Rydzyk i przyjaciele. Kręte ścieżki

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział II
Spacer po lodzie

Jak już wspomnieliśmy, władze komunistycznej Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej toczą wojnę ze związkami wyznaniowymi. Każdy duchowny, każdy kleryk jest monitorowany przez SB (Służba Bezpieczeństwa, czyli PRL-owska policja polityczna, wywiad i kontrwywiad). Jej funkcjonariusze, tak zwani esbecy, zakładają specjalną teczkę dla każdego duchownego (tzw. TEOK, czyli Teczkę Ewidencji Operacyjnej na Księdza), w której gromadzą dotyczące go informacje.

Jedna z esbeckich instrukcji głosiła, co następuje: „Zauważywszy (…) że każdy ksiądz jest nosicielem obcej nam ideologii, że kler stanowi jedyny oficjalny i zorganizowany ośrodek opozycji ideologicznej, że poważny procent jej reprezentantów w różnych okresach wkracza na drogę opozycji politycznej, niemała grupa stale para się działalnością antysocjalistyczną, że notujemy wystąpienia wręcz wrogie, postanowiono, zgodnie z instrukcją, na każdego księdza świeckiego i zakonnego założyć «teczkę ewidencji operacyjnej na księdza»”6.

Dotyczy to również seminarzystów7.

Zakonni bracia Rydzyka – redemptoryści – są inwigilowani bardzo dokładnie. Nastoletni Tadeusz Rydzyk też stanowi obiekt zainteresowania SB. Był przesłuchiwany już w Olkuszu. Następnie został klerykiem w braniewskim klasztorze. Najpóźniej wtedy esbecy musieli założyć mu teczkę. Teczka Rydzyka powinna więc znajdować się do dziś w esbeckich archiwach i razem z nimi trafić do IPN.

Powinna – jednak teczka księdza Rydzyka nie figuruje w ewidencji esbeckich akt przechowywanych w Instytucie Pamięci Narodowej. Nie ma po niej śladu w Archiwum Cyfrowym Instytutu Pamięci Narodowej, które stanowi spis dostępnych dokumentów (również tych, które występują w postaci papierowej, nie cyfrowej).

Czy to możliwe, żeby komunistyczna SB przez przeoczenie nigdy nie założyła teczki TEOK Rydzyka? Absolutnie nie. Taka teczka nie tylko musiała istnieć, ale też powinna była zawierać wiele gęsto zapisanych kartek. Przecież w czasach PRL Tadeusz Rydzyk prowadził działalność, którą uznawano za opozycyjną wobec komunizmu.

Dlaczego więc teczki TEOK Rydzyka nie można znaleźć w archiwach IPN?

Esbecy niszczyli teczki księży w gorących latach 1989–1990, gdy upadał komunizm. A jeśli teczka TEOK Rydzyka przetrwała ten burzliwy czas, mogła tajemniczo zniknąć również i później.

Skąd to wiemy? Z wielu źródeł. Przede wszystkim z oficjalnego komunikatu IPN wydanego w 2018 r.

Komunikat głosi, że:

 esbecy wynosili ze swoich kartotek operacyjnych i archiwów dokumenty SB w latach 1989–1990;

 w następnych latach też wynoszono akta z kartotek oraz archiwów pozostałych po SB i przechowywanych przez służby specjalne Trzeciej Rzeczpospolitej8.

Zacznijmy od pierwszego okresu, czyli od lat 1989–1990. Podstawowym celem wynoszenia akt było wówczas ich niszczenie. W lipcu 1989 r. generał Henryk Dankowski, szef Służby Bezpieczeństwa i wiceminister spraw wewnętrznych, zalecił esbekom likwidować materiały, które w nowej rzeczywistości politycznej mogły się okazać kłopotliwe9. Świadectwa i doniesienia medialne z 1989 r. mówią, że funkcjonariusze SB pośpiesznie palili służbowe dokumenty w podmiejskich lasach. Względnie poddawali je… zmieleniu na miazgę papierową. Taka nagła „rzeź papierów” stanowiła wyłom w wieloletniej praktyce Służby Bezpieczeństwa. Wcześniej SB bardzo dbała o swoje akta.

Wśród palonych i mielonych materiałów znajdowały się teczki TEOK10. Esbeccy generałowie Henryk Dankowski i Tadeusz Szczygieł postanowili – przynajmniej oficjalnie – zniszczyć je wszystkie. Włącznie z tymi teczkami, które z kartotek operacyjnych SB przeszły do esbeckiego archiwum jako nieaktualne11.

Wynika z tego, że akta duchownych niszczono na masową skalę. Potwierdzają to m.in. archiwa Instytutu Pamięci Narodowej, gdzie można znaleźć protokoły likwidacji teczek TEOK. Niektóre z tych teczek unicestwiono bowiem w sposób przepisowy i protokołowany.

Niektóre, ale nie wszystkie. Były takie teczki TEOK, które spalono lub zmielono bez żadnego protokołu. Były i takie, które oddano po cichu… władzom duchownym. Mniej więcej w połowie 1989 r. wszechwładny minister spraw wewnętrznych Czesław Kiszczak uznał, że czas „pogodzić się z Kościołem”. W tym celu bezprawnie przekazał katolickim biskupom część akt dotyczących kleru. Co z tymi dokumentami zrobili biskupi? Na ten temat wypowiadał się publicznie Jerzy Dziewulski, były PRL-owski milicjant antyterrorysta, w Trzeciej Rzeczpospolitej poseł oraz wiceszef sejmowej Komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych. Według Dziewulskiego episkopat, gdy tylko dostał papiery, potraktował je podobnie jak esbecy. Mianowicie kazał je zniszczyć, gdyż zapisano w nich zbyt wiele faktów, które kompromitowały i hańbiły katolickich księży12.

O przekazaniu licznych teczek TEOK biskupom wiemy nie tylko od Dziewulskiego, ale też od osoby najlepiej poinformowanej. W 2001 r. Czesław Kiszczak przyznał publicznie, że 12 lat wcześniej:

 nakazał lub pozwolił unicestwić „bardzo dużo” teczek księży;

 niektóre z nich podarował Kościołowi katolickiemu „na jego wyraźną prośbę”13.

Czy teczka TEOK Rydzyka należała do tych, z których Kiszczak zrobił prezent biskupom? Na pierwszy rzut oka to dopuszczalna hipoteza, skoro w esbeckich dokumentach brak protokołu likwidacji lub jakiejkolwiek innej informacji o regulaminowym zniszczeniu tej teczki. Jednak w następnych rozdziałach przekonamy się, że sekrety Tadeusza Rydzyka mogły mieć szczególną naturę. Naturę, która wykluczałaby dzielenie się nimi z episkopatem.

Rzecz jasna, nas interesowałaby najbardziej treść zaginionej teczki TEOK Rydzyka. Ale skoro jej nie ma, warto przyjrzeć się temu, co dokładnie oznacza słowo „zaginiona” w jej przypadku. W jaki sposób zniknęła? Czy inne teczki TEOK podzieliły jej los?

W mediach i internecie krąży opinia, jakoby „PRL-owskie teczki księży nie przetrwały”, „zachowała się tylko jedna teczka przypadkowego księdza” etc. To opinia wygodna dla katolickiego kleru i jego ultrakatolickich obrońców. Sprawia ona bowiem, że Polki i Polacy nie próbują poznać esbeckich akt księży, skoro wierzą, że te akta nie istnieją… Tymczasem wbrew tej opinii – jak również wbrew wysiłkom Kiszczaka, Dankowskiego, Szczygła i innych niszczycieli papierów – nie wszystko zostało wyniesione i zniszczone.

W Archiwum Cyfrowym IPN figurują liczne teczki TEOK, zarówno w postaci papierowej, jak i mikrofilmowej. Niektóre z tych teczek zachowały się w całości, z innych pozostała tylko część zawartości. Ale nawet jedna czy dwie karty też mogą stanowić ważny ślad, wiodący do następnych istotnych tropów. Wynika to z natury esbeckiego systemu kartoteczno-archiwalnego, który stanowił dzieło na swój sposób wybitne. Przypominał dobrze funkcjonujący organizm, w którym każdy element współdziałał z wieloma innymi elementami. Dlatego niejeden pozornie izolowany dokument po głębszej analizie może nam wiele powiedzieć. Stanowi źródło informacji o innych dostępnych, a nawet niedostępnych dokumentach.

Dlatego należy apelować do badaczy, żeby pochylili się nad ocalałymi teczkami księży. Każdy, kto zajrzy do Archiwum Cyfrowego IPN, znajdzie bez trudu materiały do takiej kwerendy. Niektóre opisy zamieszczone w Archiwum Cyfrowym zawierają podstawowe informacje. Można się z nich dowiedzieć:

 jakiego typu operację SB przeprowadziła w sprawie danego księdza;

 w których miejscowościach działał ten ksiądz;

 co SB mu zarzucała;

 ile kart liczy sobie ocalała teczka TEOK;

 w którym magazynie, regale i pudle IPN ją przechowuje.

Przeglądając Archiwum Cyfrowe IPN doliczyłem się ponad 1600 teczek TEOK lub „teczek zawierających materiały z TEOK”. Z moich wyliczeń wynika, że najwięcej akt księży zachowało się w Katowicach. Kraków jest pod tym względem drugi. Tak się składa, że po 1982 r. teczka TEOK Tadeusza Rydzyka znajdowała się właśnie w Krakowie. Była tam jeszcze w 1988 r., o czym powiem więcej w jednym z następnych rozdziałów tego tomu. Jednak wśród relatywnie licznych teczek TEOK z Krakowa, które przetrwały w takiej czy innej postaci, nie znajdujemy teczki TEOK Rydzyka.

Co w tym przypadku znaczy wyrażenie „w takiej czy innej postaci”? Co oznacza sformułowanie „teczka zawierająca materiały z teczki TEOK”? Chodzi o to, że niejedna teczka TEOK dotrwała do naszych czasów w postaci niecałej, cząstkowej. Dlaczego? Dlatego, że Instytut Pamięci Narodowej odzyskał tylko część jej zawartości. Jak oświadczył w 2017 r. prezes IPN Jarosław Szarek, wiele materiałów z teczek TEOK zostało odtworzonych przez pracowników IPN podczas „prac porządkowych i rekonstrukcyjnych”14. Te prace to między innymi sklejanie dokumentów podartych lub pociętych przez esbeków na kawałki. Łatwo się domyślić, że tak potraktowane akta trudno odtworzyć w całości.

W oświadczeniu Szarka mowa o dokumentacji ze Śląska i Zagłębia Dąbrowskiego odnalezionej w tzw. worach ewakuacyjnych. Zatem o papierach, które esbecy próbowali zniszczyć, ale nie zdążyli. Procedura polegała na tym, że akta wytypowane do likwidacji – w tym teczki TEOK – upychano w wielkich workach (często po uprzednim podarciu lub pocięciu). Następnie dokumenty trafiały do papierniczego młyna w celu zmielenia zawartości. Względnie do lasu, w którym esbecy rozpalali ognisko. Robiono tak w całej Polsce, jednak na Śląsku niszczyciele spóźnili się z wykonaniem finalnych etapów operacji. Część dokumentacji przeznaczonej do zniszczenia nie dotarła do młyna papierniczego ani nie została poddana działaniu ognia. Śląskie wory ewakuacyjne wpadły w ręce funkcjonariuszy służb specjalnych III RP15.

 

Jakie były dalsze losy ocalałych śląskich worów i ich zawartości? Prezes Szarek podaje – a zapisy w Archiwum Cyfrowym IPN potwierdzają – że służby III RP przekazały wory ewakuacyjne Instytutowi Pamięci Narodowej przed 2002 r. Jednak pracownicy IPN zajęli się zawartością worków dopiero w 2006 r. Czyżby nikt wcześniej nie wpadł na pomysł, że wory ewakuacyjne mogą zawierać szczególnie cenne materiały?

Łatwo można się domyślić, że to właśnie worom ewakuacyjnym oddział IPN w Katowicach zawdzięcza swoje pierwszeństwo w liczbie zachowanych i odzyskanych teczek księży16.

W jaki sposób krakowski oddział IPN zajął drugie miejsce? Również i on odzyskał wiele cząstkowych materiałów, które składały się na teczki TEOK. Spora część tych materiałów pochodzi z lat 80. To okres, w którym teczka Rydzyka znajdowała się w Krakowie. Jednak pracownicy krakowskiego oddziału IPN w żadnym zakamarku nie trafili na fragmenty teczki TEOK Rydzyka. Nie wyszperali jej strzępów w stosach pociętego papieru.

Na tym nieuchwytność teczki TEOK Rydzyka się nie kończy.

To teczka – jeśli można tak powiedzieć – „o najwyższym stopniu zaginięcia”. Wiemy bowiem o teczkach TEOK, które zaginęły, ale pozostawiły ślad w ewidencji SB. Informacja o tym, że istniały, zachowała się w protokołach zniszczenia albo w esbeckich spisach kartotecznych i archiwalnych. Jednak i do tej kategorii nie należy teczka TEOK Rydzyka. Ona zniknęła bez śladu.

Co zatem obserwujemy? Po pierwsze, zaginięcie. Po drugie, nieodnalezienie. Po trzecie, nieodtworzenie. Po czwarte, niepozostawienie żadnego śladu. Po piąte, wszystko to w Krakowie – mimo że przetrwało tam względnie dużo innych teczek TEOK z tego samego okresu.

To niejedyny taki przypadek, rzecz jasna. Niemniej daje do myślenia. Zwłaszcza że, jak się dowiadujemy, zniknęła nie tylko teczka TEOK Rydzyka. Zniknęło również wiele innych akt, które dotyczyły Rydzyka zarówno bezpośrednio, jak i pośrednio. Skąd o tym wiemy? Między innymi z esbeckiego dokumentu, który znajduje się w jedynej ocalałej teczce księdza Rydzyka. Chodzi o teczkę paszportową, w której udokumentowano formalności związane z podróżami zagranicznymi Rydzyka. Takie papiery na pierwszy rzut oka mogą się zdawać nieciekawe. Gdy się jednak przejrzy je starannie, można odkryć wiele interesujących faktów. W przypadku Rydzyka kluczowe okazało się odczytanie krótkiego tekstu, który ktoś pracowicie zaczernił mazakiem.

Opowiem o tym w drugiej i trzeciej części tego tomu. Teraz musimy wrócić do teczki TEOK Rydzyka i jej możliwych losów. Brak tej teczki w archiwach nie oznacza bowiem, że na pewno przestała istnieć. Naiwnością byłoby przypuszczać, że każda teczka TEOK, której nie da się dzisiaj znaleźć, została faktycznie zniszczona.

Z licznych źródeł – w tym z przywołanego już komunikatu IPN17 – wiemy, że esbecy w latach 1989–1990 nie tylko palili i mielili dokumenty. Niektóre także ukrywali.

Łatwo się domyślić, że dotyczyło to dokumentów:

 najcenniejszych;

 zawierających najbardziej hańbiące informacje;

 stanowiących najbardziej skuteczne narzędzie nacisku i wpływu.

Wiele z teczek TEOK zaliczało się do tej kategorii. W czasach PRL funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa werbowali księży, jak również starannie dokumentowali ich słabości. Po co? Oczywiście po to, żeby ich szantażować. Nie należy zakładać, że wszystkie takie szantaże skończyły się razem z komunizmem. Na przełomie lat 80. i 90. duża część polskiego społeczeństwa gloryfikowała katolickich duchownych. To mogło czynić teczki TEOK szczególnie atrakcyjnymi dla upartych lub zdesperowanych esbeckich szantażystów, którzy chcieliby szantażować księży również w III RP. Chyba nie muszę tłumaczyć, skąd ta atrakcyjność. Uwielbienie ze strony wiernych czyniło niemal każdego księdza osobą wpływową. Zatem cenną jako narzędzie dla szantażysty, który pragnie wpłynąć na rzeczywistość.

Nie należy jednak sądzić, że w latach 1989–1990 liczni funkcjonariusze SB snuli perspektywiczne plany zachowania swoich wpływów za pośrednictwem szantażowanych księży. Esbecy głównie ratowali własną skórę. Wiedzieli, że po upadku komunizmu mogą znaleźć się na celowniku prokuratury, sądów, mediów, a przede wszystkim – swoich dotychczasowych ofiar. Wiedzieli, że będą potrzebować pieniędzy i sojuszników. Teczka o skrajnie kompromitującej zawartości stanowiła idealną kartę przetargową. Osoby zainteresowane jej nieujawnianiem mogły się odwdzięczyć za przekazanie takiej teczki lub choćby za milczenie o jej istnieniu.

Dlatego należy założyć, że esbecy nie zniszczyli wszystkich teczek, które wynosili z kartotek i archiwów w latach 1989–1990. Niektóre z nich ukryli.

Jeśli zaś chodzi o biskupów, których Kiszczak obdarował aktami – to nie wiemy, co zrobili z kłopotliwą dokumentacją. Czy na pewno zniszczyli ją w całości? Zapewne niejeden hierarcha poczuł pokusę, żeby schować papiery do sejfu. Przecież esbeckie teczki o kompromitującej treści to dodatkowy środek nacisku, za którego pomocą biskup mógł dyscyplinować podległych sobie księży.

A co się stało z aktami, które przetrwały w kartotekach i archiwach Służby Bezpieczeństwa? Trafiły do Urzędu Ochrony Państwa (UOP, pierwsze cywilne służby specjalne wolnej Polski). Pozostawały tam przez całe lata 90. Zatem były wówczas niemal całkowicie niedostępne dla uczonych, publicystów i dziennikarzy śledczych.

W 1999 r. powstał Instytut Pamięci Narodowej, który miał:

 przejąć zachowane akta SB i innych służb specjalnych PRL;

 udostępniać tę dokumentację dziennikarzom i historykom.

Wtedy Urząd Ochrony Państwa zaczął przekazywać esbeckie papiery do IPN. Przekazywanie to kontynuowała następczyni UOP, czyli powołana w 2002 r. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego (ABW).

Na ile wypada ufać, że UOP, ABW i IPN niczego nie ukryły lub nie ukrywają, jeśli chodzi o esbeckie akta księży?

W UOP, a nawet w ABW służyło sporo byłych esbeków. Rzecz jasna, taka przeszłość nie dyskredytuje ich automatycznie jako funkcjonariuszy służb specjalnych demokratycznej Rzeczpospolitej. Nie mamy jednak gwarancji, że każdy były esbek w służbie wolnej Polski odrzucił pokusę bezprawnego wykorzystywania tajnej wiedzy z przeszłości. IPN przyznaje, że funkcjonariusze służb III RP dla celów prywatnych wynosili dokumenty SB ze służbowych archiwów18. W sposób naturalny nasuwa się przypuszczenie, że robili to przede wszystkim byli esbecy – oni najlepiej znali swoje papiery z czasów PRL. Ale znali je nie tylko oni. „Nowi” funkcjonariusze z demokratycznego naboru po 1989 r. także interesowali się esbeckimi papierami. Nie da się wykluczyć, że i wśród „nowych” znaleźli się tacy, którzy je wynosili dla celów prywatnych.

Na tym nie koniec. Służby III RP blokowały lub ograniczały ujawnienie akt SB również w inny sposób, jak najbardziej urzędowy. Chodziło o to, że UOP i ABW wykorzystywały esbeckie dokumenty w swojej pracy – jako źródło informacji, zapewne też jako narzędzie operacyjne. Jeżeli UOP i ABW posiadały jakieś teczki TEOK, to za ich pomocą mogły dla swoich celów wywierać presję na niektórych najbardziej zdemoralizowanych duchownych. Jeśli tak było, jeśli jakąś częścią teczek TEOK posługiwały się służby III RP, to trudno oczekiwać, żeby wyzbyły się takiego narzędzia chętnie i bez oporów… Zatem kierownictwo UOP i ABW mogło blokować ujawnienie esbeckiej dokumentacji księży posiadanej przez te służby. Mogło nie przekazać Instytutowi Pamięci Narodowej niektórych teczek TEOK albo przy przekazaniu mogło wystąpić do IPN o nieudostępnianie ich badaczom.

Co więcej, w służbach wolnej Polski znaleźli się też radykalni prawicowi katolicy. Centrala Urzędu Ochrony Państwa w Warszawie przeżyła najazd takich radykałów w latach 1991–1992, gdy Antoni Macierewicz pełnił funkcję ministra spraw wewnętrznych (jego bliski przyjaciel i prawa ręka, Piotr Naimski, został wtedy szefem UOP). Jeszcze więcej prawicowych katolików i ultrakatolików trafiło do Instytutu Pamięci Narodowej. Ich nieformalnym liderem stał się Sławomir Cenckiewicz – współpracujący z Macierewiczem i Rydzykiem wyznawca tzw. lefebryzmu (lefebryści uważają, że Watykan po II soborze watykańskim zaczął odchodzić od katolicyzmu)19.

Łatwo się domyślić, że ultrakatolików w UOP i IPN mogła kusić myśl o zniszczeniu dokumentacji, która najbardziej kompromituje katolickich księży. Jak również myśl o ukryciu tej dokumentacji i używaniu jej jako środka nacisku na księży. Fanatyczny katolicki działacz potrzebuje duchownych, którzy by usprawiedliwiali i błogosławili kontrowersyjne działania fanatyka.

Trudno więc zakładać, że ogniska i młyny papiernicze z lat 1989–1990 oraz hojny dar Kiszczaka dla biskupów to jedyne przyczyny dzisiejszej niedostępności licznych teczek TEOK. Na pewno wiele z nich zostało zniszczonych podczas upadku komunizmu. Niektóre jednak wciąż mogą spoczywać w prywatnych skrytkach byłych esbeków i funkcjonariuszy UOP, o ile już nie zostały za coś przehandlowane. Innych teczek TEOK wypadałoby szukać w sejfach katolickich kurii biskupich. Jeszcze inne wciąż mogą się znajdować w gestii służb specjalnych III RP – objęte utajnieniem przez te służby.

Co w tym przypadku oznacza utajnienie? To, że nikt poza służbami III RP i ich politycznymi zwierzchnikami nie ma dostępu do utajnionych materiałów. Nikt inny nie ma prawa ich oglądać, a w większości przypadków – nawet wiedzieć o ich istnieniu. Dotyczy to również historyków i dziennikarzy, którzy odwiedzają Instytut Pamięci Narodowej i przeglądają akta z archiwów IPN.

Utajnianie wybranych esbeckich materiałów przez służby specjalne RP następuje od samego początku istnienia Instytutu Pamięci Narodowej. W 1999 r. służby zaczęły przekazywać do IPN posiadaną przez siebie zawartość kartotek i archiwów SB – jednak utajniały przy tym wiele esbeckich teczek ze względu na bezpieczeństwo narodowe (czyli swój pożytek). Z tych utajnionych teczek powstał tzw. zbiór zastrzeżony Instytutu Pamięci Narodowej. Trafiły do niego esbeckie dokumenty:

 oficjalnie przechowywane przez IPN;

 jednak niedostępne dla badaczy;

 niefigurujące w spisach ewidencyjnych IPN przeglądanych przez badaczy;

 użytkowane przez służby specjalne RP.

Przez lata prawica domagała się ujawnienia zbioru zastrzeżonego. Twierdziła, że niektóre teczki ukryto w nim z przyczyn politycznych. Rzekomo miały one kompromitować ważnych przedstawicieli obozu liberalnego. Co się stało, gdy prawica doszła do władzy? Ogłosiła ujawnienie zbioru zastrzeżonego w czerwcu 2017 r. Czy jednak doszło do pełnego ujawnienia tego zbioru? Skądże. Niektóre teczki wciąż pozostały tajne. Powód? Ten sam co poprzednio. Takie było życzenie służb specjalnych RP – w roku 2017 całkowicie już zdominowanych przez katolicką prawicę, która dwa lata wcześniej zdobyła władzę w Polsce. Może to rodzić podejrzenie, że kierownictwo służb chroni polityków i sojuszników prawicy przed ich własną przeszłością. Wiemy, że wśród tych sojuszników są księża – z Tadeuszem Rydzykiem na pierwszym miejscu.

Co zaś wiemy o aktach, które wciąż pozostają tajne? Tyle co o teczce TEOK Rydzyka, czyli nic. W 2017 r. media podały, że utrzymano całkowitą tajność tych akt, zatem służby RP i władze IPN nie ujawniają nawet tematyki ani tytułów teczek20.

Dodam, że utajnienie ma niejedną postać. O ile wiadomo, niektóre z utajnionych dokumenty spoczywają w magazynach IPN, choć są niedostępne dla badaczy. Inne jednak ukryto głębiej, mianowicie w szafach pancernych Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego – gdyż ABW samowolnie przetrzymuje część akt, które powinny się znajdować w IPN. Agencja zatrzymała w swoich sejfach część dokumentów:

 wcześniej wypożyczonych przez nią z IPN;

 lub jeszcze wcześniej wypożyczonych z IPN przez Urząd Ochrony Państwa.

IPN domagał się zwrotu tych akt przez następne lata, włącznie z 2019 r. Prezes IPN Jarosław Szarek rozważał nawet podjęcie kroków prawnych wobec ABW21. Aczkolwiek nie wiadomo, czy tę groźbę Szarka należało traktować serio. Niektórzy komentatorzy podejrzewali bowiem, że ABW i IPN wspólnie nie chcą ujawniać teczek przejętych przez służby. W takim przypadku rolę „złego policjanta” utajniającego dokumenty wzięłaby na siebie ABW, gdyż historykom z IPN takiej roli grać nie wypada. Sprawą zajmował się opozycyjny senator Krzysztof Brejza. W lutym 2021 r. senator Brejza zapytał IPN o to, jak zakończył się spór – czy też pozorny spór – o akta zamknięte w sejfach ABW. Gdy oddawałem tę książkę do druku, Krzysztof Brejza wciąż czekał na odpowiedź22.

 

Dlaczego kierownictwo Instytutu Pamięci Narodowej miałoby blokować ujawnienie teczek razem z Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego? Ze względu na to, o czym wspomniałem wcześniej. Kierownictwo IPN zostało zdominowane przez prawicowców i ultraprawicowców, katolików i ultrakatolików takich jak Cenckiewicz. Dlatego nie da się wykluczyć, że niektórzy przedstawiciele tego kierownictwa uczestniczyli w ukrywaniu teczek kłopotliwych dla prawicy i Kościoła katolickiego, w tym teczek TEOK. Mogli to robić we współpracy z Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego, np. uczestnicząc w typowaniu teczek, które następnie utajniła ABW. Rzecz jasna, nie da się też wykluczyć, że któryś z prawicowo-katolickich szefów lub wysokich rangą pracowników IPN zniszczył lub ukrył jakieś akta na własną rękę. Na przykład upychając je w takim zakamarku magazynów, który omijają wszelkie prace porządkowe.

Tak czy inaczej, teczka TEOK Tadeusza Rydzyka jest nieobecna lub niedostępna w Instytucie Pamięci Narodowej. Jak widać, można jej brak tłumaczyć na wiele sposobów. Jednak – podkreślę raz jeszcze – nie da się go tłumaczyć tym, jakoby teczka TEOK Rydzyka nigdy nie powstała. Wiemy, że musiała istnieć. Wiemy, że esbecy musieli założyć Rydzykowi taką teczkę, tym bardziej że podczas pobytu Tadeusza Rydzyka w Braniewie wydarzyło się coś niezwykłego. Głuchowski i Hołub w książce Imperator opisują to tak: „…rok 1962. Jest koniec zimy, do matury jeszcze trochę czasu, braniewscy klerycy idą na spacer przez zamarznięty Zalew Wiślany. Nieświadomie przekraczają granicę z ZSRR (dzisiejszy obwód kaliningradzki), a może tylko się do niej zbliżają. W każdym razie dwóch z nich zatrzymują sowieccy pogranicznicy. Najpierw częstują kanapkami, proponują nawet wódkę, potem przekazują w ręce polskich milicjantów i esbeków”.

Sowieci przekazują Rydzyka esbekom… Czy formułują przy tym „przyjacielskie sugestie” co do dalszych losów zatrzymanego kleryka? W Związku Sowieckim Kościół katolicki był traktowany jak wroga organizacja, a zgromadzenia zakonne – jak obce służby wywiadowcze. Czy Sowieci przeoczyli, kim są młodzi ludzie, którzy wtargnęli na ich terytorium? Czy klerykom udało się zataić, że są klerykami? Gdyby sowieccy pogranicznicy i współpracujący z nimi sowieccy kontrwywiadowcy przegapili lub machnęli ręką na to, że dwóch zatrzymanych intruzów to członkowie organizacji religijnej, mogliby ponieść konsekwencje.

Klerycy na pewno byli badani na granicy przez Sowietów. Skoro proponowano im alkohol, to w celu wyciągnięcia z nich informacji. Jeśli odesłano ich do polskich esbeków, to też nie bez przyczyny. Polscy milicjanci i esbecy na wschodnich i północno-wschodnich rubieżach kraju utrzymywali kontakt z sowieckimi pogranicznikami. A esbecy zajmujący się związkami wyznaniowymi ściśle współpracowali z KGB (sowieckie cywilne służby specjalne, pełniące funkcję policji politycznej, wywiadu i kontrwywiadu). Współpraca ta nieraz przybierała postać nieregulaminową z punktu widzenia przepisów obowiązujących w PRL. Teoretycznie kontakty polskich jednostek terenowych SB z sowieckimi jednostkami KGB powinny być monitorowane przez MSW w Warszawie. Tej zasady zazwyczaj przestrzegano, jednak niektórzy ją łamali. A esbecy zajmujący się związkami wyznaniowymi łamali ją często, z biegiem lat coraz częściej. Zapewne pod presją swoich sowieckich towarzyszy, którzy uważali silną pozycję Kościoła katolickiego w Polsce za szkodliwą anomalię, którą trzeba intensywnie monitorować.

Zatem należy przyjąć, że już w 1962 r. sowieckie służby odnotowały istnienie kleryka Tadeusza Rydzyka. A przekazując go esbekom, mogły wiedzieć, że kleryk trafi w ręce esbeckiej antykościelnej jednostki, z którą sowieckie służby mają szczególnie bliskie stosunki. Dodatkowe ułatwienie dla Sowietów mógł stanowić fakt, że szefem SB w Braniewie był wówczas Władysław Stefaniak. Z jego akt wynika, że podczas swej kariery specjalizował się w dwóch rodzajach działalności:

 najpierw w walce z Kościołem katolickim (do 1958 r.);

 później w ochronie kontrwywiadowczej granicy polsko-sowieckiej23.

Zatem funkcjonariusz Stefaniak był osobą wręcz idealną do badania sprawy kleryka, który samowolnie przekroczył tę granicę.

Władysław Stefaniak i jego koledzy potraktowali sprawę Rydzyka z najwyższą powagą. Oto następny cytat z książki Głuchowskiego i Hołuba: „Milicja nie aresztuje alumnów, ale incydent daje pretekst do prób werbunku. Najdłuższe przesłuchanie miało miejsce w Wielki Wtorek – wspomina Ojciec Dyrektor w rozmowie z Szymonem Cieślarem [redaktor naczelny miesięcznika „Rodzina Radia Maryja” – w całym tekście informacje umieszczone w nawiasach kwadratowych pochodzą od T.P.]. – Szedłem na nie w habicie i myślałem: «Panie Jezu, to Wielki Tydzień, może to będzie mój Wielki Piątek. Pomóż mi tylko, żebym Cię nie zdradził». Podczas przesłuchania człowiek ma burzę w głowie. Pamiętam do dziś ich wyzwiska, jakieś straszliwe krzyki… Zanim esbecy rozpoczną przesłuchanie, długo trzymają kleryka Rydzyka w sekretariacie. Sekretarka pisze coś na maszynie i nie zwraca uwagi na siedzącego, który poci się w zimowym płaszczu. Tadeusz czeka w milczeniu, w myślach odmawia różaniec. Wreszcie wołają do pokoju. Każą pisać oświadczenie. Imię, nazwisko, miejsce stałego zamieszkania i pobytu, opis ostatnich wydarzeń…

– Jak dochodziło do jakiegoś punktu, z którym się nie zgadzałem, mówiłem: «To jest nieprawda, tego nie mogę napisać» – wspomina po latach redemptorysta. – Pamiętam, jak krzyczeli wtedy, żebym podpisał współpracę, żebym się z nimi gdzieś spotykał. Odpowiedziałem: «Możemy się spotykać tylko w klasztorze. Ja nigdzie nie pójdę. Bez przełożonych nic nie zrobię. O tym wszystkim muszę im powiedzieć». Esbecy zaczynają wrzeszczeć. Spotkanie i przesłuchanie jest tajne, pod żadnym pozorem nie wolno ujawniać nikomu treści rozmowy!

– Rozumiesz, co się do ciebie mówi, czy nie?!

Młody alumn jest bliski paniki. Nie wie, co robić (…). Na prowincjonalnym posterunku milicji niespełna osiemnastoletni Tadeusz może się spodziewać wszystkiego najgorszego. A mimo to odmawia podpisu pod deklaracją milczenia i współpracy.

– Nie będziesz księdzem, jak nie podpiszesz! – mówi esbek.

A dlaczego nie będę?

– Bo my cię opiszemy w prasie centralnej!

I zaczęli mówić, co na mnie napiszą – wspomina po latach ksiądz Rydzyk. – Odpowiedziałem: «Przecież to jest nieprawda!». «To nic, ale ty się nie obronisz». Nie przyjmowali do wiadomości, że nie podpiszę deklaracji. Wtedy się uniosłem i krzyknąłem: «Trudno, może księdzem nie będę, ale Judaszem też nie będę! Dość tego!». I dali mi spokój. To przesłuchanie trwało ponad trzy godziny. Później przesłuchania były systematyczne. Było ich wiele, w różnych miejscach. [A jeszcze] później zaczęli ostrzegać mnie ludzie. Przychodzili do mnie nawet ich współpracownicy. Pamiętam podczas spowiedzi w konfesjonale kilkakrotnie ktoś mówi, żebym uważał. (…) To były takie historie. Byli ludzie życzliwi, ale donosiciele też byli”.

W rozmowie z własnym portalem RadioMaryja.pl i własną gazetą „Nasz Dziennik” ksiądz Rydzyk wydał z siebie takie westchnienie, wspominając esbeków Stefaniaka: „Nie dawali spokoju (…). Ile przesłuchań, nacisków, krzyków, szantaży, żeby podpisać”24.

Gdzie są protokoły tych wszystkich przesłuchań? Nie wiemy. Archiwum Cyfrowe IPN nie wykazuje żadnej wzmianki na temat Rydzyka w aktach Służby Bezpieczeństwa z Braniewa i Olsztyna (któremu Braniewo podlegało w 1962 r.), jak również z Elbląga (któremu Braniewo podlegało po 1975 r.). Tamtejsze protokoły, notatki lub raporty dotyczące Tadeusza Rydzyka trafiły zapewne do jego teczki TEOK. Niestety, teczka TEOK Rydzyka zaginęła. Jak się przekonamy, nie tylko ona.

Ale o tym później. Najpierw zajmijmy się tym, co się działo z młodym duchownym w następnych latach po pechowym spacerze.