Zmienić świat raz jeszczeTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Roz­dział 1

CO2, COVID-19 i inni akto­rzy poli­tyczni

Nasze wyobra­że­nia na temat skut­ków glo­bal­nego ocie­ple­nia są kształ­to­wane przez kino hol­ly­wo­odz­kie. Gdy sły­szymy o „kata­stro­fie kli­ma­tycz­nej”, przed oczami stają nam potężne taj­funy nisz­czące mia­sta w kilka minut, budynki zapa­da­jące się pod napo­rem apo­ka­lip­tycz­nych powo­dzi, burze wiel­ko­ści całych państw.

Taki spo­sób myśle­nia o zmia­nie kli­matu jest zwod­ni­czy. Nie zro­zum­cie mnie źle, czeka nas coraz wię­cej sil­nych ano­ma­lii pogo­do­wych – wpraw­dzie nie będą one wyglą­dały rów­nie efek­tow­nie jak w fil­mie Poju­trze, ale zosta­wią po sobie ogrom znisz­czeń. Rzecz w tym, że wiele prze­ja­wów kata­strofy kli­ma­tycz­nej nie jest tak wido­wi­sko­wych i nie zała­pa­łoby się na scenę w ame­ry­kań­skiej super­pro­duk­cji, już choćby z powodu swo­jego zbyt­niego roz­cią­gnię­cia w cza­sie. Co nie zmie­nia faktu, że są nie­by­wale groźne i mogą wywró­cić cały nasz świat do góry nogami. Nie tylko w sen­sie znisz­czeń śro­do­wi­sko­wych, ale także gospo­dar­czych, spo­łecz­nych i poli­tycz­nych.

Weźmy coś tak nie­po­zor­nego jak opady śniegu, a raczej ich brak. Gdy spę­dzamy kolejną Gwiazdkę, tłu­ma­cząc dzie­ciom, że kie­dyś o tej porze roku lepi­li­śmy bał­wany, czę­sto nie zda­jemy sobie sprawy z tego, jak daleko się­gają kon­se­kwen­cje bez­śnież­nej zimy. Ujaw­niają się one już po kilku mie­sią­cach, gdy przy­cho­dzi do zbie­ra­nia plo­nów rol­ni­czych. Śnieg maga­zy­nuje wodę, a kiedy top­nieje w trak­cie sezonu wege­ta­cyj­nego, pomaga nawod­nić pola. W przy­padku braku opa­dów cały pro­ces zostaje zabu­rzony. Jak tłu­ma­czy Mar­cin Popkie­wicz:

Teraz zimą pada deszcz, śnieg, jeśli już spad­nie, to poleży led­wie parę–parę­na­ście dni i top­nieje, więc to, co spad­nie w pół­ro­czu zim­nym, na wio­snę jest już w Bał­tyku, a nie na polach. Co oczy­wi­ście wzmaga wysu­sze­nie za sprawą mniej­szych opa­dów w kolej­nych mie­sią­cach – dla­tego jesz­cze w latach 80. suszę mie­li­śmy w Pol­sce raz na 5 lat, a od 2013 mamy ją per­ma­nent­nie co roku. Za pół wieku, jeśli kon­ty­nu­owa­li­by­śmy sce­na­riusz emi­sji biz­nes-jak-zwy­kle, będzie u nas tak jak w naj­bar­dziej suchych regio­nach Hisz­pa­nii25.

Suszę trud­niej przed­sta­wić na ekra­nie niż tor­nado, ale jej skutki bywają jesz­cze bar­dziej kata­stro­falne. Dodat­kowo to jedno z tych zja­wisk, w przy­padku któ­rych przej­ście od kło­po­tów przy­rod­ni­czych do kło­po­tów poli­tycz­nych zacho­dzi bły­ska­wicz­nie. Wystar­czy spoj­rzeć na to, co się stało kilka lat temu w Kapsz­ta­dzie. Susza trwała tam od kilku lat, a jej skutki były potę­go­wane przez błędy władz mia­sta. Wresz­cie w kwiet­niu 2018 roku z miej­skich wodo­cią­gów prze­stała pły­nąć woda. Zaczęło się jej racjo­no­wa­nie. Już to sta­no­wiło nie lada pro­blem, ale na tym kło­poty się nie skoń­czyły… Gdy nagle pogar­sza się kom­fort życia danej spo­łecz­no­ści, gdy rze­czy, do któ­rych ludzie się przy­zwy­cza­ili i które brali za pew­nik, prze­stają dzia­łać, natych­miast wzra­stają napię­cia mię­dzy róż­nymi gru­pami. Tak wła­śnie stało się w Kapsz­ta­dzie. Wal­lace-Wells tak opi­suje sytu­ację w tym mie­ście:

Zamożni biali narze­kali, że biedni czarni, z któ­rych wielu dostaje nie­wielki dar­mowy przy­dział, wyczer­pują zapasy wody; media spo­łecz­no­ściowe roz­pa­lone były do czer­wo­no­ści oskar­że­niami, że leniwi bądź obo­jętni czar­no­skó­rzy zosta­wiają odkrę­cone krany, a firmy w slum­sach wyko­rzy­stują kra­dzioną wodę. Czar­no­skó­rzy wska­zy­wali białe przed­mie­ścia z base­nami i traw­ni­kami, ima­gi­nu­jąc „orgie spusz­cza­nia wody w toa­le­tach luk­su­so­wych cen­trów han­dlo­wych”26.

Jak poka­zuje przy­kład Afryki Pół­noc­nej, sprawy mogą przy­brać jesz­cze gor­szy obrót. Susze nawie­dza­jące ten region pro­wa­dzą do wysy­cha­nia Nilu. „Ni­gdy wcze­śniej nie było tak źle. W zeszłym roku o tej porze wody było pełno”27 – mówił „Guar­dia­nowi” w kwiet­niu 2020 roku Abdul­lah Ali, rol­nik z Sudanu. To z kolei potę­guje napiętą sytu­ację mię­dzy Egip­tem, Suda­nem i Etio­pią, które spie­rają się mię­dzy innymi o tamę budo­waną przez ostatni z wymie­nio­nych kra­jów. Ahmed al-Mufti, praw­nik zaj­mu­jący się pra­wami czło­wieka, alar­muje, że to może być wstęp do „wojen o wodę”28. Przed takim roz­wo­jem wypad­ków ostrzega od dłuż­szego czasu wiele osób, na przy­kład nie­miecki psy­cho­log spo­łeczny Harald Welzer w napi­sa­nej kil­ka­na­ście lat temu książce Wojny kli­ma­tyczne29. Jego rozu­mo­wa­nie było pro­ste. Powo­dem wybu­chu wojny jest czę­sto walka o tereny miesz­kalne i zasoby nie­zbędne do życia. Wraz z postę­pu­ją­cym ocie­ple­niem kli­matu tych rze­czy zacznie uby­wać. Im będzie ich mniej, tym cen­niej­sze się staną, w kon­se­kwen­cji zaś – będą nara­stały kon­flikty wokół nich. Szcze­gól­nie pożą­da­nym dobrem, czy­taj: szcze­gól­nie kon­flik­to­gen­nym, sta­nie się woda. Sytu­acja w Kapsz­ta­dzie i Afryce Pół­noc­nej poka­zuje, że nie­stety reali­zuje się ten ponury sce­na­riusz.

Splą­ta­nie natury i spo­łe­czeń­stwa

Nie zawsze musi to wyglą­dać iden­tycz­nie jak w wymie­nio­nych przy­pad­kach. Kło­poty prze­ja­wiają się róż­nie w zależ­no­ści od warun­ków śro­do­wi­sko­wych i poli­tycz­nych danego kraju, ale ogólna zasada pozo­staje taka sama. Susza ozna­cza pro­blemy spo­łeczne, gospo­dar­cze i poli­tyczne. Tak samo jest z innymi zja­wi­skami potę­go­wa­nymi przez zmianę kli­matu – doty­czy to zarówno tych „wido­wi­sko­wych”, taj­fu­nów czy poża­rów, jak i tych nie­wi­docz­nych na pierw­szy rzut oka pro­ce­sów. Glo­balne ocie­ple­nie wywoła na całym świe­cie podobny efekt domina jak w Kapsz­ta­dzie czy Afryce Pół­noc­nej. Kiedy więc mówimy o kata­stro­fie kli­ma­tycz­nej, to „kata­strofa” może w tym kon­tek­ście ozna­czać zarówno dewa­sta­cję jakie­goś mia­sta przez tor­nado, jak i dewa­sta­cję gospo­darki danego kraju lub panu­ją­cych w nim rela­cji spo­łecz­nych.

Musimy sobie cią­gle przy­po­mi­nać o tym efek­cie domina, bo mamy ten­den­cję do zapo­mi­na­nia o zło­żo­nych rela­cjach mię­dzy naturą a życiem spo­łecz­nym. Bruno Latour, współ­twórca teo­rii aktora-sieci, uważa, że spo­łe­czeń­stwa zachod­nie od wie­ków lek­ce­ważą poli­tyczną rolę natury. To sku­tek histo­rycz­nego para­doksu – im bar­dziej spla­ta­li­śmy ze sobą naturę i spo­łe­czeń­stwo, im moc­niej zaprzę­ga­li­śmy przy­rodę w tryby kapi­ta­li­zmu, tym sil­niej wie­rzy­li­śmy w prze­paść mię­dzy tymi dwiema sfe­rami rze­czy­wi­sto­ści. A prze­cież wystar­czy się­gnąć po gazetę – powiada Latour – aby zoba­czyć, że nasz świat jest wypeł­niony hybry­dami, czyli rze­czami i zja­wi­skami, które łączą ze sobą rela­cje spo­łeczne (poli­tyczne, gospo­dar­cze) oraz przy­rod­ni­cze. Jak pisał lata temu:

Na szó­stej stro­nie mojego dzien­nika dowia­duję się, że wirus HIV z Paryża zaka­ził próbkę labo­ra­to­rium pro­fe­sora Gallo, a pano­wie Chi­rac i Reagan ofi­cjal­nie zapew­nili, że nie będą brali pod uwagę histo­rycz­nego zna­cze­nia tego odkry­cia; czy­tam też, że prze­mysł medyczny ma opóź­nie­nia z wpro­wa­dze­niem na rynek leków, któ­rych doma­gają się orga­ni­za­cje repre­zen­tu­jące pacjen­tów, że epi­de­mia roz­prze­strze­nia się w czar­nej Afryce. Przy­wódcy, che­micy, bio­lo­go­wie, zde­spe­ro­wani pacjenci i prze­mysłowcy znowu uwi­kłani w jedną histo­rię, w któ­rej mie­szają się bio­lo­gia i spo­łe­czeń­stwo30.

Czy z naszą świa­do­mo­ścią naprawdę jest tak źle? W cza­sach kry­zysu kli­ma­tycz­nego wiemy chyba aż za dobrze, jak głę­bo­kie są powią­za­nia mię­dzy naturą i spo­łe­czeń­stwem, prawda? Nie do końca – pod wie­loma wzglę­dami na­dal podą­żamy po tra­jek­to­rii zary­so­wa­nej przez Lato­ura. Roz­wój tech­niki i współ­cze­snych wygód potę­gują nasze złu­dze­nie, że życie spo­łeczne, poli­tyczne i gospo­dar­cze funk­cjo­nuje w innym wymia­rze niż natura. W erze bit­co­inów, Face­bo­oka i zaku­pów inter­ne­to­wych zacho­wu­jemy się tak, jak­by­śmy zamiesz­ki­wali ponadna­tu­ralny zaką­tek Wszech­świata, któ­remu nie­straszne są zmiany kli­matu ani w ogóle żadne zja­wi­ska przy­rod­ni­cze. Po jed­nej stro­nie jeste­śmy my, ludzie z wir­tu­al­nymi pie­niędzmi, por­ta­lami inter­ne­to­wymi i usłu­gami stre­amin­go­wymi; po dru­giej są lasy ama­zoń­skie, atmos­fera ziem­ska oraz wirusy i bak­te­rie.

Nawet gdy roz­ma­wiamy wprost o nie­bez­pie­czeń­stwach kli­ma­tycz­nych, nie wycią­gamy peł­nych wnio­sków z naszego uza­leż­nie­nia od natury. Dobrym przy­kła­dem takiej non­sza­lan­cji jest sta­no­wi­sko Rady Towa­rzy­stwa Eko­no­mi­stów Pol­skich (TEP) z 2019 roku31. Czy­tamy w nim, że „roz­wój gospo­dar­czy nie jest bez­względ­nie ogra­ni­czony przez prawa fizyki oraz zasoby natu­ralne”. Dosyć śmiała dekla­ra­cja, deli­kat­nie rzecz ujmu­jąc. Co to w ogóle zna­czy, że roz­wój gospo­darki „nie jest bez­względ­nie ogra­ni­czony przez prawa fizyki”? Auto­rzy sta­no­wi­ska tłu­ma­czą: „W two­rze­niu PKB coraz więk­sze zna­cze­nie ma miks akty­wów nie­ma­te­rial­nych oraz kapi­tału ludz­kiego, a coraz mniej­sze – podaż fizycz­nej pracy oraz surow­ców i innych zaso­bów natu­ral­nych”. Tylko co to ma wspól­nego z pra­wami fizyki? Choć­by­śmy wyobra­zili sobie gospo­darkę opartą na dobrach nie­ma­te­rial­nych – a daleko nam do tego ide­ału – nie ozna­cza to jesz­cze, że byłaby ona wolna od ogra­ni­czeń fizycz­nych. Weźmy przy­kład podany przez TEP – kapi­tał ludzki. Otóż ma on to do sie­bie, że trudno go uzy­skać bez ludzi, ludzie zaś cha­rak­te­ry­zują się tym, że pod­le­gają pra­wom fizyki i są przez nie ogra­ni­czani. TEP zdaje się mieć kło­pot z odróż­nie­niem zagad­nie­nia „wyko­rzy­sta­nia zaso­bów natu­ral­nych” od kwe­stii „pod­le­ga­nia pra­wom fizyki”.

 

Pro­blem ze sta­no­wi­skiem TEP sięga jed­nak głę­biej. Uwaga na temat praw fizyki nie została rzu­cona tak sobie, w ramach ogól­nej reflek­sji nad świa­tem i przy­szło­ścią, lecz w tek­ście wyra­ża­ją­cym sta­no­wi­sko orga­ni­za­cji wobec pro­blemu glo­bal­nego ocie­ple­nia. Ta kwe­stia poja­wia się nawet w tytule tek­stu: Zmiany kli­matu a rola pro­ce­sów ryn­ko­wych: czy­sty zysk jest moż­liwy – swoją drogą, także nie­for­tun­nym (czy­sty zysk – czy naprawdę auto­rzy uwa­żają, że ta gra słów jest na miej­scu?). Tak więc fan­ta­zja o roz­woju gospo­dar­czym, który rze­komo nie jest ogra­ni­czany przez prawa fizyki, została umiesz­czona w kon­tek­ście coraz bar­dziej roz­grza­nej pla­nety – kata­strofy, która już dziś dotyka wiele osób na całym świe­cie.

Zostawmy na chwilę kwe­stię praw fizyki i skupmy się na zaso­bach natu­ral­nych. Nic nie wska­zuje na to, aby­śmy w bły­ska­wicz­nym tem­pie zmie­rzali do post­ma­te­rial­nej gospo­darki, wręcz prze­ciw­nie. Pro­duk­cja wielu dóbr mate­rial­nych rośnie, na przy­kład… papieru32. „Jeśli w erze cyfro­wej nie potra­fimy zre­du­ko­wać nawet kon­sump­cji papieru, to co dopiero z innymi towa­rami?”33 – pyta Geo­rge Mon­biot. No wła­śnie, co z nimi? Jak opty­mi­styczne prze­wi­dy­wa­nia zawarte w sta­no­wi­sku TEP mają się do obec­nego stanu naszej na wskroś mate­rial­nej gospo­darki? I do tego, że zda­niem kli­ma­to­lo­gów zostało nam góra kil­ka­na­ście lat na pod­ję­cie zde­cy­do­wa­nych kro­ków w spra­wie ogra­ni­cze­nia emi­sji gazów cie­plar­nia­nych? Nikt nie ma pomy­słu, jak w tak krót­kim cza­sie dopro­wa­dzić do tego, aby gospo­darka bazo­wała raczej na dobrach nie­ma­te­rial­nych niż mate­rial­nych, nie mówiąc już o uwal­nia­niu się od ogra­ni­czeń narzu­ca­nych przez fizykę. W sta­no­wi­sku TEP nie ma o tym „drob­nym” pro­ble­mie ani słowa.

Wpraw­dzie od czasu do czasu uka­zują się opty­mi­styczne donie­sie­nia na temat dema­te­ria­li­za­cji gospo­darki, ale pod­dane bliż­szemu oglą­dowi nie budzą już takiego entu­zja­zmu. Na przy­kład Andrew McA­fee w książce More from Less argu­men­tuje, że Stany Zjed­no­czone mimo cią­głego wzro­stu gospo­dar­czego powoli obni­żają kon­sump­cję zaso­bów natu­ral­nych, co mia­łoby dowo­dzić temu, że można mieć ciastko (zre­du­ko­wać nisz­czy­ciel­ski wpływ gospo­darki na przy­rodę) i zjeść ciastko (zacho­wać jej dotych­cza­sowy model nasta­wiony na rosnącą kon­sump­cję). Jason Hic­kel poka­zuje jed­nak, że McA­fee pomija w swo­ich danych ważną zmienną:

Choć uwzględ­nia on impor­to­wane towary, które zużywa kraj, to nie bie­rze pod uwagę zaso­bów uży­wa­nych do wydo­by­cia, pro­duk­cji i trans­portu tych towa­rów. Stany Zjed­no­czone i inne bogate pań­stwa prze­nio­sły w ciągu ostat­nich 40 lat tak dużo swo­jej pro­duk­cji do kra­jów bied­niej­szych, że ten aspekt wyko­rzy­sta­nia zaso­bów został odjęty z ich rachunku34.

Tak więc na papie­rze może to wyglą­dać na postęp, ale z per­spek­tywy glo­bal­nego ocie­ple­nia nie ma żad­nych korzy­ści z tego, że część ame­ry­kań­skiego zuży­cia zaso­bów została prze­nie­siona do Chin czy jakie­go­kol­wiek innego kraju.

Raport OECD z 2018 roku ostrzega, że świa­towa kon­sump­cja surow­ców ule­gnie podwo­je­niu do 2060 roku z „dotkli­wymi kon­se­kwen­cjami śro­do­wi­sko­wymi”. Jak czy­tamy w pod­su­mo­wa­niu raportu:

Bez kon­kret­nych dzia­łań w celu spro­sta­nia tym wyzwa­niom prze­wi­dy­wany wzrost wydo­by­cia i prze­twa­rza­nia surow­ców, takich jak bio­masa, paliwa kopalne, metale i mine­rały nie­me­ta­liczne, dopro­wa­dzi naj­praw­do­po­dob­niej do dal­szego zanie­czysz­cza­nia powie­trza, wody, gleby i zna­cząco przy­czyni się do zmiany kli­matu. Ten wzrost zacho­dzi mimo przej­ścia od sek­tora prze­my­sło­wego do sek­tora usłu­go­wego i cią­głej poprawy wydaj­no­ści pro­duk­cyj­nej35.

Na dziś tak w prak­tyce wygląda unie­za­leż­nia­nie naszej gospo­darki od dóbr mate­rial­nych.

Hic­kel zwraca uwagę na jesz­cze inny pro­blem – roz­mowa o zaso­bach natu­ral­nych zbyt czę­sto sku­pia się na tym, czy ich wystar­czy. Opty­mi­ści twier­dzą, że nawet jeśli jakiś suro­wiec się wyczer­pie, to znaj­dziemy spo­sób na zastą­pie­nie go innym albo prze­su­niemy się jako ludz­kość na skali Kar­da­szowa, to zna­czy, wsko­czymy na nowy poziom roz­woju, który pozwoli nam korzy­stać z zaso­bów dostęp­nych w Ukła­dzie Sło­necz­nym, a nie tylko na Ziemi. Innymi słowy, nie ma powo­dów do zmar­twień. Takie podej­ście do sprawy nie uwzględ­nia pew­nej drob­nostki. Ludz­kość może wpaść w tara­paty nie tylko z powodu wyczer­pa­nia surow­ców, ale także dla­tego, że ich nad­mierna eks­plo­ata­cja zabu­rzy rela­cje mię­dzy eko­sys­te­mami, od któ­rych zależy nasze bez­pie­czeń­stwo. „Pro­ces zastę­po­wa­nia jed­nych zaso­bów innymi i inten­sy­fi­ko­wa­nia ich wydo­by­cia może na chwilę odsu­nąć od nas groźbę wyczer­pa­nia surow­ców – pisze Hic­kel – ale na­dal pro­wa­dzi do eko­lo­gicz­nej zapa­ści”36. Nie powin­ni­śmy więc pytać tylko o to, ile zostało nam surow­ców, ale także o to, jaką pre­sję wywie­ramy na pla­netę, gdy po nie się­gamy. W 2009 roku badacz śro­do­wi­skowy Johan Rockström, kli­ma­to­log James Han­sen i che­mik atmos­fery Paul Crut­zen sta­nęli na czele zespołu bada­czy, który wyróż­nił dzie­więć pro­ce­sów mogą­cych naru­szyć rów­no­wagę na Ziemi37. Wśród nich zna­la­zła się zmiana kli­matu. Jeśli chcemy na poważ­nie roz­ma­wiać o gospo­darce w kon­tek­ście praw fizyki i zaso­bów natu­ral­nych, nie powin­ni­śmy lek­ce­wa­żyć takich ostrze­żeń.

Nie ma pro­stej recepty, jak pogo­dzić napę­dzany wzro­stem gospo­dar­czym dobro­byt z ochroną śro­do­wi­ska. Nie zro­bimy jed­nak żad­nego postępu w tej spra­wie, jeśli będziemy odma­wiali uzna­nia, że natra­fiamy tu na poważny kło­pot. Fan­ta­zjo­wa­nie na temat gospo­darki wol­nej od praw fizyki czy – w skrom­niej­szej wer­sji – gospo­darki napę­dza­nej przez dobra nie­ma­te­rialne, jest w prak­tyce taką odmową. Nie­za­leż­nie od tego, jak chcemy roz­wią­zać dyle­mat „wzrost a przy­roda”, musimy zacząć od zaak­cep­to­wa­nia, że nasza gospo­darka, w kon­se­kwen­cji zaś całe nasze spo­łe­czeń­stwo, są ści­śle powią­zane ze śro­do­wi­skiem natu­ral­nym. Nie ma powodu sądzić, że uda się ten zwią­zek prze­rwać. „Czy­sty zysk” oka­zuje się nie­moż­liwy. Nie cho­dzi o to, aby znę­cać się nad Towa­rzy­stwem Eko­no­mi­stów Pol­skich (na mar­gi­ne­sie, nie należy go mylić z Pol­skim Towa­rzy­stwem Eko­no­micz­nym, to dwie odrębne orga­ni­za­cje). Ich sta­no­wi­sko powinno nam po pro­stu uświa­do­mić, jak potężna jest ilu­zja ludz­kiego unie­za­leż­nie­nia od natury – nawet w epoce kry­zysu kli­ma­tycz­nego.

To złu­dze­nie jest coraz nie­bez­piecz­niej­sze, bo wraz z glo­bal­nym ocie­ple­niem koń­czy się czas przy­rod­ni­czej bez­tro­ski. „Rol­nic­two, mia­sta, pań­stwa naro­dowe, infor­ma­tyka i każdy inny aspekt współ­cze­snego świata roz­wi­nęły się w dłu­giej erze kli­ma­tycz­nego szczę­ścia. Te czasy się skoń­czyły”38 – piszą Jason W. Moore i Raj Patel w książce A History of the World in Seven Cheap Things. Wpraw­dzie histo­ria ludz­kich cywi­li­za­cji zna przy­kłady wahań kli­matu, mie­li­śmy na przy­kład małą epokę lodow­cową (od czter­na­stego do dzie­więt­na­stego wieku), ale żadne z tych wyda­rzeń nie może się rów­nać swoją skalą z obec­nymi zmia­nami. To ostatni dzwo­nek, aby wybu­dzić się z dogma­tycz­nej drzemki o gospo­darce, poli­tyce i spo­łe­czeń­stwie dzia­ła­ją­cych nie­za­leż­nie od warun­ków natu­ral­nych. Jak przy­po­mi­nają Moore i Patel: „Wszystko, co wytwa­rzamy, jest współ­pro­du­ko­wane z resztą natury: jedze­nie, odzież, domy, miej­sca pracy, drogi, koleje i lot­ni­ska, a nawet tele­fony i apli­ka­cje”39.

Kiedy mówimy o rol­nic­twie, sto­sun­kowo łatwo wyła­pu­jemy zwią­zek mię­dzy towa­rami rol­ni­czymi a glebą i warun­kami kli­ma­tycz­nymi. Kiedy jed­nak prze­ska­ku­jemy na wyż­szy poziom abs­trak­cji i zaczy­namy mówić o gospo­darce napę­dza­nej trans­ak­cjami finan­so­wymi, gdzieś po dro­dze zatra­camy tę pod­sta­wową intu­icję. Zaczy­namy trak­to­wać „spo­łe­czeń­stwo” i „naturę” jak dwa nie­za­leżne od sie­bie wymiary. W rze­czy­wi­sto­ści „Wall Street jest tak samo współ­wy­twa­rzane przez naturę jak rynek rol­ni­czy”40. Nawet coś tak pozor­nie wir­tu­al­nego i „nowo­cze­snego” jak BIT­COIN jest sil­nie zako­rze­nione w świe­cie mate­rial­nym. Słynna kryp­to­wa­luta nie ist­nia­łaby bez kom­pu­te­rów, a te nie dość, że skła­dają się z jak naj­bar­dziej fizycz­nych kom­po­nen­tów, to potrze­bują do swo­jego dzia­ła­nia ener­gii. W przy­padku bit­co­inów – bar­dzo dużej ilo­ści. Z obli­czeń bada­czy Uni­wer­sy­tetu Cam­bridge wynika, że BIT­COIN zużywa w ciągu roku wię­cej ener­gii niż cała Szwaj­ca­ria41. Gdy zaczy­namy o tym mówić, wydaje się to takie oczy­wi­ste. A mimo to, gdy roz­mowa zaczyna doty­czyć naszych spo­łe­czeństw jako takich i skut­ków kry­zysu kli­ma­tycz­nego, ta oczy­wi­stość gdzieś nam umyka.

Poli­tyczne kon­se­kwen­cje

Skoro wypie­ramy ze świa­do­mo­ści, jak bar­dzo nasze spo­łe­czeń­stwa zależą od natury, to nic dziw­nego, że trudno nam pojąć skalę poli­tycz­nych kon­se­kwen­cji glo­bal­nego ocie­ple­nia. Zacho­wu­jemy się tak, jakby na roz­grza­nej pla­ne­cie miało się zmie­nić tylko kilka rubry­czek w tabe­lach sta­ty­stycz­nych: gdzieś spad­nie podaż bana­nów, a gdzie indziej wzro­śnie; gdzieś będzie żyło tro­chę mniej ludzi, a gdzie indziej tro­chę wię­cej.

Przy­kład takiej bez­tro­ski odnaj­du­jemy na popu­lar­nym blogu i kanale youtube’owym „Pro­sta Eko­no­mia”. Jan Lewiń­ski stara się nas prze­ko­nać we wpi­sie zaty­tu­ło­wa­nym Zmiany kli­matu okiem eko­no­mi­sty, żeby­śmy spoj­rzeli na glo­balne ocie­ple­nie przez pry­zmat PKB, naj­czę­ściej uży­wa­nego wskaź­nika stanu gospo­darki (choć coraz czę­ściej kry­ty­ko­wa­nego przez samych eko­no­mi­stów, do czego jesz­cze wró­cimy). Ten punkt wyj­ścia pro­wa­dzi go do odważ­nych wnio­sków:

Wzrost tem­pe­ra­tury o 4,9 stopni Cel­sju­sza w naj­gor­szym sce­na­riu­szu IPCC przy­niósłby szkody wyno­szące około 4,6% PKB. Tym­cza­sem koszt wdro­że­nia ogra­ni­czeń emi­sji byłby równy w przy­bli­że­niu 4,8% PKB w 2100 roku. Zatem nawet gdyby udało się cał­ko­wi­cie unik­nąć wszel­kich skut­ków zmian kli­matu, to zarówno w 2050, jak i w 2100 roku koszt i tak byłby wyż­szy od korzy­ści42.

Taki spo­sób myśle­nia lek­ce­waży efekt domina, który jest kon­se­kwen­cją splą­ta­nia natury, gospo­darki i poli­tyki. Pro­blem zaczyna się na naj­bar­dziej banal­nym pozio­mie: ludz­kiego prze­trwa­nia. Na przy­kład z badań opu­bli­ko­wa­nych w „Nature Cli­mate Change” wynika, że pozor­nie skromna róż­nica mię­dzy ocie­ple­niem o pół­tora stop­nia Cel­sju­sza a ocie­ple­niem o dwa stop­nie ozna­cza, że zgi­nąć może o 150 milio­nów osób wię­cej, jeśli zre­ali­zuje się ten gor­szy sce­na­riusz43. To jedna z tych rze­czy, któ­rych nie widać na wykre­sach PKB. I już ona powinna una­ocz­nić wady takich modeli. Jak zauważa Mar­cin Popkie­wicz:

Myśle­nie tylko o PKB można dopro­wa­dzić do absurdu, bo prze­cież jeśli zgi­nie bied­niej­sza połowa ludz­ko­ści, to PKB per capita może nawet wzro­snąć, ale prze­cież nie o to cho­dzi. Modele pró­bu­jące łączyć PKB z glo­bal­nym ocie­ple­niem są bar­dzo uprosz­czone i nie biorą pod uwagę punk­tów kry­tycz­nych44.

Nikt nie potrafi powie­dzieć, jak dokład­nie będzie wyglą­dało życie na Ziemi przy wzro­ście tem­pe­ra­tury o pięć stopni Cel­sju­sza, ale jeste­śmy w sta­nie prze­wi­dzieć ogólny kie­ru­nek. Wiemy na przy­kład, że grozi to zala­niem wielu miast, a nawet całych państw, choćby Holan­dii. Myśli­cie, że utratę ojczy­zny można spro­wa­dzić do zmian w PKB? A to nie jest tylko kwe­stia jed­nego kraju. Duże poła­cie Azji i Afryki staną się nie­moż­liwe do zamiesz­ka­nia z powodu nara­sta­ją­cej fali upa­łów. Ci ludzie zaczną ucie­kać na pół­noc, w kie­runku Europy. Pamię­ta­cie, jaką burzę poli­tyczną wywo­łało przy­by­cie na nasz kon­ty­nent uchodź­ców z Syrii? To może być tylko skromny wstęp do dużo poważ­niej­szych tur­bu­len­cji, które nadejdą, gdy nowego domu zaczną szu­kać migranci kli­ma­tyczni: „według sza­cun­ków Banku Świa­to­wego do 2050 roku będzie ich sto czter­dzie­ści milio­nów, czyli ponad sto­krot­nie wię­cej niż w trak­cie syryj­skiego «kry­zysu» Europy”45. W jaki spo­sób będziemy sobie radzili z takimi dra­ma­tami? Lewiń­ski wspo­mina o ryn­ko­wej wyce­nie szkód, ale jak rynek ma wyce­nić nisz­cze­nie całych państw? Kto dokład­nie za to zapłaci? Jak będą wypła­cane te odszko­do­wa­nia? Prze­ko­na­nie, że mecha­ni­zmy ryn­kowe pora­dzą sobie z roz­wią­zy­wa­niem tak trud­nych kwe­stii poli­tycz­nych przy­po­mina raczej dogma­tyczną wiarę niż solidną naukę. Osta­tecz­nie rynek to spo­sób wydaj­nego ukła­da­nia rela­cji gospo­dar­czych, a nie bóstwo zdolne pora­dzić sobie z każ­dym wyzwa­niem, przed któ­rym staje ludz­kość.

 

Chri­stiana Figu­eres i Tom Rivett-Car­nac, któ­rzy poma­gali wypra­co­wać słynne poro­zu­mie­nie pary­skie, opi­sują w książce The Future We Cho­ose, jak mogłaby wyglą­dać sytu­acja poli­tyczno-spo­łeczna w świe­cie, gdzie wzrost tem­pe­ra­tury prze­kro­czył pół­tora stop­nia Cel­sju­sza. I choć ich wizja to tylko spe­ku­la­cja, to i tak jest ona dużo bar­dziej reali­styczna niż modele, które zakła­dają, że wszystko pozo­sta­nie z grub­sza takie samo, a zmie­nią się tylko sta­ty­styki PKB.

Jest rok 2050. Z wizji post­ma­te­rial­nej gospo­darki nic nie wyszło, nie upo­ra­li­śmy się też z emi­sjami gazów cie­plar­nia­nych w żaden inny spo­sób. Zmie­rzamy w stronę wzro­stu tem­pe­ra­tury o trzy stop­nie Cel­sju­sza do 2100 roku. Praca na zewnątrz jest coraz trud­niej­sza z powodu gorą­cego, dusz­nego i zanie­czysz­czo­nego powie­trza. Część państw eks­pe­ry­men­tuje z tech­ni­kami sztucz­nego wywo­ły­wa­nia desz­czu, ale wyniki są prze­ciętne. Raz, że jest to roz­wią­za­nie dro­gie, dwa, że trudno je kon­tro­lo­wać, więc jeden kraj może nie­chcący wywo­łać kwa­śny deszcz w innym, co dopro­wa­dziło już do kilku incy­den­tów mię­dzy­na­ro­do­wych. Z powodu stop­nienia lodów Ark­tyki pod­niósł się poziom mórz i oce­anów. Każ­dego tygo­dnia trzeba ewa­ku­ować ludzi z kolej­nych zale­wa­nych tere­nów. Jeżeli to samo sta­nie się na Antark­ty­dzie, mia­sta takie jak Miami, Szan­ghaj i Dakka znajdą się pod wodą. Co oczy­wi­ście wywo­łuje wielki ból głowy zarówno wśród miesz­kań­ców tych miast, jak i wśród rzą­dów USA, Chin i Ban­gla­de­szu. Co zro­bić z tymi wszyst­kimi ludźmi, jak zapew­nić im dach nad głową, skąd wziąć na to środki? I kto ma ponieść kon­se­kwen­cje tego, że dopro­wa­dzi­li­śmy do takiej sytu­acji?

Jed­no­cze­śnie coraz wię­cej osób musi sobie radzić ze skut­kami suszy. „Mar­ra­kesz i Woł­go­grad zamie­niają się powoli w pusty­nię. Hong­kong, Bar­ce­lona, Abu Zabi i wiele innych miej­sco­wo­ści od lat odsala wodę mor­ską, pró­bu­jąc despe­racko nadą­żyć za wciąż powięk­sza­jącą się rze­szą imi­gran­tów z obsza­rów, które cał­ko­wi­cie wyschły”46. Nawet miesz­kańcy tere­nów, które wciąż nadają się do zamiesz­ka­nia, odczu­wają nisz­czy­ciel­skie skutki upa­łów. Latem w Paryżu tem­pe­ra­tury regu­lar­nie prze­kra­czają czter­dzie­ści stopni Cel­sju­sza. A i tak pary­ża­nie mogą mówić o szczę­ściu, w prze­ci­wień­stwie do

około dwóch miliar­dów ludzi, któ­rzy miesz­kają w naj­go­ręt­szych czę­ściach świata, gdzie przez ponad czter­dzie­ści pięć dni w roku tem­pe­ra­tura wzra­sta do sześć­dzie­się­ciu stopni Cel­sju­sza, czyli do punktu, w któ­rym ludz­kie ciało nie może prze­by­wać na zewnątrz dłu­żej niż około sze­ściu godzin, ponie­waż traci zdol­ność do ochła­dza­nia47.

Ci ludzie, mówiąc deli­kat­nie, nie są zado­wo­leni. Figu­eres i Rivett-Car­nac o tym nie wspo­mi­nają, ale łatwo sobie wyobra­zić, że chęt­nie nasłu­chują głosu poli­ty­ków, któ­rzy się­gają po spraw­dzony reper­tuar obwi­nia­nia wro­gów zewnętrz­nych.

Nie trzeba chyba doda­wać, że w tak eks­tre­mal­nych warun­kach mamy do czy­nie­nia z eks­plo­zją kon­flik­tów kla­so­wych.

Nawet w nie­któ­rych czę­ściach Sta­nów Zjed­no­czo­nych toczą się ostre spory o wodę, wojny mię­dzy boga­tymi, któ­rzy są gotowi zapła­cić za tyle wody, ile im potrzeba, a całą resztą, która domaga się rów­nego dostępu do zaso­bów zapew­nia­ją­cych życie. Krany w pra­wie wszyst­kich obiek­tach uży­tecz­no­ści publicz­nej są zamknięte, a te w toa­le­tach uru­cha­mia się monetą48.

To nie wszystko, rywa­li­za­cja toczy się także na pozio­mie sta­nów, które coraz rza­dziej postrze­gają się w kate­go­rii jed­nego pań­stwa, a coraz czę­ściej w kate­go­riach rywali wal­czą­cych o kur­czące się zasoby. „Na pozio­mie fede­ral­nym trwa awan­tura w Kon­gre­sie o redy­stry­bu­cję wody: stany mające pro­blem z dostar­cza­niem jej swoim miesz­kań­com żądają pomocy od sta­nów, które mają tej wody wię­cej”. Nie­po­koje poli­tyczne nie koń­czą się na spo­rach kla­so­wych i wewnątrz­pań­stwo­wych. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych „nara­sta kon­flikt z Mek­sy­kiem, który nie jest w sta­nie zagwa­ran­to­wać dostaw wody z coraz bar­dziej wysu­szo­nych Rio Con­chos i Rio Grande. Podobne zatargi poja­wiają się w Peru, Chi­nach, Rosji i wielu innych kra­jach”49. Postawy nacjo­na­li­styczne przy­bie­rają na sile, ponie­waż więk­szość kra­jów chce zabez­pie­czyć jak naj­więk­szy kawa­łek pod­sta­wo­wych dóbr dla sie­bie, nie prze­ja­wia­jąc chęci do dzie­le­nia się z innymi. Unia Euro­pej­ska zostaje roz­wią­zana, a poszcze­gólne pań­stwa sta­rają się prze­rzu­cić na sie­bie obo­wiązki zwią­zane z przyj­mo­wa­niem uchodź­ców kli­ma­tycz­nych. Gra­nic strzeże woj­sko.

Wygląda to tro­chę gorzej niż na uprosz­czo­nych wykre­sach zmian w PKB, prawda?

Przy­po­mi­nam: sce­na­riusz zary­so­wany przez Figu­eres i Rivett-Car­naca jest tylko spe­ku­la­cją, acz­kol­wiek opartą na wie­dzy nauko­wej. Nie cho­dzi o to, że na pewno tak będzie, ale że ist­nieje ryzyko takiego roz­woju wypad­ków, a każda roz­sądna osoba powinna brać je pod uwagę, gdy myśli o przy­szłych skut­kach kry­zysu kli­ma­tycz­nego. Tym bar­dziej że nie musimy ogra­ni­czać się do wizji przy­szło­ści, gdy chcemy zro­zu­mieć kon­se­kwen­cje splotu natury, gospo­darki i poli­tyki. To nie jest tak, że nie mamy żad­nego wia­ry­god­nego punktu odnie­sie­nia, który pomógłby nam zro­zu­mieć, jak wygląda taki nisz­czy­ciel­ski efekt domina.

Inne książki tego autora