Kodeks ojcaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tomasz Biedrzycki

Ilustrator Raymond Nicolas

Korektor Agnieszka Koprowska


© Tomasz Biedrzycki, 2018

© Raymond Nicolas, ilustracje, 2018

Co się dzieje w głowie rodzica, gdy krzywda dotknie jego dziecka? Jak daleko może sięgnąć korupcja przedstawicieli prawa? Na ile można wycenić godność? Rodzina Rzechowskich, pomimo trudności, trzyma się razem. Gdy życie stawia przed nimi kolejne wyzwania, śmiało stawiają im czoła. Okrutny los sprawia, że ojciec staje przed pytaniem. Co jest dla niego najważniejsze? Jak wiele jest w stanie poświęcić dla najbliższych? Kiedy kończy się prawo pisane, a zaczyna się prawo krwi?

Drastyczne sceny +18

ISBN 978-83-65543-78-3

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Spis treści

1 Kodeks ojca

2  Prolog

3  Rozdział I Wyjazd

4  Rozdział II Starcie

5  Rozdział III Zgodnie z prawem

6  Rozdział IV Andrzejki

7  Rozdział V Ewa

8  Rozdział VI Ofiara

9  Rozdział VII Niewinny

10  Rozdział IX Ostrzeżenie

11  Rozdział X Wariat

12  Rozdział XI Przebudzenie

13  Rozdział XII Pierwszy raz

14  Rozdział XIII Nowe rozdanie

15  Rozdział XIV Ojcowski obowiązek

16  Rozdział XV Prokurator Wieńkowska

17  Rozdział XVI W amoku

18  EPILOG

Prolog

Wysoka furgonetka wtoczyła się na parking przed hurtownią papierosów. Białą karoserię przykrywała krzykliwa reklama. Prowadzący zwolnił, by nie stracić zawieszenia na dwóch szerokich dziurach, widniejących niemal dokładnie pośrodku placu. Samochód ze szczękiem resorów przetoczył się wprost do rampy rozładunkowej. Trzasnęły drzwi i szpakowaty kierowca zeskoczył na klepisko. Jego twarz wyrażała ogromne zadowolenie z siebie. Chwycił za klamkę bocznych drzwi i z rozmachem otworzył je, ukazując puste wnętrze. Dumny z siebie, stanął na szeroko rozstawionych nogach. Zamknął na chwilę oczy, przeliczając w myślach zyski od utargu. Nigdy dotąd nie zdarzyło mu się sprzedać wszystkiego z samochodu. Dziś był ten pierwszy raz. Zaniepokojony przedłużającą się ciszą, westchnął pod nosem i wskoczył na rampę. Uchylone drzwi do magazynu świadczyły wyraźnie o tym, że w środku jeszcze ktoś jest. Zaniepokojony spojrzał na zegarek. Było grubo przed piątą po południu.

— Ej tam, Witold, chciałem się rozliczyć z wyjazdu — rzucił wprost w uchylone drzwi, ale nie uzyskał odpowiedzi. Pchnął szerokie wrota i wszedł do środka. W nozdrza natychmiast uderzył go zapach tytoniu. Dostrzegł sylwetkę kolegi zgarbioną przy komputerze. Poprzez rzadkie, siwe kosmyki włosów, przebłyskiwała naga czaszka.

— Zasnąłeś… — zaczął znowu kierowca. Siedzący dotąd spokojnie mężczyzna obrócił się leniwie. Przekrwiony wzrok i flaszka trzymana w dłoni nie pozostawiała złudzeń co do stanu, w jakim się znajdował. Rozległo się głośne beknięcie. Kierowca, zaskoczony, zatrzymał się w pół kroku.

— Znudziła ci się ta praca? — magazynier dobiegał już sześćdziesiątki — myślałem, że zechcesz doczekać emerytury… — przerwał, gdy Witold podniósł dłoń do góry.

— Żar… żartujesz sobie Grzesiu… — wybełkotał, próbując zachować kontrolę nad językiem — młode gnojarstwo wyrzuca mnie na śmietnik… jak zużyte fifki… — usiłował powiedzieć coś jeszcze, ale nadmiar alkoholu pokonał jego umysł. Kierowca postąpił dwa kroki w stronę magazyniera, gdy usłyszał na rampie czyjeś kroki. Szybko wziął bezwładnego Witolda pod pachy i usiłował dźwignąć z fotela, ale już wiedział, że jest za późno.

— Dobrze, że pan już przyjechał, panie Rzechowski — usłyszał za sobą oschły ton właściciela. Kierowca zaklął pod nosem. Nie mógł trafić gorzej. Z właścicielką możnaby było coś załatwić, zagrać na litościwej strunie duszy. Jej syn, młody, niespełna trzydziestopięcioletni prywaciarz był bezwzględny dla pracowników. Stał w wejściu do magazynu. Zmarszczywszy brwi, przyglądał się bezowocnym wysiłkom kierowcy.

— Co on tu jeszcze robi? — warknął ostro, wskazując na półprzytomnego Witolda — zdaje się, że miał zebrać swoje manele po południu — spojrzał spode łba na kierowcę, jak gdyby winił właśnie jego za niesubordynację magazyniera.

— Trudno mi jest odpowiedzieć na to pytanie, dopiero co wróciłem z trasy… — zaczął Grzegorz, z wysiłkiem sadzając ciężkiego kolegę z powrotem na fotelu.

— No oczywiście — w głosie właściciela przebijało szyderstwo — wam zawsze jest ciężko cokolwiek powiedzieć. Rozmowni jesteście tylko wtedy, jak chcecie forsę. A jak przychodzi do odpowiedzi na najprostsze pytania, nabieracie wody w usta…. — Perorował głośno gestykulując. Grzegorz słuchał przez chwilę w milczeniu. W miarę upływu czasu, jego twarz nabierała kolorów.

— … redukcje są wszędzie. Wy myślicie, że to takie łatwe? Kogoś trzeba zwolnić. Jest kryzys, koszty rosną!. I co się okazuje? Że jesteście zwykłą bandą chlejących świń… — właściciel przerwał, nabierając oddechu. Nie dostrzegł, że ostatnimi słowy przekroczył cienką czerwoną linię. Zgarbiony dotąd Rzechowski wyprostował się, pokazując swą rosłą sylwetkę. Dobiegał czterdziestki, co było widoczne jedynie po pasemkach siwizny na skroniach. W jego oczach ukazały się iskierki gniewu.

— Mniemam, że mówi pan za siebie — rzucił spokojnie, chociaż wewnątrz miotały nim emocje. Nikt nigdy nie upokorzył go, jak ten chudy karierowicz, który pieniądze na hurtownię dostał od bogatej matki.

Właściciel, zaskoczony ripostą pracownika, otworzył usta w zdumieniu. Kilka razy poruszył nimi bezgłośnie. Zawsze szczycił się tym, że jest szczery do bólu, wobec wszystkich wokół. Potrafił sterroryzować wszystkich wokół, łącznie z żoną. Nikt mu się nigdy nie przeciwstawił. Aż do dziś. Grzegorz zacisnął zęby, przez moment walcząc z chęcią wciśnięcia pracodawcy do gardła pięściami tych wszystkich obelg.

— Nie po to studiowałem pięć lat, by dawać sobą pomiatać, zwłaszcza przez kogoś takiego jak ty — syknął przez zęby, starając się utrzymać kontrolę nad nerwami. Dopiero te słowa otrzeźwiły właściciela. W jego oczach widać było obawę, ale wysokim głosem, niczym ratlerek, oszczekujący buldoga, pisnął.

— No to możesz zabierać swoje bambetle razem ze swoim koleżką… — cofnął się dwa kroki do tyłu, jak gdyby bał się, że Grzegorz rzuci się na niego. Dopiero przy wyjściu, na oczach innych pracowników, którzy pojawili się na placu, poczuł się odważniejszy.

— Przyjdziesz zaraz Rzechowski do mojego biura. Załatwimy to jeszcze dziś… — już miał się odwrócić, gdy dogoniły go słowa kierowcy.

— Dla ciebie łachmyto, pan Rzechowski… — dopiero poniewczasie kierowca zorientował się, co właściwie tu zaszło. Podrapał się po krótko ostrzyżonej fryzurze. Spojrzał na Witolda, który podczas krótkiej, gwałtownej wymiany zdań ocknął się. Westchnął.

— No cóż, wiedziałem, że nie można mieć wszystkiego… — magazynier wzruszył ramionami. Wsparł się na ramieniu Grzegorza i bełkotliwie zaczął go przepraszać.

— Witek, przestań już — żachnął się kierowca, patrząc z litością na starszego mężczyznę — ja coś sobie znajdę. Nie dziś, to jutro by mnie wywalił. Przynajmniej wygarnąłem mu, co o nim myślą wszyscy dookoła….

Rozdział I
Wyjazd

Niski, odrapany domek tonął w powodzi zieleni. Otaczał go starannie przycięty żywopłot Kryjącą go dachówkę pokrywał gdzieniegdzie mech. Ledwie słyszalny zgiełk uliczny nie mógł zakłócić spokoju lokatorów. Powoli zapadał zmierzch, przeganiając z chodników nielicznych przechodniów. Narastający dźwięk silnika przerwał panującą wokół ciszę. Na wąskiej drodze pojawił się stary, ale znakomicie utrzymany Golf. Minął szeroką rezydencję z podjazdem i stanął przy żywopłocie. Silnik przestał grać swoją nutę. Mimo to, Grzegorz siedział w środku. Gniew wywietrzał z niego całkowicie. Pół godziny, jakie zajął mu powrót do domu, pozwoliło nabrać dystansu do wydarzeń w hurtowni. Doskonale pamiętał, ile czasu zajęło mu znalezienie tej pracy. Nie łudził się, co do szans na znalezienie nowej. W takim miasteczku jak Jawor, jakiekolwiek zatrudnienie, traktowało się z pocałowaniem ręki. Rzechowski spojrzał w samochodowe lusterko. Wpatrywał się w swoje oblicze.

 

— I co? — zapytał swojego odbicia — miałem dać sobą pomiatać? Słuchać w milczeniu gnojka wdeptującego mnie w glebę? — Zacisnął zęby. Postąpił słusznie. I cóż z tego?!. Dalsze przemyślenia przerwało mu pukanie w szybę. Przestraszony obrócił się gwałtownie. Dostrzegł roześmianą, okrągłą buzię córki. Dziewczyna otworzyła drzwi i wsunęła się do wnętrza.

— Cześć tato, czemu siedzisz w samochodzie? — przywitała go żywiołowo, całując w policzek. Grzegorz uśmiechnął się do niej. Była nieomal kopią swej matki. Równie piękna, tak samo otwarta, jedynie bujne, czarne włosy odziedziczyła po ojcu.

— Chwila popołudniowej zadumy starego ojca, Ewuniu — pocałował ją w czoło — a teraz zmykaj do mamy. Wrzućcie coś na ruszt, bo dziś naprawdę jestem głodny — uszczypnął ją w policzek. Szesnastolatka pisnęła z udawanym oburzeniem i wyskoczyła z samochodu.

— Stary ojciec niech parkuje furę w garażu — rzuciła wyniośle, chociaż szeroki uśmiech przeczył tonowi głosu — młoda i śliczna córka idzie pachnieć na wersalce… — uciekła, śmiejąc się głośno. Spoglądał przez chwilę za Ewą, wzrokiem pełnym ojcowskiej miłości. Przez te kilka chwil zapomniał o pracy, szarpaninie o każdy grosz z właścicielem hurtowni. Wiszące nad głową kredyty, troski, wszystko to na chwilę gdzieś znikło, rozwiało się, niczym poranna mgła.

„Jak ona to robi” — pokręcił przecząco głową, otwierając bramę wjazdową. Wjechał wprost do garażu. Pozbierał dokumenty ze schowka i bez pośpiechu zamknął samochód.

Każdy krok stawiał uważnie, jak gdyby szedł po polu minowym. Czuł na sobie ciężar odpowiedzialności. Zza kuchennego okna dobiegł go radosny szczebiot Ewy i wtórujący jej dziecinny jeszcze głos brata. Odpowiadał za nich, za całą trójkę. Stanął przed wejściem. Nie zdążył chwycić za klamkę, gdy drzwi otworzyły się i stanęła w nich krótko ostrzyżona blondynka. Jej brzuch zdążył się już lekko zaokrąglić. Powitała go szerokim uśmiechem.

— Jest nasz pracuś — zarzuciła mu ręce na ramiona, witając głębokim pocałunkiem. Odwzajemnił go, chociaż nie był w stanie się zapomnieć. Wyczuła to od razu. Cofnęła się nieco, patrząc mu prosto w oczy.

— Co się stało kochanie — w jej głosie zabrzmiał niepokój. Nie potrafiłby jej okłamać. Zresztą, nie zamierzał. Przyciągnął ją do siebie i wkładając w swą wypowiedź maksimum optymizmu, powiedział.

— Czekają nas małe zmiany Monisiu. Kosmetyczne… — uspokojona, przeciągnęła smukłą dłonią po jego fryzurze i mruknęła przekornie.

— No to opowiesz przy kolacji. A teraz przebieraj się i do kuchni, bo inaczej twoja małżonka każe ci spać w pokoju gościnnym… — cofnęła się do tyłu, zasłaniając sobą przedpokój.

— Akurat dam się wysiedlić z sypialni — mruknął pod nosem, ściągając buty.

— Taaataaa — krzyki chłopca, przeplatające się ze szczekaniem małego kundelka wypełniły pomieszczenie. Grzegorz w akcie desperacji zdołał zrzucić z siebie kurtkę i buty. Saszetka z dokumentami i kluczami do samochodu została na szafce. Chwilę później na kolanach ojca wylądował Igor, spychający stamtąd psa. Z przepraszającym uśmiechem spojrzał na Monikę. Ta machnęła dłonią zrezygnowana i kręcąc krągłymi biodrami ruszyła do kuchni. Następne dziesięć minut było dla niego całkowicie stracone….

Szczęknęły cicho drzwi. Monika w krótkiej koszulce wsunęła się do ciemnej sypialni. Słyszała oddech męża. Wydawał się równy, ale doskonale znała tę nutę.

— Nie udawaj, że śpisz — fuknęła pozorując złość. Milczał przez chwilę, sycąc się widokiem żony. Księżycowe światło wdzierające się przez okno oświetlało jej sylwetkę. Zgrabne uda, jędrne piersi i zaokrąglony brzuszek, świadczący o tym, że rodzina się powiększy.

— Jestem — szepnął.

— Młody śpi, Ewa siedzi jeszcze przy komputerze, ale obiecała mi, że za godzinę skończy… — powiedziała, siadając na łóżku. Umyślnie przesunęła nogi tak, by mógł na nią patrzeć.

— Liczyłam godziny od rana — jej szept przepełniony był erotycznym pożądaniem — nie wiem, co ty ze mną zrobiłeś… — przerwała, dostrzegłszy wreszcie jego poważną twarz. Wzrok przyzwyczaił się do mroku. Natychmiast przerwała miłosne podchody. Przysunęła się do niego.

— Co się stało, kochanie? — Wtuliła się w niego. Czuła, jak otacza ją ramieniem. Słyszała szybsze bicie jego serca. Nagle poczuła niepokój.

— Straciłem dziś pracę… — zaczął spokojnym tonem, chociaż głos mu drżał. Powoli, krok po kroku opowiedział zajście w hurtowni. Coraz spokojniej, bez oskarżania kogokolwiek. Gdy skończył, zapadła cisza. Słyszał jej oddech, ale nie odzywał się. Jej dłoń powędrowała wyżej, ku jego policzkowi. Delikatnie musnęła go, budząc dreszcze.

— Poszukamy czegoś razem… — zamknęła mu usta pocałunkiem. Powoli zatapiali się w sobie. Miękko, bez pośpiechu. Żona rozpoczęła najlepszą terapię. Monika usuwała z jego umysłu całą złość dnia. Zapomnieli się całkowicie. Dopiero okrzyk jej rozkoszy otrzeźwił oboje.

— Dzieci są w domu — mruknął z uśmiechem Grzegorz, odchylając zmierzwione, mokre włosy z jej twarzy. Patrzyli sobie w oczy, rozmawiając bez słów. Zasnęli przytuleni. Powoli mijały nocne godziny. Ciężkie krople deszczu zaczęły bić w dach i szyby, budząc Monikę. Ze zdziwieniem spostrzegła, że leży sama w łóżku. Zdjęta nagłym strachem usiadła i rozejrzała się gwałtownie. Dostrzegła sylwetkę męża, stojącą przy oknie. Wpatrywał się w ciemną ulicę. Wyśliznęła się z łóżka i podeszła do niego. Drgnął, czując jej dłonie, ale nie zareagował.

— Wracaj skarbie — szepnęła mu wprost do ucha. Czule ścisnął jej dłoń. Westchnął głęboko i odpowiedział, wciąż patrząc w ciemność.

— Zastanawiam się, jak rozwiązać nasze problemy — pocałowała go w ramię i pociągnęła za sobą. Tym razem dał się prowadzić jak dziecko, wprost do łóżka.

— Razem pomyślimy rano kochanie. Śpij… — mruknęła — … nie z takich kłopotów wychodziliśmy cało. — Niczym najlepszy psychoterapeuta, sprawiła, że mąż zasnął jak niemowlę. Długi czas patrzyła, jak miarowo oddycha. Dopiero upewniwszy się, że śpi naprawdę, przytuliła się doń i poszła w jego ślady.

Rzechowski siedział w kuchni, tuż przy oknie, drżącą dłonią otwierając list. Tytuł pisma od razu rzucił mu się w oczy „nakaz zapłaty”. Gniewna niemoc sprawiła, że zmiął dokument, rzucając go w stronę drzwi. Śmieć spadł wprost u stóp Igora. Syn, nie bardzo wiedząc co się dzieje, schylił się, sięgając po papier.

— Co to jest, tato? — zapytał z dziecięcą ciekawością. Przyniósł go wprost do rąk mężczyzny. Grzegorz patrząc na syna, opanował się natychmiast. Podziękował, rozprostowując dokument. Kolejna korespondencja od banku nie mogła pogorszyć sytuacji. Położył ją na stole, na całej stercie listów, których nie miał już odwagi otworzyć. Igor wślizgnął mu się na kolana.

— Pobawimy się tato? Przyniosę swoje samochody… — zaproponował. Nim ojciec się odezwał, młody popędził do pokoju zabaw. Rzechowski uśmiechnął się pod nosem, słysząc rumor wysypywanych na podłogę zabawek. Przynajmniej syn był zachwycony z aktualnej sytuacji. Od dawna nie spędzał tyle czasu z ukochanym ojcem. Grzegorz zerknął na ulicę. Dostrzegł znajomą sylwetkę córki. Szła zwiewnym krokiem, dziś musiała wcześniej skończyć lekcje. Patrząc na jej roześmianą buzię, czuł w sobie wewnętrzny bunt przeciwko rosnącym długom, wiszącym nad nimi niczym miecz Damoklesa. Na próżno próbował sobie wytłumaczyć, że inni mają gorzej. „Moje dzieci nie mogą mieć gorzej…” zacisnął zęby.

— Młody, bierzemy się do gotowania. Nasze kobiety wracają do domu. Musimy je nakarmić… — widząc rozczarowaną minę Igora, stojącego w drzwiach z ulubionym wozem strażackim w garści, zmierzwił mu włosy na głowie.

— Jak prawdziwy mężczyzna — uśmiechnął się do syna — musisz potrafić obronić rodzinę, ale i dać jej jeść… — otworzył lodówkę. Zawsze lubił gotować i niejednokrotnie toczył z Moniką bitwy, kto będzie królował w kuchni. Przegrywał sromotnie, ale czasami, tak jak dziś, udawało mu się choć na chwilę przejąć kontrolę. Na obiad rodzina Rzechowskich miała spagetti a’la Grzegorz. Podczas pracy, przekomarzając się z Igorem, jego myśli zaczęły krążyć wokół rozwiązania niewesołej sytuacji. Dzwonek do drzwi dodał mu sił.

— Hoho — idąc za zapachem, zgrzana Ewa wpadła do kuchni. Zaróżowione policzki dodawały jej uroku. Pocałowała ojca w policzek na powitanie.

— Dzisiaj chłopcy kucharzą? Tylko pamiętaj tato, że jestem na diecie… — przerwała, widząc jak Grzegorz grozi jej palcem.

— Ja ci dam dietę, mała bestyjko. Przebieraj się, ale już… — uśmiechnął się szeroko ojciec. Tuż za nim stanął Igor z oburzeniem stwierdzając dziecinnym głosikiem.

— I nie żadni chłopcy, tylko mężczyźni!.

Smakowite zapachy rozchodziły się po całym domu. Posiłek był gotów, akurat w chwili, gdy gospodyni przekroczyła próg domu. Widząc zastawiony stół i umorusaną dwójkę kucharzy, wybuchnęła dźwięcznym śmiechem.

— Zanim zaczniemy konsumpcję, doprowadźcie się choć troszkę do porządku — otarła łzy wesołości. Beztrosko ściągnęła buty, pozostawiając je na środku przedpokoju i rzuciła się mężowi na szyję, brudząc się przy okazji sosem, który był dosłownie wszędzie na fartuchu Grzegorza.

— Wracam od rodziców. Pomogą nam… — jej oczy błyszczały, gdy przekazywała mu kopertę z gotówką. Odwzajemnił jej uśmiech, choć oczy pozostały smutne.

— Żadnego uznania. Widzisz młody, jakie są kobiety… — przykrył swój nastrój żartem. Chwilę później, gdy zasiedli do wspólnego posiłku, zdecydował się.

— Kochani, chciałem z wami porozmawiać — zaczął poważnym głosem. Cała trójka, w tej samej chwili spojrzała na niego. Monika zaniepokojona, usiłowała odgadnąć jego nastrój, wpatrując się w oczy męża. On jednak unikał jej wzroku.

— Wiecie, że musiałem zmienić pracę. Nie ukrywaliśmy tego z mamą. Przenosił spojrzenie z Ewy na Igora. Córka wpatrywała się w niego z niepewnym uśmiechem. Syn wręcz z nabożną czcią. Miał nadzieję, że oboje zrozumieją.

— Muszę wyjechać do pracy — powiedział powoli. Dopiero wtedy odważył się spojrzeć ponad głowy dzieci, wprost w oblicze żony. Przez krótki moment widział grymas bezsilnej rozpaczy. W porę jednak opanowała się, akurat w chwili, gdy zdenerwowany Igor odwrócił się do niej.

— Mamo — zaczął płaczliwie — dlaczego tatuś chce nas zostawić? — Szukał oparcia w matce. I nie zawiódł się. Monika uśmiechnęła się do niego.

— Ależ co ci przyszło do głowy głuptasie, tatuś pojedzie na trochę i wróci — szukała przez chwilę dobrej wymówki do wyjazdu ojca. Czegoś, co przekonałoby pięciolatka.

— Zawsze chciałeś ten duży samochód z wystawy. Tato chce ci go kupić… — Igor zsunął się z krzesła i podbiegł do Grzegorza, wtulając się w niego mocno. Pies, nie wiedząc co się dzieje, szczeknął ostrzegawczo kilka razy.

— To ja nie chcę auta. Chcę, żeby tato został! — Krzyknął z dziecięcym uporem. Ojciec zrobił niepewną minę, ale szybko się opanował.

— Będziesz moim zastępcą, Igor — zaczął go kusić — a po powrocie, razem będziemy się bawić. Ile będziesz chciał.

— Na długo wyjedziesz tato? — Żal w głosie Ewy był dla Grzegorza jeszcze trudniejszy do pokonania niż opór syna. Patrzyła na ojca, szklącym się wzrokiem. W tej chwili Rzechowski był o krok od rezygnacji z podjętej rano decyzji. W tym samym momencie przypomniał sobie o rachunkach, nakazach zapłaty. „Nikt nie będzie eksmitował mojej rodziny” przemknęło mu przez myśl jak błyskawica.

— Moje maleństwo — mrugnął do córki — a co powiesz na to, że jak się odkujemy, pojedziemy na zakupy do Amsterdamu? Będziesz mogła zaszaleć… — przerwał, gdy córka przytuliła się. Czuł jej drżące ciało.

— Mam gdzieś Amsterdam — rzuciła z pasją — wolę, żebyś został… — tym razem nie wytrzymał. Pojedyncza łza spłynęła mu po policzku. Monika, by uniknąć płaczu, ukryła na moment twarz w dłoniach.

— Wiecie, że oddałbym za was wszystko — starał się panować nad głosem, tuląc oboje — to tylko jeden rok. Będę przyjeżdżał przynajmniej raz w miesiącu. Poradzimy sobie. Pomożecie mamie, a jak się za sobą stęsknimy, zawsze jest internet…

 

Powoli przyjmowali do wiadomości decyzję Grzegorza. Nawet żona, choć nie zdążył z nią skonsultować tego posunięcia. Przez cały czas obiadu, przy stole panowała całkowita cisza, po raz pierwszy, odkąd razem siadali do posiłku. Spoglądał na całą trójkę i choć żal ściskał mu serce, wiedział, że postąpił właściwie. Zastanawiał się nad tym cały ranek, od telefonu dawnego przyjaciela ze szkoły średniej. To właśnie od niego wyszła propozycja pracy. Ciężkiej, na wózkach widłowych, ale dobrze płatnej. Gdyby to było gdzieś bliżej, w Niemczech, nie zastanawiałby się jednej minuty. To odległość do Holandii sprawiła, że bił się z myślami, aż do powrotu Moniki. Nie miał złudzeń co do ich dalszej egzystencji. Dwa miesiące bezowocnego pukania do wszystkich możliwych drzwi i żadne się nie otworzyły. Teściowie Moniki pomagali im jak mogli, ale sami mieli niewiele. Stanęli nad finansową przepaścią, a Grzegorz za żadną cenę nie zamierzał pozwolić, by w nią spadli. Nawet za cenę rozpaczy dzieci i żony.

Gdy skończyli, nikt nie śpieszył się ze wstawaniem od stołu. Jak gdyby chcieli smakować każdą minutę wspólnego przebywania. Czymś, co zawsze wydawało się naturalne. Dopiero po dobranocce, gdy Ewa zaprowadziła chlipiącego brata do łóżka, Monika miała szansę, by wreszcie zapytać męża o szczegóły. Nic nie ukrywał, starał się ukazać lepsze strony wyjazdu, chociaż wyraźnie było widać, że nie cieszy się ze swojej decyzji.

— Nigdy nie mówiłam, że brakuje nam pieniędzy… — zaczęła wreszcie niepewnie, gdy dał jej dojść do głosu — poradzimy sobie kochanie, jak zawsze… — przerwała, widząc jak kręci przecząco głową. Oboje wiedzieli, że się okłamuje. Nie chciała tego przed sobą przyznać, ale stali pod ścianą. Propozycja kolegi Grzegorza była prawdziwym darem niebios.

— Kochanie, dobrze wiesz, że to nas postawi na nogi — odpowiedział, znacznie mniej pewnie, niż zazwyczaj.

— Nie możemy wiecznie wisieć na emeryturze twoich rodziców. Sama wiesz, jakie zatrudnienie mi proponowali przez ostatnie kilka tygodni. Z tych ochłapów nie bylibyśmy w stanie opłacić wszystkich rat. A gdzie jedzenie, rachunki, odrobina przyjemności? — Im więcej wymieniał, tym bardziej upewniał się w podjętej decyzji.

— Wezmę nadgodziny — Monika nie rezygnowała, chociaż po głosie męża wiedziała, że to starcie przegrała. Mimo to, nie chciała dopuścić do jego wyjazdu. Za wszelką cenę. Nigdy nie rozstali się na dłużej niż tydzień, gdy po ciężkim porodzie z Ewą, leżała w szpitalu. Nawet wtedy, Grzegorz codziennie był u niej.

— Kochanie, mi też nie jest lekko — usprawiedliwiał się — nie chcę dopuścić, żeby dzieci zapomniały, jak wyglądamy. Nie chcę, żeby widziały nas tylko rano i późnym wieczorem przed snem. Czeka nas ciężki rok. Wyliczyłem sobie dokładnie. Spłacimy długi, odłożymy na nowy początek…

Pojedyncza, sfatygowana torba podróżna stała w przedpokoju. Miejsce w środku zostało wykorzystane do ostatka. Grzegorz był mistrzem pakowania i to on zawsze nadzorował wakacyjne wyjazdy. Teraz siedział naprzeciwko, wpatrując się milcząco w bagaż. Dzieci były w szkole, Monika w pracy.

— Może to i lepiej — mruknął pod nosem. Sam nie wiedział, jak mogłoby zakończyć się pożegnanie przez domowników. Zdecydował się. Wstał, sięgnął po torbę i zarzucił ją sobie na ramię. Po raz ostatni objął spojrzeniem przytulne wnętrze domu. Tu, przez ostatnie lata żyli beztrosko, mając siebie nawzajem. Przekroczył próg. Już było łatwiej. Energicznie przekręcił klucz w zamku i podszedł do furtki. Zatrzymał się zdumiony, widząc zwiewną sylwetkę Ewy. Obrócona bokiem, krzyknęła coś.

— Ewcia? — Córka obróciła się z uśmiechem. Otworzyła furtkę i padła ojcu w ramiona.

— Niespodzianka tato — uśmiechnęła się szeroko — zostałam wylosowana, by odprowadzić cię na dworzec. Przycisnął ją do siebie mocno, starając się ukryć wzruszenie. Urwała się z lekcji, ale sądząc po jej wyjaśnieniu, ukartowała to z matką. Nie potrafił czynić jej z tego powodu wyrzutów. Zdał sobie sprawę z tego, jak wiele radości sprawi mu jej obecność.

Razem wsiedli do taksówki. Zawiozła ich wprost pod przystanek autobusowy. Grzegorza czekała długa, męcząca podróż. Widok twarzy córki i jej obecność wynagrodziła mu wszystkie niewygody….