Przez dziki WschódTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wydawnictwo Literackie


Kraków 2012

Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

Wstęp

Rozdział 1. Cień przeszłości

Rozdział 2. Twarde lądowanie

Rozdział 3. W kraju Jakutów

Rozdział 4. Czarownicy i spadochroniarze

Rozdział 5. Olokmińsk

Rozdział 6. W stronę Bajkału

Rozdział 7. Przez dziką tajgę

Rozdział 8. W nadbajkalskiej krainie Buriatów

Rozdział 9. Wrota Mongolii

Rozdział 10. Pustynia Gobi

Rozdział 11. Chiński pociąg do sukcesu

Rozdział 12. Na Dachu Świata

Rozdział 13. Przez Himalaje

Po „długim marszu”

Bibliografia

Podziękowania

Przypisy

Opieka redakcyjna: WALDEMAR POPEK

Konsultacja historyczna: DR ALEKSANDRA ARKUSZ

Redakcja: ANDRZEJ MUSZYŃSKI

Adiustacja: HENRYKA SALAWA

Korekta: MAŁGORZATA WÓJCIK, WERONIKA KOSIŃSKA, ROMAN WŁODEK

Opracowanie graficzne: ROBERT KLEEMANN

Redaktor techniczny: BOŻENA KORBUT

Skład i łamanie: Infomarket

Na fotografii na pierwszej stronie okładki autor wręcza Tybetańczykom polskie godło (fot. Filip Drożdż)

© Copyright by Tomasz Grzywaczewski

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2012

ISBN 978-83-08-05018-7

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 430 00 96

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Książkę tę dedykuję moim Rodzicom,

bez których pomocy nigdy nie wyruszyłbym

na wyprawę przez dziki Wschód.



Ciężko jest osiągnąć cel. Czasami mężczyźni chcą być twardzi, dlatego że chcą pozostać mężczyznami. Było to coś... na co nie zdobyłbym się po raz drugi. Już nie tak. – Siedzący przed nami staruszek coraz wolniej wypowiada kolejne słowa. Spod lekkiego uśmiechu przebija się zmęczenie po całodniowej, długiej rozmowie.

– Chyba najwyższy czas kończyć na dzisiaj – powiedziałem do Marcina Mamonia, który właśnie wrócił z przerwy na papierosa.

Za dużym, zajmującym niemalże całą ścianę oknem zacina deszcz. Jak to w Anglii bywa, wczesnowiosenna pogoda oscyluje pomiędzy słabą ulewą a silną ulewą.

– Tak, kończymy. Jutro jeszcze może coś dogramy – odpowiada reżyser, chowając do skórzanej kurtki, będącej nieodłącznym elementem jego stroju, równie nieodłączną paczkę czerwonych lucky strike’ów.

Filip Drożdż z Tomkiem Głowackim wyłączają kamery i zaczynają pakować sprzęt.

– Panie Witoldzie, bardzo dziękujemy za poświęcony nam czas – mówi po polsku Bartek Malinowski. Wracamy do naszego ojczystego języka.

Całą wcześniejszą rozmowę przed obiektywami przeprowadziliśmy po angielsku. Nasz rozmówca, Witold Gliński, jest Polakiem, ale od ponad sześćdziesięciu lat mieszka na Wyspach. Jego żona jest Angielką, a od końca drugiej wojny światowej w zasadzie nie spotykał rodaków. Dopijamy herbatę i zamawiamy taksówkę, która ma nas odwieźć do hotelu. Jedziemy przez bardzo już o tej porze wyludnione ulice sennego brytyjskiego miasteczka.

Do miejscowości Camborne, położonej na samym krańcu północno-zachodniej Kornwalii, przylecieliśmy z Warszawy zaledwie przed dwoma dniami. Nasza wyprawa na Wschód zaczyna się na Zachodzie, w sercu wyspiarskiego państwa, z którego perspektywy Syberia wydaje się krainą tak samo realną jak Tolkienowskie Śródziemie. W naszej grupie poza mną, Bartkiem i Filipem jest jeszcze ekipa filmowa, z reżyserem Marcinem Mamoniem, operatorem Tomkiem Głowackim i dźwiękowcem Cezarem Kocyłowskim. W ostatniej chwili dołączył do nas dziennikarz „Rzeczpospolitej” Piotr Zychowicz. W sumie siedem osób. Dom, który przed chwilą opuściliśmy, chyba nigdy jeszcze nie przeżył odwiedzin tak dużej liczby obcokrajowców.

W barze zamawiamy po dużym guinnessie i przygotowujemy się do kolejnych zdjęć. Reżyser chce zrobić kilka ujęć z naszymi wypowiedziami, w których wytłumaczymy, po co właściwie tutaj przybyliśmy. Ani ja, ani Bartek nie jesteśmy tym pomysłem szczególnie zachwyceni.

– Mam wyrecytować formułkę obwieszczającą światu, czym jest Długi marsz? Moim zdaniem to wyjdzie dramatycznie sztucznie – zacząłem dyskutować z Marcinem.

– Dobra, dobra, spoko. Wytniemy, zmontujemy i będzie w porządku. Tylko nie gorączkuj się i mów trochę wyraźniej niż zazwyczaj, bo na co dzień to ty chyba sam siebie nie możesz zrozumieć – odpowiedział z ironicznym uśmiechem.

Siedzimy w hotelowym lobby, pośród wnętrz stylizowanych na czasy królowej Wiktorii, a z umieszczonego w masywnej złotej ramie olejnego obrazu spogląda na nas jakiś dziewiętnastowieczny arystokrata. Zacięty wyraz twarzy, świetnie skrojony mundur z szerokimi naramiennikami i przypięte do piersi ordery nie pozostawiają cienia wątpliwości, że mamy do czynienia z wysokim rangą oficerem z epoki wojen napoleońskich. Piwo wypite, kamery włączone, a Bartek rozsiadł się naprzeciwko mnie na wygodnym, obitym aksamitem krześle. Na stole rozłożyliśmy mapy Rosji, Mongolii i Tybetu. W skali 1:500 000. Obszar ogromny, szczegółowość znikoma, a trasa, którą mamy przebyć, wydaje się niewyobrażalnie długa. Siatki kartograficzne zakryły cały stół i przed nami rozpościerają się jakuckie lasy, nadbajkalskie góry, stepy, pustynie i lodowce Tybetu zwieńczone łańcuchem Himalajów. Rozglądam się wokoło, zawieszając wzrok na bogato zdobionym wiktoriańskim sekretarzyku. Dzika Mongolia i antyczne meble. To jakiś absurd albo czyste szaleństwo – przemknęło mi przez głowę.

Kilka miesięcy wcześniej nie miałem pojęcia, kim jest Witold Gliński ani o czym dokładnie opowiada Długi marsz. Podczas moich wcześniejszych podróży odwiedziłem wprawdzie rejon jeziora Bajkał, ale moje wyobrażenia o bezmiarze syberyjskich przestrzeni były mocno ograniczone i opierały się głównie na lekturze książek przygodowych.

– Pewnego dnia otrzymałem w prezencie książkę... Nie, to brzmi fatalnie, jak w jakimś romansidle. Robimy dubel – rzuciłem rozzłoszczony do Marcina.

– Wyluzuj się i dawaj od początku – odpowiedział. Jego spokojny, a może raczej znudzony głos poprawia mi nastrój. OK. Wracamy do końca listopada 2009 roku.

Kino Polonia w moim rodzinnym mieście Łodzi. Właśnie skończyłem oglądać piętnasty tego dnia film dokumentalny. Wcześniej moja styczność z dokumentem ograniczała się do filmów przyrodniczych emitowanych na National Geographic Channel albo Planete. A tutaj nagle okazuje się, że to ogromna dziedzina kinematografii, która z roku na rok coraz prężniej się rozwija. Moja wiedza, jak na kogoś, kto ma napisać dla „Wprost” reportaż o sekcji dokumentalnej w ramach festiwalu sztuki operatorskiej Plus Camerimage, wydawała się niewystarczająca.

Zacząłem więc wertować Internet i przeglądać opisy filmów z poprzednich edycji festiwalu. Na jakimś portalu znalazłem fragmenty rozmowy z jego dyrektorem Markiem Żydowiczem. Długi marsz, Witold Gliński, film Petera Weira i świetny materiał na dokument. Gdzieś już słyszałem ten tytuł i te nazwiska. Rzut oka na domową biblioteczkę. Jest! Niepozorna okładka i prosta aż do bólu oprawa graficzna. Ale wstęp Sebastiana Jungera, autora Gniewu oceanu, wyglądał zachęcająco. Książkę otrzymałem kilka miesięcy wcześniej od mojego taty, który wspominał o jakiejś całkowicie nieprawdopodobnej pieszej ucieczce z Syberii do Indii.

 

Dwieście kilkadziesiąt stron pochłonąłem w ciągu jednej nocy, porównując trasę wędrówki z mapami tej części Azji. Przed moimi oczami pojawił się obraz morderczej walki o przetrwanie w tych tak niegościnnych dla człowieka rejonach naszego globu. Grupa więźniów politycznych, w której skład wchodziło czterech Polaków, Jugosłowianin, Łotysz oraz Amerykanin, podczas zamieci śnieżnej wydostała się z radzieckiego łagru i w skrajnie trudnych warunkach syberyjskiej zimy przedarła się na południe, wzdłuż brzegów Bajkału, aż do Mongolii. Jednak był to dopiero początek ich tułaczki. Przez kolejne miesiące mężczyźni oraz jedna kobieta – napotkana w Buriacji Polka, Krystyna – wędrowali przez pustynię Gobi, płaskowyż tybetański i Himalaje w kierunku Indii. Morderczy marsz kosztował życie czterech zbiegów, w tym wszystkich naszych rodaków, z wyjątkiem Sławomira Rawicza, którego wraz z pozostałymi ocalałymi uratowali brytyjscy żołnierze. W tej porywającej opowieści o nieposkromionym pragnieniu wolności niepokoił mnie tylko jej autor, czyli właśnie Rawicz. Kilka miesięcy wcześniej znalazłem gdzieś informacje o kontrowersjach wokół jego osoby. Przez kolejne noce Długi marsz leżał spokojnie na moim biurku, a ja rzuciłem się w wir poszukiwań w globalnej informatycznej wiosce.

Mój początkowy entuzjazm gasł z każdym nowym artykułem, na jaki trafiałem. Anglojęzyczne strony donosiły o śledztwie przeprowadzonym w 2006 roku przez dziennikarzy Radia BBC 4. Jak twierdził wydawca programu, Hugh Levins, reporterzy, przeszukując archiwa Instytutu im. Sikorskiego w Londynie, odnaleźli dokumenty, z których wynikało, że Rawicz wprawdzie przebywał w łagrze, ale prawdopodobnie nigdy z niego nie uciekł. Na dodatek amerykańska pisarka Linda Willis dotarła do odręcznie napisanej relacji samego Rawicza, który opisywał, jak w 1942 roku na mocy układu Sikorski–Majski został zwolniony z obozu. Domniemany bohater miał potem wstąpić do formowanych w ZSRR, a później w irańskim mieście Pahlavi, Polskich Sił Zbrojnych (armia Andersa), z którymi opuścił Azję. Ale wątpliwości pozostały. Sen z oczu spędzała dziennikarzom relacja oficera brytyjskiego wywiadu, Ruperta Mayne’a. Ten rezydent MI6 w Kalkucie uparcie utrzymywał, że w 1942 roku przesłuchiwał grupę wynędzniałych, bliskich śmierci ludzi, którzy twierdzili, że trafili do Kalkuty w wyniku pieszej ucieczki z syberyjskiego łagru. Do końca życia Mayne był przekonany, że spotkał wtedy bohaterów Długiego marszu.


W mieszkaniu u Witolda Glińskiego.

Od lewej: Bartosz Malinowski, Witold Gliński, Tomasz Grzywaczewski i Filip Drożdż

Fot. Tomasz Głowacki, Archiwum Long Walk PLUS Expedition

Zniechęcony, zamknąłem laptop i wertując książkę, zastanawiałem się, czy to możliwe, aby wielka ucieczka okazała się jeszcze większą mistyfikacją? Jakim cudem ten człowiek był w stanie przez całe dziesięciolecia (książka została wydana po raz pierwszy w 1956 roku) oszukiwać czytelników, dziennikarzy i badaczy? Jak można, siedząc za biurkiem w przytulnym mieszkaniu, tak perfekcyjnie opisać tragiczne przeżycia uciekinierów? Wprawdzie niektóre opisy mijanych krain i napotykanych ludów budziły moje wątpliwości, ale przecież pamięć jest zawodna. Te niejednokrotnie poważne nieścisłości zacierały się przy pełnym pasji, dramatycznym zapisie ludzkiej walki o przetrwanie i odzyskanie wolności. A może to właśnie ten ładunek emocjonalny porwał serca oraz umysły krytyków, usypiając ich czujność. Rawicz na żadne pytania odpowiedzieć już nie mógł. Zmarł w 2004 roku w swoim domu w Nottingham.

Rzuciłem okiem na stojącą na półce książkę laureatki Pulitzera, Anne Applebaum, pod tytułem Gułag. W którymś miejscu autorka opisywała próby ucieczek z syberyjskich pustkowi. Wertując obszerną monografię, już na początku rozdziału zatytułowanego „Bunt i ucieczka” odnalazłem cytat z Długiego marszu. Od jakiegoś czasu interesowałem się tematyką łagrową i zawsze chciałem wyruszyć w podróż szlakiem komunistycznych obozów pracy. Rozmyślałem o Kołymie, republice Komi albo Kraju Krasnojarskim, przez który wiodła osławiona Transpolarna Magistrala Kolejowa zwana martwą drogą. Budowana w latach 1949–1953 przez więźniów linia miała połączyć miasta Salechard oraz Igarka. Szalony pomysł położenia torów na wiecznej zmarzlinie, pośród nieprzebytych lasów i bagien, musiał, podobnie jak inne wielkie projekty stalinowskie, zakończyć się katastrofą. W tym wypadku kaprys Stalina kosztował życie dziesiątków tysięcy ludzi, a ci, którzy przeżyli, opowiadali, że jako podkładów używano ciał zamarzniętych nieszczęśników.

W głowie mojej powoli rodził się pomysł wyprawy, o jakiej zawsze marzyłem. Porzuciłem już koncepcję wędrówki po dawnych obozach. Teraz miałem przed oczami wizję ekspedycji w hołdzie uciekinierom. Ale jeżeli ta historia jest nieprawdziwa, to cały zamysł nie miałby najmniejszego sensu. Ponownie włączyłem komputer. Jest! W oknie wyszukiwarki pojawił się artykuł również poświęcony Długiemu marszowi, lecz tym razem zawierający opowieść innego Polaka – Witolda Glińskiego. W roku 2009 w angielskim wydaniu miesięcznika „Reader’s Digest” ukazał się materiał autorstwa Johna Dysona, w którym przytoczył on swoją rozmowę z człowiekiem podającym się za prawdziwego bohatera opisanych przez Rawicza wydarzeń. Dziennikarz twierdził, że do Glińskiego trafił całkowicie przypadkowo, kiedy przeprowadził z jego synem wywiad na temat połowu ryb na Morzu Północnym. Ten temat zszedł jednak na drugi plan, kiedy Dyson zorientował się, iż być może odkrył właśnie tajemnicę, która zatrzymała śledztwo BBC. Reporter natychmiast pojechał do Kornwalii i rozpoczął zbieranie materiałów. Okazało się, że pomimo bardzo podeszłego wieku – Gliński miał niemal dziewięćdziesiąt lat – staruszek pamięta nadspodziewanie wiele szczegółów historii sprzed pięciu dekad. Wkrótce w magazynie ukazał się reportaż, w którym dziennikarz opisał relację swojego rozmówcy, stwierdzając, że właśnie odnalazł prawdziwego bohatera Długiego marszu.

Znowu jest trzecia nad ranem. Czuję, jak od przeglądania kolejnych stron internetowych zaczynają boleć mnie oczy. Wszystkie zebrane fragmenty informacji wreszcie powoli układają się w spójną całość.

Z artykułu Dysona wynika, że w 1941 roku z obozu położonego gdzieś w odległej Jakucji ucieka grupa więźniów, w której skład wchodzi Witold Gliński, inicjator ucieczki. Aby zmylić pogoń, kierują się nie na wschód, ale na południe, w stronę Mongolii. Po około roku pieszej wędrówki docierają do Indii, gdzie pomagają im brytyjscy żołnierze. Potem Gliński trafia do Anglii, bierze udział w walkach z Niemcami na froncie zachodnim, zostaje ranny i ostatecznie po zakończeniu wojny osiedla się w Wielkiej Brytanii. I tutaj ta opowieść w zasadzie mogłaby się zakończyć. Ale w latach pięćdziesiątych ukazuje się książka Sławomira Rawicza Długi marsz, opisująca domniemaną ucieczkę jej autora z syberyjskiego łagru do Kalkuty. Publikacja zostaje okrzyknięta światowym bestsellerem. Jej całkowity nakład przekracza milion egzemplarzy, a wydawcy prześcigają się w kolejnych tłumaczeniach. Ostatecznie „wspomnienia” zostają przełożone na ponad dwadzieścia języków. W końcu „National Geographic” umieszcza książkę na pięćdziesiątym trzecim miejscu listy przygodowych książek wszech czasów. Przez kolejne pół wieku Rawicz udziela wywiadów, wygłasza wykłady i spotyka się z czytelnikami, opowiadając o swoim nieprawdopodobnym wyczynie. Dopiero kiedy umiera, dociekliwi dziennikarze odkrywają wstrząsające fakty. Dokumenty zachowane między innymi w Instytucie Sikorskiego w Londynie wskazują, że Rawicz nigdy z żadnego obozu nie uciekł. Cała historia jest zmyślona, a jej autor dokonał rzeczy faktycznie trudnej do wyobrażenia. Jednak nie był to marsz przez Azję, lecz spektakularna mistyfikacja, w którą uwierzyły miliony ludzi na całym świecie. Tak znów mogłaby zakończyć się ta opowieść. Ale historia postanowiła dopisać do niej jeszcze jeden rozdział – opowieść Witolda Glińskiego.

Czuję, jak od siedzenia przy biurku zdrętwiały mi plecy i nogi. Gaszę światło i jak zwykle w ubraniu rzucam się na kanapę. Ogarnia mnie senność, ale jedna myśl nie daje mi spokoju. Historia jest spójna, fakty się zgadzają. Wydaje się bardzo prawdopodobne, że to Gliński uciekł z tego przeklętego łagru. Dyson faktycznie mógł dotrzeć do prawdy. Tylko jak to możliwe, że informacje o Glińskim znalazłem głównie na stronach anglojęzycznych i stronach polskich gazet ukazujących się w Wielkiej Brytanii. Jedyny artykuł w polskiej prasie został opublikowany w krakowskim wydaniu „Gazety Wyborczej”. Czy to możliwe, aby nikt w Polsce nie znał losów Glińskiego? Ponownie zapalam światło i przeglądam mocno już sfatygowany egzemplarz Długiego marszu. Wydawnictwo Gord, drugie wydanie z 2001 roku, przekład anonimowy. Z numeru ISBN też niewiele wynika, a strona internetowa wydawcy nie działa. Podsumowując – książka widmo.

Budzę się z głową na klawiaturze laptopa i lekko nieprzytomny idę zaparzyć kawę. Wskazówka zegarka pokazuje grubo po jedenastej, a na dworze pada gęsty śnieg. Wymarzony poranek, albo raczej południe, na zamknięcie się w czterech ścianach i dalsze wirtualne poszukiwania. Całe szczęście, że na zajęcia na uczelni i tak nigdy szczególnie pilnie nie uczęszczałem, więc również dzisiaj nie zamierzam się tam wybrać. Termin oddania kolejnego artykułu jest dopiero w przyszłym tygodniu. Mam jeszcze sporo czasu. Obowiązkowy poranny prysznic stawia mnie na nogi. Po kilku godzinach zamykam okno wyszukiwarki. Moje wcześniejsze podejrzenia okazały się prawdą. O Długim marszu, Rawiczu, Glińskim i całej tej niezwykłej historii prawie nikt w Polsce nie wie, a przynajmniej nikt o tym nie pisał. Łatwo natomiast odnaleźć informacje o przygotowanej superprodukcji australijskiego reżysera Petera Weira pod tytułem The Way Back. W filmie, który znajdował się już w fazie tak zwanej postprodukcji, mieli zagrać hollywoodzcy gwiazdorzy Colin Farell oraz Ed Harris. Premierę w Stanach Zjednoczonych zapowiadano na wiosnę 2011 roku. Do polskich kin produkcja weszłaby zapewne kilka tygodni później.

Wieczorem wreszcie odrywam się od biurka i wychodzę obejrzeć ostatnie dokumenty pokazywane na festiwalu Plus Camerimage. Śmiały pomysł napisania reportażu szybko upada, kiedy okazuje się, że przy imprezie pracuje mój kolega z liceum. Oczywiście nasze spotkanie kończy się piwem w pobliskiej knajpie. Do późnej nocy rozmawiamy o swoich planach na nadchodzące miesiące. Obaj kończymy studia i należałoby się trochę ogarnąć. Szkoda tylko, że perspektywa spędzenia reszty życia w charakterze ułożonego pana mecenasa napawa mnie trudno skrywanym przerażeniem. Do domu wróciłem z niewyraźnym zarysem pewnego projektu.

Specjaliści z amerykańskiej fabryki snów zdecydowali się zekranizować niesamowity fragment polskiej historii, a tymczasem u nas w kraju nikt nawet o niej nie słyszał. Gdyby bohater był Amerykaninem, to zapewne powstałyby już o nim komiks, ze dwa filmy, wysokobudżetowy serial telewizyjny i cała kolekcja gadżetów – pomyślałem ze złością. – A może by tak spróbować... – zawiesiłem myśli, zastanawiając się, czy aby na pewno nie zwariowałem. Kolejna, czwarta już dzisiaj kawa stygła nietknięta na stole. Nagle napisanie relacji o festiwalu filmowym wydało mi się rzeczą pozbawioną znaczenia, zupełnie drugorzędną wobec pomysłu, jaki narodził się w mojej głowie. Machinalnie przeglądałem odszukane w sieci doniesienia prasowe. Wstukałem hasło „Jakucja” i na ekranie komputera pojawiły się pokryte lasem pustkowia. Skośnoocy pasterze w grubych futrach i wielkich uszankach oporządzali swoje renifery. Wziąłem łyk zimnej, gorzkiej kawy, obserwując rozpoczynającą się za oknem zamieć. A może spróbować zorganizować ekspedycję szlakiem Długiego marszu i w ten oryginalny sposób wydobyć z zapomnienia tę opowieść? Jednocześnie oddalibyśmy hołd nie tylko bohaterom Wielkiej Ucieczki, ale wszystkim Polakom zesłanym na „nieludzką ziemię”. Również, a może przede wszystkim tym, którym nie dane było z niej powrócić? – dokończyłem przerwaną przed chwilą myśl. – Musimy pokazać fascynującą historię w fascynujący sposób. Dopiero wtedy ludzie usłyszą i zapamiętają tę niezwykłą opowieść o bohaterstwie i wielkim pragnieniu wolności. Opowieść o zwycięstwie nad totalitaryzmem. Zawsze lubiłem działać szybko. Nie dzielić włosa na czworo, nie brnąć w hipotetyczne rozważania o szansach powodzenia, nie teoretyzować o możliwych scenariuszach rozwoju wypadków. Działać już, natychmiast.

Na pierwszy ogień poszli moi rodzice. Myślałem, że włosy staną im dęba, kiedy dowiedzą się, że ich młody, dobrze zapowiadający się syn prawnik zamierza wyruszyć w półroczną, jak szacowałem, podróż przez bezdroża Azji. Jednak ku mojemu zaskoczeniu przyjęli ten pomysł ze stoickim spokojem. Co więcej, od razu zaczęli dopingować mnie do przygotowań. Biorąc pod uwagę ich niespokojne charaktery, miałem ciche podejrzenia, że sami najchętniej wzięliby udział w ekspedycji. Moje imię, Tomek, zostało wybrane nieprzypadkowo. Ulubioną młodzieńczą lekturą mamy była seria powieści Alfreda Szklarskiego o przygodach młodego awanturnika i podróżnika Tomka Wilmowskiego. Każdy tom miał w tytule słowo „Tomek”, więc na półce w moim domu roiło się od Tomków: Tomek na Czarnym Lądzie, Tomek w krainie kangurów, Tomek na tropach yeti. Zabawne. W książce Rawicza również pojawia się wątek ohydnego człowieka śniegu. Tak więc już od samego początku było do przewidzenia, że mogę mieć predyspozycje do pakowania się w kłopoty.

 

– Muszę opracować dokładną trasę, przygotować się kondycyjnie i logistycznie, pozyskać sponsorów! – chaotycznie wykrzykiwałem kolejne wyzwania, które piętrzyły się na drodze do realizacji powziętego planu.

– Spokojnie, przede wszystkim sam tam nie pojedziesz. Koniecznie potrzebujesz jakichś towarzyszy podróży! – zauważyła przytomnie mama.

Faktycznie! Przecież sam nie wyruszę w taką podróż. Brakuje mi doświadczenia i wystarczających umiejętności. Krótka kwerenda pośród znajomych nie pozostawiła cienia wątpliwości, że znalezienie kompanów nie będzie rzeczą łatwą. Trudno, trzeba zaryzykować. Wyjąłem telefon i wybrałem numer poleconego mi faceta o nazwisku Bartosz Malinowski.


Witold Gliński

Fot. Archiwum Long Walk PLUS Expedition