 roku wygłoszonym przy okazji Święta Niepodległości przypominał „każdemu z obywateli Pomorza, również temu, który nazywa siebie przedstawicielem mniejszości etnicznej i regionalistą”, że Pomorze niejednokrotnie było przedmiotem „knowań skierowanych przeciwko jedności państwa polskiego”. Przypominał o obowiązku utrzymywania tutaj „stałej pewności własnej przynależności narodowej”. Samorząd jest rzeczą „słuszną”, stwierdzał, ale „jako część administracji państwowej, a nie jako zaczyn separatyzmu”28.

Dzisiaj powiedzieć Kaszubie, że jest separatystą, to tak jakby napluć mu w twarz. Słowa wojewody skomentował profesor Cezary Obracht-Prondzyński, Kaszuba, socjolog i historyk, prezes Instytutu Kaszubskiego w Gdańsku. Gdy wtedy, w 2017 roku przeprowadzałem z nim na ten temat wywiad, zauważyłem autentyczne emocje: gniew i oburzenie.

– W ten sposób jesteśmy wykluczani ze wspólnoty Polaków. To jest absolutnie niedopuszczalne, nie do zaakceptowania i przy każdej okazji będę żądał od pana wojewody, żeby te słowa odwołał i przeprosił. Bo to przemówienie jest zdumiewające, oburzające, brak słów na to, żeby wyrazić, co o tym myślę.

Wojewoda Dariusz Drelich nigdy za wypowiedziane słowa nie przeprosił ani się z nich nie wycofał.

Tomasz Kocent uważa, że negatywna ocena Marszałka na Kaszubach jest niesprawiedliwa.

– Nie ma idealnych postaci historycznych. Oprócz zalet każda posiada wady. Piłsudski również je miał. Chodzi jednak o proporcje. Nie idealizuję go, ale uważam, że pozytywnych stron Marszałka jest znacznie więcej niż negatywnych.

Szef pomorskich piłsudczyków zwraca uwagę, że generał Józef Haller jest na Kaszubach symbolem polskości i niepodległości, a Piłsudskiego uważa się często za „samo zło”. To, jego zdaniem, krzywdzące dla Marszałka uproszczenie, oparte na „obrazku”, jakim są zaślubiny Polski z morzem z Hallerem w roli głównej.

– Żołnierze, którzy zajmowali Kaszuby w 1920 roku, to nie była prywatna armia Hallera. To było polskie wojsko, którego wodzem naczelnym był Józef Piłsudski, i to na rozkaz tego ostatniego ono tu wkroczyło. Piłsudski rozważał na przykład, czy Pomorza nie powinny zajmować wojska generała Dowbor-Muśnickiego, który odzyskał dla Polski Wielkopolskę i był tam przywódcą powstania, ale ostatecznie padło na Hallera. Poza tym Piłsudski jeszcze przed wejściem na Pomorze zlecił budowanie siatki wywiadowczej opartej na lokalnych patriotach, Kaszubach. Powiedział kiedyś, że granice zachodnie Polski wyznaczą traktaty, a granice wschodnie musimy „wyrąbać sobie szablą”. Dlatego tyle energii i zaangażowania poświęcał wschodniej granicy Polski, co wiązało się również z jego planami geopolitycznymi budowy federacji państw na wschodzie z przewodnią rolą Polski, jako przeciwwagi dla Rosji. Ale nie można powiedzieć, że nie dbał o Pomorze, że go nie obchodziło. To nieprawda.

Kocent wymienia szereg Kaszubów, weteranów wojny polsko-bolszewickiej, oddanych Marszałkowi całym sercem, przede wszystkim żołnierzy i oficerów 66 Kaszubskiego Pułku. Do sympatyków Piłsudskiego zalicza również najznamienitszego kaszubskiego pisarza, Aleksandra Majkowskiego, który między innymi zorganizował wystawę artystów pomorskich w 1921 roku otwartą przez Józefa Piłsudskiego (kolejny dowód na to, jak bliskie Marszałkowi było Pomorze).

Zwraca uwagę, że w Żukowie stoi pomnik sowieckiego żołnierza i nikt w tym nie widzi problemu, a kontrowersje wzbudza pomnik Piłsudskiego w Kartuzach. Uważa, że to pokłosie komuny. Tyle lat szkalowano Piłsudskiego, sanację przedstawiano jako system wręcz faszystowski, zostało to w ludziach, ta niechęć do Marszałka…

– Po tym, jak w niektórych środowiskach traktuje się tu postać Piłsudskiego, można pomyśleć, że on tu przyjeżdżał i urządzał krwawe jatki Kaszubom. To jest wobec Marszałka niesprawiedliwe. Był zwolennikiem Polski wielonarodowej i wieloetnicznej na wzór I Rzeczpospolitej i nie można mu zarzucić, że był nacjonalistą. Przede wszystkim był Litwinem, polskim Litwinem, oczywiście w innym wymiarze, niż to się współcześnie rozumie. Brzydził się wszystkimi nacjonalistycznymi zachowaniami – przekonuje Tomasz Kocent.

Piłsudczyk uważa się za osobę zasymilowaną z lokalnym środowiskiem. Podkreśla, że szanuje lokalną tradycję i kulturę, a jego dzieci uczą się kaszubskiego w szkole. Nigdy nikt nie zarzucił mu wprost, że nie jest Kaszubą, że stanowi tu element obcy. Zaznacza, że wśród sześćdziesięciu pomorskich członków Związku Piłsudczyków RP większość stanowią rodowici Kaszubi.

5 października 2019 roku, podczas uroczystości odsłonięcia pomnika obwiązano szyję Marszałka dwoma wstęgami: jedną biało-czerwoną i drugą kaszubską – czarno-złotą. Tę drugą przez pomyłkę zawieszono odwrotnie, złotym kolorem do góry. Zauważył to Tomasz Kocent, próbował w ostatnim momencie ten błąd naprawić. Incydent nie uszedł uwadze działaczy kaszubskich.

Nie-Polak (1)

– Ile miałeś lat, kiedy doszedłeś do wniosku, że nie jesteś Polakiem?

– To było w gimnazjum, miałem piętnaście lat.

Adóm Hébel dziś ma dwadzieścia osiem lat, jest popularnym i rozpoznawalnym na Kaszubach poetą, satyrykiem i dziennikarzem. Pracuje w Radiu Gdańsk jako reporter i zajmuje się tematyką regionalną, szczególnie kaszubską. Spotykamy się na rynku w Kartuzach. Jest wtorek, słoneczny majowy poranek. Senne miasteczko zdaje się dopiero nabierać codziennego rytmu.

 

Hébel jest wysokim szczupłym brunetem o ciemnej karnacji. Teraz, gdy siedzi przy kawiarnianym stoliku, wygląda dość niepozornie, zwyczajnie. Tyle że mówi donośnym głosem, tylko to go wyróżnia. Jakże inny wydaje się od siebie samego na scenie. Bo Adóm występuje często jako stand-uper – i nie zawsze są to prezentacje kabaretowe. Ma szczególny dar. Pamiętam kilka jego wystąpień. Błyskotliwy, dowcipny, doskonale władający głosem. Kiedy trzeba, zrobi pauzę, kiedy trzeba, ściszy głos, we właściwym momencie zainscenizuje wybuch emocjonalny. Po takim przemówieniu ręce same składają się do braw.

Ale to na scenie. Teraz jest poza nią. Opanowany, uprzejmy, nieco zdystansowany, ale przyjazny wobec rozmówcy. Zdaje się, między wierszami, wysyłać przekaz: wiem, że może dla ciebie to, co mówię, bywa szokujące, ale nie zamierzam się tego wypierać. Jest także czujny. Odnoszę wrażenie, że zastanawia się, jak wykorzystam jego, kontrowersyjne dla wielu, wypowiedzi.

Słowa Adama przykuwają uwagę mężczyzny w roboczym ubraniu naprawiającego na wysokiej drabinie uliczną lampę obok naszego kawiarnianego stolika.

– Wychowałeś się w domu polskim czy kaszubskim?

– Kaszubskim. Ale kwestie tożsamościowe nie były w domu roztrząsane, traktowano polskość jako coś naturalnego. Nie rozróżniało się w domu narodowości i obywatelstwa. Skoro mówią w telewizji, że jesteśmy Polakami, to pewnie tak; jeśli mamy w dowodzie narodowość polską, to znaczy, że jesteśmy Polakami. Tak to się traktowało. Później przyszedł czas moich indywidualnych poszukiwań. Jednak moje wychowanie miało wpływ na te poszukiwania. Kwestia odrębności kaszubskiej była u nas w domu obecna. Moja mama interesowała się literaturą kaszubską, już jako dziecko coś tam słyszałem o jakimś Remusie, to sprawiło, że wiedziałem, że jesteśmy inni niż reszta społeczeństwa. No i od zawsze uczulano mnie na to, że babcia i dziadek posługują się językiem kaszubskim, nie jakąś tam gwarą, ale właśnie językiem.

Do naszej rozmowy wtrąca się pan naprawiający lampę:

– Ja sam musiałem nauczyć się polskiego, jak miałem siedem lat, jak szedłem do szkoły. Wcześniej mówiło się u nas tylko po kaszubsku.

Do mnie zwraca się po polsku, ale Adóm odpowiada mu w swoim narodowym języku, co wywołuje stosowną reakcję, i już w przestrzeni kartuskiego rynku dźwięcznie rozbrzmiewa kaszubska gôdka[3].

Czekam cierpliwie, aż panowie skończą pogawędkę. Staram się zrozumieć, co do siebie mówią, rozpoznaję pojedyncze słowa.

Tymczasem dochodzi jedenasta, miasteczko żyje po swojemu. Kartuzy jakby jeszcze przeciągały się w pościeli, nie mogąc wstać. Z Adamem i robotnikiem naprawiającym lampę jesteśmy jedynymi korzystającymi z wiosennego słońca, nie licząc pary bezdomnych. Inni, którzy są już na nogach, zdają się go nie dostrzegać, po prostu robią zwykłe sprawunki, jak to w środku tygodnia.

W piętnastotysięcznych Kartuzach są trzy szkoły średnie i tyle samo podstawówek. Młodzieży też nie brakuje, powiat kartuski od lat cieszy się jednym z najwyższych wskaźników przyrostu naturalnego w Polsce. Zwykle o tej porze kręcą się po Rynku i w okolicach dworca autobusowego. Uczniowie przyjeżdżają do szkół ze swoich wiosek.

Jedni na przykład z okolic Sianowa, inni z Banina.

W Sianowie i okolicach (sześćdziesiąt kilometrów od Gdańska) zachwycające krajobrazy – wzgórza, jeziora, mozaika pól i lasów. Na pastwiskach stoją krowy i pachnie tak, jak na wsi pachnieć powinno, czyli gnojówką. Co prawda nie brakuje tu wiejskich willi mieszczuchów, ale wydają się być w mniejszości. Sianowo to wieś słynąca z sanktuarium. Gdy w tutejszym kościele trwa msza, słychać ją w stadninie w Dolnym Młynie, po drugiej stronie jeziora. Ksiądz zamontował megafony na ścianach świątyni. Dobra Nowina, niesiona wiatrem, dociera do szczytu wzgórza, gdzie w 1695 roku spalono na stosie Katarzynę Mrówczynę, pasterkę z pobliskiego Staniszewa. Została oskarżona o konszachty z ciemnymi mocami. Ustalono, że jednego diabła, imieniem Michał, schowała pod pachą, drugiego – Marcina, w grzebieniu. Podczas tortur, jak zapisano w aktach sprawy, złe duchy z niej uleciały29.

W Baninie (dziesięć kilometrów od Gdańska) można odnieść wrażenie, że jedynymi zwierzątkami, jakie da się tu dostrzec, są Żabka i Biedronka. Chociaż gdzieniegdzie stoją jeszcze pojedyncze obejścia, wskazujące na rustykalną przeszłość wsi, to generalnie ulice przecinają się pod kątem prostym, a domy wyglądają, jakby powstały w fabryce, na taśmie produkcyjnej. Obejścia różnią się liczbą tui zasadzonych wzdłuż segmentowych płotów z marketu budowlanego. Odgłosu pracy siekierą nie uświadczysz – drewno do kominków kupuje się już rozłupane, za to raz po raz nad głowami z rykiem przelatuje samolot. To także powiat kartuski, to także Kaszuby. W Baninie bardzo prężnie działa środowisko kaszubskich działaczy i regionalistów.

Kartuzy rozsiadły się wygodnie między aglomeracją a wsią. Między liberalnym Trójmiastem a konserwatywnym kaszubskim „interiorem”. Tutejsze dzieciaki mają dwa w jednym. Mogą wybierać, łączyć idee i światopoglądy. Tak jak Adóm, który co prawda z Kartuz nie pochodzi, ale zdaje się być właśnie taki wiejsko-miejski: przy swoim konserwatyzmie i przywiązaniu do katolicyzmu ma jednocześnie poglądy „wolnościowe”, „wielkomiejskie”, które wielu uznałoby za ultranowoczesne, rewolucyjne czy wręcz wywrotowe.

W Kartuzach nie zawsze jest aż tak cicho jak teraz, gdy siedzimy przy jednym z kawiarnianych stolików stojących na Rynku. Rytm zwykle nadawali miastu wracający ze szkół uczniowie. Tak było jeszcze we wrześniu. Jakby nie mogli się nagadać po wakacjach, nim rozjadą się do swoich różnych światów. Starsi palili e-pety w parku i po kątach, młodsi biegali po fontannie, między kolorowymi strumieniami wody wytryskującymi z ziemi. Potem autobusy – krwiobieg komunikacyjny – pochłaniały młodych ludzi i rozprowadzały ich po całym powiecie, w codziennym rytmie, niczym krwinki hemoglobinę. W miasteczku robiło się cicho dopiero po siedemnastej.

To wszystko działo się jeszcze niedawno. A teraz przyszła pandemia i rozsiała ciszę.

Panowie nagadali się już po kaszubsku, mężczyzna w roboczym drelichu wszedł na wysoką drabinę i majstruje coś przy kloszu.

– Miałem piętnaście lat i przygotowywałem się do konkursu wiedzy o Kaszubach w gimnazjum – Adóm kontynuuje swoją opowieść. – Wtedy zrozumiałem, z czym się kaszubskość wiąże. Wcześniej wiedziałem, że mamy swój język, że jesteśmy w jakiś sposób osobnym ludem, ale nie roztrząsałem tego. Aż tu nagle się okazało, że mieliśmy książąt, a skoro oni mieli swoje państwo, to znaczy, że my mieliśmy swoje państwo. Okazało się, że mamy bardzo bogatą literaturę w języku kaszubskim, która nie ogranicza się do wspomnień starszych osób, tylko jest to literatura piękna, że mamy działaczy, którzy potrafili dużo poświęcić dla sprawy, bo bycie Kaszubą nie było łatwe w czasach PRL-u, a wcześniej zaborów i dwudziestolecia międzywojennego, nie wspominając o II wojnie światowej. To wszystko sprowokowało myślenie, że skoro ci ludzie tak bardzo się temu poświęcali, to chyba nasza kaszubskość jest czymś więcej niż ciekawostką dla turystów. I doszedłem do tego, że musi to być odrębność narodowa. Wtedy też postanowiłem, że będę się uczył języka kaszubskiego. Znałem go biernie, potrafiłem coś powiedzieć nawet, ale postanowiłem wtedy, że będę go używał na co dzień. To był też moment, w którym zauważyłem, że system edukacji niespecjalnie odpowiada temu, kim jestem. Mówią nam z okazji 3 Maja czy 11 Listopada, że walczono o mowę naszych ojców, i że dzięki determinacji naszych przodków możemy dziś używać mowy naszych ojców. Ja sobie pomyślałem: zaraz, zaraz, coś tu nie gra, przecież mowa moich ojców to język kaszubski, a ja nawet w tym języku nie mówię. Więc byłbym hipokrytą, gdybym się pod takimi „szkolnymi” deklaracjami podpisywał. Muszę się zatem tej mowy moich ojców nauczyć… I takim sposobem doszedłem do tego, że nie jestem Polakiem, tylko Kaszubą.

– Jak twoi rodzice to przyjęli? Powiedziałeś przy kolacji: słuchajcie, ja już nie jestem Polakiem?

– Takiego coming outu raczej nie było… Po prostu w pewnym momencie zacząłem tak uważać. Rodzice z początku myśleli, że mi przejdzie, jak inne rzeczy…

– Na przykład słuchanie Slayera…

– Ja akurat słuchałem Boba Marleya i jak chciałem mieć dredy, to moja mama była przerażona. Więc potem, jak się dowiedziała, że będę miał narodowość kaszubską, to stwierdziła, że będzie jak z tymi dredami, że po prostu mi przejdzie. No, ale nie przeszło. Powoli okazywało się, że moja mama ma podobne zapatrywania w tej kwestii, choć tak jednoznacznie tego nie określa.

„Narodowość (przynależność narodowa lub etniczna) jest deklaratywną (opartą na subiektywnym odczuciu) cechą indywidualną każdego człowieka, wyrażającą jego związek emocjonalny (uczuciowy), kulturowy lub genealogiczny (ze względu na pochodzenie rodziców) z określonym narodem”30. W spisie ludności w 2011 roku po raz pierwszy umożliwiono wyrażanie złożonych tożsamości narodowo-etnicznych: Identyfikacja narodowo-etniczna kaszubska (obok polskiej): 232 547 osób. Identyfikacja narodowo-etniczna tylko kaszubska (bez polskiej): 16 377 osób. Siedem procent Kaszubów – to tak zwani „narodowcy”.

*

– Jaką narodowość podała twoja mama podczas spisu powszechnego?

– Zadeklarowała podwójną narodowość, ale jako pierwszą kaszubską. To był jej świadomy wybór, że kaszubska jest ważniejsza. Potem podczas rozmów okazywało się, że świadomość odrębności w rodzinie istnieje od dawna, ale o tym się nie mówiło, podobnie jak nie mówiło się o czasach II wojny światowej, bo w kaszubskich rodzinach także do tego tematu często się nie wraca, ale to wszystko jest, gdzieś pod skórą…

– Potem odkryłeś, że takich jak ty jest więcej.

Adóm jest wiceprezesem zarządu organizacji Kaszëbskô Jednota, która powstała w 2011 roku i liczy około stu członków. Jest to stowarzyszenie osób narodowości kaszubskiej. Jednota postuluje uznanie Kaszubów za mniejszość etniczną – w myśl postanowień ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych, którą, zdaniem kaszubskich działaczy narodowych, należy znowelizować. Mniejszość etniczna w tym ujęciu to „naród bez państwa”. W Polsce mamy cztery mniejszości etniczne: Karaimi, Łemkowie, Romowie i Tatarzy. W tym gronie mieliby się znaleźć Kaszubi.

– Miałem więc świadomość, że jesteśmy zdecydowaną mniejszością wśród Kaszubów, ale z drugiej strony, że nawiązujemy do początków ruchu kaszubskiego, do Floriana Ceynowy. Z jednej strony musieliśmy się pogodzić z tym, że my będziemy mniejszością, z drugiej czuliśmy dumę, że jesteśmy awangardą. Ja to lubię porównywać, pół żartem, pół serio, do ortodoksyjnych Żydów w Izraelu. To znaczy w Izraelu większość to są ateiści, choć Żydzi. Ale jest, dajmy na to, dziesięć procent ortodoksyjnych Żydów stanowiących duchową elitę narodu, która ich spaja. Kiedy po wiekach Żydzi wrócili na Ziemię Obiecaną, oni, ci ortodoksyjni Żydzi, są tymi, bez których lud Izraela nie miałby duszy, mimo że stanowią mniejszość. I trochę podobną rolę pełnią „narodowcy” wśród Kaszubów.

Inne książki tego autora