Otchłań Ganimedesa 1. EmigrantTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tomasz Biedrzycki

Otchłań Ganimedesa 1: Emigrant

Saga

Otchłań Ganimedesa 1: EmigrantCopyright © 2015, 2019 Tomasz Biedrzycki i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726195675

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

4 kwietnia 2082 r.

Trzeci księżyc Jowisza Ganimedes. Stacja podwodna Międzynarodowej Organizacji Pokoju. (International Peace Organization-IPO)

W ciemnościach niezmierzonej głębi wszechoceanu zabłysło silne, halogenowe światło kierunkowe, wyznaczające podejście do głównego hangaru kolonii. W miarę zbliżania się do niej, można było rozróżnić coraz więcej szczegółów. Ogromna stalowa kula unosiła się swobodnie w ciemnościach oceanicznej nocy. Jedynie gruby na czterdzieści metrów słup stabilizujący schodził w dół i nikł gdzieś w ciemnościach bezkresnej głębi. Dookoła stacji poruszała się chmara niewielkich pojazdów, wyglądających niczym setki mrówek krzątających się wokół mrowiska. Przy podstawie węzła stabilizującego błyskały wyładowania podwodnej spawarki, niosąc daleko w toń głośny warkot. Część powierzchni kuli uchyliła się i mrok toni rozświetliło mdłe niebieskie światło wydobywające się z niewielkiego hangaru. Niemal nie burząc spokojnej toni, pośród poświaty pojawiły się dwa wrzecionowate kształty. Ich poszycie poczęło przyjmować kolor otoczenia, znacznie ciemniejąc. Żaden z nich nie posiadał świateł pozycyjnych. Zostawiając za sobą ślad w postaci nieco cieplejszej wody, skierowały się wprost w stronę jasno oświetlonego, ciężkiego transportowca, płynącego w stronę kolonii. Do niedawna był to jeden z potężnych, dawnych drobnicowców, przerobiony na potrzeby przewozu najuboższych – imigrantów uciekających z piekła kwaśnych deszczy i radioaktywnego opadu w które zamieniła się Ziemia. Przy niewielkich iluminatorach, które ciągnęły się wzdłuż głównego pokładu transportowca pojawiły się tysiące twarzy. Szczęśliwców, którym udało się zebrać osiemdziesiąt dwa tysiące zenithów na bilet Ziemia – Jowisz, w jedna stronę. Jeden z imigrantów odwrócił głowę od szerokiego, grubego iluminatora. Miał pociągłą, smukłą twarz, częściowo ukrytą pod pokaźnym zarostem. Silnymi ramionami utorował sobie przejście w gęstniejącym tłumie by dotrzeć pod wewnętrzną wręgę wznoszącą się niczym łuk w świątyni. Widział jak na jego miejsce natychmiast wepchnęło się kilka osób, podobnie jak on, obdartych pozbawionych wszystkiego ludzi, pragnących odnaleźć swoją szansę. Z westchnieniem ulgi oparł się o chłodny metal konstrukcji i zamknął oczy, starając się nie słuchać okrzyków i wrzasków, jakimi nowo przybyli raczyli rozciągające się przed nimi widoki. Jakże ten świat był odmienny od zostawionej daleko Ziemi. Woda niby ta sama a jednak inna. Potężna stukilometrowa warstwa lodu doskonale zabezpieczała przed bombardowaniem meteorytowym, nawet teraz była ledwie widoczna w górze. Znikła groźba słonecznego promieniowania, która na Ziemi, ze zniszczoną do cna warstwą ozonową była śmiertelną pułapką. Martin spod przymkniętych powiek zerknął na siedzącego obok starego Ress’a. Siwy mężczyzna przysiadł na chwilowo wolnym stalowym krześle. Jego twarz została potwornie zniekształcona przez promieniowanie ultrafioletowe. Przerażające, zasłonięte bielmem oczy, zniszczone przez chorobę, nie pozwalały staremu widzieć. A jednak przyjechał tu. Na Ganimedesie, podobnie jak na drugim księżycu Jowisza, Europie, otwierał się dla ludzi nowy świat, pełen nowego życia, nowych szans i pozbawiony ziemskiej beznadziei. Martin miał to szczęście, że nie wywodził się ze skrajnej biedoty, do której zaliczała się większość współtowarzyszy podróży, Podróżował w takich warunkach, gdyż reszta rodziny znajdowała się właśnie w połowie drogi do Jowisza. I miał nadzieję, że gdy tu dotrą za dwa lata, będzie ich miał gdzie przyjąć. Dotknął ręką kieszeni na piersiach, tam gdzie trzymał swą przepustkę do normalnego życia na Ganimedesie. Swój życiorys i licencję pilota łodzi podwodnych. Z głośnika umieszczonego pośrodku wielkiej hali, gdzie się znajdował, dobiegł głos kapitana „Stradivariusa”.

- Uwaga podróżni. Za moment podchodzimy do węzła cumowniczego w kolonii IPO „Odnowa”. Uprasza się o zabezpieczenie kajut. Najpóźniej za pięć minut należy zająć przydzielone fotele antywstrząsowe. Dziękuję za uwagę. – Martin otworzył oczy i wystartował niczym pocisk, by zdążyć przed tłumem, który ruszył niczym lawina z pasażu widokowego. W ostatniej chwili wskoczył do sekcji ciśnieniowej i odszukał wąską kajutę, przypominającą głęboki kosz na śmieci, w którym spędził ostatnie dwa miesiące. Tabliczka wyświetlacza z wypisanym nazwiskiem „Martin van Hansen” nie pozostawiała złudzeń, do kogo należała ta smrodliwa nora. Chwycił swój niewielki bagaż, leżący w środku, zatrzasnął ciśnieniowy właz do kajuty i pognał w stronę kabiny pasażerskiej. Przydały się nawyki przyniesione z wojska. Martin zajął swoje miejsce w niewygodnym siedzisku jako jeden z pierwszych. Sala manewrowa zapełniała się błyskawicznie, a szum wentylatorów wzmagał się, w miarę jak przybywało ludzi w twardych, wąskich fotelach. Hansen zaczął się zastanawiać dlaczego system wymiany powietrza czyni tyle hałasu a atmosfera gęstniała z każdą minutą. Równo w pięć minut po ostrzeżeniu kapitana, wzdłuż korytarzy transportowca rozległ się jęk syren ostrzegawczych. Ogromnym kadłubem pojazdu zaczęły wstrząsać drgawki, wzbudzane przez dość gwałtowne manewry sterników. Każdy zdołałby wydedukować, że nie złapali się na lepszą fuchę właśnie z powodu swoich umiejętności. Martin zacisnął zęby gdy jeden z agresywniejszych manewrów spowodował, że żołądek podjechał mu do gardła. Na sali rozległy się odgłosy wymiotów, które spowodowały ich całą falę. Do zaduchu panującego w pomieszczeniu doszła jeszcze kwaśna, ohydna woń. W ciągu niecałych dziesięciu minut zapełniły się niemal wszystkie worki przy fotelach. Wreszcie rozległ się upragniony przez umęczonych pasażerów, daleki i przeciągły zgrzyt oraz narastające metaliczne postukiwania. Moment później wszystko ucichło a świetlówki, jarzące się do niedawna zielonkawym, słabym światłem, po podłączeniu do sieci elektrycznej ogromnej kolonii zabłysły pełna mocą. Zamknięte dla bezpieczeństwa drzwi ciśnieniowe, otworzyły się na całą szerokość, wpuszczając do sali manewrowej nieco świeższego powietrza. W głośnikach rozległ się głos kapitana, choć niewielu zmaltretowanych kolonistów zarejestrowało tę wypowiedź.

- Tu kapitan „Stradivariusa” Jack Brown. Dziękuję państwu za wspólny, tygodniowy rejs i życzę wraz z załogą powodzenia w nowym świecie. Zainteresowani mogą udać się do okrętowego punktu informacji. Chciałbym również ogłosić, że rozpoczynamy rekrutację do załogi „Stradivariusa”. Oczekujemy chętnych w mesie załogi od godziny 14 do 18 czasu okrętowego. – Gong oznajmił koniec monologu. Van Hansen ociężale podniósł się z miejsca a jego twarz stopniowo przyjmowała normalną barwę. Zachował honor, jego worek pozostał pusty, chociaż naprawdę niewiele brakowało... . Drżenie pokładu towarzyszące im przez cały czas pobytu znikło a wzdłuż ścian pojawiły się świecące ekrany wskazujące drogę do wyjść. Van Hansen ściskając niewielką czarną torbę w której miał cały dobytek, na miękkich nogach ruszył w tamtą stronę. Jak na dany znak hala pasażerska zaroiła się od setek pasażerów, wychodzących z kilku kabin manewrowych. Cały ten potykający się tłum zielonych jeszcze twarzy, przeciskał się stalowoszarymi korytarzami. Martin z uznaniem spoglądał na cztery pięciometrowej średnicy klapy wyjściowe, przez cały czas rejsu zamknięte na głucho. Gdy wchodził na „Stradivariusa”, był półprzytomny, świeżo zbudzony z hibernacji i marzył tylko o tym, by położyć się w kajucie. Dopiero teraz mógł ocenić imponującą konstrukcję, wznoszącą się wysoko nad głową. Za potężnymi śluzami kusiły szerokie, oświetlone korytarze. Daleko z przodu czekała jeszcze odprawa paszportowa a dalej kłębił się tłum gapiów i przechodniów. Martin szedł o zakład, że wśród tej kłębiącej się ciżby, której ubrania mieniły się wszystkimi kolorami tęczy, znajdowało się mnóstwo wszelakiej maści złodziei i naciągaczy. Cierpliwie odstał swoje dwie godziny i ściskając w ręku magnetyczną kartę stałego pobytu, wszedł w oszałamiający świat „Odnowy”. Ta znakomicie utrzymana stacja była wizytówką IPO oraz największego konsorcjum działającego na Ganimedesie, Cygnus Corporation. Na Ziemi wielokrotnie czytał o nasilających się napadach piratów, którym sprzyjała bez wątpienia utrudniona łączność w głębinach Ganimedesa ale wśród tłumu osób nie sposób było zauważyć niepokoju czy nerwowości tak powszechnej na zatłoczonych ulicach zatrutych miast Ziemi. Spodziewał się wąskich, stalowych kiszek a szedł szeroką, jasno oświetloną promenadą. Wątpliwości, które targały nim od momentu opuszczenia ojczystej planety, gdzieś znikły. Jasne, zadowolone twarze przechodniów napawały optymizmem wysokiego bruneta. Zerknął na trzymany w ręku zwijany e-papier z faksem, otrzymanym w czasie lotu międzyplanetarnego. W oczy rzucało się opalizujące logo Vortex Corporation stylizowane na wir wodny. Zaprosili go na rozmowy, podczas gdy leżał w hibernacji. Z zamyślenia wyrwał go jakiś obdartus, który błagalnie wyciągnął dłoń ku niemu. Van Hansen spojrzał nań ze zdumieniem. Na Ziemi był to widok powszechny, ale tu nie spodziewał się tego samego. Od niechcenia rzucił jedną z ostatnich posiadanych przez niego monet, którą żebrak łapczywie chwycił i znikł gdzieś w tłumie. Martin potrząsnął głową. „Duma IPO i takie obrazki” pomyślał z ironią o przeczytanym gdzieś sloganie reklamowym i ruszył wprost w stronę szerokiego ekranu wyświetlającego dobrze mu znane logo Vortex. Przesłaniało część potężnej skalnej ściany, którą kończyła się promenada. Poniżej ekranu reklamowego widniały szerokie drzwi z przyciemnianego szkła. W tym miejscu musiały kosztować fortunę. Wyróżniały siedzibę korporacji spośród dziesiątek innych, standardowych drzwi z szarego metalu. Tłum ludzi rzedniał, niewielu kierowało się stronę szklanego wejścia. Gdy Martin wchodził do środka, towarzyszyło mu jedynie dwóch szczupłych, wysokich mężczyzn w starannie skrojonych garniturach. Ściskali czarne, niewielkie walizki i byli nieobecni wzrokiem, śpiesznie wędrując w czeluść ogromnego biurowca, rozciągającego się za wejściem. Hansen zatrzymał się zaraz w szerokim atrium, spodziewając się tłumu biegających wszędzie pracowników. Przywitała go cisza i zapach prawdziwych, ziemskich roślin. Trzy ogromne paprocie stały tuż obok oczka wodnego. W oddali widniały szerokie schody, gdzie podążyli towarzysze Martina. On sam skierował się w stronę portiera, siedzącego za marmurową ladą. Nienaganna fryzura, garnitur od Armaniego kontrastowały z komicznym, znudzonym wyrazem pociągłej twarzy. Spod przymkniętych powiek obserwował van Hansena, który w swym znoszonym ubiorze rzucał się w oczy w bogatym wnętrzu.

 

- Słucham uprzejmie – bezbarwny, neutralny głos portiera nie zachęcał do konwersacji. Przybysz wyglądał na kogoś, kto nie ma grosza przy duszy.

- Do działu zatrudnienia – odpowiedział chłodno van Hansen, kładąc przed oczami swego rozmówcy, który nawet nie raczył wstać, faks z zaproszeniem na rozmowę z podpisem wicedyrektora oddziału korporacji. Jeden rzut oka spowodował, że portier podniósł się z wygodnego fotela i z uznaniem spojrzał na skromnie odzianego przybysza. Usłużnie wskazał drzwi wyłożone prawdziwym mahoniem i rzekł ciepło, wręcz przyjacielsko.

- Tędy proszę pana, drzwiami na wprost. Natychmiast powiadomię panią dyrektor o pańskim przybyciu – zmiana zachowania portiera zaskoczyła Martina. Bez słowa ruszył we wskazanym kierunku, słysząc w tle cichą rozmowę swego niedawnego rozmówcy. Chwycił za klamkę, otworzył lekkie drzwi i przekroczył próg, znajdując się w innym świecie. Szeroki korytarz oszałamiał lekkością. Półprzezroczyste ściany wydawały się unosić nad jasną podłogą wyłożoną samo odkurzającą się wykładziną. Nie miał jednak czasu podziwiać otoczenia, gdyż z końca odezwał się miękki alt dyrekcji.

- Martin van Hansen? – emigrant machinalnie skinął głową, taksując wzrokiem filigranową sylwetkę Azjatki w gustownie skrojonym kostiumie. Jasna cera, ogromne oczy i smukłe nogi wzbudziły w van Hansenie głębokie zdumienie. Natłok wrażeń poczynał go miażdżyć niczym ciśnienie wody. Nigdy nie bywał w takich miejscach na Ziemi – o ile w ogóle istniały, w co zaczynał wątpić. Serdeczny, acz stonowany uśmiech pani dyrektor ośmielił Martina. Gest delikatnej dłoni zaprosił do niewielkiego ale gustownie urządzonego gabinetu. Nie mógł oderwać oczu od smukłej sylwetki kobiety, choć miała dobrze pod czterdziestkę. Utrzymanie wyglądu dwudziestolatki musiało kosztować fortunę. Kobieta usiadła za szerokim biurkiem i ze śnieżnobiałym uśmiechem wskazała szeroki, wygodny fotel wykładany nieznanym Hansenowi materiałem. Usiadł w nim, stwierdzając w myślach, że bez wątpienia był to najwygodniejszy mebel, na kiedykolwiek siedział.

- Witamy serdecznie na Ganimedesie – za rozmówczynią emigranta ściana zmieniła się w szeroki ekran. – Nazywam się Lane Derways i muszę przyznać, że niecierpliwie czekaliśmy tu na pana... – słuchał jej z rosnącym zaskoczeniem. Na Ziemi jedyną pracą na jaką mógł liczyć, był robotnik stoczniowy, mimo kursów, studiów i uprawnień. Takie wnętrza i takie kobiety co najwyżej oglądał w telewizji kablowej. Zapadła na chwilę cisza zaniepokoiła kobietę.

- Chyba się pan nie rozmyślił...? – zawiesiła głos uważnie spoglądając na Martina, którego twarz to bladła, to nabierała kolorów.

- Nie – chciał żeby to zabrzmiało mocno, po męsku, ale wyszedł z tego cienki pisk kociaka. Wydawało się, że bogini siedząca przed nim nie zwróciła na to uwagi. Usiadła wygodniej na fotelu, który natychmiast zmienił kształt oparcia dostosowując się do nowej pozycji i rzekła, patrząc Martinowi prosto w oczy.

- Licencje lekkich i średnich łodzi podwodnych to znakomita rekomendacja, zwłaszcza sygnowane przez ośrodek Dr. Floustona. Oczywiście brakuje panu praktyki, ale tu szybko pan to nadrobi... – van Hansen słuchał tego jak przez mgłę, skupiając się na kształtnych ustach swej rozmówczyni. Jak dla niego, każde ich poruszenie było idealne.

- ... od tej pory korporacja rozszerza obszary swej działalności. – usłyszał zaledwie koniec wywodu i wreszcie oderwał wzrok od ust by wpaść w otchłań ciemnych oczu. Wydawało się, że widzi w nich iskierki przekory.

- Niech się pan skupi panie Hansen – Derways podała emigrantowi płaski czytnik linii papilarnych. – Proszę o podpis na umowie – Martin znał ją doskonale, wertując każdy paragraf dziesiątki razy podczas długiego rejsu „Stradivariusem”. Z westchnieniem ulgi przyłożył kciuk do czytnika.

- Sprawy formalne za nami – kobieta obdarzyła go swym szatańsko rozbrajającym uśmiechem i podała dłoń.

- Gratuluję. W firmie mówimy sobie po imieniu, Lane – przedstawiła się, lekko muskając potężną dłoń emigranta, budząc w nim dreszcz. Van Hansen zaczął się zastanawiać, co umowa przewiduje w przypadku molestowania przełożonej. Na całe szczęście głos dyrektorki przywołał go do porządku.

- Teraz pora na konkrety – za plecami Derways rozbłysła mapa północnej części Ganimedesa i ukazała powiększający się fragment ze skalą w zawrotnym tempie mknącą w dół.

- Proponuję Ci przydział do kolonii A-12 właśnie tu – wskazała jasną, starannie utrzymaną dłonią jasny punkt pośrodku mapy. Zauroczenie panią dyrektor nagle wywietrzało Hansenowi z głowy. Fachowym okiem ocenił odległość, choć Derways szybko zmieniła przecież skalę.

- O ile się nie mylę, to ponad osiemset kilometrów stąd, tam dopiero rozpoczyna się kolonizacja – przyjrzał się dokładniej najbliższemu otoczeniu kolonii, które na mapie wydawało się co najmniej skromne. Składy paliwa, kilka „mokrych” hangarów bez osłon ciśnieniowych i główna bryła kolonii. Niewiele.

- Oczywiście, stanowi to pewną uciążliwość – zaczęła Derways, z uwagą ważąc słowa. Przez chwilę milczała, nadal obdarzając swego rozmówcę promiennym uśmiechem, którego nie było już w jej oczach.

- Jesteś doskonale poinformowany co do postępów firmy. To znakomicie. W związku z tym, chciałam również poinformować Cię, iż przebywanie w strefie bezpośredniej kolonizacji wiąże się z dodatkową gratyfikacją pieniężną – przerwała na chwilę, by sprawdzić, jaki skutek odnoszą jej słowa. Sądząc po wyrazie twarzy Hansena, bez wątpienia zarzuciła przynętę.

- Zarząd upoważnił mnie do zaproponowania stawki w wysokości 120% podstawy oraz dodatkowo podwójna stawka za każdy dzień pobytu w strefie walki o ile taka wystąpi. Co pan na to panie van Hansen? – emigrant, który nie zdołał się jeszcze do końca oswoić z kwotą wymienioną w zaproszeniu na rozmowę kwalifikacyjną, teraz wyglądał jak człowiek, który otrzymał cios obuchem siekiery prosto między oczy.

- Jak się tam dostanę? – ku swemu niezadowoleniu ponownie nie zapanował nad głosem.

- Chcę upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – ekran za plecami Derways zmienił się w obraz ukwieconej łąki, który nabrał nagle głębi a powietrze przesyciło się zapachem świeżych traw.

- W doku numer szesnaście stoi nasza łódź naprawcza, model Ocean 12. Nie powinieneś mieć z nią kłopotów. Przeprowadzano tu jej generalny remont i pora odprowadzić ją na A-12, zwłaszcza, że z pewnością przykro odczuwają jej brak. Na pokładzie czeka już nawigator - mechanik, który nadzorował remont. Łódź nosi nazwę „Ari”. Po dotarciu do kolonii – przerwała na chwilę, sprawdzając coś na ekranie komputera i ciągnęła dalej - zgłosisz się do Jeana Santano. To bosman portowy kolonii i zajmuje się takimi żółtodziobami jak Ty... – przerwała widząc spojrzenie Martina. Zachęcająco kiwnęła głową i emigrant zapytał już swym zwykłym głosem.

- Widziałem, że Vortex dysponuje oddziałami łodzi bojowych. Czy jest szansa na pracę w takim charakterze? – odważniej spojrzał w głębokie oczy dyrektor Derways, która odpowiedziała nie odwracając wzroku

- Firma wszystkim nam umożliwia awans, dlatego nikt Ci nigdy nie zabroni złożyć podania o przyjęcie. Jednym z pierwszych wymagań jest roczny staż w zespole pilotów transportowych. – Emigrant pokiwał głową ze zrozumieniem. Wielokrotnie czytał o bajecznych zarobkach korporacyjnych pilotów bojowych i zdawał sobie sprawę, że dostanie się do tego elitarnego grona nie będzie prostą sprawą. Skłębione myśli przerwał mu głos dyrektorki.

- Jeśli nie masz więcej pytań, możesz ruszać. W recepcji odbierzesz karty dostępu i ubranie służbowe. – Wyciągnęła dłoń, dając znać, że nie spodziewa się dłuższej dyskusji, uścisnęła delikatnie potężną prawicę Hansena. Zanim zdążył wstać z wygodnego fotela, Derways zdążyła odebrać wideofon i zaczęła rozmawiać z kimś w nieznanym Martinowi języku. Wydawało się, że natychmiast wyrzuciła z pamięci rozmowę z nowo przyjętym pilotem, ale wychodząc mógł przysiąc, że mrugnęła doń ukradkiem. Czuł już natłok wrażeń a dzień się przecież dopiero zaczął. Jak we śnie odebrał nowiutki ciemnobrązowy garnitur, workowaty, szary strój roboczy w który błyskawicznie się przebrał, korzystając z ubikacji wskazanej przez usłużnego portiera. Wreszcie, w kieszeń na piersi schował przepustkę do nowego, lepszego życia, niewielką kartę z logo Vortex i dopiskiem „Cargo pilot”, zawierającą jego aktualne stanowisko i dwadzieścia tysięcy zenithów zaliczki. Hansen nie przypominał sobie, by kiedykolwiek trzymał w dłoni takie pieniądze nie licząc kredytu zaciągniętego na podróż. Stając przy wyjściu zawahał się, nie wiedząc, czy ruszyć na pasaż handlowy, czy do portu. Zawodowa ciekawość przeważyła i zaczął się zastanawiać kogo spośród przewijającego się tłumu zagadnąć o drogę, gdy nad tłumem dostrzegł ogromną mapę całego poziomu kolonii na której się znajdował. Okazało się, że doki są niemal za rogiem. Ruszył tam bez wahania i kierując się informacjami spotkanych przygodnie ludzi, skierował się do sekcji portowej. Mijał coraz więcej emigrantów, doskonale rozpoznawalnych po zabiedzonych twarzach i nędznych łachach na grzbiecie. Wreszcie dotarł do szerokiego korytarza. Przeszedł nim energicznie i przystanął zafascynowany widokiem, który się rozciągał za nim. Stał u wrót wielkiej kawerny, której strop piął się wysoko w górę, sprawiając wrażenie ogromnej katedry. W uszy Hansena uderzył hałas spawarek i maszyn. „Doki cywilne” jak głosił napis na ścianie, tętniły życiem. Płaskimi, kamiennymi molami przemieszczały się dziesiątki elektrycznych pojazdów i tysiące ludzi. Martin zaczął się zastanawiać, w jaki sposób zdoła wejść w ten tłum, bez narażania się na poturbowanie. Wydawało się, że nabrzeżami doków zawładnął chaos. Stojąc przez chwilę, odnalazł w nim prawidłowość. Wąż pieszych kierował się w stronę szeregu wąskich, ciśnieniowych drzwi nad którymi jasno świecił napis w języku niemieckim i angielskim „doki zewnętrzne” a każde drzwi zdobił numer od jednego do dziesięciu oraz wskaźnik ciśnienia. Drugi strumień podróżnych, wśród których było wiele pojazdów, przemieszczał się w przeciwną stronę. Gdyby nie wysokie, stalowe sklepienie, można by pomyśleć, że są to doki niewielkiego, ziemskiego portu. Wszystko było podobne a jakże inne. Przede wszystkim brakowało kadłubów zwykłych łodzi i poduszkowców. Mimo to nie zauważył wolnego miejsca przy nabrzeżach. Szare, stalowe kształty przywodzące na myśl obłe pękate puszki różnej długości. Tam numery zaczynały się od jedenastki, toteż Martin zdecydował się i szybkim ruchem wślizgnął się w nieustający ludzki potok płynący w stronę nabrzeży i zacumowanych tam jednostek. Unikając stratowania, przecisnął się wprost pod stalową tablicę z napisem „Dok 16”. Gdy się tam znalazł, stanął ,zdezorientowany. Dok, niczym długa gąsienica , ciągnął się na długości co najmniej czterystu metrów. Kołysało się tu z pięćdziesiąt jednostek, różnego przeznaczenia i wielkości. Nie rozpoznawał nawet części z nich. Ponad połowa była małymi jednostkami przeznaczonymi do konserwacji sprzętu na dużych głębokościach – ot takie ruchome skafandry. Ale kilkanaście innych imponowało rozmiarami. Wśród nich znalazł się nawet pełnomorski okręt podwodny. Szedł powoli wzdłuż nabrzeża, mijając członków załóg oraz zwykłych gapiów i zastanawiał się, kto i dlaczego traci tyle energii na zapewnienie cywilnym łodziom komfortowych warunków cumowania. Usunął się na bok, by przepuścić kilku potężnych marynarzy, dźwigających jakąś skomplikowaną część mechaniczną, ociekającą olejem i wodą. Wtedy jego wzrok padł na świeżo pomalowany kadłub starszego już typu łodzi transportowej. Woda omywała jasnoszare, obłe kształty burt przywodzące na myśl ogromną puszkę po piwie. Niewielka, okrągła nadbudówka, służąca równocześnie za właz ciśnieniowy, była jedynym wystającym poza obrys kadłuba elementem. Ten typ łodzi rozpoznałby bez wahania w środku nocy – w końcu to na niej uczył się i zdawał licencję. Pod powierzchnią ciemnoniebieskiej tafli wody słabo rysowały się gniazda manipulatorów, w tej chwili puste. Podniósł wzrok wyżej, by ujrzeć płaski hologram z wypisaną nazwą łodzi oraz imię i nazwisko kapitana. Ku swemu zdumieniu przeczytał.

 

- „Ari, cpt. Martin van Hansen. Status – gotowy do wypłynięcia” – obok wyświetlonych danych wesoło błyszczał profil jego twarzy. Obok hologramu stał wysoki, metalowy słupek zakończony wąską szczeliną czytnika. Po chwili wahania wsunął tam swoją kartę magnetyczną i ze zdumieniem obserwował wąską kładkę, która wysunęła się z mola i zatrzymała na wysokości włazu „Ari”. Rozejrzał się dookoła i upewniwszy się, że nikt go nie obserwuje, nacisnął kładkę jedną nogą. Nawet się nie zachwiała. Świeżo upieczony kapitan poczuł się jak głupiec. Dopiero teraz zauważył, w niewyraźnym odbiciu solidną konstrukcję pod spodem. Ta kładka spokojnie mogłaby utrzymać i pół tony, gdyby zaszła taka potrzeba. Mimo wszystko, kroczył nią ostrożnie i wyobrażając sobie lodowatą kąpiel gdyby wykonał fałszywy krok, nie popełnił błędu, z westchnieniem ulgi przeskakując na kadłub. Gdy chwycił za właz, w obszernym wnętrzu rozległ się buczek. Jednocześnie rozległ się zirytowany, damski głos dobiegający z głębi łodzi.

- Taa, co teraz? Deratyzacja, brak zasmarkanej karty technicznej, no co? – We włazie pojawiła się najpierw krótko ścięta, zmierzwiona czarna fryzura, potem ciasno wypchana górna część kombinezonu mechanika i wreszcie długie nogi, których nie zdołały ukryć nogawki z kieszeniami pełnymi narzędzi. Martin spojrzał wprost w umorusaną, gniewną twarz nawigatorki. Zadarty nosek drżał lekko, gdy jego właścicielka gniewnie perorowała.

- Cholera, czy wy myślicie, że ja tu na plaży leżę? Pieprzeni biurokraci. – Van Hansen nie zamierzał przerywać, bawiąc się doskonale potokiem wypowiedzi.

- Jeszcze cię to cieszy – dostrzegła drgające końcówki ust, gdy Martin usiłował zachować kamienną minę. Zacisnął zęby starając się opanować, krzywiąc niemiłosiernie twarz i dekonspirując się całkowicie.

- No, to już przegięcie pały – warknęła dziewczyna a jej dłoń powędrowała do tylniej kieszeni skafandra skąd wyłuskała pokaźnych rozmiarów klucz francuski

- Mam w dupie konwenanse, zaraz poczujesz tego przyjemniaczka na swoim wykrzywionym.... – nie zdążyła wziąć zamachu, gdy Hansen zasłoniwszy się w obronnym geście dłońmi wykrzyczał z udawanym przestrachem.

- Jestem z załogi – klucz zatrzymał się w połowie uderzenia. Dziewczyna stanęła naprzeciw wskazując nań kluczem.

- Taa jasne, a ja jestem kapitanem – nadal była wściekła

- Nie, w sumie to ja nim jestem – tłumiąc wesołość, podał jej swoją kartę kodową. Dziewczyna wzięła ją umorusaną rękawicą i w miarę jak ją czytała, jej i tak duże, brązowe oczy powiększały się ze zdumienia. Gdy oddawała mu kartę, cała bojowość gdzieś się ulotniła i przed Hansenem stała mała dziewczynka, która coś zbroiła i samą swoją postawą chciała przeprosić.

- Nie sądziłam... – bąknęła zmienionym głosem – że przybędzie pan tak szybko.

- Byłem ciekaw łodzi. Sądząc po twoim zachowaniu, miałaś jakieś problemy z kapitanatem ? – zapytał domyślnie. Spojrzała na niego odważniej.

- No cóż, nie pozwalają nam zapomnieć, że to ich suchy dok, kapitanie – dodała z wahaniem w głosie.

- Mów mi Martin – podał jej dłoń, machinalnie odpowiedziała tym samym i cała prawa ręka Hansena utonęła w smarze maszynowym. Dziewczyna powoli poczerwieniała i przedstawiła się.

- Nami – patrząc na zabrudzoną dłoń Hansena dodała zrezygnowanym tonem.

- Zejdź na dół, zanim przypadkowo nie wrzucę cię do wody... – Hansen wspaniałomyślnie nic nie powiedział, chociaż w duchu zastanawiał się, czy istotnie ta drobna brunetka ma w sobie tyle siły, by zrzucić sto kilo żywej wagi z pomostu łodzi. Postanowił tego nie sprawdzać i ruszył za dziewczyną, przez wąski właz do pachnącego chemią wnętrza. Wchodzącego przywitały jasne ściany, ascetyczne i przeraźliwie puste. Przeciskając się wąskim korytarzem w stronę sterowni, świeżo mianowany kapitan nie zauważył jakichkolwiek śladów zamieszkiwania łodzi. Żadnych obrazków, hologramów czy maskotek a wszędzie rozchodził się zapach świeżej farby. Remont rzeczywiście skończył się niedawno. Schylił się, przechodząc przez okrągły otwór w grodzi, którą kończył się korytarz i przystanął olśniony. Stał w sterowni pojazdu, widząc po obu stronach ściany ciasno wypełnione urządzeniami kontrolnymi a na wprost smukłe plecy pani nawigator. Odsunęła się ukazując dwa wygodne fotele i sferyczną kopułę, którą kończyła się sterownia. Osłony ciśnieniowe były odsunięte i światło hali, przefiltrowane warstwą wody wpadało do środka oświetlając wszystko błękitnym światłem. Nawet od wejścia doskonale widział dno doku, niecałe dziesięć metrów niżej. Dopiero wrota śluzy widniejące w oddali częściowo zacierały się nawet w tej przejrzystej toni. Dziewczyna usiadła na jednym z foteli nic nie mówiąc, pozwalając van Hansenowi sycić się nowym dlań widokiem. Rozległ się cichy trzask głównego przełącznika i sterownia zajaśniała dziesiątkami świateł.

- To jest właśnie Ari mój kapitanie – mruknęła cicho, spoglądając na powierzchnię wody mieniącą się blaskiem świateł. Martin powoli kiwnął głową potakująco i westchnął głęboko. Okiem fachowca ocenił znakomitą jakość hologramów nawigacyjnych.

- Gdzie mógłbym rzucić swój majdan? – odezwał się wreszcie, czując ciążący w dłoniach bagaż. Wyjrzała zza głębokiego oparcia i po raz pierwszy na jej uroczej twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech.

- Na każdym kroku potknięcie – pokręciła głową w geście udawanej rozpaczy i zwinnie podniosła się z fotela. Przecisnęła się obok wysokiego Holendra. Jej kombinezon zaszeleścił, stykając się na moment z ubraniem Hansena. I mógłby przysiąc, że ten kontakt trwał dłużej niż to było konieczne.

- Za mną – zakomenderowała, niczym admirał floty. Grzecznie podążył za nią. W połowie drogi do włazu wyjściowego zatrzymali się. Wydawało się, że przystanęli przy szafce narzędziowej. Jednak gdy wąskie drzwi ustąpiły, przekonał się, że jednak jest to kajuta

- Nie przeszkadzaj sobie – rzekła, zapraszając gestem do wnętrza. Martin z wysiłkiem przecisnął się przez wąskie wejście i rozejrzał się po niewielkiej klitce. Duży stolik, za którym przytwierdzono do ściany szeroki ekran i zwijana klawiatura komputera. Obok dość szerokie łóżko i jedna szafka i to w zasadzie było wszystko. Szybko rozpakował swoje rzeczy i wyszedł na niewielki korytarzyk. Uchylił grube, solidne drzwi ciśnieniowe prowadzące do sterowni.

- Nami, czy można się tu gdzieś umyć?

Tak - usłyszał jej stłumioną odpowiedź dochodzącą z kajuty.

- Po prawej stronie od terminalu. – Znalazł się w niewielkiej kabinie wyłożonej, o zgrozo, kafelkami!!! Uwinął się z kąpielą błyskawicznie. W nowych ciuchach, umyty, poczuł się jak w nowym świecie. Nie mogąc powstrzymać ciekawości, wrócił do sterowni i usiadł w kapitańskim fotelu. Licencję pilota zdawał na niemal identycznej jednostce - Ocean Z-12. Podobieństwa między tamtą i tą w której siedział, kończyły się na podobieństwie kadłubów. „Ari” przeładowana była elektroniką. Sonary aktywny i pasywny. Setki czujników i potężny komputer nawigacyjny dopełniał reszty obrazu. Bez tych ciekawostek, „Ari” nie przepłynęłaby tu ani jednego metra. Oparł dłonie na szerokim, masywnym wolancie i drgnął usłyszawszy wesoły, dźwięczny głos Nami.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?