Wymazana granicaTekst

Z serii: Reportaż
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W serii ukazały się ostatnio:

Agnieszka Rybak, Anna Smółka Wieża Eiffla nad Piną. Kresowe marzenia II RP (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader W rajskiej dolinie wśród zielska (wyd. 3)

Marta Sapała Na marne

Piotr Lipiński Gomułka. Władzy nie oddamy

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć (wyd. 3)

Lars Berge Dobry wilk. Tragedia w szwedzkim zoo

Ojczyzna dobrej jakości. Reportaże z Białorusi, pod red. Małgorzaty Nocuń

Jelena Kostiuczenko Przyszło nam tu żyć. Reportaże z Rosji

Jacek Hołub Niegrzeczne. Historie dzieci z ADHD, autyzmem i zespołem Aspergera

Lene Wold Honor. Opowieść ojca, który zabił własną córkę

Małgorzata Sidz Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii

Wolfgang Bauer Nocą drony są szczególnie głośne. Reportaże ze stref kryzysu

Filip Skrońc Nie róbcie mu krzywdy

Maciej Czarnecki Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym (wyd. 2)

Karolina Baca-Pogorzelska, Michał Potocki Czarne złoto. Wojny o węgiel z Donbasu

Maciej Wasielewski Jutro przypłynie królowa (wyd. 2)

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u (wyd. 2)

Anna Sulińska Olimpijki

Wojciech Górecki, Bartosz Józefiak Łódź. Miasto po przejściach

Lidia Ostałowska Farby wodne (wyd. 2)

Albert Jawłowski Miasto biesów. Czekając na powrót cara

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja (wyd. 2)

Ilona Wiśniewska Hen. Na północy Norwegii (wyd. 2)

Swietłana Aleksijewicz Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy (wyd. 2)

Patrick Radden Keefe Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia i pamięć w Irlandii Północnej

Piotr Lipiński Kroków siedem do końca. Ubecka operacja, która zniszczyła podziemie

Karolina Przewrocka-Aderet Polanim. Z Polski do Izraela (wyd. 2 zmienione)

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość (wyd. 2 zmienione)

Ludwika Włodek Gorsze dzieci republiki. O Algierczykach we Francji

Peter Robb Sycylijski mrok (wyd. 2)

Ojczyzna dobrej jakości. Reportaże z Białorusi pod red. Małgorzaty Nocuń (wyd. 2)

Elizabeth Pisani Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu (wyd. 2)

W serii ukażą się m.in.:

Barbara Seidler Pamiętajcie, że byłem przeciw. Reportaże sądowe (wyd. 2)

Jacek Hołub Żeby umarło przede mną. Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci (wyd. 2)

Tomasz Grzywaczewski
Wymazana granica
Śladami II Rzeczpospolitej


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Tomasz Grzywaczewski

Copyright © by Tomasz Grzywaczewski, 2020

Opieka redakcyjna Tomasz Zając

Redakcja Wojciech Adamski

Korekta Karolina Górniak-Prasnal, Iwona Łaskawiec

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Mapa Piotr Urbański

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego


Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-131-3

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Pierwszy

Dzika jachta

Trójstyk. Wolne Państwo Świętno

W śląskich butach

Trójstyk. Graniczne meandry Olzy

Twierdza Zaolzie

Trójstyk. Krótki żywot Czerenina

Wieczna góra

Kiedy Mars zbliżył się do Ziemi

Trójstyk. Stóg

Mosty na Czeremoszu

Trójstyk. Okopy Świętej Trójcy

Uroczysko zapomnienia

Nie waż się umrzeć przede mną

Kochankowie Wielkiej Niedźwiedzicy

Ciemność

Trójstyki. Klin

Plemię

Pielgrzymi

Trójstyk. Stulatek

Zające na kordonie

Ostatni

Podziękowania

Bibliografia

Kolofon

Mojej kochanej żonie Kai


Pierwszy

Plażowicze maszerują drewnianym mostkiem przerzuconym nad uchodzącą do Bałtyku rzeką Piaśnicą. Pod pachami niosą ręczniki, parawany, dmuchane materace. Malutkie Dębki w sezonie wakacyjnym nadymają się letnikami jak balon. Dzieci krzyczą, dorośli dyskutują. Skręcają w stronę plaży, wychodząc z sosnowego lasu. Rozkładają się na miękkiej łasze białego piachu. Przechodzą obok niego, nie zwracając nań szczególnej uwagi. Nie wiedzą nawet, że już są po drugiej stronie.

On stoi trochę na uboczu. Pierwszy. Granitowy, wysoki na półtora metra słup. Czarne litery w dwóch liniach: „Versailles 28.6.1919”; „P” po jednej i „D” po drugiej stronie. Od niego wszystko się zaczynało. 5529 kilometrów wgryzającej się w Europę Środkową granicy oddzielającej II Rzeczpospolitą od Niemiec, Czechosłowacji, Węgier (przez kilka miesięcy), Rumunii, Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, Łotwy i Litwy. Linii na mapie przecinających kaszubskie bory, wielkopolskie niziny, śląskie kopalnie, karpackie szczyty, wołyńskie wąwozy, poleskie bagna, litewskie pojezierza, mazurskie puszcze. Kresek starannie wymazanych przez pakt Ribbentrop–Mołotow, niemiecką i sowiecką agresję, konferencję jałtańską. Przez Stalina, Hitlera, Roosevelta, Churchilla, Bieruta. Wspomniany granitowy prostopadłościan to niedawno ustawiona błyszcząca nowością replika. Oryginał według relacji okolicznych mieszkańców został ścięty, wywieziony do Berlina i rzucony Führerowi do stóp jako trofeum. Mniej legendarna wersja głosi, że słup przetrwał niemiecką inwazję i w bliżej nieznanych okolicznościach obalono go już po wojnie. Dawna granica nie podobała się ani nazistom, ani komunistom.

Jej ślady zarastają, pękają i murszeją, tak jak fundamenty pobliskiej, ukrytej pośród lesistych wydm wartowni Straży Granicznej. Najważniejsze z owych śladów znikają jednak pod ziemią zamknięte w drewnianych trumnach, w jakich grzebie się wspomnienia. Z tej oddychającej, myślącej, odczuwającej granicy pozostały dzisiaj już tylko okruszki. O nich jest ta książka.

 

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Dzika jachta

Wydarzyło się to zimą 1920 roku na Gochach. W tym odległym kaszubskim regionie w wiosce Borowy Młyn zaraz po zakończeniu Wielkiej Wojny wybuchła mała wojna, za sprawą lokalnego miłośnika historii i krajoznawcy Zbigniewa Talewskiego nazwana w czasach nam nieodległych wojną palikową. Wojna ta była ze wszech miar osobliwa. Nikt w niej nie zginął, nie został ranny ani wzięty do niewoli. Nie padł w niej ani jeden zabójczy strzał, nie eksplodował żaden pocisk, nie spłonął ani jeden budynek. I to wszystko w Europie Środkowej pierwszej połowy XX wieku. Miejscu, które miało okazać się najkrwawszym, najbardziej nieludzkim, najokrutniejszym skrawkiem ziemi w dotychczasowej historii ludzkości. Ten rażący wręcz brak ofiar spowodował, że zwycięska potyczka polskich Kaszubów z Niemcami nie zagościła na kartach podręczników historii.

Powodem wybuchu konfliktu było rozczarowanie mieszkańców wioski Borowy Młyn ustaleniami międzynarodowej komisji wyznaczającej granicę. Mówiąc najkrócej, miejscowi Kaszubi chcieli być w Polsce, a trafili do Niemiec. Ksiądz Bernard Gończ podczas mszy wezwał więc ludzi, aby wyszli na spotkanie zbliżającym się funkcjonariuszom mającym wbijać wspomniane paliki. Borowianom nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Sformowawszy pochód, dotarli na przyszłą granicę i zażądali jej przesunięcia. Co ciekawe, odmowę usłyszeli nie tylko z ust niemieckich, lecz także polskich oficerów, którzy uparli się wypełnić wydane im odgórnie rozkazy. Niejaki Jakub Trzeciński zakrzyknął wtedy: „Granica jest pod Białym Borem, tu je święta ziemio polsko”. Mimo takiego dictum karni wojskowi nie myśleli ustąpić. Polacy oddali strzały ostrzegawcze, próbując powstrzymać napierający polski tłum. Niezrażeni takim obrotem sprawy Kaszubi rozpoczęli wyrywanie wbijanych już słupków. Do niemalże identycznych wydarzeń doszło kilkanaście kilometrów na południe, w wiosce Konarzyny. Tam inspiratorem oporu okazał się ksiądz Alfons Schulz. Wojnę palikową upamiętniają wbite przy leśnej drodze na południe od Borowego Młyna, między młodnikiem a starym sosnowym lasem, pomalowane na biało-czerwono paliki. Przy każdym z nich zasadzono lipę i jeśli nie wydarzy się nic nieprzewidzianego, za kilkadziesiąt lat utworzą one cienistą aleję. Na leśnym placyku otwierającym aleję ustawiono oryginalny betonowy słupek z granicy II Rzeczpospolitej.

W konsekwencji zamieszek geodeci odstąpili od próby delimitacji granicy, a miesiąc później przybyła na miejsce Międzynarodowa Komisja Graniczna z Torunia i przyznała Kaszubom rację. Granicę przesunięto o dziesięć kilometrów na zachód i do Polski włączono dodatkowe sto dziewięć kilometrów kwadratowych. Wojna zakończyła się zwycięstwem, którym mieszkańcy Borowego Młyna, Konarzyn i okolic mogli cieszyć się przez dziewiętnaście i pół roku. Aż we wrześniu 1939 roku historia XX wieku wróciła na właściwe jej tory. Ksiądz Bernard Gończ trafił do obozu koncentracyjnego Sachsenhausen, gdzie zmarł 11 lipca 1940 roku. Księdza Alfonsa Schulza 25 czerwca tegoż roku utopiono w wannie w obozie Stutthof.

*

Ostrowite to niewielka wioska położona na Gochach, niespełna dziesięć kilometrów od Borowego Młyna. Mieszka tu Janina Parzątka-Lipińska, która pamięta jeszcze czasy przedwojenne i nadciągający kres II Rzeczpospolitej. Poprawia właśnie siwe włosy, dotyka perłowego naszyjnika, sprawdza, czy podobne doń kolczyki dobrze się trzymają. W tej eleganckiej starszej damie trudno dostrzec ślady długich dziewięćdziesięciu lat życia. Mówi spokojnie, ale stanowczo.

– Ojciec tego dnia znienawidził Niemców. Wrócił wieczorem do domu bardzo podenerwowany. Zamknął się z mamą w pokoju i długo coś jej opowiadał. Był rok 1937, miałam wtedy siedem lat, a życie na naszym odległym pograniczu toczyło się jak zawsze. Trochę przemytu, dużo biedy, mało polityki. Mieszkaliśmy kilka kilometrów od granicy po polskiej stronie. Mama była piękną kobietą, w której kochali się wszyscy miejscowi kaszubscy chłopcy, ale ona pragnęła czegoś więcej. I zjawił się tata jak książę z bajki, tylko zamiast konia miał rower. Nie ma co się śmiać. W Ostrowitem nikt wcześniej takiego wynalazku nie widział. Na palcach nosił sygnety, na szyi złoty łańcuszek.

Mama pani Janiny była Polką, a tata pochodził z bardzo zamożnej szlachty polskiej, lecz zniemczonej i uważającej się za Niemców. Poznali się przez ogłoszenie matrymonialne w gazecie. On zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia i specjalnie dla kobiety swojego życia nie tylko przeprowadził się z miasta na głęboką prowincję, lecz również nauczył się polskiego. Ona z kolei uczyła się jeszcze w pruskiej szkole niemieckiego, ale poza jej murami rozmawiało się tylko po polsko-kaszubsku. Pobrali się wczesnym latem 1914 roku. Dwa tygodnie po weselu ojca zabrali do okopów, ale po czterech latach wrócił bez jednego nawet draśnięcia. Tylko wtedy okazało się, że Ostrowite jest w niepodległej Polsce, a jego rodzinne strony zostały w Niemczech. Do Wielkiej Wojny nikomu w głowie się nie mieściło, że Gochy może przeciąć jakaś granica.

– Ojciec miał specjalną przepustkę i regularnie przekraczał granicę, jeżdżąc do swojej siostry zamężnej z Niemcem i mieszkającej w okolicach Człuchowa. Tego pamiętnego dnia był właśnie u niej w odwiedzinach. Dopiero po latach powiedziano mi, co się tam wtedy wydarzyło. Szwagier zabrał go incognito na zebranie pewnej ważnej organizacji partyjnej, do której należał. W końcu tata był Niemcem. Ta partia nazywała się NSDAP. W trakcie tego spotkania opowiadano, że już za chwilę świat się odmieni. Wybuchnie kolejna wojna, tym razem zakończona wielkim zwycięstwem Rzeszy. Granica zniknie, a odwieczne germańskie tereny wrócą do macierzy. Polska zostanie zajęta we śnie. Każdy z żołnierzy będzie mógł wziąć sobie najlepsze gospodarstwo i tyle majątku, ile zdoła udźwignąć. Starzy Polacy zostaną sprzątnięci, ci w sile wieku będą jako parobki robić dla Niemców za miskę jedzenia, a tylko dzieciom włos z głowy nie spadnie. Wychowa się je na porządnych niemieckich obywateli. Ojciec jeszcze kilkukrotnie bywał potem na takich zamkniętych naradach i za każdym razem wracał coraz bardziej przerażony. Bał się, że nas wymordują. Nie wiedział, że zginie od kuli, ale nie niemieckiej, tylko rosyjskiej.

Na Kaszubach nikt nie odgadł swojego losu. Najpierw niemiecka, a potem sowiecka nawałnica skutecznie pogrzebała pograniczne rozterki jej mieszkańców.

Na zachód od Ostrowitego, przy asfaltowej szosie tkwi niepozorny granitowy słupek ustawiony tutaj w 2018 roku, żeby na stulecie niepodległości upamiętniał miejsce, gdzie kiedyś była granica. Nieopodal, pod spadzistymi dachami budynków kryją się pokoje zapełniane kiedyś przez policjantów, pograniczników i celników. Dzisiaj za firankami ich okien toczy się zwykłe, codzienne życie, na podwórkach dzieciaki grają w piłkę, przed bramami stoją samochody. Głównie niemieckie: ople, volkswageny, audi. Granica w tym miejscu nie opierała się na żadnych naturalnych przeszkodach, kręciła niemiłosiernie pośród gęstych lasów i piaszczystych pól. Tu biegła na północ, tam na wschód, dalej na południe, a za winklem zakręcała ponownie na północny wschód.

W wiosce Brzeźno Szlacheckie, tworzącej z Ostrowitem i Borowym Młynem polski trójkąt na Gochach, mieszka Jadwiga Dorawa. To inna z mieszkanek Kaszub pamiętających lata trzydzieste. Ostrożnie siada na wyłożonym kocem fotelu, pod plecy wkłada poduszkę i obciąga niebieską wełnianą kamizelkę. Ręce trzyma złożone na podołku. Zastyga w tej pozycji. Poruszają się tylko jej usta.

– My byśmy wybuchu wojny nawet nie zauważyli, gdyby nam szyby 1 września nie wybili. Rodzice podnajmowali jeden pokój poczcie. Urzędnicy zdążyli uciec, a żołnierze chcieli się dostać do środka. Tata wyszedł wściekły i zaczął im wymyślać, że jakby zapukali, to sam by im otworzył. Nie przypuszczał, że może nas spotkać coś złego. Żołnierze byli wobec nas bardzo grzeczni. Nikomu krzywdy nie zrobili. Wojna wojną, a przecież z Niemcami zza granicy żyło się normalnie. Tutaj na Gochach za II Rzeczpospolitej bieda była trudna do wytrzymania. Ziemie są jałowe, same piaski, nic nie chce rosnąć. Przemycało się na drugą stronę, co tylko się dało. Masło, mleko, jajka. Gęsi się pędziło i świnie obute [by nie zostawiały śladów racic – T.G.]. Byleby tylko jakieś pieniądze zarobić. Słyszałam, że nawet co sprytniejsi przemytnicy byli tak z niemieckimi grenzschutzami, strażnikami granicznymi, poukładani, że w umówionym miejscu zostawiali im pod drzewem gąsior wódki, a ci przymykali oko na te ich eskapady. Toż to były dalekie kresy zachodnie. Warszawa leżała hen za tucholskimi borami, za rzekami i nikt o nas nie pamiętał. O wielkiej polityce to co najwyżej można było w radiu u telegrafisty posłuchać. Po kilku tygodniach zaczęły się aresztowania. W październiku zatrzymano naszego wójta Augustyna Lwa-Kiedrowskiego. Cała wieś o tym mówiła szeptem. Jedni z przerażeniem, inni ze złośliwą satysfakcją.

Lew-Kiedrowski był jednym z najbardziej zaangażowanych przywódców wojny palikowej oraz działaczy na rzecz polskości Kaszub. W 2013 roku w Zespole Szkół im. Jana III Sobieskiego w Brzeźnie odsłonięto poświęconą mu tablicę pamiątkową, gdzie nad jego imieniem wygrawerowano polskiego orła i kaszubsko-pomorskiego gryfa oraz napis „Ojczyzna – Polska – Kaszuby”. Orzeł jest w koronie, a gryf bez, choć zdaniem kaszubskich działaczy zrzeszonych we wspierającej kaszubską tożsamość narodową organizacji Kaszëbskô Jednota korona gryfowi jak najbardziej się należy. Tymczasem szkoła w Brzeźnie nieprzypadkowo nosi imię wielkiego polskiego króla. W 1933 roku Augustyn ku zdumieniu krajan zorganizował w swojej wsi pierwsze obchody 250-lecia bitwy pod Wiedniem. W wiktorii wiedeńskiej brali podobno udział Kaszubi z Brzeźna i okolic, a w uznaniu ich męstwa Jan III Sobieski nadał wszystkim tytuły szlacheckie. O tym legendarnym wydarzeniu przypomina pomnik postawiony w latach osiemdziesiątych w centrum Brzeźna oraz organizowana tutaj co roku w sierpniu inscenizacja tej batalii. Augustyna Lwa-Kiedrowskiego, który podarował Kaszubom romantyczną legendę o bohaterskich czynach ich przodków, Niemcy rozstrzelali pod koniec 1939 roku w Dolinie Śmierci pod Chojnicami.

– Miejscowi różnie postępowali. Niektórzy się cieszyli, pozdrawiali wkraczający Wehrmacht, radośnie wykrzykując: „Nasi wreszcie idą!”. Witali nową hitlerowską władzę z otwartymi ramionami i od razu chcieli być bardziej niemieccy od Niemców. Hitlerowcy z początku zwykłych ludzi nie tykali. Trzeba było tylko siedzieć cicho i się nie wychylać. Do naszej sąsiadki przyjeżdżała na wakacje z głębi Niemiec jej siostrzenica, pół Polka, pół Niemka. Nazywaliśmy ją „afrykański kot”. Nic innego całymi dniami nie robiła, tylko wylegiwała się na słońcu. A prężyła się do tego słoneczka jak rasowa kotka. Jak szła na spacer, to zawsze obok niej biegł mały, włochaty piesek, merdając ogonkiem. Zupełnie niepraktyczne zwierzę, bo niby jak taki kundelek ma domu upilnować. Jednak ona była nim zachwycona, tarmosiła go za uchem, czasami rzucała patyk i wołała za nim Molly. Gospodarze bali się, że jak tę Molly zeżre za którymś razem nasz swojski burek, to ojciec pannicy, pan Fischer, całą wieś nam rozstrzela. W każdym razie jak Molly nadciągała, to każdy patrzył, czy jego psisko na łańcuchu przy budzie siedzi. To było takie bardziej śmieszne niż straszne.

Przedwojenne polskie województwo pomorskie zostało po wrześniowej agresji niemalże w całości przyłączone bezpośrednio do Niemiec jako Okręg Rzeszy Gdańsk-Prusy Zachodnie i od marca 1941 roku podobnie jak na innych anektowanych terenach obowiązywało tam zarządzenie Heinricha Himmlera o możliwości wpisania na niemiecką listę narodowościową, czyli folkslistę.

– Jednak potem zaczęli niemieccy urzędnicy chodzić od domu do domu, nakłaniać do podpisania folkslisty i grozić, co się stanie, jeśli głowa rodziny odmówi wspaniałomyślnej propozycji samego Führera. Większość ludzi zapisywała się z biedy, żeby dostać kartki, mieć co do garnka włożyć. Moje siostry też bez butów biegały. Tata bardzo długo wzbraniał się przed folkslistą i złamał się dopiero jakoś w 1944 roku, jak jego kuzyna z Mielna wsadzili za odmowę do obozu w Potulicach.

W Potulicach pod Bydgoszczą od 1941 roku znajdował się obóz przesiedleńczy i pracy Lebrechtsdorf dla Polaków wysiedlanych z Pomorza, których majątki trafiały w ręce niemieckich gospodarzy. Szacuje się, że było w nim więzionych około dwudziestu pięciu tysięcy osób, z których zginęło prawie tysiąc trzysta, w tym ponad siedemset dzieci. Po wojnie utworzono w nim Centralny Obóz Pracy dla Niemców, który pochłonął około trzech i pół tysiąca ofiar.

 

– Taka prawdziwa wojna zajrzała nam w oczy, dopiero jak przyszli Rosjanie. Ojciec spotykał się z nimi trzy razy. Nasze Brzeźno Szlacheckie było bombardowane i ukryliśmy się u znajomych gospodarzy w innej wiosce. Jak przyszli czerwonoarmiści, to tata wyszedł z piwnicy poczęstować ich bimbrem oraz papierosami. Jeden wziął butelkę, drugi machorkę, trzeci buty, a czwarty ślubną obrączkę. Tata wrócił boso na dół. Szczęście, że mu chociaż spodnie zostawili. Do kolejnego spotkania twarzą w twarz, chwała Bogu, nie doszło. Ojciec siedział akurat przy pobudowanym na podwórzu piecu do chleba. Mama robiła obiad w kuchni, kiedy weszło dwóch uzbrojonych żołnierzy, pytając o męża. Ona naiwnie odpowiedziała, że coś tam w ogrodzie reperuje. Uratowało nas, że ona, nie znając przecież rosyjskiego, odpowiedziała po polsku i jeden z tych dwóch piękną polszczyzną odrzekł jej, żeby natychmiast poszła mu pomóc. Matka pobiegła, a oni zniknęli. Przyszli kolejnego dnia już sami Rosjanie. Tata świadomy niebezpieczeństwa cały dzień i noc przesiedział zakopany pod stertą szmat w gołębniku. Tyle szczęścia nie miał z kolei mój teść. Wyszedł późnym popołudniem pogadać do sąsiada. Zrobił się wieczór, potem noc, minęła północ, a jego ciągle nie ma. Żona w strachu pobiegła sprawdzić, co się stało. Sąsiad oczy w słup i mówi, że przecież on wyszedł od niego z chałupy dobre kilka godzin temu. Trzy i pół roku później żona patrzy, a od strony Borowego Młyna idzie jakiś zarośnięty mężczyzna, powłócząc nogami. Opiera się o płot. Ona przeciera oczy, w głowie jej się kręci, mamrocze: „Wicku, to ty jesteś…?”. Wreszcie wrócił do domu. Prosto z Syberii. Poszedł na pogaduchy i kieliszek bimbru, a trafił do łagru rąbać drzewo w lesie. Przeżył, bo znał trochę rosyjski. Nauczył się w 1920 roku, walcząc z bolszewikami. Wielu zostało w syberyjskich śniegach, a jeszcze inni wracali tylko po to, żeby zaraz umrzeć we własnych łóżkach. Strasznie byli wychudzeni, żony chciały ich jak najszybciej nakarmić. Nie wiedziały, że nie wolno dawać mięsa, tylko trzeba mleka, owoców, i to pomalutku, małymi porcjami. Tak ci, którzy uniknęli śmierci głodowej, umierali z przejedzenia. Los jak nikt potrafi zadrwić z człowieka. A przecież u nas była przed wojną Polska i my byliśmy Polakami!

Pani Jadwiga otwiera ciężkie drewniane drzwi wejściowe i wychodzi na maleńki ganek. Poprawia wiszącą na haku trzepaczkę do dywanów i prawie czule gładzi nieotynkowane ściany.

– Ten dom babcia wybudowała jeszcze za Wilusia, w 1913 roku, zaraz przed I wojną światową z porządnej czerwonej cegły. Dlatego przetrwał cały wiek i jeszcze sobie kolejne sto lat postoi, jeśli jakaś nowa wojna go nie zmiecie. Po wojnie na jedną stronę pól na północny zachód od Brzeźna mówiło się Berlin, bo oni wcześniej należeli do Niemiec, a na naszą Warszawa, bo my byliśmy przy Polsce. Granica długo z ludzi nie wychodziła, a może i teraz jeszcze w nich siedzi. Niech pan popatrzy. Tyle czasu upłynęło i historia zatoczyła koło. Kiedyś w każdym gospodarstwie było gwarno, tłoczno, mnóstwo dzieciaków po podwórkach biegało. Obecnie więcej jak dziesięć domostw zamkniętych na cztery spusty gapi się martwymi oknami. Jeszcze parę lat i ja jedna tutaj zostanę, jeśli dożyję, bo nie mam już siły nigdzie się ruszać. Młodzi wyjechali za pracą. Na Zachód. Do Niemiec.

Podróżujący szosą od strony Bytowa do leżącego kiedyś po niemieckiej stronie Kłączna bez trudu dostrzeże malutkie drewniano-kamienne sanktuarium, urządzone przy drodze. Wznosi się tu wysoki krzyż przypominający, żeby z Chrystusem wejść w trzecie tysiąclecie. Jest także prosta kapliczka z okorowanych pniaków nakryta spadzistym daszkiem osłaniającym od wiosennego deszczu wystrugane w drewnie figury trzech świętych. Na granitowym podeście stoi bielutki jak śnieg papież Jan Paweł II, unosząc w geście powitania prawą dłoń – w czerwcu 1999 roku mówił: „Pozdrawiam Kaszubów, lud kaszubski – odwiecznych gospodarzy tej pomorskiej ziemi”. Obok leży głaz, przy którym palą się znicze. W Kłącznie przed wojną ponad dziewięćdziesiąt procent mieszkańców było Polakami, wśród nich Antoni Szreder. Jego synowa Anna Szreder przeciera obelisk szmatką, zapala knot i ustawia kolejną świecę. Dopiero kiedy wszystko jest wysprzątane, zaczyna opowiadać historię swojego teścia.

– Ojciec mojego męża był przedwojennym działaczem Związku Polaków w Niemczech, radnym do Landtagu, czyli lokalnego parlamentu, i jednym z organizatorów marszu na Bytów. W 1920 roku około trzystu Polaków zorganizowało manifestację, domagając się przyłączenia ziemi bytowskiej do Polski. Też chcieli mieć swoją wojnę palikową. Niestety, ich opór nie przyniósł żadnych rezultatów, a naziści im tego nie zapomnieli. Po wybuchu wojny aresztowali Antoniego i w akcie mordu sądowego ścięli go w 1943 roku na gilotynie w berlińskim więzieniu na Moabicie. Ciało zostało skremowane, a jego prochy rozrzucone w nieznanym miejscu. Niemcy lubią porządek, więc wysłali teściowej eleganckie urzędowe zaświadczenie o dokonaniu egzekucji. Ona wiedziała, że musi bać się Niemców, ale nie Rosjan, wyzwolicieli. Nikt z Kłączna nie uciekał, bo przecież nie zrobili nic złego. Za niemieckich czasów niektórzy, tak jak Antoni, walczyli o polskość. Jednak dla Sowietów każdy, kto żył w Rzeszy, był hitlerowcem. Jak przekroczyli dawną granicę II Rzeczpospolitej, to szli od wioski do wioski i po kolei brali mężczyzn z każdej rodziny. Kiedy teściowej zabierali syna Zygmunta, brata mojego męża, to wybiegła do żołnierzy, machając tym kwitkiem z Berlina. Tłumaczyła, że on jest rodowitym Polakiem, a jej mąż i jego ojciec Antoni Szreder za polskie Kaszuby oddał życie. Jednak wojskowy tylko ją odepchnął, a na dokument nawet nie rzucił okiem. Zygmunta wywieźli na Syberię. Wrócił do domu dopiero po kilku latach. Mojego ojca tak samo zabrali. Miałam wtedy siedem lat. Mama płakała, rwała sobie włosy z głowy. Tatę kolbami karabinów wepchnęli do kolumny więźniów i kazali maszerować do miasta. Trzymali go najpierw w Bytowie, a potem w Działdowie. Jakie to szczęście, że w końcu go oszczędzili i nie wywieźli na Wschód. Rano się budził, a tam dwóch obok niego było już kompletnie sztywnych. Wielu umarło. Spali na gołej ziemi. Tata na własne oczy widział, jak kolegę, pana Ostrowskiego, wrzucali do masowego grobu. A jego żonie powiedzieli, że jest na Syberii. Latami nie chciała ojcu uwierzyć, że był świadkiem, jak jego trupa w dole grzebali. Czekała, aż wróci. Człowiek chwyta się każdego skrawka nadziei.

Anna wsiada do samochodu. Trzaskają drzwi, warczy silnik. Jedzie do Bytowa drogą, którą w 1945 roku przemierzali, gnani przez Sowietów, jej ojciec oraz przyszły szwagier. W centrum miasta w średniowiecznym krzyżackim zamku znajdował się obóz przejściowy NKWD, z którego wysyłano ludzi do głównego obozu nakazowo-rozdzielczego w Działdowie umieszczonego na terenie niemieckiego obozu koncentracyjnego Soldau. Stamtąd tysiące osób wywieziono do łagrów. Do dziś nie udało się ustalić liczby ofiar bytowskiej placówki. Śledztwo IPN w tej sprawie z powodu braku dowodów zostało umorzone. W 2010 roku na murach twierdzy umieszczono tablicę: „W tym miejscu, w okresie od marca do czerwca 1945 roku, mieścił się obóz przejściowy NKWD dla mieszkańców Ziemi Bytowskiej. Niewinnym ofiarom, które straciły życie na skutek wycieńczenia, głodu i terroru sowieckiego”. Nie obyło się bez kontrowersji. Na forach internetowych zawrzało, że w obozie byli przetrzymywani również faktyczni niemieccy esesmani, gestapowcy i inni funkcjonariusze aparatu państwowego Trzeciej Rzeszy. Czyżby więc władze chciały uczcić pamięć hitlerowców? Anna długo przygląda się kawałkowi bordowego granitu.

– Kobiety krzyczały też z innego powodu. Gwałty stały się codziennością. Dzień w dzień po wioskach słychać było jęki maltretowanych dziewczyn i płacz dzieci łkających: „Mamusiu, mamusiu”. Nie tak wyobrażaliśmy sobie wyzwolenie od Niemców. Marzyło nam się, że jak Polska do nas przyjdzie, to wreszcie zapanuje wolność. Zamiast niej dostaliśmy czerwony terror. Tata, jak wrócił, to ważył niespełna czterdzieści kilogramów. Po wypuszczeniu z tego obozu zapakowali go na pociąg, żeby od razu w ramach wysiedleń wywieźć do Niemiec. On wyskoczył na stacji w Krzyżu, tłumacząc, że jest Polakiem. Strażnicy byli kompletnie skołowani, machnęli ręką i cudem go puścili.

Takiego szczęścia nie miała Gertruda Jutrzenka-Trzebiatowska, najpiękniejsza dziewczyna w Borowym Młynie, rodowita Polka, która w czasie wojny wyszła za mąż za żołnierza Wehrmachtu. W 1945 roku uciekła przed Sowietami do Gdyni, ale została tam aresztowana i zmuszona do przebycia z armią całego wojennego szlaku do Berlina. Na tym jednak nie skończył się jej dramat. Wracając do domu, została porwana przez pijanych rosyjskich żołnierzy i wywieziona niczym łup wojenny do ZSRR, gdzie trafiła do obozu pracy pod Archangielskiem. Do Borowego Młyna wróciła po pięćdziesięciu trzech latach w 1998 roku jako staruszka u kresu życia. Jej historię po raz pierwszy opisał pomorski dziennikarz Edmund Szczesiak w wydanej pod koniec lat dziewięćdziesiątych książce Porwana. Opowieść o brance, ale dopiero kolejne wydanie z 2014 roku pod tytułem Wyrwana z piekła spotkało się z szerszym oddźwiękiem. W okresie PRL obowiązywała jedynie słuszna wersja historii, w której dobrzy Rosjanie wyzwolili odwieczne polskie ziemie od złych Niemców i ogólnie – całego germańskiego żywiołu. Wymuszona przez komunistów zmowa milczenia pogłębiała wojenną traumę, powodując, że ofiary jeszcze przez wiele lat wolnej Polski bały się opowiadać o swoich dramatycznych przeżyciach. Na dodatek po 1989 roku zawiłości problematyki wcielania Kaszubów do Wehrmachtu i wpisywania na folkslistę spowodowały, że historycy niechętnie zajmowali się tą tematyką. Dopiero w ostatnich latach temat zbrodni dokonywanych przez Sowietów na Kaszubach przestał być tematem tabu, a stał się częścią publicznej debaty historyczno-tożsamościowej. W 2018 roku na ekrany kin trafił film Kamerdyner Filipa Bajona pokazujący przez pryzmat losów jednej rodziny niemiecko-rosyjską pułapkę, w jaką wpadli Kaszubi w pierwszej połowie XX wieku.

– Tak się złożyło, że Bytów wyzwolono 8 marca, w Dzień Kobiet. Tamtej zimy 1945 roku to był dzień tragedii Kaszubek. Rosjanie nie rozróżniali, kto jest Polak, a kto Niemiec. Dla nich wszystkie byłyśmy Niemkami, z którymi można zrobić, co tylko się chciało.

Metalowa klapka z napisem „Briefe und Zeitung” uchyla się lekko, odsłaniając szczelinę służącą listonoszowi do wrzucania poczty i prasy. W domu stojącym na obrzeżach leżącego kiedyś kilka kilometrów od granicy, ale już po niemieckiej stronie Piaszna, solidne drewniane drzwi oddzielają zabudowany ganek od właściwej części domostwa. Z jego spadzistego dachu pokrytego ceramiczną dachówką spogląda na przybyszów półokrągłe okno. Czerwonoceglany komin pnie się wysoko do nieba. Na zewnątrz tylko plastikowe ramy PCV zdradzają, że czas się jednak w tym miejscu nie zatrzymał i nikt na co dzień nie doręcza już domownikom niemieckojęzycznych przesyłek. Jego obecna gospodyni Urszula Landowska drobnymi krokami przemierza salon, odsuwa od ściany ciężkie drewniane krzesło i opada na jego miękką poduszkę. W dniu jej narodzin w 1938 roku po tym pokoju przechadzali się niemieccy pogranicznicy. Jej ojciec był zagorzałym komunistą, rozwieszającym w pobliskim Tuchomiu afisze przeciwko Hitlerowi. Miejscowym jego poglądy nie przypadły raczej do gustu. Grozili pistoletem, śmiercią, pobili kłonicą. Władze bacznie patrzyły mu na ręce, a jak wybuchła wojna, to wzięli w kamasze do Wehrmachtu i wysłali do Norwegii. Pod jego nieobecność komuniści w końcu zawitali na Kaszuby. Staruszka wbija wzrok w polerowany na wysoki połysk blat stołu.