Historie fandomowe

Tekst
Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tomasz Pindel
Historie fandomowe


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Dark Crayon

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Na okładce wykorzystano fragmenty kadrów z filmu Podróż na Księżyc (Le Voyage dans la Lune) Georges’a Mélièsa z 1902 roku

Copyright © by Tomasz Pindel, 2019

Opieka redakcyjna Magdalena Moskal

Redakcja Ewa Polańska

Korekta d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Ewa Ostafin / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-893-8

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

Słowo wyjaśniające

Epoka 1

Faza 1: fandom powstaje

Faza 2: fandom krzepnie

Faza 3: fandom się zmienia

Epoka 2

Faza 4: nie ma już fandomu, są fandomy

Podziękowania

Bibliografia

Przypisy końcowe

Przypisy

Kolofon

Dla Ani i Zbyszka

Prawda jest taka, że przydarzyła nam się wielka przygoda.

Maciej Parowski

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Słowo wyjaśniające

Dawno, dawno temu, w odległej niczym galaktyka epoce, skupiona na trudnościach i bolączkach życia codziennego populacja kraju znanego pod skrótową nazwą PRL żyła pogrążona w kulturowej szarzyźnie. Cała? Nie! Istniały w niej bowiem jednostki, które poszukiwały, przede wszystkim w lekturach, jakiejś innej rzeczywistości, sięgały daleko, głównie w kosmos, i wcale nie był to odruch tylko eskapistyczny. Czasami te inne światy służyły właśnie do tego, aby lepiej zrozumieć, a w każdym razie lepiej poczuć się w tym rzeczywistym. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych owe jednostki zdały sobie sprawę, że choć rozproszone, to całkiem są liczne, i zaczęły łączyć się w grupy, oplatając z czasem kraj istną siecią organizacji zrzeszającej ludzi, dla których fantastyka była czymś więcej niż tylko rozrywką. Tak narodził się ruch miłośników fantastyki, czyli fandom, a wraz z nim zupełnie nowe w kraju zjawisko literacko-kulturowo-społeczne, które miało wydać owoce, o jakich wtedy, dawno temu, na samym początku, raczej nikomu się nie śniło.

Książka, którą trzymasz, Czytelniczko/Czytelniku, w ręku, to opowieść o tym, jak ów ruch fanowski powstawał, jak się rozrastał, jak przechodził, razem z całym krajem, głęboką przemianę przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, i jak wygląda dzisiaj. O fanach fantastyki ci, którzy takimi fanami nie są, generalnie wiedzą niewiele. Istnieje obiegowy stereotyp, w myśl którego są to nałogowi pożeracze książek o pojazdach kosmicznych i/lub elfach, spotykający się cyklicznie na swoich zamkniętych imprezach, tkwiący w kulturowym i towarzyskim getcie, i paradujący albo w czarnych koszulkach, albo w cudacznych przebraniach rodem z japońskich kreskówek. Na ich literaturę czy inne formy aktywności (jak choćby wspomniane przebieranki, malowanie modeli pojazdów kosmicznych tudzież granie w gry, w których nie tylko rzuca się dziwnymi kostkami, ale trzeba jeszcze udawać jakieś baśniowe stwory) reszta społeczeństwa patrzy z dystansem bądź wprost z pobłażaniem. Tymczasem prawda jest taka, że ruch polskich fanów fantastyki to nie tylko zjawisko o całkiem długiej historii (minęła już czwarta dekada), nie tylko kawał historii kraju (czujne lustro odbijające liczne przemiany owych czterech dekad), nie tylko niezwykłe środowisko twórców i animatorów kultury (w fantastyce, jak w żadnej innej domenie, granica między twórcą a odbiorcą okazuje się wyjątkowo płynna), ale także przykład unikatowej i nadzwyczaj bogatej formy uczestniczenia w kulturze (pierwotnie literackiej, później pole uległo znacznemu poszerzeniu). Niniejsza książka jest próbą przybliżenia – w zarysie i syntetycznie – tych wszystkich elementów.

Nie będzie to, zastrzegam, opowieść wyczerpująca. By naprawdę solidnie udokumentować ten ruch, opisać najważniejsze kluby, działaczy i wydarzenia, potrzebowałbym z dwadzieścia razy tyle papieru, a i to pewnie okazałoby się zbyt mało. Następująca na kolejnych stronach opowieść, oparta przede wszystkim na rozmowach z członkami fandomu, ale także na lekturach i obserwacjach, w żadnym razie nie rości sobie pretensji do kompletności; jej ambicją jest pokazanie pewnego zjawiska, głównych jego trendów i uwarunkowań. Z perspektywy – co podkreślam – zewnętrznej.

Tu chyba powinienem się przedstawić, żeby było jasne, kto pisze te słowa i z jakiej pozycji. Nie jestem i nigdy nie byłem członkiem fandomu, ani tym bardziej jego działaczem. Owszem, czytałem i czytam fantastykę: jak na przeciętnego czytelnika pewnie sporo, jak na fana – żałośnie mało (według typologii Andrzeja Sapkowskiego mam na dzisiaj status Fana Trzeciej Gildii, co oznacza, że „w dyskusjach o fantasy nie wolno zabierać [mi] głosu”, ale mogę – i muszę – „biegać po piwo, gdy starsi rangą tego zażądają”1; obawiam się, że w analogicznej hierarchii dotyczącej science fiction wypadłbym równie blado). Napisałem doktorat o fantastyce w literaturze latynoamerykańskiej, a jako tłumacz debiutowałem przekładem współczesnego klasyka hiszpańskiej fantastyki naukowej. I to właśnie w Hiszpanii po raz pierwszy znalazłem się na konwencie, czyli zjeździe fanów fantastyki, w Barcelonie w 2002 roku, kiedy to miałem okazję być świadkiem tamtejszej premiery pierwszej książki o wiedźminie. Od tego czasu miewałem z polskim fandomem kontakty sporadyczne, ale wiedziałem już, z jak ciekawym fenomenem mamy tu do czynienia.

Słowem, niniejsza książka pisana jest z perspektywy zewnętrznej i adresowana głównie do tych, którym fandom wydaje się równie bliski jak Proxima Centauri. Jeśli hasła takie jak konwent i klubówka, OKMFiSF i Trust, Nagroda Zajdla i LARP, cosplay i fanfik, Parowski i Pyrkon brzmią ci raczej obco – to jest książka dla Ciebie.

A jeśli znasz je wszystkie doskonale, to cóż, jako prawdziwy fan możesz w końcu sprawdzić, co tu o Tobie piszą…

Epoka 1

Faza 1: fandom powstaje
Wici

Szczerze mówiąc, liczyłem na to, że kryć się będzie za tym coś bardziej… fantazyjnego. Że pionierzy fandomu, założyciele i pierwsi członkowie fanowskich klubów usłyszeli jakieś wezwanie. Że byli jak ten bohater Bliskich spotkań trzeciego stopnia, co powodowany podświadomą obsesją uformował ziemniaczane piure na talerzu w kształt góry, na której mieli wylądować kosmici. Albo jak baśniowa istota, której powierzona została magiczna moc, „by wszystkich odnaleźć i wszystkich zgromadzić”. Takie rzeczy.

Rzeczywistość okazała się jednak znacznie bardziej prozaiczna.

Wiktor Bukato, jeden z najstarszych weteranów fandomu, z Warszawy, pisze w swoich wspomnieniach tak: „Było to bodajże na początku 1978 roku, kiedy przy kolejnej wizycie w salonie wydawnictwa Iskry, najpoważniejszego wówczas wydawcy fantastyki, dostrzegłem na ladzie niewielkie ulotki z zaproszeniem do Klubu »Ubab« w akademiku na Kickiego, na spotkania Ogólnopolskiego Klubu Miłośników Fantastyki i Science Fiction”2.

 

Podobnie wyglądała sprawa w przypadku Jacka Rodka, też ze stolicy:

– W siedemdziesiątym szóstym trafiłem na ogłoszenie w prasie, coś tam było, że odbywają się spotkania miłośników fantastyki w klubie Ubab. Poszedłem i się wciągnąłem.

– Na tylnej okładce książki przeczytałem ogłoszenie – opowiada Tomasz Kołodziejczak. – „Interesujesz się fantastyką, dołącz do nas…”. Napisałem list, odpisali z informacją, gdzie odbywają się spotkania, ale to było od nas dość daleko, więc mama pojechała ze mną taksówką…

– W połowie lat siedemdziesiątych – wspomina Paweł Ziemkiewicz – zaczął wychodzić magazyn „Relax” – chodzi o magazyn komiksowy, w którym ukazywały się wczesne prace takich klasyków jak Grzegorz Rosiński czy Tadeusz Baranowski – i tam trafiłem na reklamę: lecące UFO i zaproszenie na spotkania w klubie na Kickiego.

– Ja jestem z Wałbrzycha – dodaje Paulina Braiter-Ziemkiewicz – tam mniej się działo. Tata czytał fantastykę, ale te wszystkie spotkania i zjazdy odbywały się gdzieś w Warszawie, a ja do podstawówki jeszcze chodziłam…

Wojtek Sedeńko z kolei dorastał w Olsztynie:

– W latach siedemdziesiątych, tak pod koniec, zobaczyłem ogłoszenie w jakiejś książce z serii z glistą. – To nieformalna, przyjęta wśród fanów nazwa serii Krajowej Agencji Wydawniczej, w której ukazywała się fantastyka. Widoczny na okładce logotyp faktycznie kojarzy się z jakimś obleńcem, a zarazem można to było odczytywać jako przytyk do jakości oferowanych tytułów. – Napisałem, ale nie odpisali. Ale potem dowiedziałem się, że w Olsztynie działa taki klub.

Weterani katowickiego środowiska fanów fantastyki także zetknęli się ze sobą poprzez ogłoszenia:

– Pewnego dnia znalazłem ulotkę w książce. W księgarni – opowiada Piotr W. Cholewa.

– Po prostu ktoś z klubu poszedł do zaprzyjaźnionej księgarni i pieczołowicie powtykał ulotki do książek – uściśla Elżbieta Gepfert.

– To były takie zawiadomienia, że klub powstał, że zbiera się we wtorek, format może A7 – wspomina Cholewa. – A ty? – zwraca się do siedzącego obok Piotra Raka. – Ty co? Bo ty już wtedy byłeś, jak ja przyszedłem.

Piotr Rak zastanawia się przez chwilę:

– No tak, ja w sumie nie wiem, czy to nie ja wkładałem te ulotki…

– Jak poznaliśmy się z Piotrem Rakiem, on zobaczył, że czytam fantastykę, więc zaraz mnie zapytał, czy wiem, że powstał taki klub – opowiada Gepfert. – Na to ja wyciągam ulotkę i mówię, że właśnie się dowiedziałam. Namawiał mnie, żebym przyszła, ale u mnie to jeszcze potrwało…

– O tak, ona miała dopiero numer 49. Bardzo niski.

– Oj, bardzo! – śmieją się obaj panowie.

Z perspektywy Bydgoszczy wyglądało to podobnie.

– Jako dzieciak dużo czytałem, najbardziej pasowała mi fantastyka – wspomina Jacek Pniewski. – Za kieszonkowe kupowałem sobie książki i w jednej z nich znalazłem ogłoszenie klubu fantastyki. Zamierzałem napisać… ale w końcu nie napisałem.

Jacek Inglot, z Wrocławia, dołączył do ruchu nieco później niż pionierzy, bo już na początku lat osiemdziesiątych i jako student. Ale w sumie podobną drogą:

– O wrocławskim klubie dowiedziałem się z listu jego działaczy opublikowanego na łamach „Fantastyki” – opowiada. – Obieg informacji był wtedy do dupy, jak się kogoś nie znało, to się nic nie wiedziało. O klubie dowiedziałem się od koleżanki, która znała się blisko z jednym z jego działaczy (na tyle blisko, że potem się pobrali…). „Taaak, powiedziała, ja znam tych fantastyków, zbierają się w piątki o osiemnastej w klubie Indeks”. Zapytałem za jej pośrednictwem, czy mogę przyjść. Zgodzili się. Objawiłem się tam i potem o mnie mówili, że przylazł i siedział tam taki facet w kącie, w garniturze, i robił polonistyczne miny. – Inglot studiował wtedy polonistykę na Uniwersytecie Wrocławskim. – Tak poznałem ruch i w niego wsiąkłem.

Czytelnicza gorączka

W czasach kiedy internet nikomu – no może z wyjątkiem Stanisława Lema – jeszcze się nie śnił, nawiązywanie kontaktów przez ogłoszenia i korespondencję pocztową stanowiło jedyną możliwą opcję. Nie istniało jeszcze żadne czasopismo dla fanów gatunku, dlatego to właśnie przez książki informacja mogła dotrzeć do zainteresowanych. Była to bowiem społeczność przede wszystkim czytelnicza. Pionierzy polskiego fandomu to chyba bez żadnego wyjątku nałogowi czytelnicy. Nie tylko fantastyki, choć do niej mieli – i mają – szczególną słabość.

– Miałem w klasie dwóch kolegów, którzy też czytali Lema i Strugackich – opowiada Wojtek Sedeńko. – Dyskutowaliśmy, wymienialiśmy się książkami. W tym środowisku tak naprawdę o to chodziło: o dyskusje i kolekcjonowanie książek. Nie wychodziło tego dużo, drogo nie było, więc się zbierało.

Czas już najwyższy zacząć przedstawiać cytowanych tu weteranów ruchu, bo są to postaci nieprzypadkowe: wielu z nich z fantastyki nigdy nie wyrosło, wielu przekuło młodzieńczą fascynację na sposób na życie. Wojtek Sedeńko prowadzi wydawnictwo i księgarnię – do niedawna Solaris, obecnie Stalker Books – wydaje przede wszystkim klasykę gatunku oraz sporo książek krytyczno-literackich i publicystyki. Jest też organizatorem Festiwalu Fantastyki w Nidzicy, imprezy z ponaddwudziestopięcioletnią tradycją.

– Już nie pamiętam, co mnie tak zauroczyło – zastanawia się Jacek Pniewski, kolejny działacz fandomu i wydawca, od lat pracujący w oficynie Zysk i S-ka. Rozmawiamy w poznańskim klubie Elizjum, w którym łatwo spotkać członków tutejszego fandomu. – Czy to były Rakietowe szlaki czy Dalekie szlaki… – to pierwsze to kultowa (w tym przypadku słowo jak najbardziej na miejscu) i pionierska antologia opowiadań fantastyczno-naukowych z 1958 roku, drugi tytuł zaś, autorstwa rosyjskiego prozaika Siergieja Sniegowa, to radziecka space opera. – Ale złapałem bakcyla. Czytałem dużo SF w podstawówce, potem w ogólniaku.

– Fantastykę czytam, odkąd umiem czytać – deklaruje Paweł Ziemkiewicz, tłumacz, krytyk, dziennikarz i publicysta. – Pierwsza moja książka to byli Goście z planety Mion Petera Stypowa, potem Eden Lema.

– Od liceum czytałem fantastykę – mówi Jacek Inglot, znany dziś przede wszystkim jako pisarz mierzący się z różnymi konwencjami fantastyki. – Należałem do czterech czy pięciu bibliotek, które regularnie nawiedzałem, i polowałem na te rzeczy. Niektóre bibliotekarki wiedziały, że młodzież ten rodzaj literatury lubi, ustawiały więc te książki na osobnych półkach. Kupowałem też „Relax”, świetne pismo, drukowali tam kawałki SF. Miałem całą kolekcję, ale ją straciłem, bo koledzy, którym pisma pożyczyłem, wymienili je na kasę w antykwariacie i zarobek przepili… Na polonistyce wciągnąłem się w literaturę wyższą, ale potem znowu łyknąłem bakcyla fantastyki.

– Mój ojciec zbierał książki fantastyczno-naukowe, miał dużą kolekcję, wszystko, co wtedy było dostępne – mówi Tomasz Kołodziejczak, dziś największy wydawca komiksów w Polsce, od lat zajmuje się nimi w wydawnictwie Egmont, jest też autorem powieści fantastyczno-naukowych. – Zacząłem czytać w wieku sześciu lat, to były lata siedemdziesiąte: Lem, Strugaccy, Kroki w nieznane

Po fandomie krążą legendy na temat bibliofilskich namiętności niektórych jego członków. Jednym z mitycznych zbieraczy, posiadającym gigantyczną kolekcję, jest Marek S. Nowowiejski.

– Był znany z tego, że w jego mieszkaniu książki były dosłownie wszędzie – opowiada Paulina Braiter-Ziemkiewicz, tłumaczka o imponującym i fantastycznym dorobku. Jeśli trzeba by wymienić tylko jednego jej autora, to byłby to zapewne Neil Gaiman. – Pewnego razu przyjechali do niego znajomi, patrzą: książek prawie nie ma, to znaczy są, ale tylko na półkach. Pytają go, co się stało. A on na to: „Coś za coś”. Otwiera drzwi pokoju, a tam cała podłoga zastawiona stosami książek aż po sufit…

Paulina i Paweł Ziemkiewiczowie – prywatnie małżeństwo – opowiadają też anegdotę z własnego życia. Po przeprowadzce panowie noszący meble i pudła z rzeczami, w zemście za te dziesiątki ciężkich kartonów książek, zastawili im nimi wszystkie pudła z ubraniami, tak że nie dało się do nich dostać.

Wszyscy ci namiętni czytelnicy mieli jedną, zasadniczą – a w peerelowskich realiach trudną do zaspokojenia – potrzebę: dotrzeć do książek.

– Wtedy, w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, głównym mankamentem było to, że wydawano bardzo mało fantastyki – mówi mi Jacek Rodek, dziś właściciel wydawnictwa Mag, szerokim rzeszom czytelniczym znany głównie jako współscenarzysta komiksów o Funkym Kovalu. – To, co się ukazywało, zaraz znikało. Głównym założeniem naszej działalności było to, żeby ściągać na spotkania redaktorów z wydawnictw i próbować wywierać na nich wpływ. Żeby wydawali dobrą fantastykę, bo dominowała kiepska, z paroma wyjątkami.

– Książek fantastycznych było jak na lekarstwo – mówi Piotr Staniewski, jeden z nestorów ruchu, z zawodu matematyk, a także autor licznych przekładów fantastyki. – Wyszli Astronauci Lema, potem Rakietowe szlaki, Wells. Nauczyłem się rosyjskiego i angielskiego, a w latach sześćdziesiątych PRL miał umowę handlową ze Stanami, w ramach której do naszych księgarń trafiało mnóstwo zupełnie przypadkowych książek: pamiętam na przykład przewodnik po terenach narciarskich w USA… Trafiała się też jednak science fiction. No i jeszcze Rosjanie wydawali sporo przekładów amerykańskiej fantastyki, tyle że specyficznie: robiono skróty, żeby wychodziła z tego krytyka kapitalizmu.

– Polowało się na książki – wspomina Paweł Ziemkiewicz. – Jak się komuś pożyczało, to zwrot był pod karą śmierci. Fantastykę wydawało kilka wydawnictw, wszystko było rozproszone, więc na tych spotkaniach człowiek się dowiadywał: że w serii iberoamerykańskiej Wydawnictwa Literackiego wyszła jakaś fantastyka, Bioy Casares czy komiks do scenariusza Cortázara. W saloniku PIW-u pracowała pani Bianka, wszyscy ją uwodzili, żeby załatwić sobie dojście do książek. Miało się wtedy stałe trasy po księgarniach. Byli maniacy, którzy kupowali zawsze po dwa egzemplarze: jeden na półkę, drugi do czytania. Był też jeden taki, który zawsze starannie przeglądał dostępne egzemplarze i wybierał ten najlepszy.

Stały element działalności klubowej stanowiły giełdy książek. Sprzedający wystawiali swoją ofertę, podając ceny wywoławcze za poszczególne tytuły, i tak zaczynała się licytacja. Czasami kluby organizujące takie aukcje pobierały prowizję na potrzeby swojej działalności.

– Zjawiali się tam wyspecjalizowani bibliofile, polujący na konkretne książki – opowiada Paweł Ziemkiewicz. – Fantastykę trudno było dostać, niby wielkie nakłady, ale zaraz znikały.

– W ten sposób sprzedałem kolekcję ojca – wzdycha Tomasz Kołodziejczak. – Nic nie powiedział, dzielny był. Kupiłem sobie za to rower. Tyle że potem zrozumiałem swoją głupotę i musiałem wydać trzy razy więcej, żeby odbudować zbiory…

Działalność klubów nie ograniczała się jednak do handlowania książkami i wymiany informacji na temat nowości. Były to bowiem spotkania łączące ludzi o mniej więcej zbieżnych zainteresowaniach i przybierające bardzo różne formy.

– Spotkania na Kickiego odbywały się w czwartki – wspomina Paweł Ziemkiewicz. – Ja zacząłem na nie uczęszczać w siedemdziesiątym ósmym, byłem w czwartej klasie liceum. Mieli tam bufecik, poznałem pierwszych znajomych. Dominowała luźna forma, czasem ktoś miał prelekcję, kiedy indziej odbywało się spotkanie z autorem, chyba kiedyś samego Borunia przyciągnęli. – Chodzi o Krzysztofa Borunia, pisarza i wówczas już niemal klasyka rodzimej science fiction. – Jeden doktor biologii zrobił wykład o fantastycznych zwierzętach… Teraz to może brzmi śmiesznie, ale wtedy ciężko było zdobyć jakiekolwiek materiały, slajdy i tak dalej. Pamiętam, że ktoś kiedyś ściągnął himalaistę, to nie miało nic wspólnego z fantastyką, ale było ciekawie. Przychodziło regularnie może z czterdzieści osób, chyba że była giełda, wtedy więcej.

– Mój tata wpadł na szatański pomysł, żeby mnie odciągnąć od tego czytania, i zapisał mnie na basen, sportem miałem się zająć – mówi ze śmiechem Jacek Pniewski. – Rzecz w tym, że w bydgoskim Pałacu Młodzieży oprócz basenu działał też klub fantastyki… Tata pluł sobie potem w brodę, bo na basen poszedłem dwa razy, a do klubu chodziłem regularnie. Gadało się o książkach, łączyły nas zainteresowania. Nie było jeszcze wtedy mody na taką literaturę, mało kto ją czytał.

– Spotkania w klubie Proxima miały miejsce we wtorki – opowiada Tomasz Kołodziejczak. – Gromadzili się tam ludzie o bardzo różnych zainteresowaniach: literatura oczywiście, ale też parapsychologia, komiksiarze, dänikenowcy. – Chodzi o miłośników teorii Ericha von Dänikena, w myśl której rozwój ludzkości został zapoczątkowany przez kosmitów. – Ale były też luźne rozmowy i spotkania.

 

– Kto się interesował fantastyką? – Paweł Ziemkiewicz kreśli psychologiczny portret typowego fana. – Ludzie mający ciekawość świata i głód wiedzy. Za naszych czasów często byli to ludzie wykształceni, przeważali ścisłowcy. – Czyli studenci i adepci kierunków z zakresu nauk ścisłych.

– Ja po prostu spotkałem kiedyś w tramwaju Marka Nowowiejskiego, który powiedział mi, że założyli klub SFAN, przy Staromiejskim Domu Kultury – opowiada Piotr Staniewski. – Poszedłem tam i było miło. Zapraszali do siebie autorów, często bywał na przykład Zajdel i powstało też kółko literackie.

Do klubów jako kuźni literackich talentów wrócimy trochę później.

– Fandom był środowiskiem towarzyskim i miejscem zaspokajania deficytów: zdobyć książkę, zobaczyć film, pogadać o tym, co zakazane – podsumowuje Kołodziejczak.

Jednak te praktyczne, konkretne korzyści z działalności klubowej przynosiły coś w rodzaju wartości dodanej: świadomość wspólnoty. I z czasem pewnie też poczucie siły bądź znaczenia.

– Wiedziałem, że fandom gdzieś istnieje, ale sądziłem, że takiemu czytelnikowi jak ja nie jest potrzebny – mówi Marek Oramus, jeden z najstarszych weteranów fandomu, autor powieści SF. – Czytanie fantastyki, czy też w ogóle literatury, jest domeną prywatnych wzruszeń. Po co mi jakaś zbiorowość?

Piotr W. Cholewa ze Śląskiego Klubu Fantastyki, znany szerzej jako tłumacz (i znów, gdybym wskazać miał jednego jego autora, to byłby to oczywiście Terry Pratchett, którego humorystyczna fantasy rzeczywiście sporo wymaga od twórcy przekładu), widzi to tak:

– Ja wtedy o tym całym ruchu nic nie wiedziałem, ale klub to była pierwsza latarnia, która ściągnęła innych. To działało tak, że ja tu sobie siedziałem i myślałem, że jestem jedyny taki, jak ten Biedroń, jedyny gej we wsi, a tu się okazuje, że nie, że fantastów w mieście jest znacznie więcej.

A zatem: potrzeba wspólnoty i zaspokajanie czytelniczych deficytów. Tylko czy panorama fantastyczno-wydawnicza naprawdę wyglądała aż tak źle?