Granice marzeńTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

W serii ukazały się ostatnio:

Linda Polman Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy

humanitarnej (wyd. 2)

Scott Carney Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci (wyd. 2)

Misha Glenny Nemezis. O człowieku z faweli i bitwie o Rio

Adam Hochschild Lustro o północy. Śladami Wielkiego Treku

Kate Brown Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne

Drauzio Varella Klawisze

Piotr Lipiński Cyrankiewicz. Wieczny premier

Mariusz Szczygieł Gottland (wyd. 3 zmienione)

Maciej Czarnecki Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Kryształowy fortepian. Zdrady i zwycięstwa Petra Poroszenki

Paweł Smoleński Wieje szarkijja. Beduini z pustyni Negew

Albert Jawłowski Milczący lama. Buriacja na pograniczu światów

Lidia Pańków Bloki w słońcu. Mała historia Ursynowa Północnego (wyd. 2)

Mariusz Szczygieł Niedziela, która zdarzyła się w środę (wyd. 3)

Aneta Prymaka-Oniszk Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy (wyd. 2)

Wojciech Górecki Toast za przodków (wyd. 2)

Jonathan Schell Prawdziwa wojna. Wietnam w ogniu

Wojciech Górecki Planeta Kaukaz (wyd. 3)

Janine di Giovanni Tamtego ranka, kiedy po nas przyszli. Depesze z Syrii

Wolfgang Bauer Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki

Wojciech Górecki Abchazja (wyd. 2)

Bartek Sabela Afronauci. Z Zambii na Księżyc

Anna Pamuła Polacos. Chajka płynie do Kostaryki

Paweł Smoleński Pochówek dla rezuna (wyd. 3)

Cezary Łazarewicz Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 4)

William Dalrymple Dziewięć żywotów. Na tropie świętości we współczesnych Indiach (wyd. 2)

Barbara Demick Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader Dzienniki kołymskie (wyd. 2)

Ben Rawlence Miasto cierni. Największy obóz dla uchodźców

Dariusz Rosiak Biało-czerwony. Tajemnica Sat-Okha

Jean Hatzfeld Więzy krwi

Aleksandra Boćkowska Księżyc z peweksu. O luksusie w PRL

Barbara Seidler Pamiętajcie, że byłem przeciw. Reportaże sądowe

Ewa Winnicka Był sobie chłopczyk

Cezary Łazarewicz Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka (wyd. 3)

Paweł Smoleński Syrop z piołunu. Wygnani w akcji „Wisła”

Marcin Kącki Poznań. Miasto grzechu

Piotr Lipiński Bierut. Kiedy partia była bogiem

W serii ukaże się m.in.:

Cezary Łazarewicz Koronkowa robota. Sprawa Gorgonowej

Tomasz Grzywaczewski

Granice marzeń

O państwach nieuznawanych


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt układu typograficznego Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Tomasz Grzywaczewski

Copyright © by Tomasz Grzywaczewski, 2018

Opieka redakcyjna Konrad Nowacki

Redakcja Tomasz Zając

Korekta Jan Seweryn / d2d.pl, Magdalena Torczyńska / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-652-1

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

* * *

Narodziny

Akcelerator

Rzeczpospolita naddniestrzańska

Odeska Republika Ludowa

Rozbitkowie

Karaiby Sowietów

Abchazja goooooola!

Wojna

Samotna góra

Ziemia święta

Jonasze

Osetia Południowa Spółka z o.o.

Marzenia

Podziękowania

Bibliografia

Kolofon

Profesorowi Piotrowi Daranowskiemu, który zainspirował mnie do odkrywania państw nieuznawanych

* * *

Książka ta jest owocem moich podróży po postsowieckich państwach nieuznawanych, które odbyłem w latach 2015–2016. Każda taka wyprawa to nie tylko określone miejsce, ale również konkretny moment historyczny, w którym widziałem i opisywałem te widmowe republiki. Państwa nieuznawane nie są czymś stałym i niezmiennym. Wprost przeciwnie. Te maleńkie twory podlegają gwałtownym, często brutalnym, przemianom. Wyjeżdżając do Górskiego Karabachu w 2015 roku, nie sądziłem, że już w rok później dojdzie tam do niespotykanej od dwóch dekad eskalacji konfliktu. Będąc zimą 2015 roku na froncie pod Donieckiem, nie wiedziałem, że obserwuję pierwszy akord długo­trwałej uśpionej wojny obliczonej na wycieńczenie Ukrainy. W momencie, kiedy książka ta trafi do rąk Czytelników, być może sytuacja w tych regionach ulegnie kolejnym zmianom. Jednak bez względu na kontekst polityczny jest to przede wszystkim opowieść o ludziach, którzy w ćwierć wieku po upadku sowiec­kiego imperium podzielili się ze mną granicami swoich marzeń.

Narodziny

– Pokój Pański niech zawsze będzie z wami – mówi ksiądz o kanciastej, porośniętej szczeciną szczęce i unosi książeczkę do nabożeństwa.

– I z duchem twoim – odpowiadają wierni, ale ich słowa zagłuszają eksplozje pocisków wystrzelonych z automatycznego granatnika AGS-17 i terkot karabinów maszynowych.

– Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

Mimo strzałów kapłan nie przerywa liturgii. Jego koloratkę opina wysoki kołnierz wojskowej kurtki. Haftowaną stułę zarzucił na kamizelkę kuloodporną. Przy pasku nosi bagnet. Drewniany różaniec wisi obok załadowanego magazynku do pistoletu i naszywki z jaskrawozielonym koprem włoskim i napisem „Ukrop”. Po rosyjsku ukrop oznacza po prostu koperek, ale w języku kremlowskiej propagandy tak pogardliwie nazywa się Ukraińców, którzy sprytnie wykorzystali ten motyw, łącząc pierwsze litery zwrotu ukrajinśkyj opir – „ukraiński opór” – w zgrabny „ukrop”. Natomiast prorosyjscy separatyści z pomarańczowo-czarną wstążką gieorgijewską na sztandarach zostali ochrzczeni „stonką”. W ten sposób role się odwróciły. Teraz to koperek zabija szkodnika usiłującego pożreć jego kraj.

Żołnierze opuszczają głowy. Szeptem powtarzają słowa modlitwy.

– Baranku Boży, Baranku Boży… – wypełnia betonową piwnicę, której ściany oklejono listami wysyłanymi na front przez ukraińskie dzieciaki. Żółto-niebieskie serca, dwa białe gołąbki przytulające tryzub, a nad nim napisane „my za myr”. „Jesteśmy za pokojem”. Na zewnątrz słychać melodię „russkiego mira”. Tego najpiękniejszego na świecie pokoju w wydaniu rosyjskim. Kilka dni wcześniej, 12 lutego 2015 roku, podpisano w Mińsku rozejm pomiędzy donbaskimi separatystami a rządem w Kijowie. Jego gwarantem została między innymi Rosja. Rozejm najmocniej daje się tu we znaki po południu.

– …obdarz nas pokojem.

Ostatni wers modlitwy wypowiedziany przez księdza ginie w wybuchu pocisku moździerzowego. Gwałtowny podmuch szarpie metalowymi drzwiami broniącymi wejścia do sztabu batalionu ochotniczego w Piskach na przedmieściach Doniecka. Z sufitu sypią się drobinki tynku. Żarówka migocze i gaśnie. Piwnica pogrąża się w ciemnościach rozświetlanych tylko płomieniem świecy i zimnym snopem światła z ledowej latarki. Ksiądz podnosi kielich, wszyscy klękają, przyjmując Ciało Chrystusa. Po krótkiej modlitwie żołnierze sięgają po karabiny, a kapłan bierze do rąk kropidło.

 

– Waszym dziadom święcono szable, ja wam poświęcę kałasznikowy – mówi, kropiąc broń wodą święconą.

Gnom, przysadzisty ochotnik z zachodniej Ukrainy, mocuje się z AGS, próbując prawidłowo zamocować zasobnik z pociskami. Robi dobrą minę do złej gry, ale widać, że jest zdenerwowany. Ręce lekko mu drżą. Jego kolega został ranny i on otrzymał rozkaz zastąpienia go. Ale Gnom nigdy wcześniej nie obsługiwał granatnika. Dowódca robi kilkuminutowy trening. Tak ustawić dalmierz, tak przeładowywać, dobrze się zaprzeć. Nie ma czasu. Trwa ostrzał.

Piwniczne wrota otwierają się z impetem i do środka wpada młodziutki chłopak. Kurczowo trzyma się za szyję. W oczach ma przerażenie. Paniczny, zwierzęcy strach przed śmiercią.

– Dostałem. Trafili mnie. Skurwysyny – wyrzuca z siebie pojedyncze słowa, chrapliwie wciągając w płuca powietrze. Jeden z żołnierzy, Johnny, podbiega do niego i pomaga mu ściągnąć mundur. Kevlarowy kołnierz jest rozerwany, ale nigdzie nie ma śladów krwi.

– Spokojnie. Oddychaj. Miałeś, chłopie, szczęście. Wszystko poszło w kamizelkę. – Johnny wyciąga z kuloodpornego materiału plastikowe odłamki. – To nowy wynalazek Ruskich. Zastąpili metalowe granaty plastikowymi, żeby nie było ich widać na rentgenie.

– Życie mi uratowała. – Chłopak z niedowierzaniem ogląda swoją kamizelkę. Parę centymetrów wyżej i byłoby po nim.

– Kamizelka to jedno, ale najważniejszy jest ten gość na górze. – Johnny podnosi palec, a potem zdejmuje kurtkę. Zamiast wojskowej koszuli ma na sobie haftowaną czerwono-czarną nicią wyszywankę. – Uszyła mi ją mama. Chroni lepiej niż najtwardszy kevlar.

Gnom wreszcie poprawnie montuje magazynek. Z celowania będzie musiał przeszkolić się już w ogniu walki. Patrzy ciężko na swoich kolegów, bierze granatnik i wychodzi na zewnątrz. Przez uchylone drzwi słychać kanonadę wybuchów.

– Dzisiaj chyba nie pośpimy – śmieje się Johnny, klepiąc Gnoma po plecach. Kilka minut później ze stojącej na stole krótkofalówki dochodzą nerwowe krzyki.

– Jesteśmy pod ogniem, zróbcie coś, przyślijcie lekarza! – Przerażony głos przebija się przez radiowe trzaski.

Cisza.

– Jeden 200, jeden 300. – Żołnierz próbuje opanować nerwy i zdać raport z sytuacji na pierwszej linii frontu.

– Jak ciężko? Przeżyje? – pyta zastępca dowódcy batalionu. Nie wiadomo. Napływają sprzeczne komunikaty. W wojskowym slangu 200 to trup, a 300 – ranny. Liczbami łatwiej opisać pogrążony w chaosie świat.

W Piskach wydarzyła się mała apokalipsa. Budynki są rozprute, drogi poorane lejami po bombach, samochody podziurawione kulami. Wszędzie widać spalone dachy, wyrwy w ścianach, resztki szyb w powybijanych oknach. Z domu obok sztabu pozostał tylko czarny szkielet.

– Próbują nas trafić, ale na razie jeszcze im się nie udało – mruczy Johnny. Na centrum dowodzenia wybrano dom o najbardziej wytrzymałej konstrukcji, choć to i tak iluzoryczna ochrona. Pocisk dużego kalibru bez problemu przebije strop i zamieni piwnicę w grobowiec. Pociski nie ominęły nawet prokuratorskiej willi.

– Patrz, jak się za Janukowycza dobrze żyło na Ukrainie!

Jeden z żołnierzy bierze kij bilardowy i pochylając się nad stołem, wbija do łuzy kawałek cegły. Zielone sukno pokrywa gruby kożuch pyłu. W połączonym z salonem basenie leżą odłupane z sufitu płaty tynku. W sypialni w bezładzie wala się kolekcja afrykańskich pamiątek.

– Nie tylko prokurator, ale też zapalony etnograf i kolekcjoner. Musiał szybko uciekać, skoro nie zabrał swoich eksponatów – śmieje się mój towarzysz. – Pewnie teraz siedzi po drugiej stronie – pokazuje ręką w stronę, z której nadlatują tutaj kilogramy zabójczego żelastwa wszystkich kalibrów i rodzajów. Naboje karabinowe, granaty, pociski moździerzowe 80 mm, 120 mm, rakiety z wyrzutni Grad. W nocy rozświetlają niebo migoczącymi świetlistymi punktami. Przypominają spadające gwiazdy. Czasami pojedyncze, a czasami poruszające się całymi rojami jak sierpniowe Perseidy.

Okutana kwiecistą chustą staruszka taszczy wiadro z wodą. Byle jak najszybciej zejść z ulicy, schować się w piwnicy i modlić, żeby dzisiaj to nie na jej dom spadały separatystyczne gwiazdy. Mały chłopiec uchyla okno zaklejone plastikową folią. Szyb w Piskach od dawna już nie ma. Jego ojciec na chwilę wychodzi na podwórze i natychmiast każe malcowi schować się do środka. To jedni z ostatnich mieszkańców miasteczka. Wszyscy inni uciekli, zginęli albo zostali ewakuowani przez ukraińską armię. W zachodzącym słońcu wraki bojowych wozów piechoty BMP przybierają pomarańczową barwę. Nad którymś z nich powiewa rozdarta ukraińska flaga. Na jednej z pozycji bojowych panuje wyjątkowo nerwowa atmosfera. Pochyleni nad mapą topograficzną mężczyźni przerzucają się przekleństwami. „Separy” zaczęli prowadzić ostrzał z głębi osiedla mieszkalnego. Separatyści to określenie zbiorcze, bo obecnie w Donieckiej Republice Ludowej i Ługańskiej Republice Ludowej obok separatystów – czyli ukraińskich mieszkańców tych terenów – walczą regularne siły rosyjskie (w sile ponad dziesięciu tysięcy), a także ochotnicy z różnych stron Rosji, i nawet tak odległych rejonów świata jak Ameryka Południowa.

– Gnoje jedne, chcą wykorzystać cywilów jako żywe tarcze – warczy dowódca. Chwilę wcześniej z piwnicy wyszedł żołnierz ukrywający twarz pod ciemnozieloną arafatką. Nikt nie zna jego prawdziwego imienia. Tylko pseudonim. Mężczyzna odpowiada za naprowadzanie ostrzału. Pochodzi z Doniecka i zna tutejsze tereny jak własną kieszeń. Po drugiej stronie została jego rodzina. W wypadku zdekonspirowania znalazłaby się w śmiertelnym zagrożeniu.

– Wychowałem się w miejscach, które teraz ostrzeliwujemy. Bandyci zajęli mój dom i teraz muszę zrobić wszystko, żeby ich stamtąd wykurzyć – mówi przez fałdy materiału.

W Piskach panuje wojenny ekumenizm. Ramię w ramię walczą ochotnicy z zachodniej Ukrainy, Żydzi, Gruzini, rodowici mieszkańcy Donbasu. Intelektualiści wespół z wytatuowanymi chłopakami z blokowisk, biznesmeni ze studentami, narodowcy z liberałami. Władimir przyjechał do nich aż z Syberii. W portfelu trzyma paszport Federacji. Wcześniej był związany z rosyjską opozycją demokratyczną. Dlaczego to zrobił?

– Bo Rosja Putina to nie jest moja ojczyzna. Tam jest tak, jakby ktoś ci brzytwą duszę rzezał – mówi bez wahania.

Po zapadnięciu zmroku toczą się najcięższe walki. W nocy wszystko dudni. Ziemia się trzęsie, trzaskają drzwi prowadzące do sztabu. Bladym świtem ze snu wyrywa nas płynący z krótkofalówek hymn Związku Radzieckiego. Obie strony wzajemnie się podsłuchują i tym razem „separy” postanowili z samego rana sprowokować Ukraińców. Kolejny dzień. Kolejny ostrzał. Rosyjski pokój trwa w najlepsze. Dowódca jednego ze schronów zaprasza na obiad. Gorący barszcz dodaje sił. Żołnierz wyciąga z wewnętrznej kieszeni kurtki pomiętą fotografię. Na jego ramieniu opiera się śliczna dziewczyna. Długie blond włosy, duże oczy, zgrabne nogi. Mężczyzna czule ją obejmuje. Para uśmiecha się do obiektywu.

– Oboje mieszkaliśmy w Doniecku – mówi. – Pracowała jako nauczycielka, a ja miałem niewielką firmę. Całkiem dobrze nam się układało. Planowaliśmy wspólną przyszłość. Chciałem się oświadczyć, ale nie zdążyłem. Wybuchła wojna i ona też została żołnierzem.

– Służy w Piskach?

– Tak, podejrzewam, że w Piskach. Ale po drugiej stronie…

Milknie na krótką chwilę. Wychodzimy na powierzchnię. W oddali nad pokrytą burą trawą łąką unosi się słup czarnego dymu, powoli spowijając podziurawioną wieżę kopalnianego szybu. Podobno jeszcze kilka tygodni wcześniej można było stąd dojrzeć zburzoną w trakcie walk wieżę kontroli lotów doniec­kiego lotniska. Słychać terkot karabinu maszynowego, a potem silne eksplozje.

– Spokojnie, to daleko od nas. – Żołnierz daje znak ręką, że nie musimy uciekać do podziemi. – Ona gdzieś tam jest. I teraz strzela do mnie albo ja do niej. – Zapala papierosa, wbijając wzrok w linię frontu. – Moja ukochana uwierzyła w nowe dziecko Moskwy. Wspaniałą rusko-donbaską ojczyznę. Potem nigdy więcej z nią nie rozmawiałem. Jej świat przestał być moim światem.

Ten świat za okopami Pisków dopiero się przepoczwarzał. Z gruzów starej Ukrainy wyłaniały się Doniecka i Ługańska Republika Ludowa. Nowe niby-państwa. Widmowe twory Donbasu dołączały do swoich starszych braci rozrzuconych po rubieżach dawnego sowieckiego imperium. Państw nieuznawanych.

Akcelerator

Śpiewajmy chwałę Naddniestrza,

Gdzie mocne jest ludzkie braterstwo.

Wielką synowską miłością

Jesteśmy z nim złączeni na wieki.

Rozsławiamy ogrody i fabryki,

Wioski, pola, miasta –

Tam przez długie chwalebne lata

Pracujemy dla pomyślności naszej Ojczyzny.

Niesiemy przez lata

Imię dumnego kraju,

I Republice wolności

Jak prawdzie wierni będziemy.

Śpiewamy chwałę Naddniestrza,

hymn Naddniestrzańskiej Republiki Mołdawskiej

– Miałam dwóch starszych braci. Młodszy z nich, Igor, zawsze był żartownisiem i miał w życiu szczęście – mówi Luda. – W Sowietach poborowych wysyłali za koło podbiegunowe, na Syberię, do Kazachstanu, a on trafił na Kubę. To było spełnienie marzeń człowieka radzieckiego. Plaże, palmy, ciepłe owoce. Hulaj dusza. Służbę skończył przed terminem, bo ZSRR właśnie przestawał istnieć. Ale gałgan jeden nic nam nie powiedział, że wraca wcześniej. Któregoś wieczoru usłyszałam, że ktoś chodzi dookoła domu. Wyglądam przez okno i widzę twarz mojego brata! Miałam kilkanaście lat, więc przerażona pobiegłam do rodziców. Tata powiedział, żebym spała i nie robiła zamieszania. Kładę się do łóżka, a tu nagle ktoś wali do drzwi. Ojciec wściekły jak sto pięćdziesiąt otwiera, a tam w progu stoi Igor. Postanowił nam zrobić niespodziankę. Przywiózł mnóstwo egzotycznych owoców. Wtedy pierwszy raz w życiu jadłam ananasa. Do dzisiaj pamiętam, jaki był słodki. Coś cudownego.

Luda uśmiecha się ciepło. Jej córeczka pokazuje namalowany tego dnia w szkole obrazek. Ma talent. Chciałaby pójść na studia plastyczne do Kiszyniowa. Wyrwać się z położonego na krańcach Mołdawii przy granicy z Ukrainą miasteczka Oknica, gdzie od jakiegoś czasu nawet pociągi rzadko docierają.

– Tak się cieszyliśmy z jego powrotu. Ale po kilku miesiącach gruchnęła wieść, że Naddniestrze się zbuntowało i będzie wojna. Drugi brat, ten starszy od Igora, miał już wtedy swoją rodzinę i mieszkał na tamtym brzegu Dniestru. Z miejsca wcielili go do nowej gwardii naddniestrzańskiej. Zadzwonił do ojca, żeby mu o tym opowiedzieć, a ojciec drżącym głosem odpowiedział, że Igora też właśnie zabrali, tyle że do armii mołdawskiej. Że będą po dwóch stronach frontu. Starszy brat miał dobę na stawienie się w jednostce. Zamiast tego spakował żonę z dzieckiem do samochodu, zabrał najcenniejsze rzeczy i przyjechał do nas. Zostawił po tamtej stronie nie tylko dom, ale całe swoje wcześniejsze życie. Powiedział, że nigdy nie będzie strzelał do własnego brata. Gdyby więcej ludzi tak myślało, to nie byłoby całej tej wojny. – Luda wzdycha i bierze na kolana córeczkę, która z dumą prezentuje kolejny rysunek.

Był początek lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku i na gruzach ZSRR rodziła się niepodległa Mołdawia. Ale jej wschodnia, leżąca na lewym brzegu Dniestru część, nazywana Naddniestrzem, miała na ten temat inne zdanie. Silnie zrusyfikowany, zorientowany na Moskwę region postanowił pójść własną drogą. Impulsem stały się krążące nad młodym mołdawskim państwem pomysły unifikacji z Rumunią oraz ustawa uznająca mołdawski za jedyny oficjalny język państwowy, podczas gdy rosyjskiemu nadano podrzędny status „języka komunikacji międzyetnicznej”. W listopadzie 1990 roku ogłoszono powstanie niezależnej Mołdawskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, przemianowanej rok później na Naddniestrzańską Republikę Mołdawską. We wrześniu 1991 roku rezydujące w Tyraspolu naddniestrzańskie władze powołały własne siły zbrojne, czyli Dniestrzańską Gwardię Republikańską. Po kilku miesiącach politycznych napięć i zbrojnych incydentów, 1 marca 1992 roku, władze w Kiszyniowie podjęły decyzję o zbrojnym odzyskaniu kontroli nad zbuntowaną prowincją. Wybuchła „wojna pięciomiesięczna”. Główne uderzenie skierowano na kluczowy odcinek Tyraspol–Bendery. Do walk po stronie słabo uzbrojonej i zdezorganizowanej naddniestrzańskiej Gwardii Republikańskiej włączyły się jednostki rosyjskiej 14 Armii dowodzonej najpierw przez generała Jurija Nietkaczewa, a później przez generała Aleksandra Lebiedzia. Kiedy 27 czerwca rozpoczął się mołdawski atak na Bendery, generał Lebiedź podjął decyzję o przejściu od działań defensywnych do kontruderzenia. Nazywając politykę ówczesnego prezydenta Mołdawii Mircei Snegura „ludobójstwem”, a jego rząd „faszystowskim”, rozpoczął ostrzał artyleryjski wojsk mołdawskich zakończony klęską tych ostatnich. Dopiero formujące się siły zbrojne nowo niepodległej Mołdawii nie miały szans w starciu z doświadczonymi i dobrze uzbrojonymi rosyjskimi żołnierzami. Ofensywa mołdawska uległa załamaniu, zanim jeszcze na dobre się rozpoczęła. Kiszyniów został zmuszony do podpisania niekorzystnego zawieszenia broni. Nadeszła trwająca już ponad ćwierć wieku epoka zamrożonego konfliktu.

 

Słoneczniki są wszędzie. Z lewej, z prawej, z przodu i z tyłu. Okrążają wioski i osaczają drogi. Wpełzają na przystanki i w wersji oleistej rozpychają się na sklepowych półkach. Kwiaty na twardych łodygach wycięły lasy i skosiły łąki. Czasami ustępują miejsca kukurydzy, która korzystając z okazji, wpycha się na pola i włazi na talerze pod postacią mamałygi. Słoneczniki do spółki z kukurydzą zamieniły całą Besarabię w jedną kołyszącą się na wietrze żółtą plamę. Gdyby tak jakiś wirus wybił je wszystkie, to zostałaby tu tylko czarna ziemia. Ale na razie trzymają się w najlepsze, zapełniając sobą horyzont.

I nagle z tej żółtości wyłania się stolica słonecznikowo-kukurydzianej krainy zwanej dzisiaj Mołdawią. Kiszyniów jest ufortyfikowany, bo przecież od ćwierć wieku pozostaje w stanie uśpionej wojny ze swoją zbuntowaną prowincją Naddniestrzem. Każda forteca musi mieć mury, solidne wrota, a najlepiej jeszcze fosę i most zwodzony. Kiszyniowskie wały składają się z setek wielkopłytowych bloków zwanych potocznie chruszczowkami, zamykających miasto w betonowym uścisku i tworzących rozgałęziający się w stronę centrum szary, duszny labirynt. Wjazdu od strony Naddniestrza strzeże monumentalna „brama”. Perła w koronie tej komunistycznej fortyfikacji. Władcy Mołdawii spoglądają na swojego czającego się na wschodzie nieprzyjaciela znad dwudziestu pięciu pięter wielkiej płyty układających się w piramidę przedzieloną dwupasmową arterią. Jezdnia wrzyna się głęboko w trzewia miasta, którego każda kolejna dzielnica wygląda przygnębiająco podobnie. Koniec jednego blokowiska jest początkiem kolejnego minikrólestwa sypiącej się ze starości szarzyzny. Twierdza Kiszyniów wygląda na umęczoną trwającą od ćwierć wieku bezczynnością. Mołdawia zdobyła się na niepodległość, stoczyła krótką wojnę i zastygła w oczekiwaniu na jakieś lepsze jutro, które nie chce nadejść.

Oazu Nantoi próbuje wyrwać swoją ojczyznę z tego marazmu. Ma werwę, gesty i charyzmę trybuna ludowego. Mówi szybko i stanowczo. Zaczyna odpowiadać, zanim jeszcze w powietrzu wybrzmią ostatnie dźwięki zadanego pytania. Siedzi za długim stołem konferencyjnym w klimatyzowanym pokoju niezależnego think-tanku Institutul de Politici Publice, ale przemawia jak ze sceny ustawionej przed wielotysięcznym tłumem spragnionym rewolucji. Oazu lubi przywalić przeciwnikom politycznym maczugą, a w mediach zrobić kontrowersyjne show. Jest analitykiem, publicystą, politykiem, enfant terrible mołdawskiego życia publicznego. W 2014 roku w prowadzonym przez siebie programie telewizyjnym pojawił się w kominiarce, trzymając kałasznikowa i kij bejsbolowy przewiązane wstążką gieorgijewską – symbolem powszechnie wykorzystywanym przez prorosyjskich separatystów.

– W ten sposób chciałem pokazać realność zagrożenia ze strony moskiewskich „zielonych ludzików” – tłumaczy.

Nantoi jest wkurzony. Jego ojczyzna doprowadza go do szału. Gdziekolwiek spojrzeć, wszystko idzie nie tak, jak powinno. Wskaźniki gospodarcze? Proszę bardzo. Mołdawia jest najbiedniejszym państwem w Europie. Poparcie dla integracji z Unią Europejską? Spada na łeb na szyję, bo rządząca proeuropejska koalicja zamiast modernizować kraj, zajmuje się jego zawłaszczaniem. Korupcja i złodziejstwo?

– W tym jesteśmy mistrzami Europy, jeśli nie świata – zżyma się. – W 2015 roku z naszego systemu bankowego wyprowadzono miliard dolarów. I nikt nie wie, gdzie te pieniądze się podziały. To się przecież w głowie nie mieści. Na jednym szwindlu straciliśmy 15 procent PKB. Po co rozjeżdżać nas czołgami, jeśli można zwyczajnie okraść.

W kolejnym roku władze wpadną na genialny pomysł zasypania powstałej w wyniku rabunku dziury w finansach publicznych. Wybiorą sposób najprostszy, choć niekoniecznie najtańszy, czyli emisję obligacji o wartości siedmiuset pięćdziesięciu milionów dolarów na dwadzieścia pięć lat i oprocentowanych na 5 procent w skali roku. Ta operacja będzie kosztowała mołdawskiego podatnika spłacającego w istocie tę pożyczkę dokładnie dwa razy tyle – półtora miliarda dolarów. Biednych Mołdawian uda się więc w ciągu roku obrobić dwukrotnie na w sumie dwa i pół miliarda dolarów.

Na to wszystko smutnym wzrokiem spogląda hospodar Stefan III Wielki stojący na pomniku z mieczem i wzniesionym krzyżem. Tymi atrybutami daje odpór najeźdźcom próbującym podbić jego ojczyznę. Stefan III Wielki, po mołdawsku Ştefan cel Mare, na przełomie XV i XVI wieku zbudował silne i niezależne państwo mołdawskie. Wygrał wiele bitew i zręcznie przeciwstawił się zakusom ościennych mocarstw. Spuścił łupnia Węgrom, pokonał dowodzonych przez Jana Olbrachta Polaków i wreszcie dał odpór imperium osmańskiemu. Klingą i wiarą powstrzymał muzułmanów próbujących wedrzeć się do serca Europy. Władcą zachwycał się kronikarz Jan Długosz: „Mąż zaprawdę podziwienia godny, i od największych wodzów, których bohaterstwo wysławiamy, nie pośledniejszy. On bowiem między książętami naszego wieku pierwszy tak wielkie i chwalebne nad Turkami odniósł zwycięstwo. On zdaniem moim najgodniejszy jest, aby mu wszelkie ludy chrześcijańskie zgodną wolą i chęcią powierzyły ster i władzę, a zwłaszcza dowództwo powszechnej wyprawy przeciwko Turkom, gdy inni królowie i książęta chrześcijańscy radzi oddają się gnuśności i rozkoszom, albo niecą pożogi wojen domowych”.

Stefan miejsce do obserwacji tego, co pozostało po jego wspaniałym Hospodarstwie, ma wyborne. Przed nim ciągnie się najważniejsza ulica Kiszyniowa. Bulwar Stefana III Wielkiego z wybudowanym przez Rosjan potężnym łukiem triumfalnym wieńczącym zadrzewiony kompleks Soboru Narodzenia Pańskiego. Za plecami rozłożył się park również nazwany jego imieniem. Po prawicy zaś wznosi się toporny żelbetowy moloch siedziby mołdawskiej Rady Ministrów. Jego akurat nie ochrzczono imieniem wybitnego władcy. Może ministrom już za dużo tych Stefanów osaczających ich ze wszystkich stron. Zresztą nie tylko w stolicy, ale w całym kraju roi się od hospodara. Jest w nazwach najważniejszych ulic w prowincjonalnych miasteczkach, okupuje place i skwery, czai się na sklepowych witrynach. W rumuńskiej Suczawie, gdzie mieściła się stolica jego hospodarstwa, w 1990 roku założono „stefanowy” uniwersytet, a niedaleko Botoszan destyluje się elegancką wódkę Ştefan cel Mare. Producent opiewa nią średniowiecznego wodza: „Z szacunku dla niezwykle ważnej roli, jaką w historii Rumunii odegrał Stefan III Wielki, w pięćset lat po jego śmierci dedykujemy mu najczystszą i najwyższej jakości wódkę”.

Ale zaraz, to w końcu Stefan był władcą rumuńskim czy mołdawskim? Jan Długosz też pisał o księciu Wołochów, przodków dzisiejszych Rumunów. Stefanie, kim to ty w końcu jesteś?

Oazu Nantoi też ma z tym pewien problem.

– Pytasz, czym jest dla Mołdawian Mołdawia? To porozmawiajmy o kwestiach lingwistycznych. Na paranoję zakrawa fakt, że my sami nie wiemy, jakim językiem mówimy… – opowiada. – Wielu moich rodaków wciąż twierdzi, że Mołdawia to sztuczne państwo, wytwór stalinowskiej inżynierii etniczno-społecznej. Możesz w to uwierzyć? Tak jakby Polacy uważali, że nie są żadnymi Polakami, tylko dajmy na to Czechami, a to Rosjanie dorobili im polską gębę. Niestety, w naszym wypadku jest w tym sporo prawdy. Do dziś, dwadzieścia pięć lat po uzyskaniu niepodległości, w parlamencie mołdawskim prowadzone jest symultaniczne tłumaczenie na język rosyjski. Dzieje się tak po prostu dlatego, że część deputowanych nie zna języka mołdawskiego. Zresztą język ten to też wytwór reżimu Stalina, żeby uzasadnić istnienie Mołdawskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Tak naprawdę to język rumuński z pewną liczbą odmiennych słów. Do 1989 roku był zapisywany cyrylicą. Niektórzy mówią wręcz, że to język rumuński, ale z naukowego punktu widzenia, z politycznego zaś to mołdawski – śmieje się. – W konstytucji Republiki, w artykule 13, czytamy, że oficjalnym językiem Mołdawii jest mołdawski, zapisywany łacinką, w deklaracji niepodległości z 1991 roku zaś, że jest nim rumuński. Wielce rozbawił mnie wyrok naszego Trybunału Konstytucyjnego z 2013 roku, który stwierdził, że językiem urzędowym kraju jest język rumuński. Sami nie wiemy, po jakiemu mówimy. Schizofrenia udzielająca się nie tylko zwykłym obywatelom, ale również tak zwanym elitom. Jeśli u rządów są komuniści, to rozmawiamy po mołdawsku. Kiedy władzę sprawują inne opcje, posługujemy się wówczas rumuńskim. To oczywiście brzmi zabawnie, ale tak naprawdę jest konsekwencją, nie bójmy się tych słów, politycznej prostytucji mołdawskich polityków. Wykorzystują jak chcą naszą historię, tradycję. Nie są w stanie stworzyć silnego państwa. Ja nie jestem pewien, czy Mołdawię powinno się nazywać demokratycznym państwem prawa.

Nantoi, podobnie jak wielu mołdawskich intelektualistów i polityków, próbuje rozwiązać mołdawsko-rumuński węzeł gordyjski. Wychodzące z żelaznego uścisku Kremla mołdawskie elity stanęły przed historycznym dylematem. Iść ku niepodległości samemu czy ramię w ramię z Bukaresztem. Wielu ówczesnych polityków nie wyobrażało sobie wariantu całkowitej niezależności. Ich celem była nie jakaś tam tyleż wolna, co efemeryczna Mołdawia, ale România Mare – Wielka Rumunia jednocząca wszystkie ziemie zamieszkane przez ludność mówiącą po rumuńsku. To marzenie podsycał fakt, że w dwudziestoleciu międzywojennym Królestwo Rumunii sięgało aż do Dniestru, obejmując prawie całe terytorium leżącego pomiędzy tą rzeką a Karpatami dawnego Hospodarstwa Mołdawskiego.