Zmienić świat raz jeszczeTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Okładka

2  Strona tytułowa

3  Strona redakcyjna

4  3 × poli­tyka

5  CO2, COVID-19 i inni akto­rzy poli­tyczni

6  Greta Thun­berg ma rację

7  Zwod­ni­cze uroki demo­kra­cji kon­su­menc­kiej

8  Dobro wspólne

9  Porad­nik zbio­ro­wej spraw­czo­ści

10  Nowy Zie­lony Ład

11  Nie­uchronna zmiana

12  Przy­pisy koń­cowe

Redak­cja: Alek­san­dra Żdan

Korekta: Beata Wój­cik, Ali­cja Laskow­ska

Pro­jekt okładki: Jasiek Krzysz­to­fiak

Skład i łama­nie: Dariusz Ziach

Redak­tor ini­cju­jący: Bar­tło­miej Nawrocki

Copy­ri­ght © by Tomasz S. Mar­kiewka, 2021

Copy­ri­ght © for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca, War­szawa 2021

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark).

Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku.

Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie I

ISBN 9788381435567


Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.

Wpro­wa­dze­nie

3 × poli­tyka

Media nie szczę­dzą nam apo­ka­lip­tycz­nych obra­zów. Wystar­czy zer­k­nąć na nagłówki gazet czy por­tali inter­ne­to­wych: Masowa kon­sump­cja nisz­czy naszą pla­netę; Zwie­rzęta giną w zastra­sza­ją­cym tem­pie; Google i Face­book obser­wują każdy nasz ruch w inter­ne­cie; Kata­strofa kli­ma­tyczna – tra­cimy kon­trolę1. Od nie­dawna ten zbiór stra­chów został uzu­peł­niony o wszel­kie moż­liwe zagro­że­nia powią­zane z pan­de­miami.

Gdyby cho­dziło tylko o media, mogli­by­śmy mach­nąć ręką na ten kata­stro­ficzny ton. Żyjemy prze­cież w cza­sach wojny o kliki, a to sprzyja sen­sa­cyj­no­ści. W takiej atmos­fe­rze łatwo zapo­mnieć, że „w prze­szło­ści było tylko gorzej”2. Jesz­cze żadna epoka nie oka­zała się tak pomyślna dla czło­wieka jak obecna, o czym nie­stru­dze­nie przy­po­mi­nają nam tak zwani „racjo­nalni opty­mi­ści”. Dzięki roz­wo­jowi nauk i gospo­da­rek, a także – co nie­stety nazbyt czę­sto nam umyka – nie­stru­dzo­nej walce licz­nych poko­leń o powszechny dostęp do owo­ców postępu, wiele osób zamiesz­kuje cał­kiem wygodny świat. Przy­naj­mniej z per­spek­tywy poprzed­nich wie­ków, bo z per­spek­tywy ludzi żyją­cych na mar­gi­ne­sie tego świata sprawy wyglą­dają gorzej.

Nie­mniej ostrze­że­nia płyną nie tylko ze strony żąd­nych sen­sa­cji mediów. Na nie­bez­pie­czeń­stwa zwią­zane z kata­strofą kli­ma­tyczną, dewa­sta­cją śro­do­wi­ska, kolej­nymi pan­de­miami czy cyfrową inwi­gi­la­cją wska­zują także ludzie zaj­mu­jący się tymi kwe­stiami zawo­dowo. Szcze­gól­nie dużo nie­po­koju wzbu­dza glo­balne ocie­ple­nie, które pozo­staje naj­po­waż­niej­szym wyzwa­niem naszych cza­sów. Nie trzeba czy­tać medial­nych nagłów­ków, aby mar­twić się skut­kami emi­sji gazów cie­plar­nia­nych – wystar­czy zer­k­nąć na naj­now­sze raporty Mię­dzy­rzą­do­wego Zespołu ds. Zmian Kli­matu, Orga­ni­za­cji Naro­dów Zjed­no­czo­nych czy choćby Banku Świa­to­wego i eko­no­mi­stów JP Mor­gana. Znaj­dziemy tam wszyst­kie znane nam z mediów zagro­że­nia: susze, powo­dzie, milio­nowe migra­cje, glo­balny kry­zys gospo­dar­czy, a nawet „kli­ma­tyczny apar­theid”3.

Nie­któ­rzy oskar­żają kli­ma­to­lo­gów o ten­den­cję do kata­stro­fi­zmu, ale to nie­prawda4. Jeśli już – są oni nader ostrożni. Jako naukowcy nie chcą przed­sta­wiać skraj­nych sce­na­riu­szy, wolą ogra­ni­czać się do umiar­ko­wa­nych pro­gnoz, które wydają się naj­bar­dziej praw­do­po­dobne na pod­sta­wie dostęp­nej im wie­dzy. To dla­tego może­cie natra­fić w mediach na infor­ma­cje typu „eko­sys­tem lasów ama­zoń­skich zała­mie się szyb­ciej, niż przy­pusz­czano”5 lub „lodowce na Gren­lan­dii top­nieją znacz­nie szyb­ciej, niż wcze­śniej zakła­dano”6. Zazwy­czaj nie cho­dzi o to, że dzieje się coś szo­ku­ją­cego dla eks­per­tów od kli­matu – coś, czego nie byli w sta­nie prze­wi­dzieć. To nie­po­ko­jące „szyb­ciej” wynika raczej z tego, że wraz z posze­rza­niem naszej wie­dzy widzimy, iż cza­sami umiar­ko­wane sce­na­riu­sze oka­zują się zbyt zacho­waw­cze.

Ame­ry­kań­ski dzien­ni­karz David Wal­lace-Wells zauważa, że ta naukowa ostroż­ność może nie­chcący pro­wa­dzić do baga­te­li­zo­wa­nia zagro­żeń kli­ma­tycz­nych7. Kiedy kli­ma­to­lo­dzy podają swoje umiar­ko­wane prze­wi­dy­wa­nia, część opi­nii publicz­nej reaguje na zasa­dzie: „Nie, to prze­sada, na pewno nie będzie aż tak źle”. Tym samym docho­dzi do podwój­nego zani­że­nia ryzyka: naj­pierw przez naukow­ców wolą­cych nie stra­szyć rze­czami, co do któ­rych nie mają pew­no­ści, a potem przez spo­łe­czeń­stwo prze­ko­nane, że naukowcy wyol­brzy­miają stan zagro­że­nia. Anne-Marie Cro­cetti, badaczka zdro­wia publicz­nego, zwra­cała uwagę na ten pro­blem już na początku lat osiem­dzie­sią­tych dwu­dzie­stego wieku: „Zauwa­ży­łam, że bar­dzo czę­sto, gdy jako naukowcy jeste­śmy ostrożni w naszych wypo­wie­dziach, to inni nie dostrze­gają istoty sprawy, ponie­waż nie rozu­mieją naszych inten­cji”8.

Nie­wy­godna prawda jest taka, że nasz dobro­byt ma o wiele kruch­sze pod­stawy, niż zwy­kli­śmy sądzić. Mogli­śmy się o tym prze­ko­nać z pierw­szej ręki, gdy na początku 2020 roku wybu­chła pan­de­mia koro­na­wi­rusa. Nagle zna­leź­li­śmy się w środku filmu kata­stro­ficz­nego i przy­po­mnie­li­śmy sobie o naszych deli­kat­nych rela­cjach ze śro­do­wi­skiem natu­ral­nym. Przy całym ludz­kim postę­pie i wyra­fi­no­wa­niu cywi­li­za­cyj­nym pozo­sta­jemy sil­nie uza­leż­nieni od przy­rody. Jeden wirus potrafi wpra­wić w tur­bu­len­cje cały nasz świat: od ochrony zdro­wia po świa­tową gospo­darkę.

Musimy wycią­gnąć z tego wnio­ski i zasta­no­wić się, czy nasza dotych­cza­sowa wizja świata nie była zbyt non­sza­lancka. Nie da się dłu­żej ucie­kać od pyta­nia, jak chcemy kształ­to­wać nasze spo­łe­czeń­stwa i nasze rela­cje z resztą pla­nety w dwu­dzie­stym pierw­szym wieku. W epoce kry­zysu kli­ma­tycz­nego. Nie wystar­czy samo­za­do­wo­le­nie z poprawy jako­ści życia w sto­sunku do prze­szło­ści. W końcu postęp był czę­sto dzie­łem ludzi, któ­rych nie satys­fak­cjo­no­wało wytłu­ma­cze­nie, że „kie­dyś było gorzej”. Wystar­czy spoj­rzeć na dwu­dzie­sty wiek. Kobiety doma­ga­jące się mię­dzy innymi praw wybor­czych, pra­cow­nicy żąda­jący god­nych płac i ochrony praw­nej, mniej­szo­ści wal­czące o rów­ność i wol­ność, oby­wa­tele i oby­wa­telki wystę­pu­jący prze­ciw dyk­ta­tor­skim wła­dzom – to ich nie­za­do­wo­le­nie zmie­niało nasz świat na lep­sze. Dziś trzeba go zmie­nić raz jesz­cze.

Strach przed poli­tyką

A zatem: co robić?

Pra­cuję na uni­wer­sy­te­cie, dzięki czemu mam wiele oka­zji do roz­mów ze stu­dent­kami i stu­den­tami. Czę­sto pytam ich o naj­więk­sze zagro­że­nia dla naszego świata: od cyfro­wej inwi­gi­la­cji po kry­zys kli­ma­tyczny. Więk­szość uznaje powagę tych nie­bez­pie­czeństw. Pro­blem zaczyna się w momen­cie, gdy roz­mowa scho­dzi na moż­liwe roz­wią­za­nia.

Zazwy­czaj jako pierw­sza poja­wia się ogólna suge­stia, że ludzie „muszą zro­zu­mieć”, jakie nie­bez­pie­czeń­stwa na nas czy­hają. Ale nawet ci stu­denci, któ­rzy podej­mują ten wątek, robią to bez prze­ko­na­nia, raczej na zasa­dzie zaga­dy­wa­nia ciszy w sali. Potem przy­cho­dzi czas na pro­po­zy­cję, że ludzie nie tylko „muszą zro­zu­mieć”, ale dodat­kowo „muszą zmie­nić swoje postę­po­wa­nie”. Wylo­go­wać się z Face­bo­oka, dbać o kli­mat, jeść mniej mięsa, popra­wić codzienną higienę. Takie odpo­wie­dzi rów­nież nie wzbu­dzają entu­zja­zmu. To ośmiela scep­ty­ków. A może już za późno na dzia­ła­nia? Może zmie­rzamy pro­sto w stronę kata­strofy? Jedyne pyta­nie brzmi zaś, co zała­twi nas pierw­sze. Przy­naj­mniej tu odpo­wiedź jest pro­sta: na­dal naj­więk­sze szanse ma na to glo­balne ocie­ple­nie.

 

To cie­kawe, jak późno – jeśli w ogóle – padają pro­po­zy­cje roz­wią­zań poli­tycz­nych. A prze­cież to w tej sfe­rze mamy naj­więk­sze moż­li­wo­ści dzia­ła­nia. Unia Euro­pej­ska może nało­żyć na cyfro­wych molo­chów, takich jak Face­book i Google, regu­la­cje, które ogra­ni­czy­łyby ich moż­li­wo­ści gro­ma­dze­nia i han­dlo­wa­nia pry­wat­nymi danymi. Rządy mogą wymu­sić bar­dziej restryk­cyjne zasady bez­pie­czeń­stwa kli­ma­tycz­nego. Mogli­by­śmy doko­nać maso­wych inwe­sty­cji publicz­nych w źró­dła czy­stej ener­gii, w trans­port zbio­rowy, w dobra wspólne. Pomi­jam na razie to, czy uwa­żamy takie recepty za sku­teczne i pożą­dane. Rzecz w tym, że są to jakieś roz­wią­za­nia i warto je roz­wa­żyć. Mimo to nie­wielu stu­den­tów o nich wspo­mina, a gdy już padają, są witane – przy­naj­mniej począt­kowo – rów­nie scep­tycz­nie jak pozo­stałe suge­stie. W końcu, czy kie­dy­kol­wiek poli­tyka w czymś nam pomo­gła?

Nie mówię o stu­den­tach, aby narze­kać na ich brak zaan­ga­żo­wa­nia poli­tycz­nego. Nie są oni wyjąt­kiem, lecz regułą. Daleko idąca nie­uf­ność wobec poli­tyki jest bowiem powszechna. W Pol­sce mamy nawet par­tię poli­tyczną, która szła kie­dyś do wybo­rów z hasłem… „Nie róbmy poli­tyki”9. Była to Plat­forma Oby­wa­tel­ska w wybo­rach samo­rzą­do­wych z 2010 roku. Dodajmy, że wybory te wygrała. Trudno o lep­szy sym­bol złej repu­ta­cji poli­tyki, ale dam wam jesz­cze jeden przy­kład.

Redak­tor pew­nej gazety spy­tał mnie kie­dyś, o czym chciał­bym dla nich napi­sać. Poda­łem kilka pro­po­zy­cji, naj­bar­dziej dumny byłem z tematu: „Pol­ska jest za mało upo­li­tycz­niona”. Sądzi­łem naiw­nie, że tekst z tak intry­gu­ją­cym moty­wem prze­wod­nim to nie lada atrak­cja. Gdy redak­tor odpi­sał na mojego maila, nawet nie wspo­mniał o tej pro­po­zy­cji. Zbył ją mil­cze­niem, tak jak zbywa się nie­zręczną sytu­ację towa­rzy­ską. Podob­nie jest za każ­dym razem, gdy przy­wo­łuję tezę o potrze­bie upo­li­tycz­nie­nia Pol­ski czy jakiej­kol­wiek sfery naszego świata. Wyobraź­cie sobie, że roz­ma­wia­cie w gro­nie zna­jo­mych i nagle jeden z nich rzuca żart – w jego mnie­ma­niu wyborny, a tak naprawdę nie­smaczny i obraź­liwy. Mogli­by­ście mu wyja­śnić, w czym leży pro­blem, ale wie­cie, że zepsu­łoby to atmos­ferę, więc woli­cie zmil­czeć całą sprawę i pocze­kać, aż po nie­zręcz­nej chwili wszystko wróci do normy. Mniej wię­cej takie są reak­cje na moją pro­po­zy­cję.

No bo czy można potrak­to­wać tezę, że Pol­ska, czy cokol­wiek innego, jest za mało upo­li­tycz­niona, ina­czej niż jako nie­smaczny żart? Czy nie wiem, do czego może dopro­wa­dzić upo­li­tycz­nie­nie mediów? Albo jakiejś firmy? Albo nawet zwy­kłej poga­wędki rodzin­nej? W końcu to nie przy­pa­dek, że słowo „upo­li­tycz­nia­nie” koja­rzy się jed­no­znacz­nie nega­tyw­nie, a „odpo­li­tycz­nia­nie” jed­no­znacz­nie pozy­tyw­nie.

Jak odpo­wie­dział­bym komuś, kto skon­fron­to­wałby mnie z tym nie­smacz­nym żar­tem?

Zaczął­bym od suge­stii, że kiedy ludzie oba­wiają się upo­li­tycz­nie­nia, to zazwy­czaj cho­dzi im o upar­tyj­nie­nie. A to nie jest to samo. Z upar­tyj­nie­niem mamy do czy­nie­nia wtedy, gdy media stają się tubą pro­pa­gan­dową jakie­goś ugru­po­wa­nia poli­tycz­nego. Gdy wci­ska się kole­gów i kole­żanki z par­tii do firmy pań­stwo­wej, bo są „swoi”. Gdy każde wyda­rze­nie chce się roz­pa­try­wać z per­spek­tywy bie­żą­cych spo­rów par­tyj­nych. Zna­cie pew­nie to uczu­cie, wcho­dzicie na tekst o życiu nean­der­tal­czy­ków albo o czar­nych dziu­rach, a pod nim dys­ku­sja na temat Tuska i Kaczyń­skiego. Takie zacho­wa­nia są iry­tu­jące czy – w przy­padku upar­tyj­nia­nia mediów i firm – po pro­stu złe. Pełna zgoda. Ale raz jesz­cze: choć par­tie są naj­wi­docz­niej­szymi przy­kła­dami „robie­nia poli­tyki”, to poli­tyka nie spro­wa­dza się do bie­żą­cych spo­rów par­tyj­nych.

Kom­po­zy­cja wspól­nego świata

„Poli­tyka jest domeną współ­ist­nie­nia i sto­wa­rzy­sza­nia się róż­nych ludzi”10 – pisze filo­zofka Han­nah Arendt. I dodaje, że jest to też sfera, w któ­rej ludzie „są aktyw­nymi uczest­ni­kami nada­ją­cymi ludz­kim spra­wom trwa­ło­ści, jakiej w innym razie, by one nie miały”11. Jesz­cze zwięź­lej ujmuje to fran­cu­ski socjo­log Bruno Latour: poli­tyka to „stop­niowa kom­po­zy­cja wspól­nego świata”12. To lapi­darne, ale trafne defi­ni­cje poli­tycz­no­ści – szcze­gól­nie pro­po­zy­cja Lato­ura, który pod­kre­śla, że „kom­po­no­wa­nie wspól­nego świata” powinno uwzględ­niać zarówno ludzi, jak i czyn­niki poza­ludz­kie: od zwie­rząt po lasy ama­zoń­skie. W poli­tyce cho­dzi wła­śnie o to: o wspólne zor­ga­ni­zo­wa­nie naszego świata. O nada­nie kształtu zbio­ro­wo­ści, którą razem zamiesz­ku­jemy. Ta potrzeba wynika z pod­sta­wo­wej cechy czło­wieka. Wbrew opo­wie­ściom o naszym rze­komo wro­dzo­nym ego­izmie jeste­śmy isto­tami stad­nymi. „Kto zaś nie potrafi żyć we wspól­no­cie albo jej wcale nie potrze­buje, będąc samo­wy­star­czal­nym, by­naj­mniej nie jest czło­nem pań­stwa, a zatem jest albo zwie­rzę­ciem, albo bogiem”13 – pisał wieki temu Ary­sto­te­les.

Poglądy grec­kiego filo­zofa pod wie­loma wzglę­dami są nie­ak­tu­alne, na przy­kład jego podej­ście do zwie­rząt, ale w tej spra­wie miał rację: czło­wiek potrze­buje wspól­noty. Nawet gdy jeste­śmy jej pozba­wieni, sta­ramy się wytwo­rzyć namiastkę rela­cji z innymi ludźmi. Oglą­da­li­ście Cast Away. Poza świa­tem? To uwspół­cze­śniona wer­sja opo­wie­ści o Robin­so­nie Cru­soe, w któ­rej postać grana przez Toma Hanksa ląduje na bez­lud­nej wyspie. W pew­nym momen­cie boha­ter rysuje twarz na piłce, która tra­fiła z nim na odlu­dzie, i nazywa ją Wil­so­nem (od nazwy pro­du­centa). Trak­tuje piłkę jak swo­jego towa­rzy­sza i pro­wa­dzi z nią regu­larne „roz­mowy”. Objaw sza­leń­stwa? Bez­wstydne loko­wa­nie pro­duktu? Zapewne, ale także przy­po­mnie­nie, jak bar­dzo potrze­bu­jemy innych ludzi. Choćby do poga­da­nia. Gdy nie możemy roz­ma­wiać z nimi na żywo, toczymy dia­logi we wła­snej gło­wie. Jak zauwa­żył antro­po­log David Gra­eber:

obec­nie wiemy, że pozo­sta­wie­nie więź­nia w odosob­nie­niu przez okres dłuż­szy niż sześć mie­sięcy nie­uchron­nie pro­wa­dzi do zauwa­żal­nej degra­da­cji mózgu. Powie­dzieć, że ludzie są zwie­rzę­tami spo­łecz­nymi, to za mało – są spo­łeczni tak fun­da­men­tal­nie, że kiedy zostaną odcięci od rela­cji z innymi ludźmi, zaczy­nają nie­do­ma­gać fizycz­nie14.

Nie tylko potrze­bu­jemy innych osób, ale jeste­śmy od nich zależni. Ludzie mówią cza­sem, że wszystko zawdzię­czają sobie, ale to bujda. W naj­lep­szym razie – uprosz­cze­nie. Nie ma takiej osoby, która nie zawdzię­cza­łaby cze­goś innym. Już choćby z tego względu, że homo sapiens jest jed­nym z tych gatun­ków, któ­rych potom­stwo potrze­buje ści­słej opieki w trak­cie dzie­ciń­stwa. Nikt nie karmi się sam jako nie­mowlę, nikt nie uczy się sam pisać, a idąc jesz­cze dalej: nie budu­jemy dróg, po któ­rych jeź­dzimy, szkół, w któ­rych zdo­by­wamy pod­sta­wową wie­dzę, bądź innych insty­tu­cji publicz­nych – od poli­cji, po sys­tem opieki zdro­wot­nej – z któ­rych korzy­stamy. Nawet Tom Hanks uży­wał na bez­lud­nej wyspie każ­dego sprzętu, który był w sta­nie wyło­wić z roz­bi­tego samo­lotu. Tym samym korzy­stał z pracy ludzi, dzięki któ­rym te sprzęty powstały.

Nie musimy zresztą pole­gać tylko na dzie­łach fik­cji, aby to sobie uświa­do­mić. Być może nie­któ­rzy z was koja­rzą Chri­sto­phera Kinga, który spę­dził samot­nie dwa­dzie­ścia sie­dem lat w lesie nie­opo­dal jeziora North Pond, na pół­noc­nym wscho­dzie USA. Na pozór dosko­nały przy­kład czło­wieka samo­wy­star­czal­nego, pozba­wio­nego związ­ków z innymi przed­sta­wi­cie­lami swo­jego gatunku. W rze­czy­wi­sto­ści – jak zauważa Łukasz Naj­der – nasz samot­nik był oto­czony przez ludzi i ich wytwory. Chęt­nie czy­tał książki Dosto­jew­skiego, z pobli­skich obo­zo­wisk kradł jedze­nie, butle z gazem i bate­rie, w jego sie­dzi­bie był nawet zasięg sieci komór­ko­wej15.

Arche­olog Bjørnar Olsen dobit­nie pod­su­mo­wuje tę ludzką współ­za­leż­ność, i naszą ten­den­cję do zapo­mi­na­nia o niej, gdy pisze o książce Samot­nie na bie­gu­nie połu­dnio­wym. To oparta na fak­tach opo­wieść o wypra­wie pew­nego Nor­wega, która była rekla­mo­wana w mediach jako histo­ria „pierw­szej, nie­wspo­ma­ga­nej, samo­dziel­nej eks­pe­dy­cji na bie­gun połu­dniowy”. Na pierw­szy rzut oka i tytuł książki, i jej mar­ke­tin­gowa otoczka wydają się trafne. Olsen zauważa jed­nak, że coś tu nie gra:

Gdy bli­żej zasta­no­wić się nad tymi rosz­cze­niami do suwe­ren­no­ści i pano­wa­nia (samot­nie? samo­dziel­nie? bez pomocy?), wycho­dzi na jaw, że w rze­czy­wi­sto­ści został odde­le­go­wany cały zespół akto­rów, aby poma­gać mu w poru­sza­niu się i prze­no­sze­niu nie­zbęd­nego ekwi­punku; pro­du­cenci spe­cja­li­stycz­nej odzieży zaopa­trzyli go w wia­tro­od­porny i cie­pły strój, śpi­wór i namiot; jego potrzebę wysoko pro­te­ino­wej żyw­no­ści zaspo­ko­iła sta­ran­nie wybrana sucha i zamro­żona żyw­ność – a uzy­ska­nie tego wszyst­kiego uła­twili mu spon­so­rzy i media. Zresztą jak kto­kol­wiek mógłby bez pomocy i samot­nie poru­szać się w tej nie­zmie­rzo­nej prze­strzeni? Przez cały czas poma­gały mu poko­le­nia kar­to­gra­fów, poprzedni podróż­nicy, sate­lity i nawi­ga­to­rzy16.

Czy nam się to podoba, czy nie – zawsze jeste­śmy czę­ścią jakieś zbio­ro­wo­ści, na któ­rej pole­gamy. Dla­tego naszym zada­niem jest urzą­dze­nie tego wspól­nego domu. Wła­śnie w tym celu powstała poli­tyka. Tak jak piszą Arendt czy Latour, poja­wia się ona wtedy, gdy orga­ni­zu­jemy nasz świat: gdy podej­mu­jemy decy­zję, jakimi war­to­ściami chcemy się kie­ro­wać, co jest naszym prio­ry­te­tem, jak ma wyglą­dać nasza codzien­ność. Tak więc poli­tyka to nie tylko dzia­ła­nia rządu, ale także mani­fe­sta­cje oby­wa­teli. Nie tylko dyrek­tywy Unii Euro­pej­skiej, ale także ludzie pod­pi­su­jący pety­cję za nimi lub prze­ciw nim. Nie tylko sejm uchwa­la­jący nowe prawo anty­dy­skry­mi­na­cyjne, ale także stu­dentki dopo­mi­na­jące się wpro­wa­dze­nia roz­wią­zań prze­ciwdziałających mob­bin­gowi i mole­sto­wa­niu na uczelni. Z poli­tyką mamy do czy­nie­nia zawsze tam, gdzie grupa osób podej­muje publiczne dzia­ła­nia, aby zmie­nić lub zacho­wać jakiś odci­nek rze­czy­wi­sto­ści.

3 × poli­tyka

Dopo­mi­na­nie się o upo­li­tycz­nie­nie to nic innego jak przy­po­mi­na­nie, że nie­które tematy powinny stać się przed­mio­tem zbio­ro­wego namy­słu i dzia­ła­nia. Jasne, poli­tycy i par­tie mają tu do ode­gra­nia ważną rolę. Nie tylko dla­tego, że to na nich dele­gu­jemy wyko­na­nie tych zadań, ale także z powodu tego, że mogą i powinni prze­ko­ny­wać nas do roz­wią­zań, które uwa­żają za słuszne. Nie zmie­nia to faktu, że poli­tyka nie zaczyna się i nie koń­czy na nich. Reszta z nas też może ode­grać swoją rolę. Nie jako jed­nostki pogrą­żone w indy­wi­du­al­nych zma­ga­niach ze świa­tem, ale jako oby­wa­tele i oby­wa­telki zaan­ga­żo­wani w zbio­rowe dzia­ła­nia na rzecz dobra wspól­nego.

Nie­stety stra­ci­li­śmy wiarę w poli­tykę. Może dla­tego nasza odwaga poli­tyczna skar­lała. Jesz­cze w dru­giej poło­wie dwu­dzie­stego wieku snu­li­śmy śmiałe wizje przy­szło­ści. Od pro­gramu bez­wa­run­ko­wego dochodu17, po pomy­sły roz­wią­za­nia pro­blemu glo­bal­nego nie­do­ży­wie­nia18. Jak­kol­wiek oce­nia­li­by­śmy real­ność tych pro­jek­tów, to miały one roz­mach. Były wyra­zem wiary w poli­tykę. Wyda­wa­łoby się, że dziś, po tylu deka­dach roz­woju nauko­wego, tech­nicz­nego i gospo­dar­czego, nasze wizje będą jesz­cze śmiel­sze niż w tam­tych cza­sach. Nie­stety, w wielu przy­pad­kach jest wręcz prze­ciw­nie. Nasze idee czę­sto nie wykra­czają poza drobne korekty sys­temu. Wszystko ponad to wydaje się nad­mier­nie ide­ali­styczne, nie­moż­liwe, a nawet nie­bez­pieczne. W chwi­lach naj­więk­szej śmia­ło­ści wra­camy do sta­rych pomy­słów, jak wspo­mniany dochód pod­sta­wowy.

Ten brak wiary w poli­tykę ujaw­nia się także wtedy, gdy roz­ma­wiamy o kry­zy­sie kli­ma­tycz­nym. I praw­do­po­dob­nie ni­gdzie indziej nie jest rów­nie nie­bez­pieczny. „Zmiana kli­matu jest zbio­ro­wym pro­ble­mem, który wymaga zbio­ro­wych dzia­łań na nie­spo­ty­kaną wcze­śniej skalę. Nie­stety ten pro­blem prze­bił się do powszech­nej świa­do­mo­ści aku­rat wtedy, gdy wydano ide­olo­giczną wojnę sfe­rze publicz­nej”19 – zauważa Naomi Klein, kana­dyj­ska dzien­ni­karka i akty­wistka. Ma rację, przy­szło się nam mie­rzyć z kry­zy­sem kli­ma­tycz­nym w spry­wa­ty­zo­wa­nej epoce – w cza­sach, w któ­rych bar­dziej wie­rzymy w magiczną moc indy­wi­du­al­nej przed­się­bior­czo­ści i biz­nesu, ewen­tu­al­nie w tech­no­kra­tyczne roz­wią­za­nia usta­lane za zamknię­tymi drzwiami, a nie we wspólne zmie­nia­nie świata za pomocą poli­tyki.

 

Część osób, gdy sły­szy o kata­stro­fie kli­ma­tycz­nej, mówi: niech rynek to zała­twi. Nic dziw­nego, mecha­ni­zmy ryn­kowe stały się naszym ulu­bio­nym zamien­ni­kiem dzia­łań poli­tycz­nych. Jak zauważa Geo­rge Mon­biot, publi­cy­sta „Guar­diana”, takie ocze­ki­wa­nia napo­ty­kają pod­sta­wową trud­ność: „rynek” to czę­sto tylko ładne okre­śle­nie na naj­po­tęż­niej­szych gra­czy ryn­ko­wych – a to, czego chce ów rynek, pokrywa się w wielu sytu­acjach z tym, czego chcą ci gra­cze20. To nie przy­pa­dek, że mecha­ni­zmy ryn­kowe nie roz­wią­zały do tej pory pro­blemu glo­bal­nego ocie­ple­nia. Po pro­stu naj­więk­sze firmy pali­wowe nie miały szcze­gól­nej moty­wa­cji, żeby to zro­bić.

Nie­sku­tecz­ność rynku w sfe­rze eko­lo­gicz­nej pod­kre­ślają sami eko­no­mi­ści, a przy­naj­mniej nie­któ­rzy z nich. Joseph Sti­glitz, lau­reat Nagrody Banku Szwe­cji im. Alfreda Nobla pisze wprost:

Jeśli ist­nieją duże roz­bież­no­ści mię­dzy korzy­ściami spo­łecz­nymi a korzy­ściami pry­wat­nymi, to same rynki nie wyko­nają zada­nia. Zmiana kli­matu sta­nowi wzor­cowy przy­kład takiej sytu­acji: spo­łeczne koszty emi­sji dwu­tlenku węgla są ogromne – sta­nowią egzy­sten­cjalne zagro­że­nie dla pla­nety – i znacz­nie prze­kra­czają koszty pono­szone przez dowolną firmę, a nawet kraj21.

Sti­glitz nie jest odosob­niony w tej opi­nii. Podob­nie wypo­wiada się Jean Tirole, kolejny zdo­bywca „eko­no­micz­nego Nobla”, jak potocz­nie zwana jest Nagroda Banku Szwe­cji. Wyobraźmy sobie, że

firma pro­du­ku­jąca ener­gię w elek­trowni węglo­wej emi­tuje gazy cie­plar­niane, takie jak dwu­tle­nek węgla oraz inne zanie­czysz­cze­nia (dwu­tle­nek siarki, tle­nek azotu), które powo­dują kwa­śne desz­cze – powiada Tirole. – Nie ma mecha­ni­zmu ryn­ko­wego chro­nią­cego osoby, które pono­szą tę szkodę22.

Innymi słowy, rynek nie chroni „trze­ciej strony”, która nie bie­rze bez­po­śred­nio udziału w wymia­nie han­dlo­wej, ale odczuwa jej skutki uboczne.

Musimy spoj­rzeć praw­dzie w oczy. Nie mamy tu do czy­nie­nia ze zwy­kłym pro­ble­mem tech­nicz­nym ani wyzwa­niem biz­ne­so­wym, które dałoby się roz­wią­zać za pomocą mecha­ni­zmów ryn­ko­wych. Nie ma poważ­nej roz­mowy o kata­stro­fie kli­ma­tycz­nej bez dys­ku­sji o rela­cjach wła­dzy, bez dys­ku­sji o war­to­ściach, bez dys­ku­sji o tym, jak mają być zor­ga­ni­zo­wane nasze spo­łe­czeń­stwa. Co możemy poświę­cić, a czego nie? Kto ma ponieść naj­więk­szy cię­żar zmian, a komu należy się pomoc? Gdzie mamy inter­we­nio­wać w pierw­szej kolej­no­ści, a co jest sprawą na póź­niej? To wszystko są dyle­maty poli­tyczne i tylko za pomocą poli­tyki można je roz­strzy­gnąć.

Celem mojej książki jest zmie­rze­nie się z kon­se­kwen­cjami tego pro­stego faktu: kry­zys kli­ma­tyczny jest pro­ble­mem poli­tycz­nym. I to w potrój­nym sen­sie! Po pierw­sze, zna­leź­li­śmy się w tak dra­ma­tycz­nej sytu­acji z powodu poli­tycz­nych zanie­dbań poprzed­nich dekad. Po dru­gie, skutki tych zanie­dbań będą poli­tyczne: masowe migra­cje, spa­dek jako­ści życia, pro­te­sty spo­łeczne. Po trze­cie, roz­wią­za­nie pro­blemu glo­bal­nego ocie­ple­nia leży po stro­nie poli­tyki, nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo pra­gnę­li­by­śmy tę poli­tykę omi­nąć, zda­jąc się na mecha­ni­zmy ryn­kowe, eks­per­tów czy inno­wa­cje.

Nie będę was prze­ko­ny­wał, że kli­mat się zmie­nia w sku­tek dzia­łal­no­ści czło­wieka. Naukowcy mieli silne dowody na to już w oko­li­cach 1980 roku23. Od tego czasu opu­bli­ko­wano pięć rapor­tów Mię­dzy­rzą­do­wego Zespołu ds. Zmian Kli­matu. Nad naj­now­szym, z 2014 roku, pra­co­wało w sumie 831 spe­cja­li­stów. Nie ma sensu po raz kolejny dowo­dzić rze­czy dowie­dzio­nych – kon­sen­sus naukowy w tej spra­wie jest jasny: glo­balne ocie­ple­nie zacho­dzi i jest skut­kiem ludz­kiej aktyw­no­ści. Jeśli ktoś chce się zapo­znać ze szcze­gó­łami, ist­nieje bogata lite­ra­tura na ten temat, na przy­kład zna­ko­mita książka Nauka o kli­ma­cie autor­stwa Alek­san­dry Kar­daś, Szy­mona Mali­now­skiego i Mar­cina Popkie­wi­cza. Nie ma też potrzeby szer­szego roz­wo­dze­nia się nad przy­rod­ni­czymi skut­kami glo­bal­nego ocie­ple­nia, bo i one zostały już dobrze omó­wione i były prze­wi­dy­wane czter­dzie­ści lat temu. Nie­które rejony czeka zala­nie, inne wynisz­cza­jące susze, musimy liczyć się ze wzro­stem liczby eks­tre­mal­nych zja­wisk mete­oro­lo­gicz­nych i ogól­nym pogor­sze­niem warun­ków śro­do­wi­sko­wych. Wszyst­kie te zagro­że­nia dobrze pod­su­mo­wuje David Wal­lace-Wells w Ziemi nie do życia. Jeśli wspo­mi­nam o nich na dal­szych stro­nach, to tylko w celu poka­za­nia, jak mocno są one splą­tane z poli­tycz­nym aspek­tem kry­zysu kli­ma­tycz­nego.

To wła­śnie splą­ta­nie świata przy­rody i świata poli­tyki będzie naszym punk­tem star­to­wym. Zro­zu­mie­nie tego powią­za­nia i wycią­gnię­cie z niego wnio­sków jest warun­kiem wstęp­nym do udzie­le­nia sen­sow­nej odpo­wie­dzi na zagro­że­nia kli­ma­tyczne. Nie możemy sobie pozwo­lić na kolejne zasko­cze­nie, tak jak to było w przy­padku koro­na­wi­rusa, gdy nagle dostrze­gli­śmy zwią­zek mię­dzy wiru­sami i gospo­darką. Sztuczne ogra­ni­cza­nie zmiany kli­matu do sfery czy­sto przy­rod­ni­czej to tylko unik, który wyko­nu­jemy, aby uciec przed zmie­rze­niem się z poli­tycz­nymi przy­czy­nami i kon­se­kwen­cjami glo­bal­nego ocie­ple­nia. Nie­je­dyny zresztą. Omó­wię jesz­cze dwa. Pierw­szy z tych pozo­sta­łych uni­ków to prze­ko­na­nie, że w spra­wie kry­zysu kli­ma­tycznego wystar­czy zdać się na spe­cja­li­stów i inno­wa­cje. Na pewno należy słu­chać eks­per­tów – jeśli są to eks­perci od kli­matu, a nie na przy­kład od repre­zen­to­wa­nia mię­dzynarodowych kon­cer­nów pali­wo­wych – ale jak zoba­czymy, to nie wystar­czy. Drugi unik to wiara w moc wybo­rów kon­su­menc­kich, mogą­cych rze­komo zastą­pić wybory poli­tyczne. Odpo­wie­dzialna kon­sump­cja zasłu­guje na pochwałę, ale wiara, że zapo­bie­gniemy w ten spo­sób kata­stro­fie kli­ma­tycznej, sta­nowi jedy­nie prze­dłu­że­nie naiw­nej ufno­ści w mecha­ni­zmy ryn­kowe.

Po zmie­rze­niu się z tymi uni­kami będziemy mogli stop­niowo zmie­rzać w kie­runku pozy­tyw­nym. Poroz­ma­wiamy na przy­kład o dobru wspól­nym – tro­chę zapo­mnia­nej war­to­ści, któ­rej dziś potrze­bu­jemy bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. Przy­po­mnimy sobie, jak uda­wało nam się wcze­śniej zmie­niać świat na lep­sze i jak dużą rolę odgry­wała w tym zbio­rowa mobi­li­za­cja. Zoba­czymy wresz­cie, jakie kon­kret­nie roz­wią­za­nia powin­ni­śmy zasto­so­wać w spra­wie kli­matu, jeśli naszym celem jest tro­ska o dobro wspólne, a naszą metodą dzia­ła­nia zbio­rowe. Spró­bu­jemy wyzwo­lić w sobie poli­tyczny opty­mizm.

Nie­któ­rych czy­tel­ni­ków i czy­tel­niczki może kusić prze­sko­cze­nie wprost do moż­li­wych roz­wią­zań kry­zysu kli­ma­tycz­nego. Kata­strofa coraz bli­żej, trzeba dzia­łać szybko, więc po co roz­wo­dzić się nad uni­kami czy też prze­szko­dami w naszym myśle­niu? Nie lepiej przejść od razu do puenty? To nie takie pro­ste. Zga­dzam się w tej kwe­stii ze sło­weń­skim filo­zo­fem Sla­vo­jem Žižkiem – od tego, jak zde­fi­niu­jemy pro­blem, zależy pro­po­zy­cja jego roz­wią­za­nia24. Roz­po­zna­jąc błędy w naszym podej­ściu do kry­zysu kli­ma­tycz­nego, wyty­czamy rów­no­cze­śnie drogi wyj­ścia z impasu. Ufam, że będzie to widać w poszcze­gól­nych roz­dzia­łach. Jak zoba­czy­cie, nawet tam, gdzie punk­tem wyj­ścia są roz­wią­za­nia, które nie dzia­łają, ich kry­tyka od razu będzie nas napro­wa­dzała na bar­dziej obie­cu­jące alter­na­tywy. Pój­ście ścieżką na skróty – „od razu do puenty” – przy­po­mi­na­łoby wybie­gnię­cie na boisko po kilku prze­gra­nych meczach bez próby zasta­no­wie­nia się nad przy­czy­nami wcze­śniej­szych pora­żek. Nie stać nas na taką non­sza­lan­cję, stawka meczu jest zbyt wysoka.

Inne książki tego autora