Ursula de Jesus

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Projekt okładki i stron tytułowych

Fahrenheit 451

Redakcja

Katarzyna Litwińczuk

Korekta

Firma Korektorska UKKLW

Dyrektor projektów wydawniczych

Maciej Marchewicz

ISBN 9788380795358

Copyright © by Tomasz P. Terlikowski

Copyright © for Fronda PL Sp. z o.o., Warszawa 2020

Wydawca

Wydawnictwo Fronda Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

tel. 22 836 54 44, 877 37 35

faks 22 877 37 34

e-mail: fronda@fronda.pl

Konwersja

Epubeum

Spis treści

Wstęp

Część 1. Świat Urszuli

Część 2. Żywot Niewolnicy Pana

Rozdział 1. Dzieciństwo w niewoli

Rozdział 2. Niewolnica klasztoru

Rozdział 3. Ku wolności wyswobodził ją Chrystus

Rozdział 4. „Jestem czarna, ale piękna i wszechmocny Król mnie miłuje”

Część 3. Wizje na wtedy i na dziś

Część 4. Spotkania z duszami czyśćcowymi

Część 5. Wyzwolenie mistyczek

Zakończenie

Bibliografia

Przypisy

Wstęp

Niewiele jest prawd wiary, do których podchodzimy tak niechętnie, jak ta o istnieniu piekła i (co akurat może zaskakiwać) czyśćca. Współczesne chrześcijaństwo – w swoim głównym nurcie – wypchnęło prawdę o istnieniu wiecznej otchłani z przestrzeni myślenia, a współczesny katolicyzm niechętnie powraca nawet do myślenia o czyśćcu. Teolodzy prześcigają się w zapewnieniach, że nawet jeśli piekło istnieje (co wcale nie jest dla wielu takie oczywiste), to bez wątpienia jest puste, apokatastaza, choć potępiona przez sobory i synody, powróciła pod teologicznym określeniem „nadziei zbawienia dla wszystkich”, a teolodzy i religijni celebryci przekonują, że mówienie o piekle, a nawet o czyśćcu, to teologiczny przeżytek, niepotrzebne straszenie. Wspomnienie o karze za grzechy, także tej doczesnej, również nie cieszy się obecnie popularnością, a Bóg przekształcił się w sympatycznego dziadziusia, który w istocie nic od nas nie wymaga, niczego od nas nie chce, nie radzi sobie ze złem, ale za to może nas wynagrodzić niebem. To ostatnie jest jedyną (no, może obok śmierci, ale i ta jest wypchnięta z kultury masowej i codziennego życia) z rzeczy ostatecznych, które jeszcze pozostały w zwyczajnym nauczaniu Kościoła, i które akceptujemy. Kłopot polega tylko na tym, że prawda o niebie, bez prawdy o istnieniu wiecznego piekła, bez prawdy o sądzie (także tym ostatecznym) staje się niechrześcijańskim bajaniem, które z Pismem Świętym i Tradycją niewiele ma wspólnego. Niewiele też wspólnego z chrześcijaństwem ma natychmiastowa, kaznodziejska beatyfikacja zmarłych, z których niemal każdy „spogląda już na nas z nieba”, a jeśli ksiądz – nie daj Boże – pozwoli sobie na sugestię, że trzeba się modlić za zmarłego, że trzeba wspierać go w jego możliwych mękach czyśćcowych, od razu podnosi się szum, że kapłan ów głosi jakąś przestarzałą teologię, a do tego wprawia rodzinę zmarłego w rozpacz i niesprawiedliwie ocenia jego życie. Ten, z perspektywy tradycyjnej katolickiej teologii, naiwny i nieprawdziwy optymizm sprawia, że coraz rzadziej modlimy się za naszych zmarłych, coraz mniej chętnie zamawiamy za nich Msze Święte i coraz mniej troszczymy się o swoje własne zbawienie i o pokutę, która może nas wyzwolić nie tylko z piekła, lecz także z mąk czyśćcowych.

Ten fałszywy optymizm związany jest z równie fałszywą wizją miłosierdzia Bożego, które polegać ma na tym, że Panu Bogu w istocie obojętne są nasze grzechy, że wszystkie one doskonale On rozumie, że nie może – jako kochający Ojciec – wymagać od nas poddania się Swojemu Prawu, pokuty, o wyrzeczeniu, i to niekiedy bardzo poważnym, nie wspominając. Nasze emocje, potrzeby, pragnienia wyznaczają wizję Boga, Jego prawa, a każda sugestia, że Bóg może nie chcieć naszej przyjemności, naszej samorealizacji, uznawana jest za dowód, że w istocie nie wierzy się w Boże miłosierdzie. Kłopot polega tylko na tym, że autentyczna (bo objawiona w Biblii, w Tradycji, a także potwierdzona przez wizje św. Faustyny Kowalskiej) doktryna Bożego miłosierdzia nic takiego nie głosi, a nawet mocniej – jest ona nierozłącznie związana z klasycznym, bardzo surowym rozumieniem grzechu, z przekonaniem o istnieniu piekła i czyśćca, a także o Sądzie Bożym. „Dziś byłam w przepaściach piekła, wprowadzona przez anioła. Jest to miejsce wielkiej kaźni, jakiż jest obszar jego strasznie wielki. Rodzaje mąk, które widziałam: pierwszą męką, która stanowi piekło, jest utrata Boga; drugie – ustawiczny wyrzut sumienia; trzecie – nigdy się już ten los nie zmieni; czwarta męka – jest ogień, który będzie przenikał duszę, ale nie zniszczy jej, jest to straszna męka, jest to ogień czysto duchowy, zapalony gniewem Bożym; piąta męka – jest ustawiczna ciemność, straszny zapach duszący, a chociaż jest ciemność, widzą się wzajemnie szatani i potępione dusze, i widzą wszystko zło innych i swoje; szósta męka – jest ustawiczne towarzystwo szatana; siódma męka – jest straszna rozpacz, nienawiść Boga, złorzeczenia, przekleństwa, bluźnierstwa. Są to męki, które wszyscy potępieni cierpią razem, ale to jest nie koniec mąk. Są męki, które wszyscy potępieni cierpią razem, ale to jest nie koniec mąk. Są męki dla dusz poszczególne, które są mękami zmysłów: każda dusza czym grzeszyła, tym jest dręczona w straszny i nie do opisania sposób. Są straszne lochy, otchłanie kaźni, gdzie jedna męka odróżnia się od drugiej; umarłabym na ten widok tych strasznych mąk, gdyby mnie nie utrzymywała wszechmoc Boża. Niech grzesznik wie: jakim zmysłem grzeszy, takim dręczony będzie przez wieczność całą. Piszę o tym z rozkazu Bożego, aby żadna dusza nie wymawiała się, że nie ma piekła, albo tym, że nikt tam nie był i nie wie, jak tam jest. Ja, siostra Faustyna, z rozkazu Bożego byłam w przepaściach piekła na to, aby mówić duszom i świadczyć, że piekło jest. O tym teraz mówić nie mogę, mam rozkaz od Boga, abym to zostawiła na piśmie. Szatani mieli do mnie wielką nienawiść, ale z rozkazu Bożego musieli mi być posłuszni. To, com napisała, jest słabym cieniem rzeczy, które widziałam. Jedno zauważyłam: że tam jest najwięcej dusz, które nie dowierzały, że jest piekło” (Dzienniczek, 741) – wskazuje św. Faustyna w Dzienniczku. O piekle bardzo mocno mówi też Matka Boża w Fatimie. Nie ma wątpliwości, że ono nie tylko istnieje, lecz także że trafia do niego wiele osób. „Pani Nasza pokazała nam morze ognia, które wydawało się znajdować w głębi ziemi; widzieliśmy zanurzone w tym morzu demony i dusze niczym przezroczyste, płonące węgle, czarne lub brunatne, mające ludzką postać, pływające w pożarze, unoszone przez płomienie, które z nich wydobywały się wraz z kłębami dymu, padając na wszystkie strony jak iskry w czasie wielkich pożarów, pozbawione ciężaru i równowagi, wśród bolesnego wycia i jęków rozpaczy, tak że byliśmy przerażeni i drżeliśmy ze strachu”1 – opisują tamte wydarzenia dzieci fatimskie. Nic też nie wskazuje na to, by liczba potępionych miała być niewielka. „Wiele dusz idzie do piekła” – mówiła Matka Boża 19 sierpnia 1917 roku. A wizjonerka fatimska bł. Hiacynta tak się tym przejęła, że swoje życie poświęciła modlitwie za idących na potępienie2.

I Pan Jezus do św. Faustyny, i Matka Boża do dzieci fatimskich bardzo mocno mówią też o czyśćcu. Siostra Łucja wyjaśnia, że po śmierci ci, którzy idą do nieba, będą się musieli oczyścić z każdej nieczystości, zmazy grzechu, z każdej jego pozostałości. Można to zrobić, podejmując pokutę jeszcze po tej stronie, ale jeśli tego nie zrobimy, to będziemy świadomi konieczności takiego oczyszczenia po drugiej stronie3. Św. Faustyna ma nawet wizję czyśćca, która ma nam uświadomić, jak wielkie czeka nas tam cierpienie, jeśli nie oczyścimy się po tej stronie. „W jednej chwili znalazłam się w miejscu mglistym, napełnionym ogniem, a w nim całe mnóstwo dusz cierpiących. Te dusze modlą się bardzo gorąco, ale bez skutku dla siebie, my tylko możemy im przyjść z pomocą. Płomienie, które paliły je, nie dotykały się mnie. Mój Anioł Stróż nie odstępował mnie ani na chwilę. I zapytałam się tych dusz, jakie ich jest największe cierpienie. I odpowiedziały mi jednozgodnie, że największe dla nich cierpienie to jest tęsknota za Bogiem” (Dzienniczek, 20) – wskazuje św. Faustyna. Można oczywiście zastanawiać się, na ile obrazy te są właściwe tylko pewnej epoce, ale nie można odrzucić prawdy o tym, że czyściec istnieje i że mamy w nim osiągnąć absolutną czystość, bo tylko ktoś absolutnie czysty może stanąć wobec absolutnie czystego Boga. „Aby cieszyć się Bogiem przez całą wieczność, trzeba stać się oczyszczonym”4 – wskazuje peruwiańska mistyczka, żyjąca w XVII wieku Urszula od Jezusa.

 

Jej mistyczny Dziennik zawierający opisy słów kierowanych do niej przez samego Jezusa, Matkę Bożą, ale także św. Franciszka czy liczne dusze czyśćcowe przedstawia niezwykle interesujący i pełny obraz czyśćca, i choć nie jest on wolny od wyraźnych wpływów epoki, w jakiej żyła mistyczka, i jej specyfiki, to wydaje się, że warto sięgać do jej pism, by lepiej zrozumieć, co czeka nas po tamtej stronie, jak sam Bóg będzie nas tam sądził i za co będziemy odpowiadać. Dla chrześcijan, szczególnie tych bardzo zaangażowanych religijnie, znajduje się tam bardzo ważne ostrzeżenie, z którego wynika, że wcale nie będzie im (nam) łatwiej na Sądzie Ostatecznym. „Zakonnicy będą sądzeni bardziej surowo, ponieważ mieli większe zobowiązania”5 – notuje Urszula od Jezusa. A jej słowa znajdują potwierdzenie w Ewangeliach. „Sługa, który zna wolę swego pana, a nic nie przygotował i nie uczynił zgodnie z jego wolą, otrzyma wielką chłostę. Ten zaś, który nie zna jego woli i uczynił coś godnego kary, otrzyma małą chłostę. Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą” (Łk 12,47–48) – mówi Jezus. Urszula jednak nie tylko przypomina tę ważną prawdę, lecz także pokazuje, za jak drobne – z pozoru – przewinienia możemy cierpieć w czyśćcu. Jej rozmowy z duszami czyśćcowymi uświadamiają także, czego trzeba się strzec, jak nie należy traktować Bożego miłosierdzia i wreszcie, jaką drogą zmierzać do nieba.

Jej objawienia i ona sama przez wiele pokoleń były w zasadzie nieznane poza Peru. Ciekawe, że dopiero prawie czterysta pięćdziesiąt lat po tym, jak mistyczka miała te wizje, zaczyna się mówić o Urszuli i tym, co Pan Jezus, Matka Boża i dusze czyśćcowe mieli jej do powiedzenia. W historii zbawienia nie ma, rzecz jasna, przypadków, nic nie dzieje się ot tak, i dlatego nie wydaje się, by przypadkiem było to, że dopiero teraz do rąk zarówno ludzi wierzących, jak i badaczy trafia Dziennik duchowy XVII-wiecznej mistyczki z Peru. Bóg, objawiając jej to, co miał do powiedzenia, już wtedy powiedział, że „to, co ci daję, nie daję ci samej. Chcę, żebyś przyprowadziła do mnie grzeszników”6. I to się zaczyna właśnie dziać. W czasach, gdy współcześni teolodzy niechętnie wspominają o czyśćcu czy piekle, a jeśli nawet, to często po to, by zdemitologizować te dwa stany, by wyleczyć ludzi ze strachu przed nimi, pojawia się kolejna mistyczka, która ma nam przypominać o tej, głęboko zakorzenionej w katolickiej doktrynie, prawdzie.

Z Urszulą od Jezusa warto się jednak zapoznać nie tylko z powodu jej objawień. One są ważne i potrzebne, ale niesamowicie inspirujące w naszych czasach jest również jej życie. Mistyczka ta bowiem, choć żyła w klasztorze klarysek w Limie, nie była „pełnowartościową” siostrą (inne siostry jej to często wypominały), bowiem była nie tylko „czarna”, lecz także przez wiele lat była niewolnicą, którą dopiero po kilku latach w klasztorze wykupiła jedna z sióstr. Jako taka nie mogła być mniszką, choć prowadziła głębokie życie religijne, a musiała pozostać siostrą służebną przeznaczoną do ciężkiej pracy. Nie była w tym zresztą osamotniona, bowiem podobnie mniszkami nie mogły być chrześcijanki Indianki. Jej życie, jej religijność, jej zmagania z rzeczywistością, choć pochodzą z zupełnie innych czasów, są niezmiernie mocnym przykładem wyzwalającej mocy Ewangelii, ale także smutnym przykładem tego, jak chrześcijaństwo niekiedy ulegało złudzeniom swoich czasów. Niewolnictwo, nierówność, kolonializm, także – w Ameryce Łacińskiej nieco łagodniej – rasizm, były wpisane w tamtą rzeczywistość. I choć nie brakowało kapłanów i zakonników, którzy próbowali z tym walczyć (warto o nich przypominać), to – niestety – Kościół był elementem tego układu. A jednak mimo tych problemów, mimo tego uwikłania Ewangelia miała moc wyzwalającą, dawała siłę i poczucie godności tym, którzy byli jej często społecznie pozbawiani, a sama Urszula często słyszała potwierdzenie wartości swojej duszy w czasie objawień prywatnych. Moc chrześcijaństwa to kolejny, obok prawdy doktrynalnej, element jej historii.

Ale ta książka jest także opowieścią o Kościele i świecie, jaki wydał Urszulę od Jezusa. O franciszkanach, którzy nieśli wtedy Jezusa na cały świat, o dominikanach, którzy przynieśli Go do Peru, o innych zakonnikach, którzy ten kraj ewangelizowali, o pierwszych świętych Nowego Świata i wreszcie o tym, jak tamten świat przyjmował Ewangelię. Niewiele wciąż w Polsce wiemy o tamtym chrześcijaństwie, a ma nam ono naprawdę wiele do zaoferowania, skłania do przemyślenia i przemodlenia. W świecie, w którym centrum chrześcijaństwa przesuwa się z Europy w kierunku Afryki, a w Ameryce Łacińskiej rozgrywają się istotne dla całego Kościoła zmiany, warto dowiedzieć się więcej o latynoskim katolicyzmie, jego mistycznym komponencie i o tym, jak kobiety go wówczas kształtowały. Wyprawa, choćby duchowa, do Peru może wzbogacić naszą wiarę i nasze postrzeganie Kościoła. I dlatego na taką właśnie duchową wyprawę zapraszam!

Część 1. Świat Urszuli

Świat, do którego teraz wyruszamy, w który wprowadza nas Urszula od Jezusa, jest radykalnie inny od naszego. To był świat, w którym niewolnictwo i segregacja rasowa były czymś oczywistym, w którym wciąż rządzili władcy mający prawdziwą, a nie tylko wirtualną władzę, religia była tam istotnym wyznacznikiem postępowania, a głęboka wiara łączyła się często z bardzo przyziemnymi interesami. Był to również świat zbudowany zupełnie od nowa, przez w większości nowych ludzi, na gruzach wielkiego imperium; świat, w którym chrześcijaństwo zastąpiło religię miejscową, w którym nagle pojawiły się rzesze ludzi wyrwanych ze swojego świata, i wreszcie świat, w którym wciąż trwało wielkie napięcie między autentyczną Ewangelią a jej kolonialnym wykorzystywaniem. To tu misjonarze toczyli autentyczne spory z władcami imperium, a jednocześnie często byli wykorzystywani do zniewolenia całych ludów. Tu wreszcie, i to na kilkadziesiąt lat przed narodzeniem naszej bohaterki, zjadliwe pandemie doprowadziły do śmierci ogromnej liczby dawnych mieszkańców tych ziem. Jeśli się tego nie zrozumie, jeśli nie wejdzie się w ten szczególny świat – nie sposób zrozumieć także codziennej rzeczywistości Urszuli od Jezusa.

I

Siedemdziesiąt lat przed jej narodzinami na terenie, gdzie przyszła na świat, rozciągało się potężne imperium, które obejmowało swoją kontrolą tereny większe niż ówczesne Chiny czy imperium osmańskie u szczytu swoich podbojów. Nie mogły się z nim równać także państwa europejskie, które w porównaniu z imperium Inków7 były, co najwyżej, niewielkimi i dość – nie ma co ukrywać – biednymi państewkami. Wystarczy sobie wyobrazić, że państwo to obejmowało – by posłużyć się opisem Charlesa C. Manna – tereny takie, jakby w Starym Świecie zbudować imperium od Petersburga do Kairu8. Imperium to zaś nie było dziełem przypadku ani sprzyjających okoliczności geograficznych, ale geniuszu jego twórców, którzy byli w stanie stworzyć jedno państwo z miejsc kompletnie niegościnnych, niemal niemających ze sobą komunikacji i pozbawionych wspólnych cech. Z jednej bowiem strony tworzył je piaszczysty, pustynny pas wybrzeża, gdzie niemal nic nie rosło, bowiem deszcz nigdy tam nie padał, a z drugiej – bardzo wysokie góry, których najwyższe partie pokryte były nigdy nietopniejącym śniegiem, ale które pustoszone były – od czasu do czasu – potężnymi wulkanicznymi pożarami. Nietrudno zgadnąć, że komunikacja w takich warunkach byłaby – gdyby nie zbudowane drogi – dramatycznie trudna, bowiem poszczególne miejsca oddzielały od siebie przepaści, rwące strumienie, nieprzebyte góry i wreszcie pustynie… A jednak system akweduktów, kanałów (budowanych przez zniewolone ludy, wprzęgnięte w system, którego nie powstydziliby się Lenin, Stalin i Mao Tse-tung), dróg i mostów połączył to państwo w jedno i zapewnił mu – dzięki centralnie sterowanej gospodarce – ogromne bogactwo9.

Lenin, Stalin i Mao Tse-tung nie są tu wspomniani przypadkowo, bowiem… tak się składa, że imperium inkaskie, przy całym jego bogactwie, pięknie i sile, przypominało pod pewnymi względami imperia komunistyczne. I chodzi nie tylko o kult jednostki, jaki otaczał władców owego imperium, których ślina nie mogła upaść na ziemię, więc spluwali oni do rąk swoich sług, którzy później wycierali je w specjalne chustki, chowane w specjalnych skrzyniach i palone uroczyście raz do roku, ale również o system gospodarczy i polityczny, jaki funkcjonował w andyjskim imperium. Władcy tego wielkiego państwa sprawowali naprawdę absolutną władzę nad swoimi poddanymi, i choć w państwie tym nie istniało formalnie niewolnictwo, to głównie dlatego, że wszyscy poddani byli w istocie niewolnikami, a przynajmniej, by posłużyć się opisem Louisa Baudina, „w tym quasi-socjalistycznym systemie granica między człowiekiem wolnym a niewolnikiem była niekiedy trudna do jasnego wyznaczenia”10. I nie jest to w żadnym razie przesada. Inkowie (określenie to oznacza, o czym często się zapomina, władcę, a nie lud) uznali, że ziemia w imperium jest jego własnością, z czego wynikało, że chłopi, rzemieślnicy, pasterze muszą okresowo wykonywać pracę dla państwa, nie była to jednak forma pańszczyzny, a wysyłanie ich w nowe miejsca, w wielkich brygadach, by tam wykonywali wielkie projekty budowlane czy społeczne. Gdy imperium podbijało nowe przestrzenie, natychmiast przesiedlało na nie ludy z innych miejsc, tak by zniszczyć miejscową tkankę społeczną, a robiono to na taką skalę, że po kilkunastu latach miejscowi stanowili mniejszość. Wszystkim też narzucano język runa simi, i choć pozwalano zachować miejscowym swoje zwyczaje, to wszystko miało zmierzać do zbudowania nowej, imperialnej już tożsamości11.

Zwieńczeniem owego systemu był władca absolutny, miejscowy „król słońce” (i to dosłownie, bo był on także najwyższym kapłanem najwyższego bóstwa, czyli właśnie Słońca), który był uważany za bóstwo i wyniesiony ponad wszystkich, nawet najwyżej postawionych, najlepiej urodzonych swoich poddanych. To wyniesienie było tak potężne, że od pewnego momentu uznano nawet, że żoną takiego władcy boga nie mogła być zwykła kobieta, a jedynie jego siostra, bowiem każda inna niewiasta w roli małżonki skalałaby ubóstwionego władcę (nie przeszkadzało im to jednak mieć całe haremy zupełnie zwyczajnie urodzonych nałożnic, które jednak nie były im poślubione). Władca ten nigdy nie dotykał publicznie nogami ziemi, podróżował i pokazywał się w specjalnej lektyce, której ludzie mieli obowiązek usuwać się z drogi i przed którą szli lokaje zmiatający choćby ślady nieczystości sprzed orszaku królewskiego, a za zabicie ptaka, z którego pochodziły pióra zdobiące królewskie nakrycie głowy, groziła kara śmierci12.

Władca ten był równocześnie najwyższym kapłanem, który przewodniczył wszystkim najważniejszym religijnym świętom, i uważany był – zarówno za życia, jak i po śmierci za bóstwo, a religia odgrywała ogromną rolę w uprawomocnieniu nie tylko podbojów inkaskich, lecz także całego systemu społecznego. Najważniejszym bogiem inkaskim było Słońce, które – jak wspomina Inca Garcilasso de la Vega „czcili i mieli za swojego boga”, „królów swoich uważali za synów słońca”13. To jednak nie Słońce było najwyższym bogiem, a Stwórca, który uchodził w tym systemie za istotę bez początku i bez końca, która stworzyła wszystkie inne istoty, w tym pozostałe bóstwa, demony, ludzi czy zwierzęta, i która sprawuje nad nimi władzę równie despotyczną, jak władcy inkascy sprawowali nad swoimi poddanymi. Światem ów bóg zarządzał za pośrednictwem wielu stworzonych istot, pomniejszych bóstw, a sam pojawiał się w sytuacjach kryzysowych, na co dzień zaś władzę w świecie sprawował najważniejszy pomocnik owego Stwórcy, czyli właśnie Słońce. To ono ochraniało i dawało siły przyrodzie, wspomagało rolników, jego kult zaś był oficjalnym kultem inkaskiego imperium. Najważniejsze świątynie w stolicy państwa poświęcono właśnie Słońcu, a działalność militarna prowadzona była w imię podporządkowania innych prawdziwemu kultowi. Mniejszą, ale znaczącą rolę w panteonie bóstw inkaskich odgrywała małżonka Słońca, czyli Księżyc, a także cały szereg pomniejszych bóstw, w tym bóg pogody czy bóstwa gwiazd. Cały ten system nie zawierał głębokiej mistyki czy metafizyki, ale miał wymiar zdecydowanie utylitarny. W religii inkaskiej liczył się rytuał, który miał dać powodzenie w interesach, w rolnictwie i organizację, która miała wspierać państwo, duchowość była drugorzędna. I właśnie dlatego tak ważną rolę odgrywały w nim rytuały magiczne i wróżby. Bez tych ostatnich władcy nie podejmowali żadnych działań14.

 

System ten, choć wydawać by się mogło ukończony i doskonały, szczególnie jeśli spoglądać na niego z perspektywy bogatego i pięknego Cuzco, był w istocie w stanie początkowym. Wiele w nim było niedoskonałości czy punktów, które mogły doprowadzić do upadku. Najlepszym tego przykładem było dziedziczenie tronu, którego reguły w istocie nie istniały, a dokładniej – jedyną regułą było to, że władca wyznacza swojego następcę. Nikt jednak nie widział, co zrobić, jeśli władca umarł, zanim naznaczył kogoś odpowiedniego, co począć, gdy umierał w drodze, w której zmienił zdanie co do swojego potencjalnego następcy, a ten naznaczony najpierw się o tym nie dowiedział, czy wreszcie – co, jeśli następca umarł w tym samym czasie albo nieco wcześniej niż ten, kto go wyznaczył. Skutkiem tego braku były niezmiernie krwawe wojny o sukcesję, w których mordowano się bez litości i które bardzo szkodziły młodemu imperium. Dodatkowym problemem było to, że zmarły władca nadal uważany był za bóstwo, mumifikowano go i traktowano, jakby żył, noszono w lektykach, wyznaczano dla niego służbę, a grupa kobiet, które stanowiły media, przekazywały w transie wolę owych mumii ludziom. Efektem była sieć intryg, sporów, walk dynastycznych, które nie kończyły się wraz ze śmiercią władcy, a komplikowały z każdym kolejnym zgonem15. Wszystko to razem bardzo ułatwiło sytuację najeźdźcom, którzy w kilkanaście lat doprowadzili do kompletnego upadku potężne imperium, i to mimo iż ich siły były nieporównanie mniejsze, a jeśli chodzi o poziom cywilizacji, to także – wbrew naszym zachodnim stereotypom – pozostawiał on wiele do życzenia.

II

Potężne imperium zostało starte z powierzchni ziemi przez niewielkie siły. Francisco Pizarro miał ze sobą siedemdziesięciu wojowników, i to z nimi rzucił na kolana gigantyczne, bo liczące nawet dwanaście milionów mieszkańców imperium, i zagarnął gigantyczne bogactwo. Jak do tego doszło? Jak to było możliwe? Odpowiedzi trzeba szukać w ówczesnej historii Europy, a konkretniej Półwyspu Iberyjskiego. Po wiekach odwojowywania swoich ziem z rąk muzułmanów Hiszpania i Portugalia u początków wieku XVI, zaczęły rosnąć w potęgę, stając się imperiami morskimi. Jako pierwsi szansę zaczęli wykorzystywać królowie portugalscy, ale Hiszpania – za sprawą Krzysztofa Kolumba i jego wypraw – błyskawicznie zaczęła nadrabiać straty. Monarchowie katoliccy sfinansowali przy tym tylko pierwszą z wypraw, a kolejne finansowali (biorąc na siebie ogromne ryzyko) hiszpańscy notable, którzy uzyskiwali od władców dokumenty zobowiązujące ich do odprowadzania na monarchię odpowiednich danin, respektowania praw Kościoła, a także oddania wszystkich odkrytych ziem we władanie Hiszpanii. W zamian za te niewielkie prawne ustępstwa i wielkie ryzyko uzyskiwali prawo do ogromnych zysków z podbitych ziem. Ostatecznie potwierdzeniem praw Hiszpanii i Portugalii do odkrytych przez Kolumba ziem „Zachodnich Indii” stała się decyzja papieska, która dzieliła strefy wpływów, a także – za gwarancje praw opieki nad Kościołem – nadawała władcom prawo do kolonizowania tych ziem w zamian za obowiązek ustanowienia tam odpowiedniej struktury kościelnej i ewangelizacji podbitych narodów16. Podbój zaś tych ziem przebiegał błyskawicznie, bo tak się składa, że taki, a nie inny charakter eksplorowania nowych ziem, w którym ogromną rolę odgrywali prywatni „inwestorzy” i awanturnicy szukający szybkich zysków sprawiał, że ziemi i ludzi do pracy na niej (mowa o miejscowych, którzy w przypadku wysp Karaibów wymierali błyskawicznie na nieznane sobie, a przywleczone przez zdobywców choroby, a także z powodu ciężkiej, niewolniczej niekiedy pracy na zakładanych przez nich plantacjach) brakowało już dla tych, którzy przybyli po nich. Ci zatem ruszali dalej w drogę i odkrywali, zdobywali i eksploatowali kolejne ziemie, a potem szli jeszcze dalej. Ich determinację wzmacniały opowieści o Hernánie Cortésie, który dzięki odwadze, determinacji, okrucieństwie i łutowi szczęścia stał się jednym z najbogatszych i najbardziej znaczących ludzi Nowego Świata.

Jego historia zaczyna się w roku 1485 w biednej rodzinie szlacheckiej z Medellín, w prowincji Estremadura, najsłabiej zaludnionej części Kastylii. Jego ojciec, choć sam był zaledwie oficerem piechoty, zdecydował się wysłać syna na studia prawnicze do Salamanki. Tam, wszystko na to wskazuje, przez dwa lata Hernán studiował gramatykę łacińską i zapoznawał się z podstawami kastylijskiego prawa. Dość szybko jednak znudził się nauką, rzucił uniwersytet i zaczął włóczyć się po Hiszpanii. Jako dwudziestolatek podjął dość częstą wówczas decyzję o wyjeździe do Indii Zachodnich. Najpierw obrał kurs na Hispaniolę, a później przeniósł się na Kubę, gdzie mimo swoich braków w wykształceniu zrobił karierę i zarobił ogromne pieniądze jako notariusz. Wszystko, co zarobił, inwestował w ziemię i bydło, a co zostało, to przepuszczał, miał bowiem opinię kobieciarza i hazardzisty. W niczym to nie przeszkadzało jednak jego karierze. Szybko został burmistrzem Santiago, a później jego protektor Diego Velázquez de Cuéllar mianował go szefem wyprawy do państwa Azteków. Cortés do przygotowywania wyprawy zabrał się z ogromnym rozmachem, zainwestował w nią ogromne środki i choć gubernator wyspy próbował pozbawić go przywództwa, ostatecznie naginając prawo, wyruszył w drogę wraz ze stoma marynarzami, czterystu żołnierzami, kilkuset kubańskimi Indianami, dwudziestoma dwoma końmi i armatkami. Spryt, broń palna, skuteczne wykorzystanie lęku przed bóstwami o białych twarzach, dyplomacja, niezadowolenie poddanych Azteków i wreszcie indiańska konkubina sprawiły, że – mimo kilku porażek – Cortés skutecznie zwyciężył ogromne imperium, skazał na tortury i śmierć jego władcę i całkowicie je podbił. A mówimy o państwie, którego budowle, technika, a nawet kultura – mimo całego swojego okrucieństwa – zawstydzały i zaskakiwały jego własnych żołnierzy17. W 1522 roku otrzymał od hiszpańskiego władcy prawo do całkowitej kontroli nad podbitymi ziemiami i tytuł markiza del Valle. Od tego momentu aż do 1537 roku, gdy hiszpański monarcha odebrał mu kontrolę nad terenami Meksyku i przekazał je powołanemu przez siebie wicekrólowi, Cortés sprawował pełną władzę na tych terenach: zakładał i budował tam miasta, wysyłał ekspedycje, które miały podbijać kolejne ziemie, a przede wszystkim zarabiał gigantyczne pieniądze. To ostatnie nie skończyło się wraz z powołaniem wicekróla, bowiem konkwistador – choć wycofał się do swoich posiadłości – nadal uprawiając trzcinę cukrową, miał ogromne zyski18.

Bogactwo, odwaga, władza Cortésa fascynowały i budziły wielkie nadzieje innych żądnych przygód przybyszów z Hiszpanii. Ogromna większość z nich nie powtórzyła już tego sukcesu, ale jednemu się to udało. A był nim – nieco starszy od swojego poprzednika – Francisco Pizarro, urodzony między rokiem 1470 a 1478, w dokładnie tej samej kastylijskiej prowincji co jego poprzednik, czyli w Estremadurze. Inaczej jednak niż w przypadku Cortésa jego pochodzenie było nieprawe. Ojcem był ubogi szlachcic, a matką służąca w jego domu, Francisca González. Chłopiec wychowywał się w bardzo ubogim gospodarstwie ojca, gdzie pasał świnie, nie miał czasu na naukę, i to do tego stopnia, że nigdy nie nauczył się czytać i pisać. Pierwszą znaną datą w jego życiu jest 1502 rok, gdy przybył na wyspę Hispaniola (obecnie podzieloną między Dominikanę i Haiti), siedem lat później przeniósł się do Panamy, gdzie zajmował się handlem niewolnikami i pomnażał swój majątek. Z tamtych czasów mamy świadectwa – z jednej strony – jego okrucieństwa i braku litości, a z drugiej – niełatwej sprawiedliwości wobec swoich żołnierzy, których bezlitośnie karał, ale od których nigdy nie wymagał czegoś, czego sam nie byłby w stanie zrobić. To w Panamie, według współczesnych historyków, Pizarro nauczył się metod „wojny totalnej”, niszczenia wrogów i mordowania bez litości Indian, i stamtąd zaczął wyruszać na kolejne wyprawy w kierunku Ekwadoru. To tam usłyszeć miał, że za górami znajduje się kolejne wielkie królestwo kapiące i lśniące złotem (co zresztą było prawdą, bo Inkowie słynęli z wyrobu szczególnie błyszczących płyt tego metalu). Pizarro natychmiast wrócił do Hiszpanii, by tam uzyskać od zajmującej się zdobyczami w Ameryce Łacińskiej Rady Indii zgody na podbój nowych terenów. Ostatecznie zgoda została wydana i podpisana przez królową Izabelę w lipcu 1529 roku, a Pizarro otrzymał w niej zapewnienie, że zostanie gubernatorem nowych ziem, dowódcą wojsk królewskich, a jego współpracownicy otrzymają dożywotnie pensje. Poza tymi zapewnieniami władze hiszpańskie nie wspomogły go finansowo, co zresztą nie zniechęciło konkwistadora; zakupił trzy statki, które załadował końmi, mułami, mastifami i kozami, zwerbował 120 ochotników i w styczniu 1530 roku wyruszył w kierunku Panamy. Rejs trwał pięćdziesiąt dni, a później hiszpańscy konkwistadorzy wyruszyli do Peru. To, co tam zastali, przerosło ich oczekiwania, bowiem Pizarro spodziewał się raczej niewielkiego, handlującego złotem górskiego państewka, a wkroczył do potężnego, bogatego i ludnego imperium. Garstka wojowników, kilkudziesięciu niewolników przeciwko potężnemu, o ogromnej tradycji i wojowniczemu państwu19. Wojowników, którzy – aby dotrzeć do imperium inkaskiego – musieli przebrnąć najpierw przez wielkie dżungle, później przejść przez strome góry (tę przeprawę wielu z nich przypłaciło życiem), by wreszcie dotrzeć do miejsca, gdzie czekało na nich czterdzieści tysięcy inkaskich żołnierzy.