Głowobójcy

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Dominium solarne

Głowobójcy

Nocny koncert

Dotyk pamięci

Rzeźbiarze Pierścieni

Nocni żeńcy

Lotniarz

Wrócę do ciebie, kacie

Karta redakcyjna

Okładka


Dominium solarne

1 Kolory sztandarów

2 Schwytany w światła

3 Głowobójcy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ARCHIWUM 2450, SYSTEM WEINBAUM, PLANETA VANVOGT, WĘZEŁ 38 OZ NORTH, DANE ŚCIĄGNIĘTE

Głowobójcy

Głowa Maksa Schrenka wybuchła w piątek, dokładnie o 13.10, kiedy siadaliśmy do obiadu.

W kantynie było pusto. Przy podajniku stała tylko Donatella – cała w tych swoich różowych polipach, które podobno miały dodawać jej urody. Polipy Hinerberga – tak to się nazywa w języku biologów. Organizmy te wstrzykują w skórę kobiety jakiś hormonik i mogą zapewnić jej dużo frajdy. Coś jakby miała wiele zogniskowanych w dowolnych miejscach orgazmów. Faceci z bazy mówią na to – włochtaczki. Teraz jednak polipy spały, zwinięte, podobne do małych różowych strupków. Mało estetyczne, muszę powiedzieć, choć sam przecież piękny nie jestem.

– Cześć, małpa – powiedziała Donatella, siadając naprzeciw mnie.

– Cześć – burknąłem, wpychając do ust absolutnie niedietetyczną porcję smażonego mięcha. Nie lubię, jak mówią na mnie „małpa”, ale nigdy nikomu się do tego nie przyznałem, bo już zupełnie nie miałbym spokoju. Z drugiej strony muszę przyznać, że mają powód. Kiedy patrzę w lustro, rozumiem ich doskonale. Ja, Thorgwold Argesson, były kandydat do Klanu Wikingów, odrzucony z powodu niedozwolonego wszczepu. Ale o tym później. No więc Max Schrenk siedział sobie spokojnie przy stoliku obok i wsuwał to co zawsze, czyli galaretowate świństwo pod tytułem „Biomasa dietetyczna”.

Max Schrenk miał taką ideę, że będzie długo żył. W tym celu uprawiał sport, właściwie się odżywiał, nie używał wirtuali, rżnął wyłącznie czyste genetycznie przedstawicielki płci przeciwnej i brał prysznic cztery razy dziennie. To ostatnie stanowiło zresztą najkosztowniejszy punkt jego planu – wody na stacjach typu „Baltazar” brakuje zawsze. No i proszę, pracował nad sobą, starał się i umarł. Konkretnie – jego głowa ni z tego, ni z owego rozprysnęła się na wszystkie strony niczym wyciągnięta na powierzchnię głębinowa ryba. Tak właśnie wtedy pomyślałem – „niczym głębinowa ryba”. Dopiero dużo później zrozumiałem, że już wtedy mój dzielny mózg podpowiadał mi rozwiązanie zagadki. Tylko że ja oczywiście zlekceważyłem te delikatne sugestie. Max Schrenk zacharczał nagle – tak że obydwoje z Donatellą odwróciliśmy się ku niemu. Siedział sztywno wyprostowany i właśnie sięgał rękoma do twarzy, kiedy jego głowa pękła. Poczułem lepką wilgoć wbijającą się w policzki, usłyszałem krzyk Donatelli – to na dziewczynę poszedł cały impet uderzenia.

Donatella wrzeszczała, obryzgana krwią i mózgiem, a bezgłowy kadłub Maksa Schrenka osuwał się na ziemię.

Co ciekawe, większość włochtaczek Donatelli otworzyła się gwałtownie, odsłaniając ciemne, wilgotne wnętrza. Mój żołądek powiedział: „Wybacz” i złamał mnie wpół. Przygięty do ziemi, wykaszlując własne wnętrzności, widziałem drgający korpus czegoś, co jeszcze przed chwilą wydawało się zdrowym i higienicznym Maksem Schrenkiem.


Nie chcę przez to powiedzieć, że Maksowi zaszkodziło częste mycie, co stanowiłoby w miarę logiczne wytłumaczenie. Donatella krzyczała bardzo głośno.


Nazywam się Thorgwold Argesson. Nie wiem, czy kiedyś nazywałem się inaczej, bo w wieku lat dwudziestu jeden poddałem się procesowi przemazywania pamięci. Marzyłem wtedy, by zostać członkiem Klanu Wikingów, jednego z silniejszych klanów towarzysko-wojennych w górnopółnocnych węzłach Dominium Solarnego. Co mi wtedy do pustego łba strzeliło, nie wiem, dość, że sam sobie, na własną prośbę, przemazałem pamięć. Może więc wcześniej byłem synem jakichś dwóch bardzo bogatych tatusiów, albo może znajdowałem się w ciągu alaharydowym, albo miałem na stałe implantowanego jakiegoś wirtuala? Nie wiem, bo się przemazałem. Pamiętam tylko to pragnienie zostania Wikingiem. I to przekonanie (IDIOTA! IDIOTA! IDIOTA!), że każdy Wiking ma futro pokrywające całe ciało.

No więc poszedłem do kuśnierza i mówię: „Wszywaj”. Zaimplantował porządnie, pretensji mieć nie mogę, bo sam szukałem dobrego fachowca. Założył mi silny wszczep i postawił całkowitą blokadę na odrzuty. Dwa miesiące karmili mnie dożylnie, zmieniając moją krew w rojowisko antyciał, antyantyciał i antyantyantyciał. Być może, że od tej blokady też mi coś ze łba wyleciało. A nowa, włochata skóra okazała się tak zdrowa i silna, że nie zdecydowałem się na jej usunięcie, nawet kiedy poznałem bezmiar własnej durnoty. To przez nią nie przyjęli mnie do Wikingów – reprezentowałem za duże odstępstwo od Wzorca Człowieka. Wikingowie są bardzo tradycyjni. Ale teraz już się przyzwyczaiłem do tej mojej cielesnej powłoki pokrytej srebrnym włosiem, nieco rzadszym na pysku i na rękach. Cóż, trudno.

Tak naprawdę skórę zostawiłem sobie na pamiątkę z jeszcze jednego powodu. To moja prywatna kara za głupotę. Zresztą dzięki futerku wyjąłem sporo pięknych pań. To też jakiś plus. Ale ciągle nie lubię, gdy mówią do mnie „małpa”.


Komunikat przyszedł dwie godziny później. Przedstawiciel korporacji SW prosił o spokój. „Zachowajcie spokój – mówiła jego gęba z ekranów tele i we wszczepach wirtuali – bo spokój to ważna rzecz. Na miejscu jest lekarz i przedstawiciel prawa, więc zachowajcie spokój. A my natychmiast wysyłamy specjalną ekipę złożoną ze świetnych lekarzy i jeszcze lepszych gliniarzy. Oni sprawdzą co i jak, więc prosimy o spokój”. A w tym czasie za jego głową błyskały relaksujące światełka i grała psychomuzyka, która teoretycznie miała nas odprężyć. Ale Fajfer Orkol, szef technicznego, nie pracuje dla SW, więc kazał nałożyć filtry tak, że i światełka, i muzyczka stały się w pełni rejestrowalne przez nasze zmysły i nie daliśmy się oszukać.

Tym bardziej że doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z kilku rzeczy. Równocześnie z oficjalnym komunikatem dla nas poszły tajne emisje – do dowódcy bazy „Baltazar” oraz do rezydenta Dominium. Jak już wspomniałem, Fajfer Orkol średnio się przejmuje interesami korporacji, więc ten pierwszy komunikat rozkodował (drugiego nie mógł, bo, niestety, była to tajna wojskowa instrukcja, raczej nie do złamania nawet przez dobrego hakera). A w depeszy napisali, że do korporacji przyszła futurprojekcja przedstawiająca dość dokładnie to, co stanie się z głowami innych pracowników rezydujących na Vanvogcie. Konkretnie, głowy te rozprysną się jak głębinowe ryby, jeśli SW nie przestanie dewastować życia na planecie. Podpisano: Front Planetarny – Frakcja Śmierci – Głowobójcy. Czy jakoś tak, równie sympatycznie.

Przedstawiciel korporacji w swoim wystąpieniu przez delikatność nie dodał, że jego rezydencja znajduje się na szóstym księżycu planety Weinbaum, gazowego olbrzyma odległego od Vanvogta o dwa miesiące lotu statkiem układowym. I że właśnie za tyle czasu dotrze do nas ta cała ekipa policmajstrów, konowałów oraz brygada antyterrorystyczna. A na razie proponują, żeby ktoś z bazy porobił za „zombiego”, to pomogą nam zdalnie. Aha, i żebyśmy uważali, bo prawdopodobnie na planecie znajduje się ktoś od ekologistów. Ładna perspektywa – w tym czasie na Vanvogcie mieszkały ze trzy setki ludzi. Większość znała się, jeśli nie osobiście, to z Sieci. I oto ktoś z nas, vanvogtowców, planetarnych ekoinżynierów, dawców życia, okazał się pieprzniętym psychopatą. Bez sensu.

Zombie sam się znalazł. K.Joseph, genetyk pracujący na co dzień w generatorach DNA na Oceanie Północnym, wpadł w psychociąg. Odleciał w jakiś nielegalny wirtuświat, jak twierdził jego lekarz, escherowskiej geometrii i ośmiowymiarowej fizyki. Po odłączeniu czepka wirtuala facet wpadł w letarg. Lekarz porozumiał się z jego świadomością, po czym sam prawie zapadł w katatonię. Zadysponował jednak K.Josephowi terapię – stłumić świadomość, dać jakąś psychonakładkę – z wirtuala albo zewnętrznego sterownika – zmusić do życia w normalnym świecie. Kiedy więc Baza VI zgłosiła zapotrzebowanie na „zombiego”, zaproponowano K.Josepha. Przez dwa miesiące umysł K.Josepha miał współfunkcjonować z programem rezydentnym symulującym trzy osoby: przedstawiciela Dominium, lekarza oraz jakiegoś Specjalistę Od Mózgów Rozpryskujących Się Przy Obiedzie. Zaś ciało K.Josepha służyć miało do transportu owego rezydenta.

 

– To nie jakieś tam byle co – powiedział Gerfield w tej samej chwili, kiedy postawiłem talerz na stole. – Utrzymanie programu rezydentnego przez dwa miesiące to cholernie kosztowna impreza. Skoro korporacja za to płaci, i to tak chętnie, znaczy się będą kłopoty.

Usiadłem wygodnie w fotelu i zabrałem się do jedzenia. Gorąca bulwa parzyła mi dłonie, ale mięso pachniało wyśmienicie, pochodziło prawdopodobnie z porannego pokosu. Oblizałem palce, sięgnąłem po następną.

– Donatella wciąż nie doszła do siebie. – Eryka smutno pokiwała głową. Niepotrzebnie, i tak myśleliśmy, że się uśmiecha. Eryka ma przedłużone usta, których kąciki prawie sięgają uszu. Kiedy coś mówi albo się uśmiecha, otwierają się szeroko, ukazując pokryte tatuażem podniebienie i dziąsła. Eryka zmienia te tatuaże w czasie każdej wizyty na Weinbaumie. Twierdzi, że doskonale wyrażają jej osobowość i dają poczucie wolności. Kiedy rozmawiałem z nią pierwszy raz, miałem wrażenie, że za chwilę mnie połknie. Na raz i w całości. Ale potem się zreflektowałem: „Kto tam by chciał cię połykać, włochata małpo”. I od razu otwór gębowy Eryki przestał mi przeszkadzać. A kiedyśmy się z dziewczyną zaprzyjaźnili bliżej, okazało się, że takie wielkie usta dostarczyć mogą wiele przyjemności...

– A co z sekcją? – spytałem. Eryka pracowała w module medycznym i miała niezłe kontakty z lekarzami.

– Już go pocięli – mruknęła. – Chociaż, rozumiecie, z tej głowy to nie było wiele do wycięcia. Ale ciągle nie wiedzą, co się stało. Przynajmniej tak twierdzą oficjalnie.

– Yhym. – Gerfield wepchnął sobie do ust pęk jakiegoś zielonego świństwa i teraz żuł to z trudem. – A czy chociasz usztalili, szkąd do niego szczelono... – W końcu przełknął zielsko i dodał: – dziwne, że nie rozpoczęli normalnego śledztwa.


Szedłem do swojej kabiny, gdy odezwał się sygnał przywołujący. Założyłem kompokulary i zatrzymałem się. Przed oczami miałem twarz hrabiego Aramisa, przedstawiciela korporacji na Vanvogcie.

– Cześć – powiedział.

– Cześć – odpowiedziałem grzecznie. Większość mieszkańców bazy nie lubiła hrabiego Aramisa, ale ja nigdy na niego nie narzekałem.

– Przyjdź do mnie natychmiast. Rezydenci już się zainstalowali w K.Josephie i chcą z tobą pogadać.

– Ze mną? A o czym? Lecę teraz na wyspę. Nie mam czasu.

– Oni twierdzą, że możesz być kolejny na liście.

– W takim razie mam dla ciebie czas – powiedziałem, zdjąłem kompokulary i szybkim krokiem pomaszerowałem do gabinetu hrabiego Aramisa. Szedłem głównym korytarzem bazy, obwodnicą. Po lewej stronie miałem odnogi korytarza i wejścia do sal, po prawej wielkie, ciągnące się wzdłuż całego obwodu okno. Lubiłem przez nie patrzeć. Gładka jak stół równina szaroczerwonych skał, daleko, niemal na linii horyzontu, uciekająca w niebo po stokach górskich pasm. A nad nią – szare niebo, na którym przewalały się ciemniejsze, smoliste zwały azotowych chmur. Za sto lat w tę czerń wedrze się granat, który po kolejnych dwóch stuleciach przemieni się w błękit. Wcześniej skalna pustynia zazieleni się. To nasza robota. Obdarowujemy martwe planety życiem albo sterujemy ewolucją tam, gdzie już samoistnie powstało. Tworzymy światy, na których mieszkać mogą zwykli ludzie. Rozszerzamy ziemskie imperium, potwierdzamy panowanie Dominium w miejscach zdobytych przez jego armie. Nazywają nas gajowymi – trochę od Gai, trochę od gaju. To zadziwiające uczucie – zaczynać robotę w przekonaniu, że samemu nie zobaczy się jej efektów, bo tak naprawdę trzeba czekać na nie kilkaset lat. A jednak robimy to. Gigantyczne mielarki pełzną po powierzchni planety, krusząc skały, uwalniając z nich tlen, sycąc zmielony piasek glebotwórczymi mikroorganizmami. Potężne pływające fabryki przetaczają hektolitry wody, również zapładniając ją życiem. Zespół biologów, chemików, informatyków cały czas analizuje napływające dane, tworząc projekty przyszłych ingerencji w przyśpieszoną ewolucję, którą tu rozpoczęliśmy.

W kosmosie, a przynajmniej w tej jego części, którą kolonizuje ludzkość, w pobliżu bram hiperprzestrzennych, nie ma zbyt wielu światów nadających się do zamieszkania. Od połowy stulecia – kiedy skończyły się wojny z parksami – Dominium praktycznie się nie powiększa. Nowych planet dla ludzi trzeba szukać we wnętrzu gigantycznego obszaru zdobytego przez Sieć Mózgów. Albo znaleźć takie, które od razu nadają się do kolonizacji, albo takie, które można do tego przystosować. Najwięcej jest globów podobnych do Vanvogta – u progu życiotwórczego zrywu. Tylko część z nich wykorzystuje swą szansę – zbyt wiele zabójczych niebezpieczeństw czyha na młode biocenozy. Po ostatecznych wymieraniach zostają jedynie martwe, pustynne światy. Chyba że my wzmocnimy ten rozwój, damy mu dodatkowy impuls, posterujemy ewolucją. I za to właśnie nienawidzą nas ekologiści. Twierdzą, że ingerujemy w porządek natury, że niszczymy prawdziwe życie w imię stworzenia sztucznych rajów, że zabijamy kolejne „Gaje”, by w ich miejsce wyprodukować syntetyczne ekosystemy. Zwykle głosy ekologistów to tylko pohukiwanie w mediach, protesty składane na ręce gubernatorów, czasem akty sabotażu. Teraz zaczęli zabijać.

– Siadaj, Thorgwold. – Hrabia Aramis był wysokim mężczyzną, ubranym w dziwny strój, jak sam twierdził: z przeszłości. Na głowie miał wszczep białych, uwiązanych w mały koczek włosów, a w oku nosił monokl. Jego twarz była przez to dziwnie wykrzywiona. Do boku przypinał szablę – twierdził, że całość stroju nawiązuje do jego ulubionej epoki. Podobno ktoś to kiedyś sprawdził i okazało się, że szefowi trochę się różne historyczne okresy pomieszały.

Zresztą czy to ważne...

– Wiesz, w jakiej sprawie cię wezwałem? – spytał.

– Chyba wiem – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. – W sprawie mojej głowy.

– Zaiste. – Hrabia czasem używał dziwnych słów. Wspomniałem, że zawsze dobrze ze sobą żyliśmy. A to z jednego powodu – jako jedyny osobnik w bazie rozumiałem historyczną szajbę hrabiego i z niego nie kpiłem. On także uważał mnie za bratnią duszę i próbował naciągać na pogwarki o wikingach i muszkieterach. Koniecznie chciał mnie przekonać, że wikingowie i owszem – nieźle się tłukli, ale od muszkieterów zawsze brali w dupsko.

Nigdy nie protestowałem.

– Zaiste – powtórzył hrabia Aramis i rozwinął swą myśl: – Thorgwold, coś się dzieje w bazie i jeszcze nie wiemy, co to jest. Zanim przylecą tu spece z Weinbauma, musimy sobie radzić sami. Chciałbym prowadzić własne śledztwo, półoficjalne. Jesteś lubiany, złośliwy i wścibski. Kolegowałeś się ze Schrenkiem, sam możesz być potencjalną ofiarą, bo kierujesz zespołem biologów. Nikogo nie zdziwi, jeśli zaczniesz węszyć. Na planecie są trzy setki ludzi, odliczywszy naszą trójkę.

– Dlaczego ja? – spytałem nieco zdziwiony długością przemowy hrabiego i tym, że nie użył w niej żadnego bzdurnego archaizmu. Widocznie był bardzo zdenerwowany i bardzo mu zależało.

– Bo cię sprawdziłem – głos hrabiego zabrzmiał twardo. – Bez sentymentów, Thorgwold. Lubię cię, ale zginął człowiek. Bandyci mogą zabijać dalej i, co gorsza, zagrozić projektowi. Dostałem z Weinbauma dane o wszystkich przebywających na planecie ludziach. Twoje wcześniejsze życie można zrekonstruować najpełniej – bo miałeś czyszczony mózg, więc istotne są tylko ostatnie lata. Prawdopodobieństwo, że ty okażesz się sabotażystą, jest najmniejsze, Thord. Więc jak, zgadzasz się?

– A czy mam inne wyjście?

– Zaiste nie masz. – Hrabia uśmiechnął się tak szeroko, że mało mu monokl nie odpadł od oka (sporo pieniędzy stracono w zakładach, czy to szkło jest wszczepione w skórę). Wrócił też do swojej maniery językowej. – Miarkuję, że...

– Zaraz, zaraz – przerwałem mu niezbyt elegancko. – Powiedział pan, że z grona podejrzanych wyklucza pan trzy osoby. Kto jest tym trzecim?

– Ach! – żachnął się hrabia. – Słusznie prawisz. Choć w zasadzie to nie jest jedna osoba, a trzy. Można by rzec, trzy duchy w jednym ciele. Chcę, żebyś ściśle współpracował z przysłanymi z Vanvogta programami rezydentnymi zagnieżdżonymi w K.Josephie.

– Mam być niańką zombiego? – jęknąłem.

Hrabia Aramis spojrzał na mnie surowo.

– Czyżbyś nie wiedział, że korporacja nie lubi tego określenia – zawahał się na chwilę i dodał: – waćpan?


Chwilę później do gabinetu wkroczył zombie. Aramis mruknął coś o ważnych sprawach i przeszkadzaniu, po czym wyszedł.

K.Joseph był wysokim, czarnowłosym mężczyzną o nienaturalnie dużych oczach i dziwnej rogokształtnej narośli na czole. W sumie niewielkie odstępstwa od standardu. Za to tył jego głowy przypominał werk od komputera. Światłowody, łącza, kostki procesorów, ze dwa mierniki stanu, sprzęgi. Wszystko to wyrastało z jego potylicy niczym czułki na głowie jakiegoś owada. Ubrany w jasny kombinezon, robił dobre wrażenie.

– Hard, Imperialna Komisja Kontroli – przedstawił się mocnym, zdecydowanym głosem. – Program rezydentny.

– Miło mi – odpowiedziałem dość głupawo, bo, przyznam, nigdy w życiu nie rozmawiałem z zombiem. Z facetami z mózgowymi nakładkami wspomagającymi – tak, ale z prawdziwym zombiem – jeszcze nigdy.

– Na co dzień będzie pan współpracował ze mną. – Hard ustami K.Josepha wypowiadał słowa dość powoli. – W sytuacjach tego wymagających będziemy się przełączać.

Ciało K.Josepha nagle drgnęło, jakby zaraz miało runąć na ziemię. Trwało to moment. Po chwili znów stał wyprostowany, drapiąc się w lewy policzek.

– Nazywam się Evan PUSH, jestem rządowym informatykiem czwartej kategorii. Specjalizacja kryminalna. Jeśli będę mógł w czymś pomóc, proszę mnie zainicjować. Żegnam.

I znów K.Joseph jakby przyklapł, lecz tym razem na krócej. Jego głos, choć ten sam, zabrzmiał jakoś flegmatycznie.

– Artazan, należę do cechu lekarskiego podporządkowanego Kartelowi Ganimeda. Służę pomocą we wszelkich przypadkach związanych ze śmiercią gwałtowną... To znów ja, Hard – głos na powrót stał się sprężysty. – Ja ich kontroluję. Wystarczy tych zapowiedzi. Czy ma pan jakiś pomysł?

– A wy? – spytałem lekko skołowany.

– Jesteśmy programami rezydentnymi – przypomniał Hard. – Możemy panu pomóc. Nigdy pana zastąpić. Mamy rejestrować wszystko tak, aby nasi dawcy mogli się z tym łatwo zapoznać po przybyciu. Tylko tyle, panie Argesson.

– Wiem, zapomniałem – mruknąłem wściekły na samego siebie.


– Najpierw ustalmy fakty – powiedziałem głośno, a głowa K.Josepha przytaknęła mi skwapliwie.

– Po pierwsze, terroryści wysadzają głowy ludziom. Po drugie, eksplozja następuje od środka. Po trzecie, analizator nie wykrył obecności żadnych substancji wybuchowych. Po czwarte, jakiś terrorysta może być w bazie. I po piąte, wszelkie dostawy do bazy są bardzo ściśle kontrolowane, każdy kilogram przechodzi przez bramę hiper. Tu po prostu nie da się wwieźć niczego nielegalnego. No i po szóste, wy musicie reprezentować interes korporacji SW, a ja chcę zadbać o bezpieczeństwo ludzi na Vanvogcie.

– Proszę pamiętać, że nie działamy przeciwko sobie. – K.Joseph spokojnie przyjął moją orację. – Ani się nie ścigamy. Każdy z nas ma możliwość zdobycia pewnej wiedzy, która będzie niedostępna dla pozostałych. My i pan działamy niezależnie. Oficjalnie śledztwo prowadzimy my. Natomiast nie wątpię, że i pan zdoła dotrzeć do jakichś ciekawych informacji. A przede wszystkim wyciągnąć właściwe wnioski z zebranych przez nas przesłanek. My, istoty rezydentne, potrafimy rozwiązywać tylko proste i typowe problemy. Służymy raczej do gromadzenia faktów, a nie analizy. Nasi dawcy, kiedy przybędą na planetę, przejmą śledztwo, a programy rezydentne zostaną skasowane.

 

– No dobra – mruknąłem, nieco przygnieciony tym monologiem. – Rozumiem, że oficjalnie się nie znamy?

– Ponieważ nie utrzymywał pan szczególnych kontaktów z naszym nosicielem, nie ma potrzeby, aby teraz pan ich szukał. Oczywiście powinien pan okazywać normalne zaintrygowanie osobą K.Josepha, takie jak wszyscy.

– Nie ma co się dziwić, nieczęsto się spotyka...

– Jesteśmy eksperymentalną technologią – przytaknął Hard. Przerwał, bo drzwi za naszymi plecami otwarły się. Stanął w nich hrabia Aramis.

– Jest drugi wypadek – rzucił krótko. – Isaak Ann.

– Isaak – powtórzyłem cicho. To był mój człowiek, pracował na oceanicznej platformie numer 12. Spokojny, sumienny genotypista, członek jakiejś ortodoksyjnej sekty wywodzącej się z judaizmu.

– Lećcie tam – powiedział hrabia. – Osobno. Ale na miejscu pogadajcie. To nikogo nie zdziwi, potem będziecie mogli się już normalnie kontaktować.


Za burtą ślizgacza pulsowało morze. Stalowoniebieskie fale prężyły grzbiety, by po chwili rozpylić się w mokrą pianę i mgłę. Lubiłem patrzeć na krople wody rozpryskujące się na szybach pojazdu tuż przed moją twarzą. To morze nie było już martwe. Życie rozpoczęło swój taniec, a myśmy do tych hołubców przygrywali. Podniosłem wzrok. Nade mną piętrzył się ciemny kształt platformy. Osiem słupów wynurzało się z morza niczym nogi monstrualnego pająka. Na nich spoczywał kadłub – dziesięciopiętrowa konstrukcja z własnym lądowiskiem promów wewnątrzukładowych, laboratorium, olbrzymim komputerem i sekcją mieszkalną. Jednak serce bazy biło sto metrów niżej, pod wodą – tam gdzie znajdował się gigantyczny kompleks nazywany przez nas Edenem. To tam i w kilkunastu podobnych punktach na terenie całej planety następowała produkcja vanvogtańskiego życia. Potężne pompy przepuszczały przez system filtrów miliony ton wody dziennie, by nasycić je kulturami samopowielających się, prostych organizmów.

Zawsze mnie to fascynowało, zawsze, odkąd pamiętam. Czy to surogat wiary w Boga, której nigdy nie miałem? Czy zastępstwo marzeń o Wikingach? Nie wiem. Ta gra, precyzyjna gra w życie, rajcowała mnie bardziej niż największy hazard. To było po prostu lepsze od najgorętszego wirtuala. Tysiące czynników związanych z planetą: jej skorupą, atmosferą, położeniem, z protożyciem już istniejącym w jej ciepłych morzach. Nasze możliwości technologiczne – wydajność urządzeń, aktywność tworzonych przez nas mikroorganizmów-kolonizatorów, właściwy dobór miejsc zasiewu. Oczywiście wszystko to zostało po wielekroć zasymulowane, przetestowane, sprawdzone na najlepszych kompach.

Jednak, jak to w życiu, symulacje te sprawdzały się tylko PRAWIE całkowicie. Za porządne załatwienie tego PRAWIE odpowiedzialni byliśmy my – blisko dwustuosobowa ekipa Konsorcjum na Vanvogcie. Od początku kolonizacji, czyli od trzydziestu lat, plan główny modyfikowano czterokrotnie. Okazało się na przykład, że nasi mikroskopijni koloniści mutują szybciej, niż to zakładaliśmy. Że geotermiczna protobiologia planety rozwijająca się wokół podziemnych wulkanów na Oceanie Ubotów ma większy wpływ na rozwój vanvogtańskiego życia, niż sądziliśmy. Tych „okazało się...” znalazłoby się jeszcze kilka. Rzecz jasna, najczęściej borykaliśmy się z problemami znacznie mniejszej skali – uszkodzeniem sprzętu, zanieczyszczeniem chemicznym, niepożądanymi mutacjami na jakimś obszarze. Zmieniała się też technologia, którą sami dysponowaliśmy. Na przykład przez dziesięć lat mojej pracy na Vanvogcie standard genetycznego wykonania zarodników-kolonistów podniósł się niebywale, zwiększono też wydajność klonowania skomplikowanych struktur. Wszystko to sprawiało, że nie byliśmy tylko automatami – wykonawcami opracowanego pół wieku wcześniej planu, lecz aktywnymi uczestnikami i kreatorami całego procesu transformacji. Procesu, który miał doprowadzić do tego, że za dwieście lat w tym morzu będą pływać ryby, a na lądach rosnąć puszcze.

Ślizgacz dopłynął w końcu do jednego z filarów platformy – szara ściana zasłoniła morze i niebo. Otwarły się ogromne wrota i ślizgacz wpełzł do jasno oświetlonej śluzy. Pojazd zawisł chwilę nad łożem transportera, po czym miękko osiadł w płytkim, półkolistym wgłębieniu. Taśma przenośnika ruszyła, powoli przesuwając nas przez kolejne wrota śluz, dezaktywatorów i myjni. Za szybami raz było jasno, raz ciemno, jedną z komór wypełniła fosforyzująca purpurowa mgła, w innej ślizgacz został otoczony przez sprawdzające coś automaty. „Witajcie. – Na pokładowym monitorze pojawiła się twarz Morgana le Feya, szefa platformy. – Trwa to trochę dłużej, ale przechodzicie też rutynową kontrolę policyjną”.

– W porządku – odpowiedziałem i w tym momencie otwarły się wrota ostatniej komory i taśma wraz ze ślizgaczem wpełzła do portu przylotów. Właz pojazdu otworzył się i wyszliśmy na pomost. Oprócz mnie, K.Josepha i pilota na platformę przyleciało jeszcze siedem osób. Czyli w sumie przybyło tylu ludzi, ilu na co dzień obsługiwało cały ten potężny kompleks. Znałem tu wszystkich. Istniało duże prawdopodobieństwo, że to któryś z nich jest zabójcą, choć oczywiście każdy miał wiarygodny motyw przybycia na platformę – przeważali lekarze, mający zbadać trupa Isaaka. Zadziwiające uczucie – mieć świadomość, że od lat przyjaźnisz się, kolegujesz lub choćby tylko witasz na korytarzu z psychopatą mordującym ludzi.

– Cześć! – powiedział le Fey, tym razem już na żywo. Uścisnęliśmy sobie dłonie. – Mieszkacie w sekcji gościnnej. Wszystkie dane, które udało nam się zebrać, są już w Sieci, możecie też wkodować w wasze kompy indywidualne prawa dostępu.

– Jakie to było? – spytałem le Feya, gdy wszyscy rozeszli się do swoich kabin, a na pomoście zostaliśmy tylko my i trzyosobowościowy K.Joseph.

– Okropne, Thorgwold, mówię ci, okropne.


– To jego list, a w zasadzie ostatnia strona pamiętnika – powiedział K.Joseph głosem Harda, włączając ścienny ekran. Palce zombiego przesunęły się nad przepływającymi po lśniącej powierzchni napisami. Wybrały właściwą opcję i powiększyły obraz.

– Co my tu mamy? – mruknąłem zaciekawiony i jednocześnie poirytowany. Zdecydowałem, że sam obejrzę trupa Isaaka i miejsce, w którym nastąpił wypadek. Hardowi zleciłem przejrzenie pokoju nieboszczyka i jego bazy danych. Zombie wywiązał się z zadania wyśmienicie – to znaczy nie znalazł nic ciekawego.

Za wyjątkiem dziennika. W tym czasie ja obejrzałem trupa, zakrwawiony korytarz, szczątki tkanki mózgowej w laboratorium. Porzygałem się, dopiero gdy automat biomedyczny stacji, głosem młodej, seksownej dziewczyny opisał dokładnie kilka ostatnich sekund życia Isaaka. Nie dowiedziałem się niczego nowego. Isaak umarł, bo z niewiadomych powodów głowa rozprysnęła mu się jak przestrzelony melon. Czaszka skruszyła się na setki drobin, skóra popękała, a mózg rozpylił w powietrzu niczym woda ze spryskiwacza. Sam Isaak był człowiekiem zdrowym, ba! nawet bardzo zdrowym. Należał do ortodoksyjnej sekty, pochodzącej jeszcze ze starej Ziemi, związanej z judaizmem. Reguła jego współwyznawców zabraniała jakiejkolwiek cyborgizacji, wspomagania hormonalnego i chemicznego. Jeśli chodzi o dietę, Isaak jadł to, co wszyscy mieszkańcy Vanvogta, bo mało kogo, nawet członka starożytnej judajskiej sekty, stać na sprowadzanie sobie koszernego żarcia. Unikał jednak pokarmów szczególnie nafaszerowanych chemią i używek. Za to kilka razy do roku pozwalał sobie na mocniejsze pijaństwo, gdyż jego religia uznawała alkohol za naturalny i zdrowy środek relaksujący. Tyle dowiedziałem się ja. Natomiast mój potrójny koleżka, występując jako imperialny gliniarz Hard, przeczesał pokój Isaaka – szybko i bezskutecznie. Znalazł kilka zestawów ubrań, sporą kolekcję kostek pamięciowych z rejestracją religijnych rytuałów sekty Isaaka oraz jedyny przedmiot, który można by nazwać osobistym – szklaną kulę z przesypującym się w środku śniegiem. Cacko urokliwe i stare jak wszechświat. Potem Hard dobrał się do konta Isaaka, ale i tam nic nie znalazł – wydawało się, że aktualny nieboszczyk przechowywał wyłącznie dane związane z pracą. Dopiero kiedy Hard się wyłączył, a ciałem K.Josepha zaczął zarządzać Evan PUSH, sprawa ruszyła do przodu. Evan wszedł do sieci i odnalazł tajne konto Isaaka. Złamanie hasła zajęło kopii informatyka nieco więcej czasu, niż potrzebowałby tego oryginał. To znaczy nie dwie mikrosekundy, lecz całe sześć mikrosekund. No i wygrzebał pamiętnik Isaaka.

– Notował tekstem i emocjami. Ale przy przeglądzie emocje odłączyłem – tłumaczył PUSH. – Były dziwne, niezrozumiałe. To musiało mieć związek z jego religią. Ale notatki zostawił zupełnie normalne. Nic specjalnego. Żadnych myśli głębszych ponad to, że „Bóg istnieje” albo że „świat nie jest sprawiedliwy”. I nic o przemianie sacrum w profanum.

Pokiwałem głową, udając, że rozumiem.

– Tak naprawdę ciekawa jest tylko jedna notatka, sprzed dwóch dni. Spójrz. „Widziałem dziś człowieka. Nie znam go, lecz wiem, że po mnie przyjdzie”. Ciekawostka, co? – spytał Hard. Nagle przez jego twarz przebiegł skurcz. – Ożeż ty... – sapnął – no już, już cię puszczam. Witam, to ja, Artazan. Ten gliniarz często blokuje mi dostęp. Twierdzi, że to on jest ci potrzebny. – K.Joseph uśmiechnął się sztucznie, a ja poznałem, że ciałem steruje teraz lekarz. – Czy mógłbyś wejść do bazy danych ze wszystkimi informacjami o stanie ciała Isaaka? Kiedy ten goryl znów mnie odsunie od władzy, będę mógł je zanalizować.

– Oczywiście – powiedziałem, nie wiem, bardziej zdenerwowany czy zdziwiony.