Kaszëbë

Tekst
Z serii: Sulina
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Eugeniusz Hannemann / PAP

Copyright © by Tomasz Słomczyński, 2021

Opieka redakcyjna Przemysław Pełka

Redakcja Wojciech Adamski

Konsultacja kaszubska Dariusz Majkowski

Korekta Anna Smutkiewicz, Anna Zygmanowska

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-306-5

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

CZĘŚĆ 1. CASSUBIA

Marszałek

Nie-Polak (1)

Szczep

Nie-Polak (2)

Ułan i tęcza

Nie-Polak (3)

Stegna

Wanoga

CZĘŚĆ 2. SZTUTOFOWI

Co byś pan zrobił?

Rosjanka z powstania

Czy pani jest aniołem?

Historia miłosna

Sprawiedliwa

Peryferia

Wanoga

CZĘŚĆ 3. SKAMIELINA

Skobel

Skarpa

Iwan zły, Iwan dobry

Niemiec i Rusek

Romanse

Skamielina

Mapa czerwona

Wanoga

CZĘŚĆ 4. NIESMAK

Eryk nazista

Wehrmacht i PRL

Niesmak

Wanoga

CZĘŚĆ 5. DUCHY

Eugeniusz

Tadeusz

Jezus

Wanoga

CZĘŚĆ 6. RYBY NIE MA

Do Lidla

Maszopi

Sześćset w rybie

Nagrzany i przyduszony

Pelagiczny tort

We krwi

Wanoga

Podziękowania

Uwagi bibliograficzne

Przypisy końcowe

Przypisy

Kolofon

Mojej Rodzinie

Kaszubów nie można przenieść nigdzie, oni zawsze muszą być tutaj i nadstawiać głowy, żeby inni mogli uderzyć, bo my za mało polscy jesteśmy i za mało niemieccy, bo jak ktoś jest Kaszubą, nie wystarcza to ani Niemcom, ani Polakom.

Günter Grass, Blaszany bębenek, tłum. Sławomir Błaut, Kraków 2004

Część 1 Cassubia

Marszałek

W nocy nieznani sprawcy rozbili tablicę ze szkła.

W Expressie Kaszubskim pojawiły się wpisy czytelników:

„Jakiś pijak w Sobótki rozbił taflę ze szkła a wy tutaj szukacie drugiego dna? POważnie?”

„Całe lato chleją w centrum Kartuz a ci tu o sanacji, hihi”.

„Dresy się napiły, skopały tablicę i się zbiła. A ci tu o jakiś wyższych sprzeciwach wobec sanacji piszą”.

Były również i takie teksty:

„Sam miałbym ochotę rozprawić się z tym wciskaniem piłsudczykowskiej ciemnoty”[1].

Kamień z Litwy spoczął w kartuskim parku. Nie byle jaki kamień. Kamień węgielny, do tego pochodzący z Zułowa, z rodzinnego domu Marszałka. Wraz z nim umieszczono tam akt erekcyjny.

„Józef Piłsudski był obrońcą wiary chrześcijańskiej, za co należy mu się wdzięczność nie tylko narodu polskiego, ale całej chrześcijańskiej Europy i świata”, jak powiedział prezes zarządu krajowego Związku Piłsudczyków RP, generał związku Stanisław Śliwa. Posłanka PiS Dorota Arciszewska-Mielewczyk dodała, że czeka „na dzień, w którym marszałek Józef Piłsudski na stałe zagości w przestrzeni publicznej tej kaszubskiej perełki, jaką niewątpliwie są Kartuzy”. Wyraziła nadzieję, że Marszałek będzie „swym żołnierskim okiem doglądał, jak polskość kwitnie w sercach kolejnych pokoleń”.

Kamień i akt erekcyjny zostały przykryte tablicą z grubego szkła. Nie dość jednak grubego, by zapobiec zniszczeniu przez nieznanych sprawców.

„W pamięci tego społeczeństwa są wciąż wielkie krzywdy dokonywane na Kaszubach w czasach sanacji”, stwierdził doktor Eugeniusz Pryczkowski, działacz kaszubski, dziennikarz, publicysta, wiceprzewodniczący rady powiatu.

I tak oto, w przededniu kampanii do wyborów samorządowych, pojawił się w Kartuzach temat: pomnik Piłsudskiego. Stawiać czy nie stawiać? Powiedzieć, że w miasteczku zawrzało, to powiedzieć zbyt dużo. Wielu emocjonowało się tym, że Gienek Pryczkowski miał odwagę wyrazić głośno to, o czym wielu myśli, a co jest niepoprawne politycznie, szczególnie gdy cała Polska obchodzi stulecie odzyskania niepodległości. Byli jednak również tacy, którzy uważali, że to kolejna burza w szklance wody.

„Smerfy” – tak niekiedy mówi się o piłsudczykach w Kartuzach. Choć mogłoby się wydawać, że to określenie pogardliwe, to przecież ludzie ci zdążyli już stać się częścią lokalnego kolorytu i nikogo nie dziwi ich obecność na kolejnych oficjalnych imprezach. Ich niebieskoszare mundury ze związkowymi dystynkcjami, chętnie wkładane na różne patriotyczne uroczystości, przywodzą na myśl sympatyczne postacie z bajek. Pojawili się w Kartuzach za sprawą Tomasza Kocenta. Z wykształcenia politolog, menedżer w jednym z towarzystw funduszy inwestycyjnych, nie jest Kaszubą – zamieszkał wraz z rodziną w Kiełpinie koło Kartuz w 2015 roku, a pochodzi z województwa zachodniopomorskiego. Jak sam mówi, od dziecka interesował się historią Polski, a jego dziadek walczył na Nowogródczyźnie w szeregach Armii Krajowej, potem zaś w antykomunistycznym podziemiu jako tak zwany żołnierz niezłomny. Wychowany w kulcie bohaterskiego przodka Tomasz Kocent po przyjeździe na Kaszuby stał się inicjatorem powstania i prezesem Okręgu Kaszubsko-Pomorskiego Związku Piłsudczyków RP.

 

Tomasz Kocent napisał do Expressu list, w którym zaprotestował przeciwko utożsamianiu postaci samego Marszałka z nieuczciwością urzędników przybywających na Kaszuby w czasach II Rzeczpospolitej. Przekonywał, jak drogie Marszałkowi było Pomorze i same Kaszuby. Pisał do Pryczkowskiego: „Ważne jest też pytanie, w czyim imieniu zabierał Pan głos. Odniósł się Pan do Kaszubów, ale których?”.

Również i pod tekstem piłsudczyka sporo komentarzy. Są takie, które gloryfikują Marszałka. Ale nie wszystkie. Więcej jest tych, które są wobec Piłsudskiego krytyczne. Niektóre są skierowane wprost do Tomasza Kocenta:

„Jako mieszkaniec Kiełpina – Kaszuba z dziada pradziada – na wiejskim zebraniu osobiście Pana poinformuję, że g… Pan wiesz o Kaszubach lat dwudziestych i trzydziestych. Wspomnienia mojej rodziny i innych znajomych pokrywały się ze słowami Pana Pryczkowskiego. Idź Pan mącić i kit wciskać skąd przyszedłeś!”.

W 1918 roku Kaszubi w mundurach armii pruskiej walczą na frontach I wojny światowej. Klną na czym świat stoi – na cesarza, na Prusy, na Miemieckô. Tymczasem na mapie Europy nagle pojawia się Polska. Okaleczeni i pełni goryczy, wracają z okopów do swoich domów.

Rok 1919, powstanie w sąsiedniej Wielkopolsce trwa już od kilku miesięcy. Wszystko dzieje się tak blisko, już gdzieś w okolicach Bydgoszczy i Inowrocławia. Dlaczego nie w Bytowie, Kościerzynie, Kartuzach i na wybrzeżu?

Gdyby głównodowodzący wojskami powstańczymi generał Józef Dowbor-Muśnicki chciał dowiedzieć się, jak wygląda sytuacja na Pomorzu, wezwałby do siebie na rozmowę Władysława Andersa, młodego, dwudziestosześcioletniego majora, szefa sztabu wojsk powstańczych w Wielkopolsce. Wcześniej major otrzymał polecenie przygotowania planu powstania na Pomorzu. Można sobie wyobrazić, jak oficerowie rozmawiają, zasiadłszy w fotelach. Anders referuje sytuację generałowi[2]:

– Kaszubi, Kociewiacy gromadzą broń już od jesieni 1918 roku. Magazyny broni powstają w prywatnych domach, w gospodarstwach. Broń pochodzi głównie od żołnierzy dezerterujących z armii pruskiej. Jest od nich kupowana, choć zdarzają się także przypadki rozbrajania Prusaków. Nie są to jednak, z oczywistych względów, znaczne ilości. Na strychach i w piwnicach może znajdować się po kilka, kilkanaście karabinów z amunicją. Wzmaga się także aktywność polskich organizacji paramilitarnych na Pomorzu, ośrodków Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”, Towarzystwa Wojackiego „Jedność”, towarzystw skautowych. Dzieje się tak w samym Gdańsku, lecz również w Kartuzach, Żukowie i w wielu innych miejscowościach. Działają legalnie, ale nielegalnie organizują szkolenia wojskowe oraz gromadzą broń.

Major głośno rozważa: uda się czy nie uda?

Zazwyczaj na początku do walki staje garstka, która zgodnie z założeniami, powinna w szybkim czasie zostać zasilona przez ludność miejscową, urosnąć do miana powstańczej armii.

– Sądzę, że powstanie spotka się z pozytywnym przyjęciem ze strony ludności – stwierdza Anders. – Konspiracyjne i półlegalne struktury funkcjonują sprawnie i są powszechne.

– Ale czy powstańczy rekrut będzie w stanie stawić czoła regularnej armii pruskiej? – pyta Dowbor-Muśnicki.

– To nie jest tak, że młodzi Pomorzanie stawaliby do walki jako niewyszkoleni rekruci. Nic bardziej mylnego. Oni przecież „wąchali proch” w mundurach armii pruskiej. Przeszli szlak bojowy. Okop to dla nich nie pierwszyzna. Zdolności bojowe powstańców nie odbiegałyby od wartości bojowych jednostek pruskich. O zwycięstwie w tej sytuacji zadecydowałyby uzbrojenie, morale i determinacja.

– Dobrze, majorze, ale konkretnie: na ilu żołnierzy możemy liczyć w momencie wybuchu powstania? – interesuje się dowódca.

– Myślę, że to około sześciu tysięcy uzbrojonych i dość dobrze wyszkolonych rekrutów – odpowiada major Anders. – Będą walczyć o swoją ziemię, w odróżnieniu od żołnierza pruskiego, zdemoralizowanego kapitulacją Niemiec, marzącego o tym, żeby w końcu trafić do domu. Do tego dochodzą wpływy rewolucji bolszewickiej, w armii pruskiej powstają już tworzone na wzór radziecki Rady Żołnierzy i Robotników. Dezercje Prusaków są coraz powszechniejsze. Tym bardziej że w armii zaborczej służą również Pomorzanie. Wielu z nich, jak można sądzić, w momencie wybuchu powstania natychmiast przejdzie na naszą stronę.

– Może tak się stanie, a może nie… Nie mamy pewności. A sześć tysięcy żołnierzy to niewiele. Potrzebna jest pomoc z zewnątrz – stwierdza Dowbor-Muśnicki.

– Obydwaj wiemy, generale, że pomoc może nadejść z Gdańska.

Oficerowie śledzą doniesienia z Francji: do Polski przez Gdańsk mają wrócić do kraju wojska generała Józefa Hallera, tak zwana Błękitna Armia – kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy, świetnie wyposażonych przez Francuzów, doświadczonych w walkach na frontach wielkiej wojny. To najsilniejsza polska formacja wojskowa. O powstaniu można było myśleć dopiero w momencie, gdy hallerczycy wylądują w Gdańsku.

Jednak marzenia o inwazji wojsk polskich od strony morza wkrótce miały się rozwiać. Ostatecznie hallerczycy do Polski trafili, ale nieco później i nie drogą morską przez Gdańsk, tylko pociągami. W końcu w styczniu i lutym 1920 roku dotarli na Pomorze, ale nie po to, by o nie walczyć, tylko by je zająć bez jednego wystrzału.

Powstanie, które dziś nazywalibyśmy „pomorskim” albo „kaszubsko-kociewskim”, nie wybuchło. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: nie musiało.

Na mocy postanowień traktatu wersalskiego większa część Kaszub przypadła Polsce, na co wpływ miała zmitologizowana dzisiaj nieco podróż do Wersalu czteroosobowej kaszubskiej delegacji z Antonim Abrahamem.

Józef Haller wkracza na Pomorze 17 stycznia 1920 roku. 8 lutego do Kartuz wjeżdżają Ułani Krechowieccy. Jak napisano w „Gazecie Gdańskiej”: „wieczorem uczczono wkraczające wojska iluminacją i przedstawieniem w Karthauzer Hof”1. Dwa dni później odbywa się w Pucku symboliczny akt zaślubin Polski z morzem, w którym uczestniczy jako ważny i szanowany przedstawiciel delegacji kaszubskiej wspomniany Antoni Abraham – wkrótce zostanie okrzyknięty „królem Kaszubów”, a w jego propolskim entuzjazmie gorycz będzie coraz mocniej wyczuwalna. Tymczasem polscy żołnierze wszędzie witani są entuzjastycznie. Mieszkańcy wręczają im kwiaty, wiwatują, urządzają przyjęcia. Trwa święto. Kaszuby wracają do Polski. Jednak nie wszyscy podzielali ten entuzjazm. Jan Karnowski, polityk i pisarz, działacz i jedna z pierwszoplanowych postaci w agitującym propolsko ruchu młodokaszubskim, opisał 1920 rok w ten sposób: „bezmyślne wyzbywanie się kaszubskości i polaszenie […]. Najwięcej sadzili się na to ci Kaszubi, którzy przedtem lgnęli do niemczyzny, a kultury polskiej mało albo raczej nic sobie nie przyswoili. Ten owczy pęd i to prześciganie się wzajemne w okazaniu polskości za pomocą mnóstwa barw i kolorów, wstęg i chorągiewek, chustek krakowskich i ucałowania rączek było wstrętne i haniebne”2.

Radość, płynąca z serca czy będąca wyrazem koniunkturalizmu, trwała jednak krótko.

„Dopiero zetknięcie się ludności ze strzelcami granicznymi, szarpanina z przemytem, korupcja strzelców granicznych i wszelkie niedomagania, jakie sprawił stan oblężenia i rządy wojskowe – przyniosło otrzeźwienie, ale niestety też zwątpienie u dużo ludzi”3, stwierdzał Karnowski.

Janusz Kutta w książce Druga Rzeczpospolita i Kaszubi 1920–1939 ma chłodniejszy, naukowy stosunek do sytuacji z 1920 roku:

„Wojska Frontu Pomorskiego, które rewindykowały Pomorze i Kaszuby dla Rzeczpospolitej, rekrutowały się w przeważającej części, poza Dywizją Pomorską, z Polaków pochodzących z b. Królestwa Polskiego, b. Galicji i Kresów Wschodnich. […] Dla żołnierzy i oficerów służących w tych jednostkach Pomorze, zwłaszcza zaś Kaszuby, były ziemią nieznaną. Nie znali oni skomplikowanych dziejów Pomorza, często nie rozumieli naszpikowanego germanizmami języka miejscowej ludności, zwłaszcza zaś języka, którym posługiwała się ludność kaszubska. […] Oficerowie, w lwiej części »inni Polacy«, także najczęściej nie rozumieli mentalności ludności miejscowej, a na pracę uświadamiającą wśród żołnierzy nie było czasu, a niekiedy i chęci. Samowoli wojska na Pomorzu i Kaszubach, jak się okazało, nie zdołali opanować dowódcy Frontu Pomorskiego”4.

O tym, co działo się wiosną 1920 roku na Pomorzu, wiemy ze wspomnień mieszkańców, ale także z jednego, frapującego dość dokumentu. Nosi on nazwę Sprawozdanie Komisji Pomorskiej i został sporządzony po tym, jak na Pomorze przyjechało dziesięciu posłów z różnych partii politycznych i regionów kraju. W lipcu, więc po niemalże pół roku od wkroczenia wojska, odbyli oni szereg spotkań z mieszkańcami.

Sprawozdanie zostało po raz pierwszy opublikowane dopiero w 1985 roku5. We wstępie Józef Borzyszkowski i Przemysław Hauser informują, że zachowany maszynopis ma czterdzieści jeden stron i jest opatrzony napisem: „Poufne”.

Na pierwszych jego stronach czytamy: „Po lewej stronie Wisły, zwłaszcza w północnych powiatach [obecnie: pucki, wejherowski – T.S.] rozgoryczenie, niechęć i wprost wrogie stanowisko do Państwa dosięga punktu kulminacyjnego”6.

Na kolejnych stronach Sprawozdania zapisano: „Słabo tu kiełkujące poczucie polskości zostało przez nieudolność władz, przez niedostateczną aprowizację niemal zupełnie zniweczone. Powiaty pucki i wejherowski robią nad wyraz smutne, wprost przygniatające wrażenie. Nie odczuwa się tutaj powiewu ducha polskiego, raczej wszystko tchnie złowrogą nienawiścią ku polskim władzom, a głębokie rozczarowanie rozsiadło się szeroko w duszach rybaków kaszubskich”7.

I dalej: „Poruszając stosunek wojska do ludności pomorskiej, dotykamy najboleśniejszej sprawy na Pomorzu. To wojsko, witane z nieopisanym uwielbieniem jako oswobodziciele z jarzma pruskiego, zaczęło tę skromną, cichą, pracowitą ludność traktować jak naród podbity, zachowywało się jak w okupowanym kraju”8.

Autorzy Sprawozdania ubolewają nad faktem, że dowództwo usuwało oficerów wywodzących się z Pomorza, „którzy znali stosunki i umieli uszanować ludność”, sprowadzając na ich miejsce „oficerów wątpliwej moralnej wartości i nawet Żydów, którzy umieli pohulać z głupim Kaszubem”.

W Sprawozdaniu znajduje się ustęp stanowiący coś w rodzaju analizy przyczyn niechęci Kaszubów do wojska: „Pomorzanin, a szczególnie Kaszuba przyzwyczajony w stuletniej niewoli do posłuchu zachował jednakże niesłychaną wrażliwość na bezprawie, bo żyjąc w wrogim, lecz praworządnym państwie, musiał o każde prawo walczyć i koniec końcem zawsze mu to prawo, choć tylko co do litery, przyznano. Ten stan psychiczny wywołał, wskutek nadużyć i samowoli wojskowej, niepożądaną reakcję, napełnił ich serca głęboką nieufnością, ciężką urazą, która w końcu zamieniła się w nienawiść do wojska i do wszystkiego co polskie”9.

Lista skandali wywoływanych przez wojskowych z orzełkiem na mundurze jest długa. Chodzi na przykład o postawę oficerów względem mieszkających na tym terenie Niemców. Posłowie w Sprawozdaniu zwracają uwagę, że w niemieckich domach wciąż jest ukrytych dwieście tysięcy karabinów, a pięciuset Niemców znajduje się na czarnej liście, tymczasem polscy żołnierze „przestawają z Niemcami hakatystami na przyjaznej stopie”, „prowadzą romanse z Niemkami, całują je publicznie po rękach, urządzają z nimi przechadzki, wycieczki i przesiadują godzinami w pierwszorzędnych restauracjach i kawiarniach”10.

To wszystko dzieje się przy jednoczesnym masowym rabowaniu miejscowej ludności kaszubskiej.

Oficerowie służbowymi automobilami wywożą deficytowe towary w głąb Polski. Wykupują je po niskich cenach, przyczyniając się do drożyzny i kłopotów z aprowizacją na Pomorzu. Sprzedają je później drożej w byłej Kongresówce. Nierzadko czynią to, dysponując ministerialnymi pozwoleniami. Pułkownik Jagoda, kiedy wywiózł już wszystko z Kościerzyny, pojechał do Chojnic, tam jednak spotkał się z protestem ze strony starosty. Oburzony tym faktem mówił, że „on by ze swoim starostą inaczej wyjechał”11.

Na porządku dziennym są „nieprawne rekwizycje”, za które Kaszubi nie otrzymują żadnych pokwitowań ani tym bardziej pieniędzy.

 

„W powiecie kartuskim żołnierze […] udali się z bronią w ręku w nocy o dwunastej do gospodarzy i gwałtem zabierali im siano, słomę, owies, jęczmień, żyto bez zapłaty. […] Gospodarze błagali, klękali przed najeźdźcami, prosząc, że potrzebują zboże do siewu, lecz to nic nie pomogło”12.

Inną okazją do rabunku są rewizje. Zazwyczaj żołnierze zachowują się „brutalnie i bezczelnie”: „Zdarzało się, że młodzicy [młodzi żołnierze – T.S.] poturbowali spokojnych obywateli. Bili ich nawet po twarzy. Przy rewizjach dokonywano najrozmaitszych kradzieży. Urządzano rewizje często z zemsty osobistej”13.

Kaszubi, cierpiący coraz większy niedostatek, próbowali zaopatrywać się nielegalnie, wbrew zakazom nowych polskich władz. Pewien oficer straży granicznej zwykł karać przemytników – jak czytamy w Sprawozdaniu – chłostą. Za przeniesienie przez granicę jednego mendla (piętnastu) jaj wymierzał dwadzieścia pięć batów, a jeśli żołnierz akurat był w złym humorze, przenoszący jedzenie Kaszuba otrzymywał batów pięćdziesiąt. „Gdy starosta Mellin z Kościerzyny występował ostro za pomocą żandarmerii przeciw przekupnej straży granicznej, komendant z Lipusza, porucznik Majewski z 4 Pułku Strzelców, groził, że każe starostę porwać i wymierzyć mu pięćdziesiąt batów”14.

Jednak przemoc stosowana wobec miejscowej ludności to nie wszystko.

„Rekwirowano rzekomo nawet kwatery dla personelu biurowego żeńskiego. Skonstatowano, że były to często kobiety z półświatka. Do kwater prywatnych sprowadzali oficerowie prostytutki z Warszawy pod mianem sióstr, kuzynek”15.

W innym fragmencie Sprawozdania jego autorzy piszą wprost i obrazowo: „W hotelach i kwaterach urządzają oficerzy orgie pijackie z podejrzanymi kobietami, które rozbierają się do naga, tańczą, śpiewają”16.

Posłowie starają się wykazać odrobinę tolerancji dla obyczajności żołnierskiej („wprawdzie: gdzie żołnierz, tam i żołnierka”), ale: „proste poczucie przyzwoitości wymaga przynajmniej, by w takich przypadkach zaciągano firanki, zasłony, by uniknąć zgorszenia dla mieszkańców z domów naprzeciw”, piszą parlamentarzyści z Komisji Pomorskiej17.

Wyjątkowego pecha do wojskowych mieli mieszkańcy Pucka. Pierwszy komendant urządzał orgie pijackie. Zastąpił go kapitan Szmyt. Ten zaś „szkaluje Kaszubów, dopuszcza się samowoli, aresztuje ze zemsty. […] Urządza z Niemcami wspólne polowania, nawet w niedzielę, co pobożny lud kaszubski uważa za świętokradztwo”. Najwidoczniej podwładni kapitana Szmyta czuli się bezkarni, skoro: „Rzeźnikowi Belau w Pucku wykradł pewien sierżant córkę. Kapelan wojskowy udzielił w kościele ślubu bez poprzedniego obowiązkowego ślubu cywilnego. Żołnierze wartowali przed bramą kościelną, by nie dopuścić ojca do kościoła”18.

Tyle, jeśli chodzi o samo Sprawozdanie. Można jeszcze dodać, że wielkiej burzy w stolicy ono nie wywołało. W sierpniu 1920 roku u bram Warszawy stanęła Armia Czerwona, więc co innego zaprzątało stołecznych polityków.

Echa tamtych wydarzeń znajdują się również w innych źródłach. Dwa lata później, w 1922 roku, podczas zebrania organizacji Bractwo Pomorskie Jan Karnowski publicznie wypowiedział te słowa:

„Wiemy, że rządy wojskowe były haniebne, równające się rządom soldateski w podbitym kraju. Wiemy, że nie tylko żołnierze, ale także oficerowie o instynktach zupełnie prymitywnych upatrzyli rozwój kultury polskiej na Pomorzu w szerzeniu publicznego nierządu […]. Nic dziwnego, że obudziło się w Pomorzaninie ponownie – dotąd przytłumione – uczucie odrębnej szczepowości […]. Powiedział mi pewien obywatel północnych Kaszub, że czego nie dokonały stupięćdziesięcioletnie rządy pruskie, tego dokonało wojsko polskie, gdyż obudziło w ludzie kaszubskim świadomość odrębności szczepowej i etycznej w stosunku do przybyszów”19.

W tym samym przemówieniu Jan Karnowski stwierdził także: „Powyższy osąd jednakowoż nie uprawnia do wniosku, że przeciętny Pomorzanin, powiatów granicznych lub kaszubskich, zarzucił ideę polskości. O tym nie ma mowy. […] Została jednakowoż nieufność do rządu”20.

– To realia gospodarcze w głównej mierze powodowały niechęć Pomorzan do polskich władz. Wielu zobaczyło, ile muszą za tę nową Polskę zapłacić – tłumaczy mi profesor Józef Borzyszkowski, historyk, jeden z najwybitniejszych badaczy historii Pomorza. – Mieszkańcom regionu marzył się kraj bez nierówności społecznych, ponadto taki, w którym będzie lepiej niż w Niemczech. A okazało się, że o ile Pomorze w Rzeszy było regionem zacofanym, o tyle w nowej Polsce był to region, obok Wielkopolski i Śląska, stojący na wyższym poziomie cywilizacyjnym niż inne dzielnice. Odradzająca się Polska musiała poradzić sobie z problemem różnic pomiędzy poszczególnymi jej częściami, dotychczas znajdującymi się pod trzema zaborami. Więc żeby wyrównać, ktoś musiał stracić. Tracili Pomorzanie.

Zrównano walutę polską z niemiecką, za jedną markę polską można było otrzymać pięć lub sześć marek niemieckich. Mieszkańcy Pomorza trzymali oszczędności w markach niemieckich. Region odcięto od rynków zbytu. Kaszubi handlowali z miastami niemieckimi, które teraz znalazły się poza granicami Polski. Tego handlu zakazano, przy czym nie zorganizowano rynku zbytu w Polsce (stąd w Sprawozdaniu doniesienia o próbach przemytu towarów). Rybacy nie mieli więc komu sprzedawać ryb, rolnicy zaś płodów rolnych. Bieda zaglądała w oczy. Kolejne problemy dotyczyły aprowizacji. Brakowało części do maszyn rolniczych, narzędzi połowowych dla rybaków, paliwa, materiałów budowlanych. Nawet chleba dla rodzin rybackich, które same nie uprawiały ziemi.

Kolejna sprawa: napływ tak zwanych Galicjan, rodaków z Małopolski i Kongresówki, obsadzanie nimi stanowisk w administracji. Często mówi się, że urzędnicy byli „w teczkach” przywożeni z Warszawy. Zdaniem profesora Borzyszkowskiego jest w owych twierdzeniach nieco przesady, ten napływ nie był aż tak wielki. W zasadzie lokalną administrację zbudowano, opierając się głównie na lokalnych kadrach. Ale ci, którzy przybyli na Pomorze – jak zaznacza historyk – często zachowywali się w sposób, który był nie do przyjęcia dla miejscowych. Przekupstwo, życie w nieformalnych związkach… Na przykład obyczajowość wojskowych – była nie do przyjęcia dla Kaszubów, przy czym to nie jest tak, że na Pomorzu nie działały domy schadzek. Oczywiście, że działały.

– Ale o tym się nie mówiło, tym się nikt nie chwalił. A oficerowie polscy się z tym obnosili. Nastąpiło zderzenie świata wartości – stwierdza badacz historii Pomorza.

W tym miejscu nie sposób pominąć działań propagandowych strony niemieckiej. „Chcieliście Polski? To ją teraz macie. I co, zadowoleni?”, zdawali się mówić mieszkający tu Niemcy, wspierani zza zachodniej granicy machiną propagandową. Nie wpływało to propolsko na postawy ludności w warunkach, jakie zgotowały im nowe władze.

Znane są nieliczne przypadki, w których Kaszubi, już po wprowadzeniu polskiego wojska i administracji, zwracali się do instytucji międzynarodowych z prośbą o włączenie ich małej ojczyzny do granic Wolnego Miasta Gdańska.

Profesor Józef Borzyszkowski potwierdza, że miały miejsce takie „incydentalne” wystąpienia, ale – jak wskazuje – trzeba na to spojrzeć z właściwej perspektywy. Trwała wojna polsko-bolszewicka. Młodzi Polacy byli mobilizowani do wojska. Niektórzy Kaszubi deklarowali „optację”, czyli swoją przynależność do narodu niemieckiego, ale czynili to tylko z tego powodu, że nie chcieli iść na front. Mężczyźni na Kaszubach znali wojnę, do 1918 roku służyli w armii pruskiej, i zwyczajnie mieli wojny dość.

Dodać jednak trzeba, że nie dotyczy to wszystkich. Wielu Kaszubów ofiarnie walczyło na froncie wschodnim za swoją nową ojczyznę. Do dziś żywa jest pamięć o 66 Kaszubskim Pułku Piechoty (nazwanym później imieniem Józefa Piłsudskiego), którego żołnierze stawali w polu przeciwko bolszewikom, odznaczając się męstwem i ponosząc duże straty. Nie zmienia to jednak faktu, że przez cały okres dwudziestolecia międzywojennego mówiło się o tak zwanej kwestii kaszubskiej, a słowo „separatyzm” przy tej okazji odmieniano przez wszystkie przypadki. Jak twierdzi profesor Borzyszkowski, oskarżenia te były niesprawiedliwe.

– Nikt w dwudziestoleciu nawet o tym nie myślał, żeby się od Polski oderwać. Trzeba się zastanowić, co w istocie oznaczało pojęcie „separatyzmu”. Chodziło raczej o zwiększenie autonomii Pomorza, o sprzeciw wobec władzy sanacji. Na Pomorzu dominował ruch Narodowej Demokracji. Na Kaszubach wielkiej sympatii dla marszałka Piłsudskiego raczej nie było.

Od niefortunnego początku wspólnej państwowości Kaszub i Polski minęło sześć lat. Jest rok 1926 i echa przewrotu, który dokonał się w Warszawie, oczywiście docierają na Kaszuby. Powstają Komitety Obrony Narodowej. 26 maja 1926 roku delegacja „wszystkich warstw i stanów” Kaszub składa na ręce wojewody rezolucję, w której żąda się, żeby „nie poczyniono jakichkolwiek zmian personalnych w administracji i wojsku”. Kolejny postulat dotyczy „autonomii administracyjno-gospodarczej dla ziem zachodnich Polski”21.

W „Słowie Pomorskim” z 1926 roku czytamy: „My, Pomorzanie jesteśmy gospodarzami tej ziemi; my ją uratowaliśmy przed zniemczeniem i nadal jej bronić chcemy razem z tymi współobywatelami, którzy przybyli do nas z innych dzielnic i przywarli do niej prawdziwie. Lecz w sprawach pomorskich do nas, Pomorzan należy pierwszy głos”22.

W ten sposób, gdy w Polsce dochodzi do władzy sanacja, na Pomorzu zostaje wyartykułowany program autonomii. Z miejsca jest traktowany przez nowe władze w Warszawie jako przejaw kaszubskiego separatyzmu, inspirowanego przez wrogą politycznie endecję z Romanem Dmowskim na czele, albo, co gorsza, przez niemieckich dywersantów.

Profesor Stanisław Srokowski, były wojewoda wołyński, jako „ekspert” do spraw Pomorza pisze w 1926 roku do świeżo powołanego sanacyjnego ministra spraw wewnętrznych: „Cała Kaszubia jest na wskroś antypolsko nastrojona i gdyby dziś przyszło tam do plebiscytu w guście górnośląskim, większość, jakieś 60 do 70 proc. bezwzględnie oświadczyłoby się za Niemcami”. Zaleca, by twardą ręką zrobić porządek w tym „bagnie zachodnio-polskim”23.

Nie wszyscy jednak podzielają ten pogląd. Ustępujący w październiku 1926 roku minister spraw wewnętrznych, generał Kazimierz Młodzianowski (po przewrocie majowym piastował to stanowisko przez cztery miesiące) jest zgoła innego zdania, stwierdza, że o separatyzmie nie ma na Pomorzu mowy, a społeczeństwo jest tu „na ogół” wrogie Niemcom i patriotyczne24.

Wróćmy do Marszałka. Jak do „kwestii kaszubskiej” odnosił się sam Piłsudski?

Trudno powiedzieć. Sprawy Kaszubów, i szerzej – Pomorza, specjalnie go nie zajmowały. Sami Kaszubi zaś w większości okazywali mu dystans lub – szczególnie po zamachu majowym – wręcz niechęć. Chociaż, o czym przypomina profesor Józef Borzyszkowski, jeden raz Piłsudski ciepło wypowiedział się o Kaszubach, gdy żołnierze 66 Kaszubskiego Pułku Piechoty zwrócili się do niego o honorowy patronat nad jednostką. A poza tym?

– Poza tym nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek w jakikolwiek sposób wypowiedział się o Kaszubach – stwierdził autor tomu poświęconego czasom II Rzeczpospolitej w monumentalnym dziele Historia Kaszubów w dziejach Pomorza.

Józef Kisielewski, dziennikarz – powiedzielibyśmy dziś: reporter – jedzie na wybrzeże w przededniu II wojny światowej. Pisze relację – powstaje w ten sposób niepozbawione tonów propagandowych, ale na ogół rzetelne dzieło Ziemia gromadzi prochy25. Jeden z reportaży jest poświęcony separatyzmowi kaszubskiemu. Reporter dociera do dwudziestopięcioletniego działacza „ruchu separatystycznego”, który mieszka w Kartuzach, w bardzo skromnych warunkach. Czytelnicy w 1938 roku nie znają jego imienia, nazwiska, adresu, autor nie chciał go podać.

Dziś wiadomo, że rozmówcą dziennikarza był Feliks Marszałkowski, aktywny działacz środowiska Kaszubów, skupionego wokół pisma „Zrzesz Kaszëbskô” – wydawanej od 1933 roku w Kartuzach gazety, która publikowała teksty najbardziej radykalne w żądaniu upodmiotowienia i autonomii Kaszub. „Zrzeszińcy”, jak nazywa się ówczesnych kaszubskich radykałów, najczęściej i najgłośniej oskarżani byli o separatyzm. Faktem jest, że organizacja doświadczała rzeczywistych represji ze strony władz sanacyjnych. Jeden z redaktorów naczelnych gazety, Aleksander Labuda, był skazywany na grzywnę, na trzydziestodniowy areszt, w samych Kartuzach zaś konfiskowano maszyny drukarskie, a redaktorzy cały czas musieli się zmagać z sanacyjną cenzurą.

Inne książki tego autora