Akita

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © Tomasz P. Terlikowski 2019

Copyright © for this edition

by Wydawnictwo Esprit 2019

All rights reserved

Na okładce: Our Lady of Akita, Wikimedia Commons

Redakcja: Lidia Kozłowska

Korekta: Agata Chwirot, Monika Nowecka

Wydanie I, Kraków 2019

ISBN 978-83-66407-81-7

Wydawnictwo Esprit sp. z o.o.

ul. Przewóz 34/100, 30-716 Kraków

tel./fax 12 267 05 69, 12 264 37 09, 12 264 37 19

e­-mail: sprzedaz@esprit.com.pl ksiegarnia@esprit.com.pl biuro@wydawnictwoesprit.com.pl Księgarnia internetowa: www.esprit.com.pl

SPIS TREŚCI

Wstęp

Rozdział pierwszy. Kościół Wielkiej Soboty

Rozdział drugi. Milcząca wizjonerka

Rozdział trzeci. Objawienia na krańcu świata

Rozdział czwarty. Zapomniane, choć uznane objawienie

Zakończenie

Przypisy

+ AMDG +

Mojej Żonie, z podziękowaniem za wszystko,

poświęcam. Małgosiu, jesteś moim życiem

Wstęp

Do szczególnej modlitwy za Kościół – a konkretnie do jego obrony przed diabłem – wezwał w październiku 2018 roku papież Franciszek. Wierni mieli nie tylko odmawiać Różaniec, lecz także Pod Twoją obronę i modlitwę do św. Michała Archanioła napisaną przez Leona XIII. Wszystko w imię walki z Szatanem, który niszczy Kościół. „Tylko modlitwa może go pokonać” – podkreś­lono w specjalnej nocie. „Rosyjscy mistycy i wielcy święci wszystkich tradycji zalecali, by w momencie zawirowań duchowych chronić się pod płaszczem Świętej Matki Boga, odmawiając modlitwę Pod Twoją obronę”1 – uzupełniono. I nie ma co ukrywać, że taka modlitwa nie zdarza się codziennie. Nie codziennie też papież – tym razem to słowa o poprzedniku – mówi o tym, iż niezbędne jest mu nasze wsparcie, by nie uległ. „Módlcie się za mnie, abym nie uciekał z obawy przed wilkami”2 – prosił Benedykt XVI podczas homilii inaugurującej jego pontyfikat. Kilka dni wcześ­niej, w trakcie homilii głoszonej jeszcze zanim został wybrany na papieża, mówił o tym, że łódź Kościoła była miotana przez wzburzone fale:

Ileż „powiewów nauki” przyniosły nam ostatnie dziesięciolecia, ileż nurtów ideowych, ileż modnych kierunków myślowych… Były one często niczym wzburzone fale, które popychały myślenie wielu chrześcijan niczym małą łódkę z jednej skrajności w drugą: od marksizmu do liberalizmu, aż po libertynizm; od kolektywizmu po radykalny indywidualizm; od ateizmu do mglistego mistycyzmu religijnego; od agnostycyzmu do synkretyzmu i tak dalej3.

Te słowa, a cytować można by jeszcze wiele podobnych, uświadamiają, że żyjemy w szczególnych czasach. Apokalipsa puka do bram, wielu chrześcijan dokonuje formalnej apostazji, a sam Kościół miotany jest nieustannymi burzami.

Skandale seksualne, wrażenie odchodzenia przez Stolicę Apostolską od jednoznacznego nauczania moralnego, nieustanne spory między czołowymi kardynałami i teologami, wzajemne zarzucanie sobie herezji – to wszystko w historii Kościoła już było, ale w dobie mediów społecznościowych i błyskawicznego rozchodzenia się informacji (a czasem pseudoinformacji) nabiera szczególnego znaczenia. Zamęt i apostazje sprawiają, że na zatracenie idą tysiące, a może miliony dusz. Dlatego też coraz częściej w naszą historię ingeruje sam Bóg, posyłając do nas Matkę Bożą. Kolejne objawienia z Rue du Bac, Lourdes, Fatimy, Akity czy Kibeho (by wymienić tylko te oficjalnie uznane przez Kościół) są wielkim wołaniem Matki, która chcąc ratować swoje dzieci, wskazuje nam fundamenty, na których możemy zbudować nasze życie w czasach chaosu i zamętu duchowego. Święty Jan Paweł II mówił w Fatimie 13 maja 1982 roku:

Największą przeszkodą w drodze człowieka do Boga jest grzech, trwanie w grzechu, a w końcu wyparcie się Boga. Świadome wyrzucenie Boga ze świata ludzkiej myśli. Oderwanie od Niego całej ziemskiej aktywności człowieka. Odrzucenie Boga przez człowieka. W rzeczywistości wieczne zbawienie człowieka znajduje się tylko w Bogu. Odrzucenie Boga przez człowieka, jeśli jest zdecydowane, prowadzi logicznie do odrzucenia człowieka przez Boga (por. Mt 7, 23; 10, 33), do potępienia.

Czy Matka, która całą miłością, jaką budzi w Niej Duch Święty, pragnie zbawienia każdego, może milczeć w obliczu kwestionowania samej podstawy ich zbawienia? Nie, nie może. Tak więc, ponieważ orędzie Matki Boskiej Fatimskiej jest orędziem macierzyńskim, jest ono silne i jednoznaczne. Brzmi poważnie. Brzmi jak mowa Jana Chrzciciela na brzegu Jordanu. Nawołuje do pokuty. Ostrzega. Wzywa do modlitwy. Poleca różaniec. Orędzie jest skierowane do każdego człowieka. Miłość Matki Zbawiciela dosięga każdego miejsca, które dotknęło dzieło zbawienia. Jej troska rozciąga się na każdą jednostkę naszych czasów, na wszystkie społeczeństwa, narody i ludy. Społeczeństwa zagrożone przez apostazję stoją przed groźbą degradacji moralnej. Upadek moralności pociąga za sobą upadek społeczeństw4.

To samo można powiedzieć o Kościele. Gdy przestaje on głosić prawdy moralne, gdy wycofuje się z bycia „znakiem sprzeciwu” dla świata, nie tylko traci wiarygodność, lecz także przestaje być potrzebny. O zjawisku lekko zakamuflowanej apostazji Kościoła, odrzucania przez część katolików – w tym także hierarchów i teologów – realnego działania Boga w historii czy ludzkim życiu, prawdy doktryny katolickiej, mówiła wprost Matka Boża podczas objawień w Akicie. Jej słowa brzmią niezwykle groźnie, ale i aktualnie:

Działanie diabła będzie przenikało także do Kościoła w taki sposób, że będzie się zdarzało, iż kardynałowie będą przeciwko kardynałom, biskupi przeciwko biskupom. Kapłani, którzy mnie czczą, będą pogardzani i będą natrafiali na przeszkody ze strony swoich współbraci […]. Kościoły i ołtarze będą plądrowane; Kościół będzie pełen tych, którzy pójdą na kompromisy, i diabeł będzie skłaniał wielu kapłanów i wiele dusz konsekrowanych do porzucenia służby Panu. Szatan będzie szczególnie zaciekły przeciwko duszom poświęconym Bogu5.

A nie jest to tylko jedno z wielu objawień prywatnych, lecz takie, którego wiarygodność i prawdziwość została potwierdzona zarówno przez miejscowego biskupa, jak i ostatnie decyzje ojca świętego Franciszka, który właś­nie Akitę, miejsce objawień, uczynił jednym z głównych centrów modlitwy o pokój i wyrażał chęć udania się tam podczas swojej wizyty w Japonii.

Skąd taka decyzja? Dlaczego sam ojciec święty zapragnął przyjechać na miejsce, które przez jego krytyków jest wskazywane jako dowód szkodliwości jego działania? Dlaczego papież, którego media często uważają za piewcę katolicyzmu bez wymagań i naiwnie optymistycznego, chciałby pojechać tam, gdzie Matka Boża przestrzega przed konsekwencjami takiego myślenia? Odpowiedź jest, jak się zdaje, dość prosta. Franciszek wcale nie jest tak jednowymiarowy, jak chcieliby go przedstawiać zarówno jego przeciwnicy, jak i zwolennicy, a w jego myśli pozostaje żywy niezwykle mocny element apokaliptyczny, a także – zakorzeniona w tradycji ignacjańskiej – świadomość działania złego ducha. Maryja zaś jest lekarstwem i obrończynią wierzących przed działaniem diabła. Ojciec święty, tak jak jego poprzednicy, ma również świadomość głębokiego kryzysu oraz podziału wewnętrznego Kościoła i dlatego wskazuje Akitę jako miejsce ważne dla katolików. Ciekawe, że czyni tak, mimo iż w samej Japonii Akita wcale nie jest ośrodkiem szczególnie znanym. Biskupi i księża japońscy wstydliwie o nim milczą, a jeden z nich (przesympatyczny Filipińczyk, proboszcz w Akicie), gdy pytałem go o fenomen objawień, przekonywał mnie z pasją, że nie warto się tym zajmować, ponieważ jest tyle innych ciekawszych tematów. Franciszek więc, po raz kolejny, idzie pod prąd dominujących nurtów i wskazuje na miejsca i wydarzenia, o których wielu katolików (szczególnie tych, którzy zdają się go uwielbiać) nie chciałoby słyszeć. Nie bez znaczenia pozostaje także, jak sądzę, życzliwy stosunek, jaki sam Jorge Bergoglio ma do Japonii, w której – jako młody jezuita – chciał zostać misjonarzem.

Fascynujące pozostaje również pytanie, dlaczego Maryja wybrała na miejsce swoich objawień właś­nie Akitę. Japonia nie jest krajem katolickim. Żyje tam niespełna milion osób wierzących w Chrystusa, z czego ponad połowę stanowią protestanci, a tylko 45% katolicy. Laicyzacja postępuje błyskawicznie, Kościół nie ma tam żadnych sukcesów misyjnych, a misjonarze (jeden z nich mówił mi o tym wprost) często przez całe swoje życie nie odnotowują żadnego nawrócenia. Jednym słowem, z ludzkiego punktu widzenia, jest źle, a może nawet bardzo źle. A jednak to właś­nie tam, na uboczu, a nie w centrum japońskiego katolicyzmu, czyli Nagasaki, przychodzi Matka Boża, by przekazać Kościołowi i światu wstrząsające przesłanie. Dlaczego? Co takiego jest w japońskim katolicyzmie i japońskiej sytuacji, że właś­nie tam przychodzi Maryja? Czy możemy mówić o swego rodzaju „duchowej geografii”, dla której miejsce ma zawsze znaczenie? To wszystko są pytania, z którymi trzeba się zmierzyć, gdy zajmujemy się Akitą. I mnie także przyszło się z nimi zmierzyć, kiedy rozpoczynała się przygoda mojego życia, jaką była pielgrzymka do Japonii.

 

Jak do niej doszło? Po ludzku był to czysty przypadek, ale w życiu duchowym tak naprawdę nie ma przypadków, a szczególnie wtedy, gdy rzecz dotyczy Niepokalanej. Moja przygoda z Akitą i Matką Bożą z tego miejsca zaczęła się od biografii „pół­wariata Niepokalanej”, św. Maksymiliana Marii Kolbego. Krótko po jej opublikowaniu zadzwoniła do mnie Marta Olczykowska, współ­właścicielka Biura Podróży Misja Travel, z pytaniem, czy nie zgodziłbym się wygłosić referatu o św. Maksymilianie podczas organizowanej przez jej firmę konferencji kolbiańskiej w Poznaniu. Dlaczego miałbym się nie zgodzić? Niewiele myśląc, odpowiedziałem, iż stawię się w wyznaczonym dniu na spotkaniu i opowiem o moim ulubionym świętym. Kłopot pojawił się, kiedy – po kilku tygodniach, a na krótko przez planowanym wykładem – zajrzałem do kalendarza i okazało się, że… tego samego dnia mam inny wykład, w Łodzi. Zdolności bilokacji nie posiadam, więc postanowiłem zadzwonić do Poznania z informacją, iż nie dojadę. Tyle że nie znalazłem numeru telefonu ani do biura, ani do zapraszającej mnie kobiety. W tym drugim przypadku później dowiedziałem się, że nawet gdybym znalazł numer, to i tak pewnie bym się nie dodzwonił, bo nie było jej wówczas w Polsce. Zacząłem więc kombinować dalej, aż wreszcie wpadłem na najprostszy z możliwych pomysłów i poprosiłem o pomoc św. Maksymiliana. I on zainterweniował. Kilka godzin później zadzwonili do mnie organizatorzy konferencji z Łodzi i poinformowali, że wystąpię jako ostatni, to zaś oznaczało, iż… będę mógł być rano w Poznaniu, powiedzieć, co mam do powiedzenia o św. Maksymilianie, a potem pędem przejechać do Łodzi (dzięki Bogu za autostrady).

I tak się stało! Z samego rana wyjechałem do Poznania, wygłosiłem wykład i w popłochu wybiegłem do samochodu, żeby ruszyć do Łodzi. Już miałem włączyć silnik, gdy dobiegli do mnie właściciele biura i zapytali, czy byłem kiedykolwiek w Japonii. „Nie”. – Odpowiedź była krótka, bo naprawdę się spieszyłem. „A chciałby pan być?” – Nie ustępowali, choć widzieli, że nie mam czasu. „Kto by nie chciał” – odpowiedziałem. „To napiszemy do pana z propozycjami terminów” – oznajmili. Nie będę udawał, że im uwierzyłem. Byłem przekonany, iż to czysta kurtuazja. Jednak już dwa tygodnie później znalazłem w skrzynce maila z podanymi datami. Wybrałem jedną z nich i w marcu 2018 roku po raz pierwszy ruszyłem do Japonii. Wszystko dzięki mojej niezwykłej Żonie, z podziwu godną cierpliwością i ogromną miłością znoszącej moje kolejne wyprawy, pomysły i nieobecności w domu, która wyraziła zgodę na ów wyjazd. W Japonii miałem tylko opowiedzieć o św. Maksymilianie, ale cóż… parcie na mikrofon nie wyłącza się u mnie tylko dlatego, że znajduję się gdzieś daleko. Po trzech dniach przejąłem więc pałeczkę od księdza przewodnika, a on sam czwartego dnia pielgrzymki mówił już do ludzi, że jeśli mają jakieś pytania, to ja chętnie na nie odpowiem. Wyzwaniem dla mnie było tylko opowiadanie o gejszach, lecz dokształciłem się i jakoś poszło. Piątego dnia pilotki Hanna Poreda i Barbara Miazga zadały mi pytanie, czy nie chciałbym zostać przewodnikiem na stałe. Ponieważ nie wierzyłem, że to możliwe, pospiesznie przystałem na propozycję. I zaczęło się! Wtedy też pierwszy raz opowiadałem o Akicie. Dojechałem tam właś­nie piątego dnia pielgrzymki, po wizycie w Tokio (37 mln mieszkańców), Nagasaki (centrum japońskiego katolicyzmu) i Kioto (jedno z nielicznych miast, które ocalało w czasie nalotów amerykańskich). W samym mieście poza hotelami, blokami oraz biurowcami nie ma nic interesującego. Nawet szumnie reklamowany Pałacyk Szoguna to tylko replika z lat siedemdziesiątych XX wieku. Dokładnie zwiedziłem Akitę w poszukiwaniu ciekawych miejsc, jednak bezskutecznie. Rozczarowany jechałem rankiem następnego dnia do sanktuarium. Wiózł mnie taksówkarz w wieku, na oko, dziewięćdziesięciu lat. Nie miał pojęcia o objawieniach, ale – rzecz jas­na – miejsce znał, bo Amerykanie, Filipińczycy, Tajwańczycy i Polacy, którzy przyjeżdżają do Akity, jeśli gdzieś chcą jechać, to właś­nie tam.

Jego niewiedza nie powinna mnie zaskakiwać. Na lotnisku zaczepili mnie dziennikarze tokijskiej telewizji z pytaniem, w jakim celu przyjechałem do Japonii. Odpowiedziałem, że między innymi po to, by udać się do Akity. Ich twarze wyrażały emocje, które w Polsce wywołałaby z pewnością w takiej sytuacji odpowiedź: „Do Pacanowa”. Z perspektywy Japończyków w Akicie nie ma bowiem nic. I to mi właś­nie powiedzieli. Ja im na to, iż Akita stanowi cel mojej podróży, gdyż kiedyś objawiła się tam Matka Boża. Wtedy okazali jeszcze większe zdziwienie. Nigdy o tym nie słyszeli. Nic w tym zaskakującego, bo wieść o Akicie nie dotarła także do wielu japońskich księży, o czym wielokrotnie miałem okazję się przekonać. Z ks. Janem Burym, salezjaninem, który w Japonii pracuje od czterdziestu lat, spotkałem się w Nagasaki i razem pojechaliśmy na Unzen, niewygasły stratowulkan, w którym gotowano kiedyś żywcem chrześcijan. Widoki były niezapomniane, ponieważ trafiliśmy w końcu na japońską wieś, zupełnie inną od zwesternizowanych miast. Jednak mnie interesowało, co kapłan ów, jak mało kto znający Japonię, ma do powiedzenia o Akicie. Okazało się, że niewiele.

– Zna ksiądz Akitę? – zapytałem.

– Od czasu, kiedy zawieźli mnie tam polscy salezjanie, którzy chcieli o niej zrobić film – padła odpowiedź.

– A wcześ­niej?

– Wcześ­niej nie wiedziałem o niej nic. Zupełnie. Nie interesowało mnie to. – Salezjanin wydawał się nieco zawstydzony.

– A inni japońscy katolicy znają to miej­­­­­­sce? – drążyłem.

– Nie. Jeśli ktoś tam pielgrzymuje, to są to Polacy, Amerykanie lub Filipińczycy – odparł.

– Japończykom brakuje maryjności? – szukałem odpowiedzi.

Salezjanin spojrzał na mnie z oburzeniem.

– A skąd! To bardzo maryjny Kościół – odparł. Następnie opowiedział mi, że gdy po dwustu siedemdziesięciu latach zaprzestano prześladowań chrześcijan, to właś­nie pytanie o kult Matki Bożej było jednym z trzech kluczowych, które zadali ukrywający się chrześcijanie katolickiemu misjonarzowi. I dopiero kiedy misjonarz poprawnie na nie odpowiedział, powiedzieli mu, że są „z nim jednego serca”. Jakby tego było mało, to właś­nie odmawianie Różańca (na buddyjskich sznurach modlitewnych) i kult Matki Bożej, którą maskowano figurkami Bodhisattwy Kannon, pomogły przetrwać wierze w sytuacji, w której jej wyznawanie karane było śmiercią nie tylko wyznawcy, lecz także jego rodziny.

Dlaczego zatem objawienia w Akicie nie są znane w Japonii? To pytanie zadałem innemu salezjaninowi, ks. Tadeuszowi Soboniowi, który do Kraju Kwitnącej Wiśni przyjechał jako kleryk i od tego momentu pracuje tylko tam. „Może oni nie są w stanie uwierzyć, że do tak skromnego Kościoła mogła przyjść Maryja” – odparł duchowny. Po chwili zastanowienia zaś dodał: „A do tego wszystkich nas, japońskich księży, kształtował w zakresie mariologii kapłan i teolog, który od samego początku odrzucał prawdziwość tych objawień”. To mogła być jakaś odpowiedź, ale nie wyjaś­niała ona wszystkiego. Zrozumiałem to, gdy dane mi było po raz pierwszy stanąć przed sanktuarium w Akicie. Nie ukrywam, iż byłem zaskoczony. To miejsce miało swój niezwykły urok. Białe ściany, utrzymane w japońskim stylu, symbolika chrześcijańska, lecz wyrażona na sposób japoński, równo przycięty ogród w stylu zen, studnia, która wyglądała, jakby znajdowały się w niej źródła wody żywej, a na horyzoncie wielkie, ośnieżone góry. Widok zapierał dech. A gdy wszedłem do wnętrza kaplicy, odczucie stało się jeszcze mocniejsze. Niewielka figurka, przez którą objawiała się Maryja, i tabernakulum przyciągały uwagę. Z kolei cisza, cisza mistyczna, otulająca człowieka atmosferą modlitwy, wręcz zapraszała do spotkania z Jezusem i Jego Matką. Różaniec odmawiał się tam w zasadzie sam, a adoracja Eucharystii choć zdawała się krótką chwilą, w istocie trwała prawie godzinę. I nie jest to tylko moje wrażenie. Pamiętam grupę (kolejną, z którą w tym miejscu byłem), wciąż narzekającą, po co jedziemy na takie peryferia. Po co nam Akita, skoro jest tyle innych miejsc? Narzekania ustały, kiedy dotarliśmy do sanktuarium i zaczęliśmy się tam modlić. Droga powrotna upłynęła w ciszy. Nikt już nie zadawał pytania „Po co?”, a jedynie – „Czy będzie dane mi tam powrócić?”. Mnie było dane. Od momentu mojej pierwszej pielgrzymki udałem się do Japonii i Akity kilka razy, i wiele wskazuje na to, że przyszłość mnie jeszcze zaskoczy. Za każdym razem, gdy klękam przed figurką Matki Bożej, mam łzy w oczach, a gdy wychodzę na zewnątrz do Ogrodu Maryjnego, ogarnia mnie nastrój modlitwy.

Z tego spotkania z Maryją w Akicie, a także z japońskim Kościołem (tych dwóch rzeczy nie wolno i nie powinno się rozdzielać) powstała ta książka. Jest ona nieco reporterskim, ale też przenikniętym teologią poszukiwaniem sensu tego, co się tam zdarzyło, spojrzeniem na jedno z najważniejszych, a tak mało znanych objawień maryjnych w XX wieku, którego znaczenie wciąż jeszcze się ujawnia. Czytelnik znajdzie w niej zarówno szczegółowy opis wydarzeń z Akity, jak i historię wizjonerki; spotka się również z japońskim katolicyzmem w całych jego skomplikowanych dziejach. Bez tego szerokiego spojrzenia, zanurzenia się w męczeństwo, ale i w niesłychaną wierność Chrystusowi, nie da się zrozumieć wydarzeń z lat siedemdziesiątych oraz osiemdziesiątych ubiegłego wieku w pewnym japońskim mieście.

ROZDZIAŁ PIERWSZY Kościół Wielkiej Soboty

Pierwszy kontakt z japońskim Kościołem może być szokujący. Maleńkie, ubogie kościółki, często o statusie katedry, to swoisty znak rozpoznawczy japońskiego katolicyzmu. W wielkich metropoliach niełatwo je znaleźć, często są ukryte gdzieś z boku. Niekiedy obok nich – jak w Tokio – znajdują się wielkie, katolickie, zakonne uczelnie. Nagie ściany, nieliczne obrazy i wierni, którzy po cichu kłaniają się nisko Najświętszemu Sakramentowi. Nic wielkiego, nic, co by – na pierwszy rzut oka – zapadało w pamięć. Nic, co można by uwiecznić na pięknych pocztówkach. Wyjątkiem jest katedra w Nagasaki lub pierwsza odbudowana świątynia w tym mieście, kościół Oura. One rzeczywiście porywają nie tylko wspaniałą historią, lecz także – w przypadku Oura – białą sylwetką i pięknymi witrażami. Katedra z kolei zachwyca, tym bardziej że podniosła się z ruin, po tym jak bomba atomowa została zrzucona niespełna półtora kilometra od jej wieżyc. Wśród wiernych, których z roku na rok ubywa, również nie widać jakiejś szczególnej duchowej mocy. W niewielkim (jak większość w Japonii) parafialnym kościółku w Akicie tamtejszy proboszcz, werbista z Filipin, zapewniał mnie, iż praca w tym miejscu to spełnienie jego marzeń. Lecz gdy zacząłem dopytywać o statystyki, nagle posmutniał. „Wie pan, u nas w tym roku było piętnaście pogrzebów, trzy chrzty i zero małżeństw” – opowiadał. „Mamy pięć Mszy w niedzielę. Na pierwszej jest siedem osób, na drugiej piętnaście, na trzeciej siedemnaście, na czwartej pięć i na piątej dwadzieścia kilka, ale to msza filipińska” – dodał. Jego oczy się śmiały, ale kiedy zaczynał opowiadać o zamierającej parafii, blask w nich gasł. Nie inaczej o codzienności chrześcijan w Japonii opowiadał salezjanin, ks. Tadeusz Soboń, który od kilkudziesięciu lat mieszka i pracuje w Kraju Kwitnącej Wiśni. On także podkreś­lał, że bardzo trudno jest nawrócić Japończyka. Wielu z nich nawet chętnie rozmawia o chrześcijaństwie czy czyta Ewangelię, lecz gdy im się proponuje chrzest, wówczas uciekają od decyzji. „Dlatego wielu misjonarzy w Japonii nie ochrzciło nikogo, choć pracuje tu od wielu lat” – zaznaczał zakonnik. Te obserwacje potwierdzają sami Japończycy, którzy, owszem, z zapałem dyskutują o chrześcijaństwie, jednak kiedy pytam ich o konwersję, odpowiadają ze śmiechem, jak jeden z moich rozmówców w Tokio: „A po co miałbym to robić? Żeby co tydzień być w kościele? Jako szintoista jestem tam, kiedy chcę, a jako katolik miałbym masę obowiązków. Po co mi to?”. To częsta postawa w Japonii.

Japońska droga duchowa

Od jakiegoś czasu w Japonii nie ma wrogości wobec chrześcijaństwa. Zastąpiła ją całkowita obojętność. Skąd się ona bierze? Wiele wskazuje na to, że ze specyfiki japońskiej religijności w ogóle. Inaczej niż w Europie, w Kraju Kwitnącej Wiśni nie spotyka się ateistów czy agnostyków, ale też trudno o jas­ną deklarację, jakiego wyznania jest Japończyk. Najczęstsza odpowiedź – nieco żartobliwa – to stwierdzenie, iż urodził się on szintoistą, ślub brał jako chrześcijanin, a umrze jako buddysta. I nie jest to nieprawda. Tak się bowiem składa, że dziecko po narodzinach zanosi się do świątyni szinto, gdzie otrzymuje ono błogosławieństwo, ślub często Japończycy zawierają u protestantów (bez konieczności chrztu, za to w ładnym zborze i z salą przystosowaną do bankietów), a specjalistami od pogrzebów są mnisi buddyjscy, którzy zajmują się wszelkimi rytuałami związanymi ze śmiercią. Kłopot z całym tym religijnym biznesem jest tylko taki, że… w istocie Japończycy niczego na poważnie nie praktykują. Szintoizm w ich życiu ogranicza się do kilku w roku wizyt w świątyni, gdzie dzwonią dzwonkami, odbierają rozmaite „błogosławieństwa” oraz proszą o wsparcie w prowadzonych przez siebie interesach. Choć istnieją oczywiście w Japonii starożytne i zasłużone klasztory zen (czy innych szkół), w większości mniejszych klasztorów (nazwa może być myląca, bo przeważająca liczba kapłanów czy mnichów to ludzie żonaci, a godność przełożonego świątyni dziedziczona jest z ojca na syna) buddyzm ogranicza się do odmawiania modlitw za zmarłych i kasowania za to odpowiednich opłat. Jeśli ktoś sądzi, że doświadczy w nich satori czy otrzyma koan, którego medytowanie będzie go prowadzić ku oświeceniu, to jest w błędzie. Nic z tych rzeczy. Buddyzm w wersji japońskiej niewiele ma wspólnego z jego indyjskimi czy nawet chińskimi korzeniami. „W ciągu minionych wieków kilkakrotnie podejmowano wysiłki celem połączenia wierzeń shintoistycznych z japońską wersją buddyzmu […]. Większość Japończyków może praktykować rytuały zarówno shintoizmu, jak i buddyzmu, nie widząc w tym żadnej sprzeczności”6 – podkreś­la Joy Hendry.

 

Skąd taka obojętność na doktrynalne różnice? Wydaje się, że wynika ona z tego, iż przeciętny Japończyk ma do religii i religijności podejście niezwykle pragmatyczne. Modli się, składa ofiary w tysiącach chramów szintoistycznych, ciąg­nie wróżby czy uczestniczy w sprawowanych przez kapłanów obrzędach, gdy potrzebuje coś załatwić z bóstwami. W innych sytuacjach zostawia te problemy na boku i skupia się na pracy. Buddyzm praktykuje się niemal identycznie, a jedyną różnicą jest to, że przed ołtarzem w świątyni buddyjskiej się nie klaszcze, a składa ręce w ciszy. Dla kogoś, kto przyjeżdża do Japonii z kraju katolickiego, może to być podejście szokujące, ale tak właś­nie postępują mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni. Religia nie jest tu wyizolowanym elementem życia ani doktryną (szintoizm aż do epoki Meiji, czyli do drugiej połowy XIX wieku, w ogóle nie miał sformułowanej doktryny, a ta ostatnia powstała na potrzeby wzmocnienia państwa oraz budowy jego potęgi), lecz zespołem sięgających daleko w przeszłość szamańskich zwyczajów i praktyk, które służyć miały wyłącznie do załatwiania spraw ze sferą sacrum.

Polski ksiądz, na co dzień pracujący w Rwandzie, z którym podróżowałem po Japonii, był zszokowany, że tak technologicznie rozwinięte społeczeństwo może wierzyć w tak bliskie afrykańskim rytom szamańskim rzeczy. „Nasi Afrykańczycy wstydziliby się w to wierzyć” – wyrzucił z siebie, gdy staliśmy obok posągu bóstwa płodności w świątyni Fushimi Inari, nieopodal Kioto. Symbolem (a może strażnikiem czy samym bóstwem) Inari jest lis, którego różne przedstawienia w formie rzeźb stoją obok setek pomarańczowych bram w owej świątyni (ci, którzy oglądali Wyznania gejszy, mają je z pewnością przed oczyma). Powiedział to właś­nie wtedy, gdy opowiadałem, iż wcale nie jest jas­ne, czy lis to symbol, bóstwo czy posłaniec bóstwa. Oczywiście można powiedzieć, że refleksja kapłana wynikała z przyjęcia zachodnich wzorców myślenia, w których pewna precyzja czy pojęciowanie są kluczowe. W Japonii nie mają one znaczenia, a ogromna większość wyznawców zarówno buddyzmu, jak i szintoizmu w ogóle się nimi nie zajmuje.

Chrześcijaństwo, mimo że w Japonii także dotknięte jest kryzysem, wymaga od wiernych zdecydowanie więcej. Dodatkowo zmienia całkowicie schematy myślenia zakorzenione w tradycyjnym, zdecydowanie niezachodnim stylu życia i funkcjonowania mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni. Z punktu widzenia Japończyków czymś całkowicie niezrozumiałym pozostaje również to, iż Kościół katolicki wyklucza inne tradycje religijne, odmawiając im prawdziwości. „Wszelkie wpływy religijne chętnie tu akceptowano, o ile tylko można je było zmodyfikować w taki sposób, aby wkomponowały się w istniejącą i uznawaną kosmologię; nie bez powodu synkretyzm uchodzi za ważną cechę japońskiego światopoglądu”7 – wskazuje Hendry. Buddyzm bez większych problemów poddał się temu procesowi, a chrześcijaństwo nie i między innymi z tego powodu nie jest ono w stanie zdobyć szerszych warstw społeczeństwa japońskiego. W japońskim myśleniu nie ma kategorii grzechu, a już szczególnie grzechu związanego ze sferą seksualną.

W naszej kulturze przyjemności erotyczne obwarowane są wieloma tabu, których Japończycy nie znają. Jest to dziedzina, która dla nas podlega osądom moralnym, a dla nich nie. Seks, jak inne „namiętności ludzkie”, Japończycy uważają za rzecz z gruntu dobrą, choć zaliczaną do tych mniej ważnych. W „namiętnościach ludzkich” nie ma nic złego, a zatem nie ma powodu, by przyjemności erotyczne poddawać moralnym ocenom8

– pisała Ruth Benedict w książce Chryzantema i miecz. I choć od jej powstania minęło wiele dziesięcioleci, to w tej kwestii – może poza tym, że seks realny coraz mniej interesuje Japończyków, a jego miejsce zajmuje seks wirtualny – nic się nie zmieniło. Ciekawe, iż dokładnie na ten sam element kultury japońskiej (konkretniej klas wyższych społeczeństwa, czyli buddyjskich kapłanów i samurajów) zwracał uwagę już św. Franciszek Ksawery, dla którego czymś absolutnie nieakceptowalnym był fakt, że Japończycy praktykują zabijanie niepełnosprawnych noworodków oraz akty homoseksualne czy wielożeństwo9. W efekcie Kościół katolicki w Japonii nie tylko jest niewielki, lecz w zasadzie się nie rozwija (jeśli nie liczyć przyjeżdżających tam do pracy Filipińczyków) – i to mimo prób jego dostosowania do rodzimej duchowości i stylu życia.

Dlaczego zatem Matka Boża wybrała właś­nie ten Kościół na miejsce objawień dotyczących apostazji, odstępstwa oraz potężnego kryzysu w Kościele? Dlaczego właś­nie w Kraju Kwitnącej Wiśni Maryja mówiła o konieczności modlitwy za kapłanów i biskupów, a także ostrzegała przed tym, że będą oni szczególnie kuszeni przez diabła? Dlaczego jedno z najważniejszych objawień maryjnych współczes­ności dokonało się w peryferyjnym z punktu widzenia Kościoła miejscu, a klasztor, w którym ukazała się Matka Boża, znajdował się na peryferiach owego peryferyjnego miejsca? Odpowiedzi może dostarczyć papież Franciszek, który nieustannie powraca do myśli o tym, iż peryferia są uprzywilejowane zarówno w przypadku ewangelizacji, jak i spoglądania na świat: „Rzeczywistość rozumie się lepiej z peryferii niż z centrum”10. Wydaje się, że to samo można powiedzieć o Kościele w Japonii: z daleka, z perspektywy, widać lepiej. Ale jest, jak sądzę, jeszcze jeden powód, dla którego to właś­nie ten Kościół został wybrany na miejsce tych szczególnych dla całej wspólnoty wiernych objawień, a mianowicie jego niezwyk­ła, bardzo trudna wierność Chrystusowi, a nawet samo przetrwanie katolicyzmu w Japonii, które związane jest właś­nie z Matką Bożą i Eucharystią, czyli dwoma najważniejszymi elementami objawień w Akicie.

„Wypływając na głębię”

Historie ewangeliczne, szczególnie zaś te, o których mowa w liturgii słowa w Wielkim Tygodniu, nie są tylko wspominaniem minionych wydarzeń. One uobecniają się nieustannie w życiu chrześcijan – jednostek, ale i wspólnot, a czasem narodów. Doskonale widać to w dziejach ewangelizacji Japonii, których swoistą matrycą jest… właś­nie Wielki Tydzień. Czas opisywany w Milczeniu Shū­saku Endō (które stało się podstawą znakomitego filmu Martina Scorsese), a więc wiek XVII, to swoisty połączony dramat Wielkiego Piątku i późniejszej – przeżywanej w milczeniu właś­nie – Wielkiej Soboty.

Jednak zanim do tego doszło, była przecież Niedziela Palmowa, moment triumfu i radości. Z kolei najlepszym okresem dla chrześcijaństwa w Japonii okazały się – paradoksalnie – pierwsze lata ewangelizacji. Zaczęła się ona krótko po tym, jak w 1543 roku do wybrzeży Japonii przybyli portugalscy kupcy. To oni poinformowali misjonarzy o istnieniu kolejnego miejsca, do którego trzeba wyruszyć. Niemałą rolę odegrał też samuraj Anjiro, który po zamordowaniu człowieka w przypadkowej bójce zmuszony był uciekać ze swojej ojczyzny na pokładzie portugalskiego statku. To właś­nie wtedy zaczął on odczuwać głęboki lęk. Uświadomił sobie bowiem, że nie może naprawić swojej winy i przywrócić życia zamordowanemu, a to oznacza, iż już zawsze będzie odczuwał wyrzuty sumienia. Kapitan statku zapewnił go jednak, że wcale tak być nie musi. Jeśli będzie naprawdę żałował za swój grzech, to dobry Bóg może mu go odpuścić. Taki był pierwszy kontakt samuraja z chrześcijaństwem, ale naprawdę nawrócił go św. Franciszek Ksawery, który zwiastował mu Dobrą Nowinę i doprowadził do chrztu (wojownik otrzymał imię Paweł od Świętej Wiary) – miało to miejsce 20 maja 1548 roku. Wskutek tego spotkania św. Franciszek z ogromnym zapałem podjął się ewangelizacji nowo odkrytych wysp. Ostatecznie w dzień Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, 15 sierpnia 1549 roku, dopłynął na japońską wyspę Kiusiu11.