Wyrzut koronalnyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wyrzut koronalny
Wyrzut koronalny
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 24,98 19,98
Wyrzut koronalny
Wyrzut koronalny
Wyrzut koronalny
Audiobook
Czyta Artur Bocheński
14,99 14,09
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tomasz Biedrzycki

Wyrzut koronalny

Saga

Wyrzut koronalnyCopyright © 2015, 2019 Tomasz Biedrzycki i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726195668

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

PROLOG

Dwadzieścia godzin przed czasem „X”, Goddard Space Flight Center, Maryland.

W długim, wąskim pomieszczeniu ustawiono dziesiątki komputerów i ekranów urządzeń elektronicznych. Powietrze wypełniał cichy szum dziesiątek wentylatorów, odprowadzających nadmiar ciepła. System sprawował kontrolę nad sondą SDO 1 , przekazującą w czasie rzeczywistym megabajty danych z kosmosu. Wąskie okna zasnuwała ciemność. W pomieszczeniu rozległo się ospałe szuranie nogami. Zza serwerowych szaf wyłoniła się wychudła postać naukowca. Zaczerwienione oczy wskazywały na długotrwały brak snu. Ciągnął ociężale nogę za nogą, wyglądając jak autentyczne zombie. Ożywił się dopiero przy automacie z kawą. Urządzenie zaszumiało i po chwili mężczyzna miał w dłoni kubek pełny gorącej, aromatycznej kawy. Z rozkoszą zanurzył w niej usta. Z każdym łykiem życie wstępowało w zmęczone ciało. I wtedy usłyszał głośny dźwięk telefonu komórkowego. Przestraszony wylał część gorącej mokka na koszulę. Mrucząc pod nosem przekleństwo, czym prędzej odebrał rozmowę. Ekran bezlitośnie wyświetlał prywatny numer kierownika projektu.

- Słucham? – Drżący głos naukowca wskazywał, że parząca go plama z kawy niepokoiła niemal tak samo, jak telefon szefa po północy.

- Larry, czy ja muszę do ciebie dzwonić, że alarm na S.D.O się włączył?- Głos kierownika projektu drżał z wściekłości. Naukowiec słuchał w milczeniu tyrady. Dopiero po dłuższej chwili westchnął i wszedł rozmówcy w słowo, gdy ten zamilkł by nabrać oddechu.

- Wyszedłem tylko po kawę. Wracam i zobaczę, co jest grane – ostatnie słowa naukowca zabrzmiały pojednawczo. To jednak wzbudziło nową falę emocji u szefa.

- Łaski nie robisz kolego. Jeśli nam się satelita wyłączył tak jak S.O.H.O 2 , to będziemy ugotowani! – Ostatnie słowa kierownik wypowiedział swoim słynnym „szeptem”. Naukowiec nie miał ochoty dłużej spierać się z rozsierdzonym przełożonym. W kilku krótkich słowach zakończył nieprzyjemny dialog i rozłączył się. Bez pośpiechu podążył w stronę niewielkiego centrum sterowania, sprawującego kontrolę nad satelitami obserwującymi Słońce. Dzisiejszą noc spędzał tu samotnie. Epidemia grypy przerzedziła szeregi zespołu. Larry wzruszył ramionami. Nigdy nie przepadał za towarzystwem. Ta praca była dla niego szczytem marzeń. Z westchnieniem ulgi usiadł w wygodnym fotelu i oparł dłonie na klawiaturze. Wystukał kilka poleceń. Na ekranie pojawił się komunikat o przejściu S.D.O w stan bezpieczny. Larry pamiętał kilka takich sytuacji, toteż bez zbytniego zdenerwowania zajrzał do logu systemu. To, co przeczytał, sprawiło, że rozbudził się natychmiast. Log kończył się nagle. Mężczyzna w głębi ducha pomyślał o stanie psychicznym kierownika, jeśli okaże się, że S.D.O został „zestrzelony” przez mikrometeoryt. Mimo braku kontaktu z urządzeniem, Larry wysłał polecenie przeprowadzenia diagnostyki przez systemy pokładowe satelity. Tknięty przeczuciem, zajrzał do surowych, nieobrobionych danych zbieranych przez S.D.O. Gdy ujrzał trzy ostatnie zdjęcia, kubek do połowy wypełniony chłodną już kawą spadł na marmurowe płyty podłogi rozbryzgując wokół brązową ciecz. Na ostatnim zdjęciu, aparat satelity uwiecznił potężny rozbłysk, zakrywający niemal całkowicie tarczę słoneczną. Serce podeszło Larremu do gardła. Natychmiast uruchomił główny panel sterujący. Na ekranach zasłaniających jedną ze ścian pomieszczenia pojawiły się odczyty przekazywane z innych urządzeń znajdujących się w przestrzeni, skierowanych na Słońce. Odczyty intensywności wiatru słonecznego rosły szybko w górę. W ciągu niespełna piętnastu minut przeanalizował spływające dane. Wychudła twarz Larrego była całkowicie blada, gdy drżącym palcem wystukiwał numer telefonu do kierownika. Trzy sygnały, które usłyszał w słuchawce, wydawały się trwać bez końca.

- Słucham? – Zaspany głos wskazywał, że szef zdołał zasnąć po pierwszym, niespodziewanym telefonie. Chudy mężczyzna starał się zapanować nad swoim głosem, ale słowa z trudem przechodziły mu przez ściśnięte gardło.

- Larry z tej strony… - Głos naukowca był nienaturalnie wysoki. W słuchawce rozległo się wściekłe sapnięcie przełożonego, ale nie zdążył się „rozkręcić”.

- Zarejestrowaliśmy rozbłysk na Słońcu, siła większa od rozbłysku Carringtona 3 przynajmniej o czterdzieści procent. Prawdopodobnie usmażył S.D.O…- Larry zdołał wreszcie zapanować nad swoim głosem. Odpowiedziała mu głęboka cisza. Mężczyzna sądził przez moment, że rozmówca się rozłączył.

- Zbieraj dane – ponury głos w słuchawce telefonu nie przypominał impulsywnego kierownika projektu Solar Dynamic Observatory. – Dzwonię do Białego Domu…

Gabinet prezydenta w Białym Domu, mimo późnej pory, wypełniał tłum ludzi. Pomiędzy nimi można było zauważyć szczupłą sylwetkę gospodarza, odzianego w szlafrok. Zaczerwienione oczy wskazywały na to, że brutalnie obudzono go ze snu. Na odgłos trzaśnięcia drzwi, spojrzenia zebranych zwróciły się na nowego przybysza. Był to niski, szczupły szatyn o zaciętej twarzy. Dyszał ciężko, jak po długim biegu. Odetchnął głęboko i przekroczył próg gabinetu owalnego. Na powitanie wyszedł mu doradca naukowy prezydenta. Uścisnął mu dłoń. Krótko i po żołniersku. Razem podeszli do głowy państwa.

- Panie prezydencie, przedstawiam szefa projektu Solar Dynamics Observatory Jimma Handona – kierownik z przesadną pieczołowitością uścisnął dłoń prezydenta. Nieproszony przez nikogo rozłożył na biurku dokumenty, które przyniósł w teczce pod pachą.

- Mamy najwyższy stan zagrożenia... – Handon w środowisku naukowym znany był z tego, że walił prawdę prosto z mostu. Przebywanie wśród polityków nie zmieniło go nawet na jotę. Niski, otyły sekretarz skarbu uniósł obie dłonie do góry, by powstrzymać potok słów naukowca.

- Hola panie Hendon. Proszę nie wchodzić w cudze kompetencje. – Szef sztabu, który pojawił się najwcześniej, pokiwał głową, milcząco popierając wypowiedź sekretarza skarbu. – To fakt – głęboki głos generała miał ton nieznoszący sprzeciwu. – Wysłuchajmy waszej rewelacji bez siania paniki.

- Z całym szacunkiem – wypowiedź generała została gwałtownie przerwana przez Hendona. Jego oczy zwęziły się a usta zacisnęły w wąską kreskę, jak zawsze, gdy ktoś próbował go wyprowadzić z równowagi. Podniesiony głos kierownika projektu sprawił, że ucichł szum rozmów. Wszyscy zwrócili swoją uwagę na szczupłego naukowca.

- Nie mamy czasu na gdybania i dyskusje – Hendon kilkoma szybkimi ruchami rozrzucił po biurku prezydenta fotografie odbite na kserografie. Szef sztabu próbował protestować, ale prezydent uciszył go jednym ruchem dłoni.

- To zdjęcia S.O.H.O – obraz przedstawiał ogromny łuk plazmy, częściowo tylko mieszczący się w kadrze. Złowieszczo wyginał się w stronę krawędzi zdjęcia. Rzucony obok, wydrukowany skan rozbłysku przypominał do złudzenia zdjęcie działającej lampy błyskowej.

- Zarejestrowana przed trzydziestoma ośmioma minutami. – Hendon westchnął i rzucił wprost w tłum kąśliwe słowa, umyślnie nadając im taki ton. Przedłużającą się ciszę przerwało spokojne pytanie prezydenta.

- Proszę nam zatem wytłumaczyć, cóż to takiego? I czym nam to grozi...

Hendon splótł dłonie na plecach. Przez głowę przeleciała mu myśl, że jeszcze nigdy nie miał tak wiekowych studentów. Czuł na sobie spojrzenia zebranych. Po raz pierwszy od bardzo dawna, poczuł odrobinę tremy. Nabrał powietrza, by rozpocząć krótki wykład. Zaczął drżącym głosem.

- To, co tu panowie oglądacie, to koronalny wyrzut masy i poprzedzający go rozbłysk promieni gamma. Siłą przekracza wszystko, co zdołaliśmy zaobserwować. Świetlny efekt rozbłysku już do nas dotarł. Kolejne mogą spowodować uszkodzenia urządzeń elektronicznych, zwłaszcza w lecących samolotach i satelitach na orbicie. – Szef sztabu poruszył się niespokojnie, co nie uszło uwagi prezydenta. Hendon zamilkł na moment, oddając głos generałowi, który cichym, zupełnie nieswoim tonem mruknął.

- Przed przyjazdem dostałem meldunek o trzech samolotach nad Atlantykiem, z którymi straciliśmy kontakt. American Airlines i jeden z Lufthansy. – Naukowiec wszedł wojskowemu w słowo.

- To pierwsze objawy. Słońce wyrzuciło w naszą stronę ogromną kulę naładowanego gazu. Istnieje ogromne niebezpieczeństwo zniszczenia układów energetycznych kraju.

- Jak w Quebecu 4 ? – Domyślnie zapytał sekretarz skarbu.

- Nie – żachnął się Hendon – nie jak w Quebecu. Zjawisko, o którym mówimy będzie niemal dwukrotnie silniejsze, niż rozbłysk Carringtona sprzed stu pięćdziesięciu lat. – Ostatnie słowa zabrzmiały ponuro, niczym zapadający na sali wyrok. Prezydent zdecydował się wkroczyć, rozwiać poczucie bezradności i niezrozumienia, które zasiał naukowiec. Spoglądając na trzymany w dłoni kieliszek z odrobiną martini, lekkim tonem zapytał.

- Cóż zatem będzie efektem tego zjawiska? Usmaży się parę satelitów, w kilku domach zgaśnie prąd? Nie będziemy mieli problemu z przyrostem naturalnym. – Śmiech głowy państwa pobudził salwę nerwowej radości doradców. Twarz naukowca pozostała ściągnięta i bez wyrazu.

 

- Niechże pan powie doktorze, nie trzyma nas w niepewności. – Prezydent wziął milczenie naukowca za objaw tremy. Poczuł się winny i poklepał go dobrodusznie po ramieniu. Hendon przez chwilę zbierał się w sobie. Widział, że żaden z obecnych w gabinecie, nawet kolega, witający go przy wejściu, nie zdaje sobie sprawy z sytuacji. Dziwnie, a zarazem strasznie, zabrzmiały w ustach naukowca słowa, którymi uraczył zebranych.

- Straty będą całkowite. Nagła zmiana pola magnetycznego spowoduje indukowanie prądu w sieciach energetycznych i zwykłych kablach. Urządzenia elektroniczne przestaną działać. System GPS zniknie, gdy satelity spłoną w atmosferze. Ta burza cofnie nas w rozwoju przynajmniej dwieście lat.

- Awaryjne źródła zasilania? – Generał odzyskał moc głosu, ale jego teza została brutalnie zmiażdżona przez ponurą wypowiedź Hendona.

- Niestety, obliczenia wskazują, że prąd będzie się indukował nawet w stosunkowo niewielkich obwodach. Nigdy dotąd nie spotkaliśmy się z czymś takim.

- Co pan zatem radzi? – Prezydent słuchając wypowiedzi naukowca spoważniał i wziął w smagłą dłoń poznaczoną siatką zmarszczek zdjęcie zrobione przez satelitę. Nitki plazmy rozwijające się w przestrzeni prezentowały się imponująco. W świetle tego jednak, co usłyszeli, wyglądały jak złowieszcze szpony sięgające w stronę odległej Ziemi.

- Żadnego Air Force One 5 . Mój zespół sądzi, że część baz podziemnych przetrwa w miarę nienaruszonym stanie. Ma pan około osiemnastu godzin na ukrycie się. Na godzinę przed uderzeniem chmury plazmy otrzymamy informację o jej polaryzacji i przybliżonej mocy za pośrednictwem satelity ACE. Potem zapadnie mrok... . – Hendon zawiesił głos, przenosząc wzrok z jednej twarzy na drugą, jak gdyby chciał ich upewnić, że jego przepowiednia się sprawdzi. Tylko generał wytrzymał jego zimny wzrok. Wydawało się, że to właśnie do niego naukowiec powiedział.

- Możemy spróbować wyłączyć wszystkie elektrownie. Być może ocaleje choć część oprzyrządowania – odruchowo zerknął na stoper, który włączył na odliczanie wsteczne w momencie, gdy z hiobową wieścią zadzwonił Larry. Wskazywał na niespełna szesnaście godzin. Czas uciekał bezpowrotnie...

ROZDZIAŁ I ZORZA POLARNA

Chłodny świt wstawał ospale. Smugi mgieł, wyganiane przez pierwsze, nieśmiałe promienie słoneczne, powoli nikły. Na wąskiej ulicy pojawiły się samochody. Zaspani, w wielu przypadkach niemal półprzytomni ludzie, podążali jak co dzień do pracy. Ruch powoli narastał, w miarę jak Słońce wznosiło się coraz wyżej. Zapowiadał się przepiękny poranek.

W pobliżu czynszowej, odrapanej kamienicy warknął silnik starego, wysłużonego Opla. Zielony samochód, porysowany i brudny, powoli wytoczył się na drogę. Tuż obok przemknął niski sportowy Nissan. Zatrąbił krótko, jak gdyby chciał sobie zarezerwować całą szerokość asfaltowej wstęgi. Znikł za zakrętem, pędząc z obłędną, jak na tak wąską ulicę, prędkością. Kierowca Opla, który wyszedł z wozu, by zamknąć za sobą niską, metalową bramę, pokręcił głową. Ruszył śladem szaleńca, spokojnie i bez pośpiechu. W radiu pamiętającym lepsze czasy cicho grała muzyka, pozytywnie nastrajając mężczyznę. Krótki odcinek pomiędzy domem a przedmieściami przebył w niespełna dziesięć minut. Zegar widoczny przy prędkościomierzu bezlitośnie wskazywał szóstą pięćdziesiąt pięć. Nie było szans by zdążył na czas do pracy. Wzruszył ramionami, nie zmieniając monotonnego tempa jazdy. Gdy zatrzymał się na czerwonym świetle, jako piąty czy szósty w kolejce, zegar pokazał siódmą godzinę. Niemal jednocześnie w kieszeni na piersi rozległ się dzwonek telefonu komórkowego. Łamiąc przepisy, leniwie sięgnął po jazgoczącego smartfona i odebrał rozmowę.

- Panie Marcinie, jest pan już w pracy? – W słuchawce rozległ się kobiecy, nerwowy głos. Fonię zakłócały trzaski, niczym w steranej płycie adaptera. Rozmówczyni nie dała kierowcy dojść do głosu, perorując podniesionym tonem – nie działa poczta elektroniczna i system ewidencyjny. Gdzież się pan podziewa?

- Jestem jeszcze w drodze – mówiąc, mężczyzna kątem oka dostrzegł zmianę koloru świateł. Przycisnął telefon ramieniem i nieporadnie przełączył bieg. Ruszył na moment przed tym, jak kierowca z tyłu nacisnął klakson.

- Droga była oblodzona i oczywiście drogowcy nie byli w stanie uwierzyć, że nawet w maju mogą zdarzyć się poranne przymrozki – silnik wył coraz głośniej na niższym przełożeniu. Kierowca przerzucił następny bieg. W trakcie tej czynności telefon wypadł mu na podłogę. Chwilę czasu to trwało, nim odszukał go, machając na oślep jedną z dłoni.

- ...halo...co za typ z tego Werockiego – zdołał usłyszeć w telefonie i wszedł kobiecie w słowo.

- Pani Basiu, będę za pięć minut. Zróbcie sobie przerwę na kawę – starał się, by jego głos brzmiał rześko, aczkolwiek odczuwał brak kofeiny w żyłach.

- Chwilę po wejściu? – Kobietę zamurowało.

- W takim razie zróbcie prasówkę – zirytował się kierowca – za dziesięć minut załatwię ten problem. A na razie się rozłączam. Nie mam ochoty płacić mandatu... – Nim kobieta zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, wyłączył się. Odrzucił telefon na puste siedzenie pasażera i uśmiechnął się w zamyśleniu. Kierowniczka działu magazynowego od dawna działała mu na nerwy. Dzisiejszy dzień, choć częściowo zrekompensował mu ustawiczne utarczki w pracy. „Akurat będą korzystać z emaila. Z rana i tak zawsze siedzą na portalach informacyjnych” pomyślał z przekąsem, skręcając do firmy. Minął radiowóz mrugający niebieską poświatą. Policjant z drogówki szedł w stronę zatrzymanego mercedesa. W dłoni trzymał alkomat. Marcin odruchowo zwolnił i skręcił wprost na firmowy parking. Dopiero wyłączając zapłon zorientował się, że radio przestało grać w połowie trasy. Wzruszył ramionami zamykając drzwi. Sprzęt elektroniczny, podobnie jak samochód, nie domagał się, a wręcz krzyczał o wymianę. Spojrzał na dwupiętrowy gmach i westchnął głęboko. Czekał go ciężki dzień...

Klimatyzacja ciężko pracowała w serwerowni, starając się w silnym, majowym słońcu utrzymać dwadzieścia stopni Celsjusza. W rogu szumiała potężna szafa. Przez przezroczyste drzwi, uspokajająco mrugały dziesiątki diod, raportujących ruch w sieci. Naprzeciwko, przy białej, wyblakłej ścianie stał szeroki stół, a na nim rozbebeszony komputer. Marcin nachylał się nad nim, siłując się z śrubami mocującymi płytę główną starego peceta do obudowy. Śrubokręt był stanowczo za mały i łeb śruby zaczynał się szczerbić. Mężczyzna napiął mięśnie, aby jednym ruchem uporać się z przeszkodą, gdy głośno zabrzmiał dzwonek służbowego telefonu. Ręka trzymająca narzędzie drgnęła, a ostrze śrubokrętu przeorało drukowane ścieżki tuż przy podstawie procesora. Zaklął pod nosem i odrzucił narzędzie. Z przesadnym zamachem sięgnął po telefon, podniósł słuchawkę i zapytał „jadowitym” tonem.

- Cóż takiego ważnego się stało? – W myślach przeleciał mu stek najgorszych przekleństw, gdy usłyszał drżący, zestresowany głos stażystki.

- Panie Werocki, nie wiem, czy powinnam... – Niepewnie wypowiadane słowa natychmiast zostały zablokowane przez złośliwą kontrę Marcina.

- Jak pani ma osiemnaście lat, to już pani powinna, oby tylko z właściwym facetem – zemścił się za zniszczoną płytę główną komputera. Teraz dodał już spokojniejszym tonem.

- Czy to coś ważnego? Ja tu naprawdę mam co robić! – Mówiąc to, mężczyzna słyszał w tle przyciszone szepty koleżanek. Nie bez powodu większość damskiej obsady go unikała. Telefon do złośliwego informatyka był heroizmem dla sporej części kobiet w firmie.

- No...właśnie – młodziutka dziewczyna, przyjęta bezlitośnie przez trzydziestolatka zaczęła się jąkać. – telefon...znaczy się...komórka...nie działa. – Stażystka odetchnęła głęboko i wzięła się w garść kończąc niezgrabny raport.

- To...znaczy działa, ale prawie nic nie słychać. – Powietrze w serwerowni przeszył nagły trzask wyładowania elektrycznego. Plastikowa obudowa stojącego pod ścianą UPS 6 spuchła, jakby była z plasteliny. Z powstałych szczelin zaczęły się snuć smużki czarnego, śmierdzącego dymu.

- Zaraz tam u was będę. – Warknął w słuchawkę mężczyzna i jednym ruchem wyciągnął przewód zasilający tlącego się UPS-a. Chwycił dymiące urządzenie i podniósł je w górę jak piórko, mimo że ważyło ponad cztery kilogramy. W kilka chwil wybiegł przed budynek i postawił skwierczące pudło pod starą, przerdzewiałą siatką. Cofnął się kilka kroków i zrobił to w samą porę. Przód obudowy, wykonany w całości z tworzywa sztucznego wystrzelił kilka kroków naprzód, uderzając w zderzak jednego z wielu zaparkowanych aut. Części rozerwanego akumulatora rozsypały się przed elektryczną bombą, w jaką zamienił się UPS.

- Dziś nie sylwester panie Marcinie, nie pora na fajerwerki – odezwał się zachrypnięty, przepity głos firmowego kierowcy, który wyłonił się zza węgła trzymając w ręku dymiącego papierosa.

- A jakże panie Zdzisiu, a jakże... – Informatyk uśmiechnął się do pięćdziesięciolatka szeroko. Zaczerwieniona twarz kierowcy wskazywała na znaczny nadmiar wypitego alkoholu.

- Próby czynią mistrza. – Dodał z przekąsem Marcin spoglądając na osmalone pudło.

- Zerknie pan na to? Ja muszę iść na górę – na prośbę Werockiego, kierowca ospale pokiwał potakująco głową mrucząc

- Się rozumie, nikt tego nie podprowadzi... – Ton głosu wskazywał, że albo pan Zdzisio jeszcze nie wytrzeźwiał po wczorajszym dniu, albo już zaczął leczyć się klinem... . Marcin nie miał ochoty tego roztrząsać. Ze słowami.

- Ma pan u mnie browara! – Pogonił na pierwsze piętro, mijając dwóch czy trzech interesantów, karnie siedzących przed drzwiami do działu marketingu. Nacisnął klamkę ostatnich drzwi długiego korytarza i wszedł, koncentrując na sobie spłoszone spojrzenia obecnych tu kobiet. Siedziały skupione razem, przy długich biurkach ustawionych na środku obszernego pomieszczenia. Niemal z lękiem w oczach spoglądały na przybysza. Ten jednak postanowił być wspaniałomyślny.

- Telefon proszę – pstryknął palcami. Stażystka, niska i krępa dziewczyna, ledwie mające dwadzieścia lat, podała mu pachnącą świeżością komórkę. Nie zaszczycił jej nawet spojrzeniem. Całą uwagę skupił na urządzeniu. Szybko sprawdził zasięg i działanie telefonu. Następnie, z triumfalną miną wystukał numer do sekretariatu i przyłożył komórkę do ucha. Chwilę czekał na połączenie. Usłyszał jak ktoś odbiera telefon i w słuchawce zatrzeszczało.

- ...ariat....- Rozmowa została gwałtownie zakończona. Zdziwiony spojrzał na trzymane w ręku urządzenie, jakby mogło mu odpowiedzieć na pytanie czające się w oczach.

- Zupełnie nowy telefon.- Mruknął pod nosem, bardziej do siebie, niż do zebranych kobiet. Jednym ruchem schował go do kieszeni i oznajmił tonem nieznoszącym sprzeciwu.

- Ta bestia pojedzie na gwarancję. Panie muszą sobie poradzić z pogaduszkami bez komórki. Tylko stacjonarka. – Z tymi słowy opuścił pokój. Kobiety spojrzały na siebie. Jak na Marcina, to obeszło się całkowicie bezboleśnie. Informatyk nie przeszedł nawet dziesięciu kroków na korytarzu, gdy usłyszał za sobą głos kierownika działu kadr.

- Panie Marcinie, co z tymi telefonami? Siadły wszystkie łącza – w głosie mówiącego brzmiało zdziwienie, gdy dodał.

- Niech mnie pan poprawi, jeśli się mylę, ale przecież mamy nową centralę, skąd więc ta awaria? – Kierownik na poparcie słów wzruszył bezradnie ramionami. Marcin miał wiele sentymentu dla tego starszego, siwiejącego już mężczyzny. Podszedł do niego lekkim krokiem i z uśmiechem na twarzy uspokoił go.

- Niech pan się nie przejmuje, panie Leonie. Czwarta za pięć minut, więc już czas na fajrant. Będę wracał do domu, to zgłoszę awarię w siedzibie telekomunikacji. Przyjadą monterzy, załatwią temat w godzinę. Szkoda nerwów. – Uścisnął wychudłą, pokrytą zmarszczkami dłoń kierownika.

- Miłego popołudnia panie Leonie.

Ekran monitora oświetlał twarz mężczyzny, wyświetlając dziesiątki linii kodu. Dla postronnego obserwatora był to bezładny zbiór liter i cyfr. Dla Marcina, szczyt poezji i uporządkowania. Nie przepadał za ludźmi, właśnie przez ich chaotyczność. Program, obojętnie jak bardzo skomplikowany, był uosobieniem porządku. Każda linia, każda komenda pełniła określoną, ściśle przewidzianą rolę. Ewentualny błąd był skazą, którą można było usunąć albo poprawić. Wprowadzając zmiany w jednej z funkcji warunkowych, Marcin uśmiechnął się do swoich myśli - „Gdyby tak można było poprawić umysł takiej stażystki. Przeprogramować na normalne zainteresowania i jeden typ humoru przez cały miesiąc.” Poczuł znużenie. Siedział przy klawiaturze od przeszło czterech godzin, toteż stwierdził, że najwyższy czas na przerwę. Przeciągnął się na krześle i wstał, rozprostowując zdrętwiałe nogi. Wtedy z niejakim zdziwieniem zorientował się, że za oknem wciąż jest jasno. Zamrugał oczami, bezwolnie spoglądając na zegar w górnym rogu ekranu. Wskazywał na grubo po dwudziestej drugiej. Z zaciekawieniem odchylił zasłonkę i zamarł urzeczony widokiem rozgrywającym się na niebie. Zazwyczaj było czarne, co najwyżej upstrzone gwiazdami. Tym razem rozjaśniała je zorza. Czerwono zielone barwy przechodziły w błękit i fiolet. Natura zafundowała nieziemski widok mieszkańcom średnich szerokości geograficznych w takiej palecie, jakiej nie dostarczało nawet za kołem podbiegunowym. Widok zapierał dech w piersiach. Błękitno fioletowa poświata na podobieństwo skrzydła anioła wyginała się nad widnokręgiem, drgając, zmieniając się niczym żywa rzeźba. Wtórowały jej znacznie wyżej pojawiające się zasłony skrzące się czerwienią. Marcin otworzył okno i wychylił się. Mieszkał na pierwszym piętrze kamienicy i miał doskonały widok na podwórze. Stało tam kilka osób. Nikt nie zwrócił uwagi na otwarte okiennice. Wszyscy wpatrywali się w niebo. Gdzieś w oddali rozległ się trzask elektrycznego wyładowania. W oddali, nad słupem wysokiego napięcia pojawiła się iskra łuku elektrycznego. Trwała nie dłużej niż ułamek sekundy, niczym monstrualna lampa błyskowa. Chwilę później, znacznie bliżej zabłysł słup, zawierający transformator niskiego napięcia. Okolicę zalało przeraźliwie białe światło, odrywając uwagę zebranych od wspaniałego przedstawienia na niebie. Iskry z eksplodującej skrzyni wzniosły się łukiem nad zgromadzonymi ludźmi i zgasły razem ze światłami wokół. Na przewodach elektrycznych pojawiły się roje błysków białego światła. Marcin odskoczył od okna. Z palców, ku metalowej klamce poleciały iskry ładunku statycznego. Na jego oczach ekran komputera zabłysł rozpaczliwie jasnym światłem, zgasł i zaczął dymić. Ukryte w obudowie komputera twarde dyski, zaczęły wyć rozpaczliwie obracając się znacznie szybciej niż to było dopuszczalne. Prąd indukowany w obwodach przez burzę magnetyczną przepalał je z głośnym trzaskiem. Z kuchni snuł się dym z płonących izolacji kabli elektrycznych. Jedno z wyładowań sięgnęło Marcina. Zupełnie się tego nie spodziewał. Uderzenie prądu zadziałało jak paralizator, pozbawiając go przytomności.