Rydzyk i przyjaciele. Wielkie żniwoTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © Wydawnictwo Arbitror sp. z o.o. 2021

Projekt okładki i stron tytułowych

Łukasz Stachniak

Adiustacja, skład, łamanie

Witold Kowalczyk

Przygotowanie wydania elektronicznego

Michał Nakoneczny, Hachi Media

Wydanie I

ISBN 978-83-66095-31-1

Wydawnictwo Arbitror spółka z o.o.

www.arbitror.pl

e-mail: kontakt@arbitror.pl

Podsumowanie tomu I

Część 1 Siewca idei i jego pomocnicy

I. Pancerna bańka i niekończące się oratorium

II. Antysemityzm antyzachodni

III. Zadziwiający pan Daniels

IV. Homofobia z Kremla rodem

V. Szczepionki, Smoleńsk i futerka

VI. Stanisław Michalkiewicz i moskiewscy weterani

VII. Jerzy Robert Nowak i jego przełomy

VIII. Bogusław Wolniewicz i wojna masy mięsa

IX. Uduchowiony senator Jan Maria Jackowski

X. Jerzy Urbanowicz, matematyk Macierewicza

Część 2 Nieznane oblicze biznesów Rydzyka

XI. Stocznia zatopionych pieniędzy

XII. Geotermia po syberyjsku chłodnawa

XIII. Piotr Długosz, zwornik polski i wschodni

XIV. Król giełdy i złomu podbija świat od Wschodu

XV. Skok na Wschód

XVI. Żabka łapkę podaje

Zakończenie. Kim jest ten człowiek

Noty do tomu I

Nota 1. Spacer po lodzie

Nota 2. Dodatkowe dokumenty w sprawie Romana Paszkowskiego

Nota 3. Zamazany dokument

Przypisy

1  Okładka

2  Strona tytułowa

3  Strona redakcyjna

4  Spis treści

5  Podsumowanie tomu I

6  Część 1. Siewca idei i jego pomocnicy I. Pancerna bańka i niekończące się oratorium II. Antysemityzm antyzachodni III. Zadziwiający pan Daniels IV. Homofobia z Kremla rodem V. Szczepionki, Smoleńsk i futerka VI. Stanisław Michalkiewicz i moskiewscy weterani VII. Jerzy Robert Nowak i jego przełomy VIII. Bogusław Wolniewicz i wojna masy mięsa IX. Uduchowiony senator Jan Maria Jackowski X. Jerzy Urbanowicz, matematyk Macierewicza

7  CZĘŚĆ 2. Nieznane oblicze biznesów Rydzyka XI. Stocznia zatopionych pieniędzy XII. Geotermia po syberyjsku chłodnawa XIII. Piotr Długosz, zwornik polski i wschodni XIV. Król giełdy i złomu podbija świat od Wschodu XV. Skok na Wschód XVI. Żabka łapkę podaje Zakończenie. Kim jest ten człowiek

8  Noty do tomu I Nota 1. Spacer po lodzie Nota 2. Dodatkowe dokumenty w sprawie Romana Paszkowskiego Nota 3. Zamazany dokument

9  Przypisy

10  Reklamy

PODSUMOWANIE TOMU I

Pierwszy tom książki Rydzyk i przyjaciele, zatytułowany Kręte ścieżki, opisywał losy Tadeusza Rydzyka w latach 1945–1999. Przedstawiał też sprzymierzeńców, którzy wspierali go w tamtych latach. Sprzymierzeńców kluczowych, dzięki którym Rydzyk podróżował po świecie, robił interesy, potem zaś założył Radio Maryja i zaczął nadawać nie tylko na całą Polskę, lecz także na pół świata. Aby pokrótce przypomnieć najważniejsze fakty i nazwiska, o których tam pisałem, poniżej przedstawię kluczowe ustalenia zawarte w pierwszym tomie.

Już w 1962 r. nastoletni Tadeusz Rydzyk jako kleryk braniewskiego seminarium wpadł w oko esbekom i ich sowieckim towarzyszom w związku z przekroczeniem granicy ZSRR.

W latach 70. Rydzyk pełnił posługę duchową w pobliżu sowieckich koszar, raz w Toruniu, raz w Szczecinku. Zatem w okolicach drobiazgowo prześwietlanych przez służby PRL i ZSRR. Prowadził tam działalność uznawaną przez komunistyczne władze za szkodliwą (jak festiwal muzyki katolickiej w Toruniu) lub wręcz wrogą (jak wieszanie krzyży w szczecineckich szkołach).

Wiemy, że miejscowi funkcjonariusze komunistycznej Służby Bezpieczeństwa śledzili tę działalność. Ale widzimy też dowody ich pobłażliwości dla Rydzyka, dokładnie opisane w tomie pierwszym. W latach 80. Rydzyk przedstawiał się jako ksiądz zbuntowany, a nawet prześladowany przez PRL. Jednak jego los zupełnie nie przypominał losu zamordowanych księży buntowników takich jak Popiełuszko. Tadeusz Rydzyk nie został pobity – w przeciwieństwie do księdza Bardeckiego, który stał się ofiarą napaści, a później miał także zostać zdyskredytowany po tym, jak włamano się do jego mieszkania i podrzucono kompromitujące materiały. W przypadku Rydzyka było zupełnie inaczej. Esbecy pozwalali mu wielokrotnie wyjeżdżać na Zachód, co wówczas stanowiło nie lada luksus. Luksus, który komuniści zapewniali osobom zaufanym, nie zaś zbuntowanym duchownym. Rydzyk zawdzięczał ten przywilej dwóm funkcjonariuszkom komunistycznej SB, z których jedna monitorowała działania specjalne przeciwko księżom, szczególnie przewrotne i brutalne. Takie jak te, które skierowano przeciwko Popiełuszce i Bardeckiemu.

Szczególnie interesujący okres zaczyna się w 1986 r., kiedy to Tadeusz Rydzyk wyjechał do Niemiec Zachodnich na dłużej i zniknął. Przez pewien czas ani jego bliscy, ani jego zwierzchnicy duchowni nie wiedzieli, co się z nim dzieje.

Kto wtedy zaprosił Rydzyka do Niemiec Zachodnich? Niejaki Roman Paszkowski, były PRL-owski milicjant i członek partii komunistycznej PZPR.

Kilka lat wcześniej Paszkowski wyjechał na Zachód, zmienił obywatelstwo na zachodnioniemieckie i nagle zaczął odnosić sukcesy w biznesie. Mimo to świeżo upieczony Niemiec i kapitalista starał się utrzymywać dobre stosunki z władzami komunistycznej Polski. Dziwnego emigranta śledził PRL-owski kontrwywiad, jednak akta tej inwigilacji w ogromnej mierze tajemniczo zaginęły.

 

Zaginęły też esbeckie papiery księdza Tadeusza Rydzyka. Można się doliczyć 11 teczek czy też zbiorów akt dotyczących go bezpośrednio lub pośrednio, które wyparowały z archiwów. Zniknęły zapewne w latach 1989–1990. Mogły też zostać – choć to mniej prawdopodobne – utajnione przez służby III RP lub celowo zawieruszone przez kierownictwo Instytutu Pamięci Narodowej. Zawieruszone w taki sposób, że przez 22 lata istnienia IPN żaden z tych dokumentów nie trafił do ewidencji dostępnej dla zewnętrznych badaczy…

Tak czy inaczej, zaginione papiery przechowywano w różnych miastach. Trudno więc przypuścić, żeby ich zniknięcie było dziełem przypadku. Ich brak wygląda na efekt zorganizowanej akcji.

A jak się skończyło zachodnioniemieckie zniknięcie księdza Rydzyka w drugiej połowie lat 80.? W przeciwieństwie do swoich teczek Rydzyk się odnalazł. Po wielu miesiącach skontaktował się z zakonnymi zwierzchnikami. Nie chciał jednak spełnić ich woli i wrócić do kraju. Dawał do zrozumienia, że w komunistycznej Polsce czekają go represje. A równocześnie robił biznesy z PRL… Gdy poprosił funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa o przedłużenie ważności paszportu, oni po raz kolejny spełnili jego prośbę.

W latach 1989–1990 komunizm wreszcie upadł. Tadeusz Rydzyk założył wtedy Radio Maryja. Pieniądze na postawienie pierwszego masztu radiowego dostał od grecko-szwajcarskiej „mistyczki”. To samozwańcza prorokini Vassula Ryden, która od lat wychwala Rosję, wróży jej władzę nad światem i wdzięczy się do hierarchów putinowskiej cerkwi. Vassula Ryden robiła to również wtedy, gdy Rydzyk za jej pieniądze stawiał zręby swego przyszłego medialnego imperium.

Stworzenie tego imperium wymagało ogromnych wysiłków – ale wielka część trudu spadła na barki osób, które ksiądz Rydzyk zaprzągł do pracy. Ani on, ani jego podwładni nie mieli medialnego doświadczenia. Mimo to Rydzyk odniósł ogromny sukces. Pomogły mu w tym władze Federacji Rosyjskiej, które pozwoliły Radiu Maryja nadawać na pół świata. Rosja udostępniła Rydzykowi swoje nadajniki i częstotliwości wojskowe. Zrobiła to w tym samym czasie, w którym znów zaczęła otwarcie zwalczać katolicyzm. Władze Rosji wysłały też swoich oficjalnych przedstawicieli na ósme urodziny Radia Maryja. Wszystko wskazuje na to, że posłał ich tam Michaił Lesin – główny propagandzista Putina, którego obsesją było przemyślne rozsiewanie kremlowskich treści na całym świecie. Przemyślne – zatem nieraz zakamuflowane, zamaskowane, prowadzone w sposób, dzięki któremu kremlowskie treści na pierwszy rzut oka nie kojarzyły się z Kremlem i jego tyranią.

Tak wygląda historia wspinaczki księdza Tadeusza Rydzyka na fotel ojca dyrektora. Takich na swej drodze spotkał sprzymierzeńców.

Tom drugi książki Rydzyk i przyjaciele, zatytułowany Wielkie żniwo, zajmuje się obecnymi sojusznikami, wspólnikami i sponsorami „ojca dyrektora”. Jak również tym, co ksiądz Rydzyk robi swoim słuchaczom, widzom, czytelnikom i wyznawcom.

CZĘŚĆ 1 Siewca idei i jego pomocnicy

Rozdział I
Pancerna bańka i niekończące się oratorium

Czytelnicy i czytelniczki tomu pierwszego wiedzą, że Tadeusz Rydzyk i jego współpracownicy nie mieli żadnego medialnego doświadczenia, gdy w 1991 r. zakładali Radio Maryja.

Musi więc dziwić, że Rydzykowi tak szybko udało się nadać swej rozgłośni wyraziste oblicze. Wyraziste i wyjątkowe, nie tylko pod względem treściowym i redakcyjnym, ale też pod względem marketingowym. Radio Maryja, które zaczęło nadawać w latach 90., szybko stało się dziełem gotowym. I wiele wskazuje na to, że od początku było dziełem przemyślanym – jeśli nie w każdym aspekcie, to przynajmniej w tych najważniejszych. Stawiając pierwszy maszt, Tadeusz Rydzyk najwyraźniej znał już odpowiedzi na podstawowe kwestie redakcyjno-marketingowe. Wiedział:

 jakim tonem Radio Maryja ma przemawiać do słuchaczy;

 jakimi sposobami powinno ich wciągać w swój świat;

 jakie korzyści emocjonalne będzie oferować odbiorcom;

 w jaki sposób rozgłośnia może przekazywać drastyczne treści, równocześnie niosąc słuchaczom ukojenie.

To ostatnie powinno stanowić szczególną trudność, mówimy przecież o działalności wewnętrznie sprzecznej. Ale i poprzednie kwestie – wybór właściwego tonu, zakomunikowanie odpowiednich korzyści odbiorcom, stworzenie swego własnego świata – są nie lada wyzwaniem dla każdego początkującego medium. Przed wylansowaniem takiego medium jego zarząd, redakcja i dział marketingu zazwyczaj prowadzą niekończące się obrady, zapoznają się z badaniami i tak dalej…

To prawda, że na samym początku lat 90. istniała skłonność do lekceważenia tych procedur, uznawanych za nowinki z Zachodu. Media próbowali tworzyć dziennikarze, którzy nieraz hołdowali zasadzie: „Nie ma już cenzury, więc mówmy, co myślimy i jak czujemy. To na pewno spodoba się ludziom!”. Jednak niewielu z nich umiało przekuć „spontan” w wartość (wyjątkiem był cytowany w tomie pierwszym Paweł Sito). Większość mediów powstałych i działających w takim duchu szybko upadła. Przekaz spontaniczny okazywał się chaotyczny. Albo hermetyczny: odbierali go pozytywnie jedynie jego twórcy i ich bliscy znajomi.

Tymczasem Radio Maryja szybko zaserwowało swoim odbiorcom przekaz, który znakomicie trafił w ich gust. Czy ideologia rozgłośni stanowi wystarczające wytłumaczenie tego sukcesu? To prawda, że spora część odbiorców łaknęła ultrakatolicyzmu, ultrakonserwatyzmu i ksenofobii. Ale powstawało wówczas wiele mediów, które próbowały zaspokoić ten popyt – i upadały lub wegetowały w pogardzanej niszy. Samo pomstowanie na Żydów i „zepsuty zachodni świat” nie wystarczało, żeby odnieść zwycięstwo. Należało również rozpoznać głębsze potrzeby emocjonalne publiczności. Trzeba było nie tylko mówić to, co słuchacze lubią. Trzeba było mówić to odpowiednim tonem. A znalezienie takiego tonu to trudna sztuka. Doświadczeni specjaliści od mediów nieraz ręce i nogi na tym połamali.

Czy do sukcesu Radia Maryja mogło wystarczyć tylko naśladownictwo niemieckiego i włoskiego Radia Maria, na których wzorował się Rydzyk i które przedstawiliśmy w tomie pierwszym?

Czy to możliwe, żeby Rydzyk przeniósł formułę tamtych rozgłośni do Polski bez zbadania miejscowego rynku, wówczas bardzo odmiennego od rynku Niemiec Zachodnich i Włoch?

Przeszczepienie formuły medialnej na obcy grunt nieraz się udaje. Trudno jednak przeprowadzić coś takiego bez przygotowania. A w tym przypadku mowa nie tylko o udanym przeszczepie. Mowa o czymś nieporównanie bardziej spektakularnym. Ksiądz Rydzyk odniósł znacznie większy sukces niż jego włoskie pierwowzory – księża Galbiati i Fanzaga – nie mówiąc już o nieszczęsnym Radiu Maria International w Niemczech, które zostało poskromione przez miejscowych biskupów, przestraszonych agresywnym przekazem.

Lata 90. były epoką biznesowych cudów. Jednak ze względu na moje 25-letnie doświadczenie w mediach i marketingu nie mogę bez zastrzeżeń uwierzyć w ten akurat cud. Wybitne i złożone dzieła rzadko rodzą się w wyniku nagłego przypływu natchnienia czy też szybkiego skopiowania cudzego pomysłu.

A Radio Maryja jest dziełem złożonym i na swój sposób wybitnym. Ze względu na muzyczne uzdolnienia i doświadczenia księdza Rydzyka, aż się prosi, żeby porównać przekaz rozgłośni do oratorium. Do niekończącego się oratorium, które rozpoczęło się 9 grudnia 1991 r. – i trwa do dziś. A trwając, rozwija motywy przewodnie, które zaistniały już w uwerturze. Albowiem już w latach 90. nasz ksiądz-impresario umiejętnie sączył nienawistną publicystykę. Już wtedy umiał tak sączyć jad polityczny, żeby zachwyceni słuchacze odbierali go jak muzykę poważną.

Sam Rydzyk nie jest najlepszym solistą-spikerem, ale można go uznać za świetnego kompozytora treści mówionych. A przede wszystkim za świetnego dyrygenta i wodzireja, który wie, jak machnąć batutą lub ręką, żeby całą salę przeszły dreszcze. To Rydzyk – ponad głowami swoich współpracowników, politycznych sojuszników i zakonnych przełożonych – kontaktuje się ze swoimi słuchaczami. Oni zaś są jego chórem, jego echem, jego megafonami. Słuchacze Rydzyka już w latach 90. wiedzieli – i wciąż wiedzą – jak pociągnąć motyw, gdy tylko „ojciec dyrektor” poda im kilka nut. Już w latach 90. wychwytywali niedopowiedzenia, aluzje i sugestie swojego guru. Już wtedy przekuwali je w całkiem konkretne wypowiedzi, gdy tylko dodzwonili się na antenę. Przez wszystkie lata istnienia rozgłośni Tadeusz Rydzyk nie musiał mówić wprost, że Zachód jest zły, Żydzi knują, a księża pedofile to niewinne ofiary mediów. Wystarczyło, że coś zasugerował. Słuchacze dopowiadali sobie resztę.

A jaką rolę odgrywali i odgrywają księża prowadzący audycje? Bardzo istotną. To ich komentarze – wypowiadane ze spokojem, powagą lub wręcz namaszczeniem – nadają szacowną oprawę treściom wygłaszanym przez krewkich słuchaczy. Księża prowadzący pilnują, żeby chór nie zaburzył wewnętrznej równowagi publicystycznego oratorium.

To trudne i delikatne zadanie. Wierni słuchacze, którzy dzwonią do radia, rozwijają aluzje i sugestie podawane im przez rozgłośnię. Przeobrażają odległy pomruk gromu w burzę. Ma to sprawiać wrażenie, że Radio Maryja się nie złości, tylko oddaje antenę prostym ludziom, aby ci mogli wyrazić swe uczucia, również te trudne… Ale z burzą łatwo przesadzić, a w dobrym utworze muzycznym wściekłe Furioso powinno znaleźć przeciwwagę w łagodnym Largo. Dlatego potrzebni są dyrygenci pomocniczy, fachowcy od ludzkich dusz i głosów, którzy czuwają nad tym, co dusze i głosy mówią na antenie. Gdy dusza za bardzo się zapędzi, można odebrać jej głos. Można ją po duszpastersku upomnieć i delikatnie się zdystansować. Na przykład można zapewnić o rzekomym szacunku rozgłośni dla Żydów (jeśli to właśnie ich znieważył wierny słuchacz).

Oprócz chórzystów i dyrygentów potrzebni są też soliści. W latach 90. na antenie Radia Maryja pojawili się stali goście. Poniekąd eksperci, ale też publicyści i aktywiści, ponieważ w ich działalności trudno odróżnić wiedzę od opinii, sympatii i politycznego interesu. Tymi ekspertami-publicystami-aktywistami zajmiemy się w jednym z następnych rozdziałów. Na razie odnotujmy, że znalazł się wśród nich Ryszard Bender – w latach 1981–1983 wiceprezes prokomunistycznego Polskiego Związku Katolicko-Społecznego, następnie poseł w fasadowym sejmie PRL. Na Rydzykowej antenie zaczął też gościć Jerzy Robert Nowak, były pracownik PRL-owskiej dyplomacji. Po upadku komunizmu Nowak zyskał sławę antysemity, gdyż w swoich książkach próbuje zaprzeczać zbrodniom dokonanym przez Polaków na Żydach.

Głuchowski i Hołub – autorzy książki Imperator. Sekrety ojca Rydzyka1 – tak podsumowują publicystykę uprawianą w latach 90. przez stałych gości Radia Maryja: „Mówią o własnej, trzeciej drodze Polski, która nie może być państwem komunistycznym, ale nie powinna także upodabniać się do Zachodu (…). Mają własną wizję. Ich zdaniem trzeba dodrukować pieniędzy, by podgrzać koniunkturę nawet za cenę inflacji. Następnie rozdać i sprzedać rodakom po preferencyjnych cenach nie 512 przedsiębiorstw – jak dotąd – ale wszystko, co jeszcze nie ma prywatnych właścicieli: nieruchomości, maszyny, infrastrukturę i grunty. Istniejącym już posiadaczom należy się przyjrzeć (…), czy nie planują sprzedaży zdobytego majątku «w niepolskie ręce».

Kolejny temat to sprzeciw wobec NATO, ponieważ «w Szczecinie będą stacjonowały obce wojska dowodzone przez obcego generała» i w razie wojny ten obcy przejmie władzę nad naszą armią albo jej częścią.

Profesorowie ostrzegają również przed wejściem do Unii Europejskiej, bo jest to «sztuczny, skompromitowany, zbiurokratyzowany, totalitarny system». Docelowo będzie tylko jeden rząd w Brukseli, a tym samym Polska straci suwerenność. Po wejściu do Unii 90 procent gospodarstw rolnych zostanie zlikwidowanych, skutkiem czego przybędzie dodatkowo trzy miliony bezrobotnych”2.

Nie tylko Głuchowski i Hołub analizowali przekaz Radia Maryja. W drugiej połowie lat 90. słuchał go uważnie wspomniany w tomie pierwszym dziennikarz Dariusz Rostkowski (ten, który rozmawiał z rodziną Tadeusza Rydzyka w Olkuszu). Rostkowski zwrócił uwagę na to, że z anteny Radia Maryja nie usłyszał złego słowa o Rosji. Rozgłośnia straszyła wówczas Polki i Polaków różnymi demonami i potworami – jednak nie pojawił się wśród nich rosyjski niedźwiedź.

Moje doświadczenie jest podobne. Tak się składa, że mniej więcej w tym samym czasie co Rostkowski ja też przysłuchiwałem się audycjom Radia Maryja. Również nie zauważyłem wzmianek o Rosji.

 

Rzecz jasna, wszyscy wiemy, że Federacja Rosyjska bywała bohaterem negatywnym radiomaryjnej publicystyki w późniejszym okresie. Aczkolwiek i wtedy straszenie Rosją przez rozgłośnię miało charakter dwuznaczny. Socjolog i reżyser Krzysztof Dziomdziora przesłuchał 52 losowo wybrane audycje Radia Maryja z 2005 r. Podaje, że temat Federacji Rosyjskiej zajął 120 minut badanego przekazu, czyli 5 proc. Pisze, że „wydarzenia w Moskwie są pretekstem do odniesienia się do sytuacji politycznej w kraju”. Cytuje dwie wypowiedzi, które uznał za najbardziej charakterystyczne ze zgromadzonego materiału. Pierwsza z nich to wywód jednego ze stałych gości na antenie Rydzyka, głośnego antysemity Stanisława Michalkiewicza, który opowiada o „strategicznym partnerstwie, jakie ma Rosja z Niemcami” i o tym, że „Niemcy niewątpliwie byłyby zachwycone, gdyby uzyskały monopol na reprezentowanie nie tylko polskich spraw, ale w ogóle spraw Europy Środkowej w stosunkach z Moskwą” (Radio Maryja, „Aktualności dnia”, 05.07.2005 r.). Druga z wypowiedzi została wygłoszona przez niejakiego Waldemara Moszkowskiego, twierdzącego, że niektórych rosyjskich polityków przepełnia niepokój dotyczący roli Żydów w tym kraju: „jak można wyjaśnić, że Żydzi mają wielkie znaczenie w polityce, finansach, kulturze Rosji (…). Dlaczego żydowska inteligencja była i jest w Rosji jednym z głównych nosicieli zachodnio-liberalnej ideologii odrzucającej Chrystusa”3. Zatem w pierwszym przypadku Rosja przedstawiona jest w sposób negatywny, ale ze względu na domniemane strategiczne partnerstwo z rzekomo zaborczymi Niemcami, pragnącymi podporządkować sobie Polskę i całą Europę Środkową. W drugim przypadku Rosja byłaby wręcz ofiarą tych, którzy przez wiele lat stanowili główny straszak Rydzykowej propagandy, czyli Żydów.

Samoistnym straszakiem Rosja stanie się dopiero po 2010 r., gdy Radio Maryja zacznie rozpowszechniać teorie spiskowe związane z katastrofą polskiego samolotu prezydenckiego w Smoleńsku. Jednak – jak udowodnił Grzegorz Rzeczkowski w książce Katastrofa posmoleńska4 – teorie te rozpowszechniał również Kreml. Ich wydźwięk był antyrosyjski, ale działały na korzyść Rosji, gdyż podzieliły nasze społeczeństwo na dwa wrogie plemiona, pomogły przedstawiać Polaków jako oszalałych rusofobów, a w polskiej prawicy wzbudziły trwogę przed Rosją i nieufność wobec zachodnich sojuszników („Rosjanie zabili nam prezydenta, a NATO nic z tym nie robi!” – takie narzekanie powtarzało się w niejednej dyskusji).

Do tej sprawy wrócimy za chwilę, w jednym z następnych rozdziałów, które poświęcimy analizie głównych motywów przewodnich propagandy Radia Maryja. Teraz zaspokoję ciekawość wszystkich, których może dziwić to, że w latach 90. słuchałem rozgłośni Rydzyka. Nie robiłem tego dla przyjemności. Przyczyny miały charakter zawodowy. Mianowicie przygotowywałem się do pracy w innej rozgłośni o nazwie Inforadio, z której powstał później TOK FM. Redakcja szkoliła mnie na prezentera i gospodarza anteny. W ramach tego szkolenia zapoznawałem się z różnymi rodzajami radiowej interakcji ze słuchaczami. Dlatego słuchałem wielu stacji – w tym radia księdza Rydzyka. Rzecz jasna, cel szkolenia sprawił, że moje obserwacje miały charakter bardziej marketingowy niż polityczny. Ale nie żałuję, gdyż dzięki temu mogłem zwrócić uwagę na rzeczy nieraz pomijane przez innych obserwatorów. To, co z początku wydawało mi się najważniejsze – czyli wywiady z ekspertami i działaczami promowanymi przez Rydzyka, audycje polityczno-ideologiczne ze słynnego cyklu „Rozmowy niedokończone” – później zeszło na dalszy plan. Poczułem, że to tylko jedna z wielu części oratorium. Bas, tenor lub sopran miał czas na to, aby jak najskładniej wyśpiewać swoją arię. Ale wciąż najważniejszy był chór słuchaczy, który podchwytywał melodie różnych arii i kontynuował je po swojemu.

Zrobiło to na mnie wrażenie. Podczas jednego z zebrań redakcji Inforadia powiedziałem, że Radio Maryja przypomina poniekąd rozrywkową rozgłośnię RMF FM, dla której wcześniej pracowałem. Obawiam się, że nikt nie zrozumiał, o co mi chodzi. Koleżanki i koledzy z pierwszego zespołu Inforadia mieli poglądy antykomunistyczne, bardziej konserwatywne niż liberalne, wielu było katolikami – a jednak panowała wśród nich potężna niechęć do Radia Maryja. Tak potężna, że utrudniała oddzielenie ideologii rozgłośni od jej sposobu funkcjonowania, nad którym warto było się zastanowić.

Dlaczego porównałem Radio Maryja do RMF? W 1998 r. kluczowymi słowami dla działania RMF było uczestnictwo i moc („Inwazja Mocy” – tak się nazywała wielka promocyjna impreza rozgłośni). RMF chciał brać potężny udział w życiu słuchacza, wręcz wbijać się w jego codzienną egzystencję z energetyczną muzyką, najnowszymi newsami i jasnym, emocjonalnym przekazem.

Radio Maryja puszczało zupełnie inną muzykę niż RMF. Księża prowadzący audycje mówili zupełnie innym tonem niż krzykliwi didżeje z RMF – cichym i poważnym. Również słuchacze byli zupełnie inni, przeważnie znacznie starsi. Ale tak samo chodziło o uczestnictwo i moc. Tak samo, a nawet bardziej, gdyż w Radiu Maryja słuchacze dostawali tego znacznie więcej. Nie tylko rozgłośnia mocno uczestniczyła w ich życiu, oni też otrzymywali możliwość mocnego uczestniczenia w życiu rozgłośni. Ich telefony stanowiły najważniejszy element programu. Dzwonili do radiostacji Rydzyka po to, żeby:

 poczuć moc swego ukochanego Radia Maryja;

 wzmocnić tą mocą swój własny głos, nagle słyszany przez tysiące innych słuchaczy;

 dać Radiu Maryja swoją własną moc, przekazać mu swoje wsparcie.

Zatem Radio Maryja znacznie silniej uczestniczyło w życiu słuchaczy niż RMF – choć to RMF nieustannie próbował zbombardować odbiorców energią swego przekazu. Tymczasem Rydzyk nie bombardował swoich wiernych słuchaczy, tylko ich wciągał. Każdy z nich stawał się częścią wspólnego, większego ciała. Miało to wymiar nie tylko symboliczno-poetyczny, ale też praktyczny, życiowy i codzienny. Słuchacze Radia Maryja nagrywali się, aby powiedzieć na antenie, że np. mają zbędną pralkę, którą mogą oddać potrzebującym. Inni słuchacze dzwonili, aby wyznać, że potrzebują tej pralki. Dzieląc się pralką, dzielili się swym życiem.

Oczywiście, młodemu człowiekowi nie było łatwo tego słuchać. Wymiana starych sprzętów domowych, wspólne modlitwy, drżące starcze głosy… Wszystko sprawiało tandetne wrażenie. Wśród przeciwników Radia Maryja niewielu miało dość cierpliwości, żeby wytrzymać przy odbiorniku dłużej niż chwilę. A jednak warto było wytrzymać. Warto było posłuchać dłużej, bo wtedy można było usłyszeć, że ktoś właśnie buduje wielką społeczność. Buduje z dykty, sreberka i starych pralek, ale po mistrzowsku. W Polsce nikt jeszcze nie śnił o mediach społecznościowych, gdy Tadeusz Rydzyk takie medium tworzył.

Dzisiaj znamy już zatrute owoce mediów społecznościowych. Wiemy, że raczej należałoby je nazwać antyspołecznościowymi. Tworząc bowiem liczne mniejsze wspólnoty, media społecznościowe skutecznie porozbijały społeczności większe, te najważniejsze. Podzieliły narody i społeczeństwa na oddzielne, zamknięte i nieraz wrogie bańki. Każdy, kto żyje w takiej bańce, może przez całe tygodnie i miesiące nie stykać się z innym przekazem niż ten, który w niej obowiązuje. Osoby spoza bańki są w niej postrzegane jako szaleńcy lub zaciekli nieprzyjaciele, z którymi nie można dyskutować… Swobodna debata, wymiana poglądów, tolerowanie różnic oraz rozumienie, że podziały nie wykluczają ogólnonarodowej i ogólnoludzkiej solidarności – to wszystko było wielką siłą cywilizacji zachodniej. Media społecznościowe zadały cios tej sile, gdyż zabiły debatę, zakwestionowały tolerancję i solidarność. A zamiast tego wszystkiego, zamiast wspólnoty narodowej i ogólnoludzkiej – dają nam bańki.

Jak to się stało, że już w latach 90., na długo przed narodzinami Facebooka i Twittera, jeszcze przed upowszechnieniem internetu niedoświadczony ksiądz Rydzyk umiał stworzyć jedną z takich baniek? Skąd Rydzyk wiedział, jak zbudować dużą, a zarazem tak zamkniętą, wręcz hermetyczną bańkę, że Mark Zuckerberg i inni „społecznościowi” macherzy mogliby mu tylko pozazdrościć? Mowa przecież o licznej społeczności, która ostro, wręcz agresywnie oddziela się od innych – czyli od polskiej, europejskiej i zachodniej wspólnoty. Społeczność ta wyznaje ekstremalne, antyzachodnie poglądy i robi to w sposób agresywny. Brutalnie odrzuca każdego, kto ich nie podziela. Widzi w nim zdrajcę i przewiduje dla niego wieczne piekielne męki.

Mamy więc do czynienia z bańką pancerną.