Historie fandomowe

Tekst
Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Centrala i teren

Choć ferment działalności klubowej zaczął się nieco wcześniej, to właśnie rok 1976, rok poznańskiego Euroconu, uznaje się za datę określającą narodziny polskiego fandomu. Przede wszystkim dlatego, że powstał wówczas Ogólnopolski Klub Miłośników Fantastyki i Science Fiction, w skrócie: OKMFiSF. Narodził się on z połączenia trzech mniejszych warszawskich klubów[4] i utworzony został przez zespół założycielski[5], do którego dołączyła niebawem grupa innych jeszcze działaczy.

„Idea [utworzenia takiej organizacji] wzięła się z naszej złości na brak fantastyki na rynku – wspominał po latach Jacek Rodek, pełniący funkcję sekretarza organizacji – jak wiadomo, ukazywało się ledwie parę tytułów rocznie. Wydawało nam się, że taka organizacja będzie miała jakiś wpływ na to, co powinno się w Polsce ukazywać. To miał być najważniejszy cel OKMFiSF”17.

Oczywiście tego rodzaju stowarzyszenie nie mogło działać niezależnie od istniejących struktur. Klub „podczepił się” pod Socjalistyczny Związek Studentów Polskich, podlegający z kolei Ministerstwu Kultury i Sztuki. Większość działaczy była w trakcie studiów, wybór taki wydawał się zatem naturalny. Istotne było to, że powstanie klubu zostało szeroko rozpropagowane, bez wątpienia kluczowym elementem nagłośnienia sprawy była prezentacja OKMFiSF w magazynie telewizyjnym Pegaz: w ten sposób o nowej inicjatywie usłyszeć mogła cała Polska.

Pomysł na działalność wyglądał z grubsza tak: warszawska centrala stawiała sobie poważne cele ogólnokrajowe. Przede wszystkim, o czym wspominał Jacek Rodek, nacisk na wydawców i działania na rzecz zwiększenia liczby wydawanych tytułów fantastycznych. Ale to dopiero początek. Klub od pierwszej chwili dążył do otwarcia czasopisma poświęconego fantastyce, planowano również wydawanie biuletynów z przekładami literatury zagranicznej, a także powołanie do życia Klubu Twórców, czyli po prostu organizację warsztatów, jak byśmy to dziś powiedzieli, kreatywnego pisania. Istotną częścią działalności miały być także rozmaite seminaria oraz zjazdy dla fanów i twórców.

Jednocześnie centrala miała stać się przykładem dla reszty kraju, zachęcać miłośników fantastyki do zakładania lokalnych klubów, którym OKMFiSF służyć miał za parasol. Tyle że na linii Warszawa–kluby w terenie, właściwie od początku, pojawiły się tarcia.

– Żeby klub mógł legalnie działać, konieczna była formalna rejestracja – opowiada Wojtek Sedeńko. – Żeby założyć oddział, trzeba było mieć legitymacje i wysyłać raporty. Problem w tym, że to śmierdziało komuną… Śmialiśmy się z tego i szybko mieliśmy dość. Tyle że jeśli chciało się działać, innej drogi nie było.

– Nasz bydgoski klub Maskon – wspomina Jacek Pniewski – wstąpił do PSMF-u w charakterze oddziału wojewódzkiego. – Polskie Stowarzyszenie Miłośników Fantastyki to od 1981 roku następca OKMFiSF-u. – Fajnie to brzmiało, obiecywali różne rzeczy, na przykład wydawnictwa. Ale potem nic się nie działo. W końcu za niepłacenie składek i unikanie sprawozdawczości zdegradowali nas z oddziału do klubu. To nam się w sumie opłaciło, bo oddział kontrolowano co pół roku, a klubu nie – mówi ze śmiechem. – Mieliśmy więcej luzu, mogliśmy robić, co chcieliśmy.

Zetknięcie spontanicznie działającej młodzieży, która po prostu chciała dyskutować o tym, co ją interesuje, z formalistycznym aparatem państwowej organizacji nie mogło się udać.

Trzeba powiedzieć szczerze – OKMFiSF wzorem dobrej organizacji nigdy nie był – notuje w swoich wspomnieniach Wiktor Bukato. – Ale nic dziwnego, skoro była to pierwsza taka organizacja w Polsce, kraju bez tradycji fandomowych, ba, nawet bez dobrej znajomości kanonu zachodniej literatury fantastycznej. A mimo to Klub jakoś działał, organizował konwenty, a co więcej, dorobił się własnej serii fantastyki wydawanej przez Krajową Agencję Wydawniczą. I choć serię zapoczątkował Ósmy krąg piekieł Krzysztofa Borunia, to większość wydawanych w niej książek napisali debiutanci. Prawda, nie zawsze były to udane debiuty, ale znaczenia tego faktu nie sposób przecenić: oto po raz pierwszy wydawca przyjmował do publikacji dzieła autorów młodych, nie krzywiąc się, że daleko im do Lema…18

KAW-owska seria była bez wątpienia sukcesem organizacji, tym bardziej że w wydawnictwie zatrudniony został jeden z założycieli OKMFiSF-u Andrzej Wójcik. Mimo że sam wywodził się z tego środowiska, łatwo nie miał. O współpracy z klubowiczami opowiadał tak: „[…] wśród fanów zapanowały bardzo wojownicze nastroje. Domagali się oni od wydawnictwa absolutnej kontroli nad tym, co będzie się ukazywać. […] Z moich doświadczeń wynika, że najbardziej hałaśliwi i agresywni są ci, którzy sami próbują pisać. Podobnie zachowują się odrzuceni recenzenci”19.

Ze słów Wójcika widać wyraźnie, że członkowie organizacji, choć często zniechęceni ślamazarnym cyklem wydawniczym, postrzegali KAW-owską serię jako własną, jako naturalne miejsce debiutów i realizowania literackich ambicji.

Do osiągnięć klubu zaliczyć należy też organizację imprez, takich jak Orbity Przyjaźni (od 1978 roku), których wprawdzie zwykle nie uznaje się za prawdziwe konwenty (musiały spłacać serwituty władzy, więc zapraszano na nie głównie pisarzy z państw socjalistycznych), ale przecież jednak się odbywały i miały swój sens. Delegaci organizacji jeździli także na światowe konwenty, bodaj pierwszym istotnym był Worldcon w brytyjskim Brighton w 1979 roku – można więc już mówić o podłączeniu polskiego fandomu do światowego krwiobiegu.

OKMFiSF działał mniej więcej pięć lat, w 1981 roku ustąpił PSMF-owi. Nowa organizacja nie dysponowała praktycznie żadnym budżetem – finansowanie szło za konkretnymi projektami – i zajmowała się sprawami czysto organizacyjnymi; decydowano na przykład, kto będzie gospodarzem danego konwentu.

„PSMF był odpowiedzią na OKMFiSF” – wspomina Jacek Rodek w rozmowie z Wojtkiem Sedeńką, na co wywiadujący odpowiada: „Kadry zostały te same…”. „Tak – stwierdza Rodek – ale to były czasy zmiany wart, nadeszła nowa generacja, która uważała, że wszystko, co stare, jest złe, a oni potrafią zrobić wszystko lepiej i mądrzej”. „I powtórzyli wszystkie stare błędy…”20 – puentuje Sedeńko.

Ze wspomnień działaczy z tamtych czasów rzeczywiście wynika, że różnicę trudno było zauważyć: utrzymywała się ta sama niechęć „terenu” do „centrali”, zwykłych fanów do państwowej organizacji, sprawozdawczości, legitymacji i składek. PSMF, zgodnie z centralistyczną logiką działania państwa, rościł sobie prawa do legalizowania inicjatyw lokalnych, co klubom z innych miast niespecjalnie się podobało.

Ciekawy jest tu przypadek Śląskiego Klubu Fantastyki, jednego z najprężniejszych w kraju.

– Nasze spotkanie założycielskie odbyło się 18 września 1981 roku w sali 228 w Instytucie Matematyki Uniwersytetu Śląskiego – opowiada Piotr W. Cholewa. – To bardzo ważne wydarzenie, aż dziw, że tam wciąż nie ma wmurowanej tablicy okolicznościowej – mówi ze śmiechem.

W Bytomiu działał już wcześniej klub Somnambul, formalnie jako oddział OKMFiSF.

– Ludzie z Somnambula i ich kumple to była ta ekipa założycielska, to oni zebrali te dwadzieścia osób potrzebnych do zarejestrowania klubu – opowiadał Piotr Rak.

– Instytucji wspierającej nie mieliśmy – kontynuuje Cholewa – ale sprzyjał nam szef wojewódzkiego Wydziału Kultury, no i Wydawnictwo Śląsk. Ten szef, Rajmund Hanke, wydał książkę fantastyczną, marną, ale poczuwał się do wspólnoty: był takim niespełnionym pisarzem i miłośnikiem fantastyki, więc nas wspierał. Podobno jak jechał na urlop, mówił do sekretarek, że jakby przyszli ci z klubu fantastyki, to on w ciemno popiera wszystkie nasze pomysły…

– Gdyby nie to, że trafiliśmy na odpowiedni moment w osiemdziesiątym pierwszym roku, nie udałoby się nam niczego zdziałać – dodaje Elżbieta Gepfert. – Do osiemdziesiątego siódmego oficjalnie działaliśmy tylko my i PSMF.

Rzecz w tym, że ówczesne władze kierowały się prostą – i centralistyczną – zasadą: jeżeli na terenie kraju działa organizacja zajmująca się daną sprawą, dajmy na to fantastyką, to tym samym kwestia jest załatwiona i nie ma po co powoływać następnych tego typu instytucji. Skoro w Warszawie funkcjonuje stowarzyszenie fantastów, to reszta kraju powinna się do niego podłączyć. Śląski Klub Fantastyki zdołał się jednak zarejestrować, podając jako swój zakres działania województwo katowickie.

Gepfert, Cholewa i Rak z rozbawieniem wspominają różnego rodzaju przepychanki z PSMF-em.

– Czyli co? – pytam. – Rozumiem, że to była regularna wojna podjazdowa?

– Ja bym z tą wojną nie przesadzał. – Piotr Rak macha ręką. – Bardziej oni cierpieli niż my. To raczej było tak, że oni mieli mieć władzę w całym kraju, a tu nagle ją tracili. Tak jakby był sobie król, a tu mu jakiś książę wyskakuje – objaśnia na przykładzie jakże stosownym dla członka klubu o długiej tradycji tolkienistycznej.

Struktury może i rzeczywiście trzeszczały – tak jak trzeszczeć zaczynało całe państwo – ale prawdziwe życie fandomu toczyło się nie na szczeblach decydenckich, tylko niżej, tam gdzie zwykli fani.

Tak oto polski, raczkujący jeszcze fandom zdobył pierwsze doświadczenia. I wtedy przyszedł rok 1982, który przyniósł kolejne wydarzenie o trudnych do przecenienia skutkach.

Faza 2: fandom krzepnie
Październik 1982

Na okładce w dumnej pozie stoi kobieta, jakaś wojowniczka, ale najwyraźniej z wyższych sfer. Ma rozwiane blond włosy, na czole wysadzany rubinami diadem, na biodrach pas, nawet dwa, przy jednym wisi miecz. Poza tym ubrana jest nadzwyczaj skąpo: raptem fioletowy płaszcz spięty klamrą, odsłaniający brzuch i sporą część piersi (zasłonięte partie i tak jawią się sugestywnie pod najwyraźniej cienkim materiałem), na przedramionach sznurowane ochraniacze, a do tego spódniczka, w której przypadku określenie „mini” wydaje się i tak nazbyt hojne. Patrzy nam prosto w oczy, a jej rysy twarzy, a nade wszystko makijaż od razu przywodzą na myśl estetykę lat osiemdziesiątych. Nad nią napis tłustą, czerwoną czcionką: „Miesięcznik Fantastyka. 1/82”. Obok: „Cena 50 zł”.

 

Tak wyglądał pierwszy numer pierwszego polskiego pisma poświęconego fantastyce, który w październiku trafił do kiosków na terenie całego kraju. Trafił – i natychmiast zniknął.

– Czytałem wszystkie numery z wyjątkiem pierwszego – wspomina Jacek Inglot – bo ten wyprzedał się w kilka godzin: na tle przygnębiającej szarzyzny stanu wojennego nagle taka kolorowa okładka, i to z półgołą babą z mieczem! Potem już sobie założyłem teczkę w kiosku…

Choć warstwa graficzna może dziś nie budzi przesadnego entuzjazmu…

– Okładki mieli dość koszmarne – twierdzi Mirosław Kowalski, późniejszy szef wydawnictwa superNOWA. – Niektóre wyglądały tak, jakby ktoś sobie jaja robił, takie to było niewprawne. Po prawdzie to i książki nie grzeszyły wtedy urodą…

…to zawartość pisma robi wrażenie, także po latach.

Na wewnętrznej stronie okładki: ogłoszenie nieustającego konkursu dla twórców literatury oraz grafiki fantastycznej, a także informacje z VII Europejskiego Kongresu SF w Republice Federalnej Niemiec.

Po spisie treści: wstępniak redaktora naczelnego, w którym kreśli on program nowego pisma: „[…] z myślą o jutrze oddajemy do rąk Czytelników pierwszy numer pierwszego polskiego czasopisma poświęconego szeroko pojętej fantastyce. A przecież to właśnie fantazja i wyobraźnia dyktują plany przyszłościowe i programy” – widać zatem, że nie tylko o czczą rozrywkę ma tu chodzić. Dalej mowa jest o fenomenie Stanisława Lema, którego światowy sukces to istne signum temporis i za którym podążają nowi pisarze gatunku, a gromada to spora, że aż „trudno ich już na palcach obu rąk zliczyć”. Naczelny obiecuje teksty zarówno polskich, jak i zagranicznych autorów, w przypadku tych drugich zapowiada druk całych powieści w odcinkach, które „nie będą się ciągnęły tasiemcowo przez wiele numerów, lecz zamkną się w dwóch lub trzech”: drukowano je zresztą w taki sposób, żeby łatwo dały się wyjąć i złożyć w książeczkę. Redaktor zapowiada też wieści ze środowiska fanów, a także teksty krytyczne i popularnonaukowe.

I wszystko się zgadza. Pierwszy numer zawiera dwa opowiadania autorów zagranicznych oraz dwa polskich, a do tego dwa pierwsze odcinki powieści: znanych i cenionych braci Strugackich (Żuk w mrowisku) oraz Pieśń dla Lyanny George’a R. R. Martina (jak widać, Martin znany był polskim czytelnikom fantastyki na długo przed HBO-wską Grą o tron). Pojawiają się trzy teksty popularnonaukowe: o tym, jak podbój kosmosu przedstawiany jest w fantastyce naukowej, o problemach budowy osiedli na innych planetach oraz o sztucznej inteligencji. Numer wieńczy komiks, przygodowa space opera pod tytułem Eksponat AX, a poprzedza go blok krytyczny, w którym znaleźć można między innymi szkic o Lemie, listę bestsellerów i rozmowę z wydawcą.

Ze wspomnień fanów z tamtej epoki wyraźnie przebija wątek trudności ze zdobywaniem kolejnych numerów pisma, zjawisko zresztą typowe dla ówczesnych realiów dystrybucyjnych w ogóle.

– Mieliśmy nakład sto tysięcy – mówi Jacek Rodek, członek redakcji – a mogłoby się sprzedać dwa razy tyle. No ale nie było papieru.

Później nakład pisma jeszcze wzrósł, choć tak czy inaczej wciąż go brakowało.

– Robili po sto pięćdziesiąt tysięcy, a i tak pismo było prawie nie do dostania – zauważa Kowalski.

– To się rozchodziło fenomenalnie, każdy numer czytało po kilka osób – wtóruje mu Inglot. – Naczelny mówił, że w Polsce są setki tysięcy fantastów, ale tak naprawdę to chyba były ich wówczas miliony.

Oczywiście pismo trafiało nie tylko do zrzeszonych działaczy fandomu. Adresowane było do szerokiego kręgu czytelników, ale dla działających w klubach fantastów, dla organizatorów ruchu fanowskiego, powołanie takiego magazynu stanowiło spełnienie jednej z największych ambicji i potrzeb oraz ukoronowanie kilkuletnich starań. Nie mogli mieć przy tym świadomości, że powstałe w październiku 1982 roku czasopismo okaże się jednym z najbardziej długowiecznych magazynów tego typu na świecie i przetrwa kolejne dekady – aż do dziś.

Kulisy powstania

W peerelowskich realiach, zwłaszcza w dobie stanu wojennego, powołanie do życia nowego czasopisma łatwe nie było i wymagało przede wszystkim chodów: trzeba było dotrzeć do odpowiednio wysokiego urzędnika i załatwić zgodę, przydział papieru, ustalić kwestie kadrowe. Niemniej polski fandom już od samego początku swojej instytucjonalnej działalności podejmował próby stworzenia własnego organu prasowego.

– Były wcześniej próby wydania miesięcznika fantastycznego – wspomina Marek Oramus, który należał do owej nieformalnej „grupy inicjatywnej”. – W pewnym momencie mieliśmy już nawet gotowy numer, z okładką i w ogóle, w każdej chwili mógł iść do druku. Plan był taki, żeby wydawała to pismo Krajowa Agencja Wydawnicza. – Jak pamiętamy, oficyna ta programowo publikowała literaturę fantastyczną i pracował w niej działacz fandomowy Andrzej Wójcik, także należący do owej „grupy inicjatywnej”. – Może idealizuję po latach, ale wydaje mi się, że to naprawdę było dobre. Tyle że ta inicjatywa jednak się nie udała. Byłem nawet u Hermaszewskiego, żeby pomógł, ale był zbyt zajęty sobą i nic nie zrobił.

O mały włos pierwszym regularnie wydawanym pismem nie została „SFera”. Grupa aktywistów (Marek Nowowiejski, Marek Oramus i Sławomir Pikuła) uzyskała ponoć zgodę stosownych organów na wydawanie periodyku liczącego trzydzieści dwie strony i w nakładzie dwóch tysięcy egzemplarzy. Pismo trafiło już nawet do drukarni, ale z niej nie wyszło, bo wybuchł stan wojenny21.

Tuż przed nim, w listopadzie 1981 roku, bardzo zaawansowane były już rozmowy w sprawie właściwej „Fantastyki”. Jeden z – jak to ujął Piotr W. Cholewa – „spiritusów movensów” tej inicjatywy, Jacek Rodek, wspominał: „Tytuł był już wtedy wymyślony […], przygotowano wstępnie pierwszy numer. Nastąpiły też pewne rozwiązania personalne […]. Ale wybuchł stan wojenny i wszystko uległo zawieszeniu. Dopiero wiosną, przy pomocy mojego ojca, który pracował w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, udało się dotrzeć do Hoffmana, szefa KWCz, i zainteresować go sprawą. I dostaliśmy pozwolenie”22.

– Zgodę musiał dać Stefan Olszowski – opowiada Marek Oramus. Olszowski był komunistycznym działaczem, posłem na Sejm w latach siedemdziesiątych, a także dwukrotnie ministrem spraw zagranicznych oraz członkiem Biura Politycznego Komitetu Centralnego; w 1986 roku przeprowadził się na stałe do USA. – Był stan wojenny i ponoć ten Olszowski powiedział: „Niech sobie młodzi przemycają wraże treści ideologiczne”; nie byłem przy tym, ale ładne zdanie.

Lech Jęczmyk przytacza je w innym nieco brzmieniu:

– „Dobrze, dobrze, już róbcie tę antysocjalistyczną robotę”, powiedział. Jacek Rodek, Andrzej Wójcik i Tadeusz Markowski, którzy wtedy poszli do KC, zaproponowali mnie na naczelnego, na co Olszowski zapytał, czy jestem partyjny. „Nie”. „To niech się zapisze, wtedy mianujemy”. Ale ja nie chciałem. I wzięli Hollanka. W sumie dobrze, bo jakby jakiś bardziej opozycyjny się trafił, to pewnie by pismo zamknęli – opowiadał mi Jęczmyk w swoim warszawskim mieszkaniu.

W tej legendarnej – może nawet apokryficznej? – wypowiedzi komunistycznego dygnitarza pobrzmiewa jednak pewna prawda o tym, jaki sens pismo to mogło mieć dla ówczesnej władzy, zwłaszcza w momencie tak dużego społecznego napięcia.

– Z partyjnego punktu widzenia to się opłacało: niech czytają fantastykę, a nie demonstrują na ulicach – uważa Marek Oramus.

Podobnie widział to Maciej Parowski: „Fantastyka” mogła „odegrać rolę emocjonalnego wentyla, korzystnego dla władz. Bo przecież faktem jest, że pismo przyciągnęło dziesiątki, a potem setki wywrotowców wyobraźni, szerzyło niebezpieczny, a niepoddający się prostej cenzurze klimat wolności”23.

Jakiekolwiek intencje przyświecały władzom, prawda jest taka, że powołanie do istnienia „Fantastyki” oznaczało nie tylko zaspokojenie (choćby częściowe) czytelniczych potrzeb amatorów gatunku oraz (w jeszcze chyba mniejszym stopniu, bo oczekiwania były ogromne) działaczy klubów, ale także ukonstytuowanie się wyjątkowego środowiska literackiego.

„Stacjonarny konwent”

Kluczową sprawą przy tworzeniu nowego pisma było obsadzenie stanowiska redaktora naczelnego. Jęczmyk cieszył się uznaniem środowiska i miał niebagatelne doświadczenie wydawnicze z literaturą fantastyczną, ale był politycznie nieodpowiedni. Odpadła także kandydatura Krzysztofa Borunia, jednego z weteranów rodzimej science fiction. Ostatecznie funkcję naczelnego otrzymał Adam Hollanek. Dziś jest to pisarz raczej zapomniany, ale w czasach PRL-u regularnie wydawał – w 1958 roku debiutował fantastyczno-naukową powieścią Katastrofa na „Słońcu Antarktydy” i do gatunku konsekwentnie wracał – a do tego posiadał doświadczenie dziennikarskie i cieszył się zaufaniem ówczesnych władz. Gorzej było z uznaniem wśród czytelników, zwłaszcza w obrębie fandomu.

– To był pisarz słaby, ale wydawany, no i popełnił jakieś rzeczy z fantastyki – podsumowuje Piotr W. Cholewa.

– Hollanek był uczciwy, nie słyszałem, by kogoś skrzywdził bądź zachowywał się ordynarnie, robił dla pisma, co mógł, bądź samooszukiwał się, że robi, co może – mówi Mirosław Kowalski. – Był to jednak człowiek pozbawiony talentu, któremu komuchy przetrąciły kręgosłup. Tak jak Lem pochodził ze Lwowa i w swojej manii wielkości uważał, że dorównuje Lemowi. No ale w sumie trudno go potępiać.

– Nie był dobrym pisarzem – stwierdził Maciej Parowski. – Ale nie był też skurwysynem, zwłaszcza jak na naczelnych w czasach PRL-u.

W jednym z tekstów Parowski pisał o nim, że „dał się poznać jako zupełnie znośny szef o szerokich horyzontach”24.

W czasach urzędowania Hollanka – który stanowisko piastował do 1990 roku, później kontynuując współpracę jako felietonista pisma – w dobrym tonie wśród fanów było, jak byśmy dziś powiedzieli, hejtowanie naczelnego „Fantastyki”. Przyczyn było kilka: z jednej strony brak uznania dla jego prozy – pewnie przesadny, acz przyznać trzeba, że dziś mało kto wraca do jego literatury – z drugiej automatyczna podejrzliwość wobec każdego, kto piastuje kierowniczą funkcję, bo to przecież oznacza, że akceptują go władze; z trzeciej – dochodził tu jeszcze element również dość typowej niechęci środowiska do kogoś, kto się z niego nie wywodził. Hollanek nie był człowiekiem fandomu, a tu nagle, z rządowego nadania, awansował do roli głównego rozgrywającego.

Po latach jego współpracownicy oraz ci, którzy po prostu pismo czytali, oceniają jednak Hollanka znacznie łagodniej, dostrzegając w nim nie tylko raczej miernego pisarza, ale przede wszystkim działacza i współtwórcę sukcesu „Fantastyki”.

– On się bardzo wczuł w rolę opiekuna SF – opowiadał mi Piotr W. Cholewa. – Może i trochę blokował, ale głównie ze względu na konserwatywne gusta i obyczajowość. Wiele się mówiło o jego ingerencjach w dość śmiały na tamte czasy tekst Houston, Houston Jamesa Tiptreego. Pamiętam też takie shorty, opowiadanka na kilka zdań, i w jednym z nich, nie przypominam sobie autora ani nic, pojawiał się krasnoludek i miał tam… niebieską czapeczkę, bo czerwona podobno by się kojarzyła, więc Hollanek kazał usunąć.

– Potem i niebieska była problemem, bo milicja… – mówi ze śmiechem Elżbieta Gepfert.

(W innej wersji tej anegdoty czapeczka została poprawiona na zieloną).

Kolejną wymowną anegdotę opowiada mi Marek Oramus:

– Na konwent w Staszowie Rodek przywiózł kasetę z filmem Przesłuchanie Bugajskiego – ze względu na antysystemowy wydźwięk filmu nie dopuszczono do dystrybucji – i całą noc chodziła na pokazach. No i rano zjawili się smutni panowie. Sytuacja wyglądała tak: naczelny Hollanek i zastępca Rodek siedzieli zamknięci z tymi dwoma facetami z bezpieki i omawiali sprawę. My staliśmy pod drzwiami: czy ich tam nie biją, nie aresztują? I wpadaliśmy na różne pomysły, co zrobić, żeby zajrzeć do środka. Ja na przykład wziąłem stół, wchodzę i mówię, że oddaję, bo pożyczyłem. Zobaczyłem, że siedzą z markotnymi minami i debatują. Inny wpadł z portkami w garści, że niby ma rozwolnienie i musi skorzystać ze sracza. Ostatecznie stanęło na tym, że ani „Fantastyka”, ani konwent nie poniosły żadnych konsekwencji. Widać Hollanek miał mocniejsze karty niż ci smutni panowie.

 

Redakcja liczyła kilkunastu członków (w tej pierwszej fazie nie było tam żadnej kobiety), z których znacząca część wywodziła się z fandomu. Zastępcą naczelnego został Andrzej Wójcik, który jednak po pewnym czasie odszedł („Od początku Hollanek z Wójcikiem darli ze sobą koty. […] mówiąc w skrócie, szło o to, kto kogo pierwszy wykopie z układu”25 – wspominał jeden z redaktorów). Jacek Rodek objął stanowisko kierownika działu zagranicznego, czyli odpowiadał za dobór tekstów tłumaczonych, do czego międzynarodowe kontakty wypracowane w ramach fandomowej działalności okazywały się bardzo przydatne. Kierowniczą funkcję pełnił też Andrzej Krzepkowski, kolejny pisarz SF w zespole, który zajmował się „działem ogólnym”, z kolei Andrzej Niewiadowski, jeden z nielicznych wówczas literaturoznawców zajmujących się fantastyką, objął dział krytyki. Po dwóch latach do zespołu dołączył Lech Jęczmyk, który stracił pracę w wydawnictwie Czytelnik (Jęczmyk, jako opozycjonista, bojkotował media, a kiedy przełożony zwrócił mu uwagę, że rozmowy z dziennikarzami to obowiązek kierownika redakcji, ów odpowiedział, że za to nie ma obowiązku być kierownikiem, i złożył rezygnację). Jacek Rodek oddał Jęczmykowi dział zagraniczny („Zostałem wicenaczelnym, a na swoje miejsce wziąłem Jęczmyka i tak sam się pozbawiłem roboty – opowiadał. – Zająłem się w związku z tym komiksem”). Ale już na przykład dla Marka Oramusa, który przecież brał aktywny udział w próbach powołania pisma do życia, miejsca zabrakło.

– Mnie z dziennikarstwa wyrzucono po negatywnej weryfikacji – wspomina pisarz, który nie mogąc w latach osiemdziesiątych zarabiać na życie dziennikarstwem, wyjechał z Warszawy i zabrał się do pisania książek, zarabiając na życie produkcją szczotek w warsztacie odziedziczonym po ojcu. – Do „Fantastyki” dołączyłem dopiero koło 1990 roku.

„Był dużo bardziej ode mnie zasłużony dla ruchu fantastycznego człowiek – Marek Oramus, który długo działał, który był jeszcze bardziej antyrządowy niż ja, który już wtedy był aktywnym pisarzem […]. Marek był dla władz bardziej kontrowersyjny i nie mógł się w »Fantastyce« zatrudnić. […] A ja byłem troszeczkę mniej kontrowersyjny, troszeczkę starszy, jakby spokojniejszy, mniej kanciasty i zostałem zaproszony przez zespół ludzi organizujących to pismo […]”26 – wspominał po latach jeszcze jeden członek redakcji, Maciej Parowski, odpowiedzialny za dział prozy polskiej.

Ten sam Parowski w innym miejscu, ale także po latach, opisywał fenomen, jakim okazała się redakcja „Fantastyki” – oczywiście zmieniająca się z biegiem czasu, ale też nie jakoś przesadnie szybko. Faktem jest, że pismo odegrało ogromną rolę w rozwoju polskiego środowiska fantastycznego, ale nade wszystko literatury tego gatunku, „Fantastyka” powstała w momencie narodzin nowej fali tej prozy, zarejestrowała i współtworzyła jej boom. Trzeba pamiętać, że było to pismo, „które wyłoniło się na duchowych gruzach stanu wojennego, bezpośrednio po owym pogromie. Władze niczego się po nas nie spodziewały, ponad to, że na chwilę wypełnimy pustkę, zeżremy nadmiar papieru (jeszcze rok wcześniej był jego wielki brak), a potem awantura i bojkoty przyschną”. Tymczasem redakcja stała się „stacjonarnym konwentem, ale także fantastycznym uniwersytetem”27 – tu tworzono nowe treści i dyskutowano o nich.

W tym miejscu trzeba się na chwilę zatrzymać, bo choć przez „Fantastykę” przeszedł panteon środowiskowych znakomitości, to właśnie redaktor Parowski, jak nikt inny, stał się jej symbolem i legendą.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?