Dom pisarzy w czasach zarazy

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dom pisarzy w czasach zarazy
Dom pisarzy w czasach zarazy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,94  55,95 
Dom pisarzy w czasach zarazy
Dom pisarzy w czasach zarazy
Audiobook
Czyta Michał Drumowski
29,95  21,56 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Iwicka 8A

Zapachy i barwy początku

Badowski buduje dom, a tu wojna

Mój ojciec

Moja mama

Wrzesień 1939 i Lwów

Koniec wojny: Lublin i Łódź

Pijatyki, seks i aborcja

Spotkanie

Partia

Przenosiny do Warszawy i nowe myślenie

W końcu razem

Dom już gotowy

Iwicka się zapełnia

Moja mama idzie na Iwicką

Pusto i niepewnie

Irena Wodzińska

Szwy trzaskają pisarzom

Rozstania

Titanic nie tonie

Pisarze i dozorca

Przekorny Paweł Hertz

Seweryn Pollak

Cudem ocaleni

Juliusz Żuławski i wyższe racje

Tajemniczy Adolf Sowiński

Mierzwowie na miejsce Korotyńskich

Żar odbudowy

Moje poczęcie

Na Iwickiej rodzą się dzieci

Niemowlęctwo

Zimny chów

Babcia Helena

Prezes Ludwik Kasiński

Gosposie na Iwickiej

Wiemy – nie wiemy

Wyjazdy w teren

Żony pisarzy

Przykręcanie śruby

Sandauer, czyli pies matematyk w cyrku

Julia Brystiger

Procesy i wyroki, małe wątpliwości

Telefony, podsłuchy i donosy

Alicja Sternowa

Dowcipy

W cieniu zakwitających akacji

Wymiana pieniędzy – 28 października 1950

Literackie propozycje

Samokrytyki

Niewygłoszona samokrytyka mojego ojca (napisana czarnym atramentem)

Protokół

Samobójstwo Tadeusza Borowskiego

Jesteśmy wyspą

Kult Stalina

5 marca 1953

Cień wodza ludzkości ciągle żywy

Kazimierz Brandys

Bohdan Czeszko

Śmierć Anki

Abstynenci i alkoholicy

Drzwi wejściowe

Kolekcja i narcyzm Rudnickiego

Komitet blokowy

Ścięcie dzikiego wina

Elżbieta i Stanisław Wyganowscy

Asfalt i bazalt

Kurs na prawo jazdy

Pan Wacek

Pluskwy, mole i myszy

Krawcy

Siostra pani Badowskiej

Hojni i skąpi

Dobre uczynki

Lalek koń

Gołębniki i gołębie

Mieszkanie jest za małe

Wrona i inne psy

Hałasy i odgłosy

Buty

Maszyny do pisania

Piwnice i ich tajemnice

Piecyk węglowy

Zabawy podwórkowe i odliczanki

Cuda techniki

Ciechocinek

Pękają lody

Rower i tajemnice płci

Jak zostałem ochrzczony

Ksiądz poeta Jan Twardowski

Święta i Święty Mikołaj

Dziennik ojca i wyzwalanie duszy

Julian Przyboś – przyjaźń i nienawiść

 

Przełom roku 1955

Ważyk i Poemat dla dorosłych

Bierut

Wielki przełom – rok 1956

„Europa” i rozwód z partią

Szkoła nr 34 im. gen. Świerczewskiego „Waltera”

Listonosz i rok 1958

Telewizor

Tu mówi Rozgłośnia Polska Radia Wolna Europa

Herbert

Wyprowadzki

Allen Ginsberg na Iwickiej

Sandauer i Rudnicki po latach

Stan wojenny

Epilog

Rozmowy

Wstęp

Straszna pogoda

Niech pan zaśpiewa

Szybko szliśmy ku fanatyzmowi

Moje trudne czasy

Czuję się zakłopotany

Radosny pęd odbudowy

Duże wzruszenie i małe wątpliwości

Bibliografia

Źródła zdjęć zamieszczonych w książce

Przypisy końcowe

Redakcja i indeks: Magdalena Niedźwiedzka

Konsultacja merytoryczna: Michał Kabata

Projekt okładki i książki oraz skład: Krzysztof Łada

Fotografie na okładce: Archiwum Tomasza Jastruna

Korekta: Adam Osiński, Maria Osińska

Copyright © Tomasz Jastrun, 2020

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2020

Wydawnictwo Czarna Owca dołożyło należytej staranności w rozumieniu art. 335 par. 2 kodeksu cywilnego w celu odnalezienia aktualnych dysponentów autorskich praw majątkowych do zdjęć opublikowanych w książce. Z uwagi na to, że przed oddaniem niniejszej książki do druku nie odnaleziono niektórych autorów zdjęć, Wydawnictwo Czarna Owca zobowiązuje się do wypłacenia stosownego wynagrodzenia z tytułu wykorzystania zdjęć aktualnym dysponentom autorskich praw majątkowych niezwłocznie po ich zgłoszeniu do Wydawnictwa Czarna Owca.

Autor serdecznie dziękuje dzieciom, wnukom i spadkobiercom bohaterów tej książki za bezpłatne udostępnienie zdjęć w niniejszej publikacji: Joannie Bańkowskiej, Ewie Bogackiej, Wiktorowi Dłuskiemu, Wandzie Gaignebet, Grażynie Jaroszewicz, Monice Łobaszewskiej, Michałowi Kottowi, Joannie Lasserre, Małgorzacie Pszenickiej, Julii Przyboś, Adamowi Sandauerowi, Agnieszce Umedzie, Natalii Woroszylskiej, Kubie Wygnanowskiemu, Markowi Zagańczykowi, Ewie Zawistowskiej.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 9788380158221


Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.


Zaczęto budować wieżę Babel i pomieszały się języki

Iwicka 8A

Jest to opowieść o domu, który płynął na warszawskim Czerniakowie w mroku i w blasku mijających lat, i o losach jego „pasażerów”, w większości znanych literatów. Był to świat po wielkiej wojnie, w ruinach zaszczepiano komunizm, krzepł stalinizm. Na ulicy Iwickiej pod numerem 8A od czerwca 1949 roku mieszkali moi rodzice, Mieczysława Buczkówna i Mieczysław Jastrun. Tam zostanę poczęty, spędzę dzieciństwo i młodość. Rodzinne losy są ważnym wątkiem mojej opowieści, ale jest to też historia budynku, którego wznoszenie zaczęto przed wojną, nie zdążono go jednak ukończyć.

Dlaczego pisarze tak powszechnie wzięli udział w tym, co potem sami uznali za grzech, przestępstwo, nawet za zbrodnię? Opisuję, jak bezradność wobec presji historii i lęk zmieniały się w wiarę, a wiara – w cynizm; jak kłamstwo brano za prawdę, a próżność usypiała sumienie. Miało to też wymiar demoniczny – podpisywano pakt z diabłem. Pragnę również pokazać, w jaki sposób wyzwalano się potem ze zniewolenia umysłu. Interesują mnie nie tylko losy ludzi, zdarzenia społeczne, sztuka, ale też życie codzienne w tamtym czasie.

Zdążyłem przed laty porozmawiać z pisarzami, z dozorcami domu, nawet z krawcami, którzy mieli w pobliżu swój zakład. Pojawiająca się na Iwickiej pani Stasia Weber, od mięsa i wódki, z jednym przednim zębem, zajmuje tyle miejsca w mojej pamięci co niejeden artysta. W kręgu moich zainteresowań oprócz mieszkańców domu byli pisarze, którzy mieli przenieść się na Iwicką, lecz z różnych powodów tego nie zrobili, jak Jan Kott i krytyk Ryszard Matuszewski, oraz ci, którzy często odwiedzali nasz dom – poeta Julian Przyboś, przyjaciel ojca, potem jego śmiertelny wróg, Bronisława, żona Przybosia, z którą się wtedy rozwodził, a która z kolei do końca życia była przyjaciółką moich rodziców i często u nas bywała.

Wiele wspomnień przekazała mi trójka moich rówieśników i przyjaciół z dzieciństwa: Monika Czeszko, Agnieszka Żuławska i Adam Sandauer, dzieci pisarzy. Urodzeni w tym samym roku 1950, mieszkaliśmy w jednym domu, a wspólne podwórko było miejscem naszych zabaw.

Pisarze zostawiają po sobie powieści, wiersze, dzienniki, wspomnienia, ale zachowały się też protokoły partyjnych zebrań. Trudno jest zmieścić w jednej książce tak obszerny i gęsty materiał, stąd tyle dygresji i cytatów. Wspomnienia tak jak przedmioty po latach nabierają wartości, nie rezygnuję więc z tego, co małe i pozornie nieważne. Moja główna opowieść obejmuje okres od 1949 roku, gdy dom zasiedlano, do połowy lat 50., kiedy wyzwalano się z sideł stalinizmu. Interesują mnie też przeszłość i lata późniejsze, bo czas takiej opowieści nie lubi sztywnych ram. Pragnę ożywić trudną powojenną historię Polski: dużą i małą, która mieszka w brzęku butelek z mlekiem stawianych pod drzwiami o świcie.

Rozmowy z mieszkańcami Iwickiej prowadziłem w latach 70. i 80. XX wieku. Stanisław Wyganowski, pierwszy prezydent Warszawy po wielkim przełomie, zmarł w roku 2017. Miał dziewięćdziesiąt osiem lat. Był ostatnim „starym” mieszkańcem domu.

W drugiej części książki są wywiady z grupą pisarzy związanych z domem, oprócz rozmowy z Ireną Szymańską nigdy do tej pory niepublikowane. Ilustrują tamten czas, który oddala się, rozsypuje w proch i niknie.

Zapachy i barwy początku

Słoneczne promienie wdzierają się przez szczeliny zasłon, wirują w nich złote drobinki kurzu. Do moich pierwszych dziecięcych wspomnień należy burza. Nadciągnęła nagle. Przeciąg, jak armatni wystrzał, otworzył drzwi balkonów z obu stron mieszkania. Trąba powietrzna zdawała się wchłaniać kolejne pokoje, nie oszczędzając nikogo i niczego. Babcia Helena w ostatniej chwili zaciągnęła mnie do łazienki. Tam, przycupnięci za drzwiami, słyszeliśmy, jak rodzice walczą z żywiołem, jak jęczą i wzywają Matkę Boską i Chrystusa na pomoc, mocując się z bramami balkonów, by w końcu zatriumfować nad kataklizmem. Zapewne tę samą burzę pamięta Monika, córka Bohdana Czeszki. Piętro niżej jej mama w popłochu zastawiała fotelami drzwi balkonu, by uratować mieszkanie przed zagładą.

Dookoła ruiny. Ich kształty były fantastyczne, czasami drapieżne. Świat po końcu świata porastał trawą i drzewami, odradzał się na grobach i wśród roztrzaskanych cegieł. Niektóre z nich zdawały się wciąż krwawić.

Uczono mnie, jak się nazywam, jak nazywa się moja ulica i jaki numer ma dom – Iwicka 8A mieszkania 9. Telefon: 41 23 94. Nasza kamienica ma trzy piętra i obszerną klatkę schodową, na każdym piętrze są cztery lokale. Dwa większe i dwa mniejsze. Schody, które na starość docenił ojciec, jak je opisał: „o dość niskich stopniach, dlatego łatwych do wchodzenia”, przy swoich narodzinach zostały obarczone zaokrąglonymi poręczami z rowkiem w środku. Zrobione z jasnego drewna, dobrze oheblowane i grubo polakierowane, były świadkiem mojego dorastania. Kiedyś odkryłem, a stało się to jednym z większych odkryć mego wczesnego dzieciństwa, że jeśli z wysokości wypuści się z ust grudkę śliny, spada jak kamyk. Cała sztuka, by leciała w dół nie zawadzając o poręcze.

Na strychu mieściła się pralnia i suszarnia. Stały tam kadzie do prania, pachniało mydlinami i gołębiami; słyszałem ich rozmowy i trzepot skrzydeł. W korytarzu byle jakiej, mrocznej piwnicy łaziły kury dozorcy; znosiły jajka i zostawiały kupy. Jednej ściany domu nie otynkowano, do drugiej przylegała drapieżna ruina.


Nasze podwórko

Zapachy po latach pamięta się szczególnie żywo i budzą wiele wspomnień. Zapach tego domu w Warszawie na Czerniakowie tworzyła suma woni mieszkań, zbiór zapachów szaf pełnych ubrań i białych gałek na mole, gotowanych potraw, pasty do podłóg, a przede wszystkim tysięcy książek stojących na półkach. Zapachu własnego mieszkania nie czuje się. Żyją za to nadal we mnie zapachy innych mieszkań, choćby Sandauerów, gdzie woń farb malarki Erny Rosenstein mieszała się z wonią psa Gałgana, a gdy zdechł – suki Wrony, potu grubej gospodyni, zwanej przez nas Gonią. Dominował jednak dochodzący z klatki schodowej przenikliwy smród obierków, które w piwnicy, w wielkim kotle, gotował dla świń dozorca, pan Bolesław Badowski – chłopski, czerstwy, niewysoki i krzepki, pachnący ciężką pracą. Miał zawsze czerwone policzki. Irena Badowska była jego żoną, ale to na nią wszyscy mówili „dozorczyni” i to ona bardziej pełniła tę funkcję niż jej mąż, zajmujący się gospodarstwem rolnym, które przylegało do domu (ich oboje nazywać będziemy w tej książce „dozorcami”). Zapamiętałem ją gniewnie stojącą na progu podwórka, gdy biorąc się pod boki, uruchamia potęgę swego głosu.

Pamiętam metalowy korek do zatykania wanny. Znalazłem go niedawno wśród rupieci – został po latach zastąpiony przez gumowy. Kiedy siedziałem w wannie, żałowałem, gdy go wyciągano, a wodne morze wsysał w otchłań czarny otwór. Ten metalowy korek miał jeszcze duszę, której nie miały potem korki gumowe, a odpływ, którym uciekała woda, został mi w pamięci. I chrobot, gdy wciągane były ostatnie strumienie, a wir wodny zdawał się sięgać tajemnych głębin domu.

Mam też w pamięci powagę mruczenia i ziewania rur, w których mieszkał hipopotam. Przed zaśnięciem odmawiałem krótką modlitwę. Babcia, która mieszkała z nami, pilnowała, abym jej nie przegapił, jakby od tego zależało moje bezpieczeństwo. „Aniele Boży, stróżu mój, ty zawsze przy mnie stój, rano, wieczór, we dnie, w nocy…” Ale w nocy Anioł Stróż też szedł spać i zostawiał mnie samego. Wtedy z kątów mieszkania, ze szpar między podłogową klepką, wychodziły zwierzęta. Rodzina niedźwiedzia gnieździła się w kącie przy oknie. Z niedźwiedziami potrafiłem się porozumieć, chociaż niemałym kosztem. Robiłem dla nich słownik ludzko-niedźwiedzi, noc po nocy wymyślałem nowe słowa, odpowiedniki ludzkich słów. Tak udawało mi się je udobruchać. Moim lingwistycznym wysiłkom towarzyszył szum zagłuszarek Wolnej Europy, płynący z gabinetu ojca, ale o wiele hałaśliwiej z sufitu, gdzie w mrokach nocy walczył z radiem przygłuchy ojciec sąsiadki. Trudniej było z wilkiem, wielkim jak dom. Gnieździł się gdzieś w zakamarkach. Dlatego gdy zasypiałem, w przedpokoju zawsze musiało palić się światło. Pamiętałem, jak bezwzględnie zjadł babcię i Czerwonego Kapturka. Kiedy pokazano mi potem wilka w warszawskim zoo, jego psie rozmiary spotkały się z moim gwałtownym protestem; nie mogłem się pogodzić, że tak banalnie zabierają mi lęk dzieciństwa. Mój niepokój był zapewne tylko pretekstem dla ukrycia innych lęków, realniejszych, ale o wiele trudniejszych do odczytania niż ukryty sens okrutnej bajki. Czasami budziłem się w środku nocy. Biegłem wtedy przerażony do mamy. Spała sama w swoim łóżku, pachnąca mlekiem i snem; wtulałem się w nią, ale ona – zła – wyrzucała mnie z łóżka i kazała wracać do swojego. Nigdy jej tego nie wybaczyłem.

 

Nasze życie dzieli się na świat dzienny i nocny, jest więc jawa i sen, ale one przenikają się i po latach często już nie wiemy, co było snem, a co rzeczywistością; wiry pamięci unoszą równie bałamutnie pyłki z obu światów. Pewien sen pamiętam, jakby to była jawa. Czerwony autobus z ruchomym, niemal ludzkim ramieniem otwierającym drzwi zatrzymał się na przystanku w aurze zapachów rozpalonej gumy kół i smarów. Jedyna wtedy linia autobusowa na ulicy Chełmskiej – 107 – ku której nieubłaganie zmierzała Iwicka w asyście kilku równoległych uliczek, miała swój przystanek przy słynnej Wytwórni Filmów Dokumentalnych, jednej z pierwszych w Polsce wytwórni filmowych, powstałej w 1949 roku. Z balkonu gabinetu ojca widać było mysią barwę (cegła miała szary kolor) tych zupełnie nowych filmowych budowli. Stałem na przystanku, czekałem na rodziców z niepokojem wielokrotnie większym ode mnie. W syku otwieranych drzwi, w fontannie autobusowych woni wychodzili z autobusu ci, których oczekiwałem z drżeniem, a z ich brzuchów wypływały wnętrzności. Ten traumatyczny sen został ze mną na zawsze, równie wyraźny po przebudzeniu wtedy, co teraz, po ponad pół wieku. Świadectwo głębokiego lęku o najbliższych, którzy zapewne nie byli wystarczająco blisko ze mną, albo właśnie byli tak blisko, że zostałem zarażony wielkim niepokojem, który nosili w sobie. W końcu wszystkich naznaczyła trauma wojny.

Gdyby ktoś posiadał czuły słuch historyczny, usłyszałby na tym przystanku okrzyki żołnierzy, bo stały tu kiedyś carskie koszary, a w pobliżu bielił się dwór, gdzie chętnie przenosił się namiestnik Królestwa Polskiego, brat cara Aleksandra, książę Konstanty ze swoją wielką miłością, później żoną, Joanną Grudzińską, okrzyki zaś żołnierzy i oficerów musiały być miłe jego uchu. Od połowy XIX do początków następnego wieku działała w tym miejscu hodowla jedwabników, której towarzyszył budynek przędzalni.

Ze wspomnień, które można zaliczyć do pierwszych, pamiętam małą górkę naprzeciw bramy garaży MSW, widoczną z balkonu po prawej stronie. Musiała być doprawdy mała, ale wtedy zdawała mi się duża, a wielka stała się dla chłopca, który zjechał z niej na sankach pod koła autobusu. Widziałem, jak leży na ulicy, przykryty tekturą, spod której wystawały nogi w bucikach. Wielkość śmierci i marność tektury – to moje pierwsze dotknięcie absurdu życia. I poczucie bezmiernej trwogi. Przez lata myślałem, że to był senny koszmar, ale jedna z mieszkanek domu na Iwickiej urealniła sen, dodała jeszcze rozpacz dziadka, który miał pilnować wnuka. Ewa Żuławska, starsza córka Juliusza Żuławskiego, ciągnęła na sankach siostrę Agnieszkę, kiedy to się stało. Niestety, wszystko widziała, jak mówi teraz. Chłopca leżącego na ulicy pamięta też Monika Czeszko. To moje pierwsze spotkanie z tajemnicą śmierci. Rodzice zapisali me pytanie z tego czasu: „On umrzał? A kiedy się obudzi?”. Wiele było śmierci wokół, nawet w rozmowach ludzi, którzy nadal szukali swoich zaginionych bliskich. Śmierć, niemal dotykalna, stała w powietrzu, szczególnie gdy zmierzch robił się wilgotny i zmieniała się w mrok powszechna żałoba po zabitych. Moje dzieciństwo upłynęło pod znakiem dramatu daremnych poszukiwań przez babcię grobu męża, dziadka Wilhelma Buczka, oficera, który zginął w 1939 roku, broniąc Warszawy.


Z Adamem Sandauerem, gram na organkach – 1956 rok. Jesteśmy w miejscu, gdzie jeszcze rok temu do ściany naszego domu przylegała drapieżna ruina; został po niej tylko betonowy podest, na którym siedzimy

Badowski buduje dom, a tu wojna

Początek domu na Iwickiej pamiętał Bolesław Badowski, nawet te dni, kiedy nie było jeszcze domu – był tylko plac i w tym placu pojawiła się dziura. Badowski opowiadał: – Trzech fabrykantów, żydowskich braci, produkowało skrzynie na Grochowskiej. I kupili tu plac. Był rok 1939, dawaj budować. Ja przyszedłem na dozorcę i na robotnika. Od pierwszej cegły znam ten dom. Najpierw były doły i dwie pompy, z których wodę się pompowało, nie było jeszcze wtedy wody magistrackiej. I tak dom rósł.

Na razie Badowski idzie z ludźmi robić ostatni strop. Na październik dom miał być gotowy. Opowiadał mi: – Kładliśmy właśnie ten strop; wczesny ranek, mgła, a tu lecą samoloty. Artyleria bije do nich. „Ćwiczenia próbne!” – wszyscy krzyczą. „Tak, kurwa, ćwiczenia próbne” – wołam. „Wojna!”.

Można więc z pewną przesadą powiedzieć, że Badowski wykrakał drugą wojnę światową: – No i dali my spokój z budową. Wojna zapadła i zostało tak niewykończone.

Tylko przez przypadek sam nie poszedł na wojnę. Wcześniej służył w ułanach, w Augustowie. Mówiąc o tym miejscu, rozmarzył się: – Piękna miejscowość ten Augustów! Przez jeziora kunie my przeprawiali, całe stada kuni.

Pamiętał też, jak ułani się malowali: – Ułani, malowani chłopcy, czerwienili sobie policzki różem. A mieli my szable i lance, jak to ułani, a na cały pułk jedno działko. Potem na wojnę z Litwą się szło. Kunie były gotowe, siodła potroczone, ostre pogotowie. Wojska kupę z Warszawy przyjechało, ale jakoś się z tą Litwą pojednali i nie było wojny.

W roku 1939 Badowski szedł właśnie do cywila, a tu mobilizacja! Zgubili mu kartę powołania. I nie walczył na tej światowej wojnie. Wie, że jego pułk ruszył na Prusy Wschodnie. Tu Badowski ponownie się rozczulił: – Oj, była tam kawaleria nasza. Parę kilometrów weszli, ale potem Niemcy puścili czołgi i z naszej kawalerii, cholera, mało kto wrócił.

Dane mu było więc zostać z domem na Iwickiej jak psu z budą. Wojna zapadła i tak został – niewykończony. Badowski mieszkał w nim jako nadzorca i po latach wspominał: – Przemordowałem się tu przez tę wojnę. Nastali Niemcy. Bracia, żydowscy fabrykanci, poszli do getta i kuniec. Ocalał syn jednego. Ukrywał się u mnie przez jakiś tydzień, ale dłużej nie dawało rady, budynek stał pusty i szkopy przychodziły sprawdzać, czy kogoś tu się nie przechowuje. Poszedł on na Grochów i tam przetrzymał jakoś wojnę razem z Adolfem Rudnickim, tym pisarzem, jego krewniakiem.


Bolesław Badowski jako ułan

Badowski nie mógł wtedy wiedzieć, że Adolf Rudnicki zamieszka po wojnie na pierwszym piętrze tego domu, gdzie on ukrywał przez tydzień jego krewniaka. Od połowy wojny dozorca nie był już sam. Żonę „zapoznał na tańcach”. Pani Irena Badowska dobrze pamiętała, że 22 lutego 1941 roku wyszła za mąż i zamieszkała na Iwickiej, w pustym domu.

Wojna chyliła się ku końcowi. Pani Badowska, hoża, krzepka kobieta o donośnym, chropowatym głosie, pojechała do miasta 1 sierpnia i ledwie zdążyła wrócić przed wybuchem powstania. Jej mąż opowiadał: – Zebrała się u mnie kupa uciekinierów z całej Warszawy. Koło domu trzymałem wtedy świnie, jakie dziesięć sztuk. Mówię: „Co ma być dla szkopów. Dzisiaj jestem, a jutro może mnie nie być, niech se ludzie podeżrą”. Zarżnąłem wszystkie, co do jednej. I żeśmy je zjedli. W okolicy domu alianci zrobili zrzuty: jedno działko spadło tutaj, gdzie stoi tera trzepak, inne nieco dalej i amunicja też była. Trzy samoloty wtedy Niemcy zbili. Rano chłopcy z powstania przyjechali, kunie mieli i pościągali te zrzuty na swoje placówki. A potem przyszli sami do naszego domu.



Książeczka wojskowa Bolesława Badowskiego, z której wynika, że z zawodu był kowalem

Badowska pamiętała, jak powstańcy zabili volksdeutscha, który mieszkał na Iwickiej, ale pod ósemką; potem na ten dom spadła bomba i zrobiła z niego ruinę.

W czasie powstania pobliskie pompy przyczyniły się do śmierci Mieczysława, brata Badowskiego. Wyszedł do nich na chwilę po wodę i już nie wrócił. A przecież nie było wtedy ostrzału ani bombardowania. Po wojnie Badowski oglądał ekshumowane zwłoki rozstrzelanych w okolicy, ale nie znalazł w tej ludzkiej miazdze nawet śladu brata. Kiedy więc skończyła się wojna, poszedł do Cyganki znanej z wróżenia na całych Sielcach. Nie zobaczyła niczego w kartach.

Pan Bolesław wspominał powstanie ze łzą w oku: – Chłopcy zajęli drugie piętro, porobili dziury do strzelania w ścianie mieszkania, gdzie potem mieszkał Seweryn Pollak, i obstrzał robili na ulicę Podchorążych. Mówię: „Dajta spokój, chłopaki, bo nas wyśledzą”. Biorę od jednego lornetkę, patrzę przez dziury, szkopa wypatruję, bo strzelał. Jak przycelował, cholera, to o mały figiel żem w same zęby nie dostał. Tylko kurz poszedł. I wymacali nas na całego. Sporo było strzelania przez te dziury. A potem chłopcy poszli zdobywać koszary na Podchorążych. Wyszli wszyscy z naszego domu, z kilku innych placówek też poszli, a wróciło ich tylko trzech. Samoloty latali, ale bomba nie trafiła w nasz dom, tylko w ten obok.

Na ślepej i gołej ścianie bloku, nieotynkowanej aż do roku 2000, widać było zamurowane otwory strzelnicze. Także ten, gdzie Badowski z powodu ciekawości o włos nie stracił zębów i życia. Odmienne kolory cegły wskazywały, że otwory strzelnicze znajdowały się też piętro niżej, gdzie potem mieszkali Paulina i Juliusz Żuławscy. O tę ścianę, obnażoną przez wojnę, również w czasie pokoju toczyły się bitwy z administracją. Niestety, nawet inżynierowie ludzkich dusz w epoce stalinowskiej nie potrafili zmusić biurokracji, żeby nakazała otynkować ścianę, od której ciągnęło zimnem. Kiedy mieszkający za nią na trzecim piętrze Stanisław Wyganowski został prezydentem Warszawy, ściana nadal była goła. Żuławski naciskał na Wyganowskiego: – Jesteś prezydentem, każ otynkować – namawiał. Ten jednak się tłumaczył, że nie wolno mu urzędu wykorzystywać w takim celu, bo będą go oskarżać o prywatę.


Badowski u fotografa świadczącego usługi armii, stoi po prawej stronie

– O prywatę go i tak oskarżono, takie czasy, a ściana została goła, jak była goła – powiedział mi Żuławski w 1995 roku. Sam nie dożył roku 2000, gdy ściana w końcu została ocieplona i pomalowana na biało. Cały dom ponownie zostanie otynkowany dopiero w roku 2019. I ogromnie zyska na wyglądzie.

Kiedy powstanie upadło, Badowskich wywieźli z Warszawy, ale już w styczniu 1945 roku wrócili. W domu zastali kilku znajomych, którzy nie mieli gdzie spać, i tak nocowali w jakieś dziesięć osób w jednej izbie. Badowski wspominał: – W mieszkaniu obok, na parterze, gdzie potem mieszkał Artur Sandauer, leżały trociny, którymi w zimie paliłem w piecu, a w tych trocinach znalazłem schowany metr mąki razowej. Dawaj z tego się raczyć, kluski robić, chleb piec. Kto wtedy przyszedł do nas, to jadł. Wszędzie wokół jedna ruina była, stał tylko ten dom, chociaż jeszcze nieukończony i poharatany od pocisków, ale stał.

Tak narodził się i przetrwał wojnę dom na Iwickiej, wtedy jeszcze na peryferiach Warszawy.


Zdjęcie ślubne Badowskich, luty 1941

Kiedy kończy się wojna, Warszawa jest zburzona, a funkcję stolicy pełni pobliska Łódź. Miasto jest brudne i szare, ale aż kipi od życia. Zanim przeniesiemy się do Łodzi, najpierw jednak garść słów o moich rodzicach.