Dziecięca aukcjaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dziecięca aukcja
Dziecięca aukcja
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 34,98  27,98 
Dziecięca aukcja
Dziecięca aukcja
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiski
24,99  18,24 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Ależ z was stare pryki... – uprzedzając ojca, który już otwierał usta w kontrze, dodała z przekąsem.

– W dodatku zboczeńcy pierwszej klasy. Plan dnia wygląda następująco. Przywitanie z rodzicami, film, kawka i powrót przed godziną dwudziestą drugą. Czy to was zadowoli? – Wiedziała, że balansuje na bardzo cienkiej krawędzi, zbliżając się niebezpiecznie do granicy, wyznaczonej już dawno przez oboje rodziców. Postanowiła im jednak dać nieco nauczki. Jak przychodziło do pilnowania małej, dbania o dom i robienia zakupów, to była dorosła. Gdy chciała zaszaleć, rozerwać się, poczuć, że jest kobietą, nagle okazywało się, że jest nastolatką. To drażniło ją najbardziej.

– Na to możemy się zgodzić – powiedział powoli ojciec, spoglądając na Aleksandrę. Odpowiedziała mu potakującym skinieniem głowy. Wiedzieli, że kiedyś ten dzień nadejdzie. Ba, przegadali dziesiątki nocy, by jak najlepiej przygotować się do tej chwili. Emilia miała swoje niedoskonałości. Rozpieszczona, może zbyt zadufana w sobie, ale nie mogli jej wiecznie trzymać pod kloszem... .

– Mamo, pomożesz mi z włosami? – Przełamawszy opór rodziców, Emilia natychmiast skupiła się na swoim wyglądzie. Już podczas poprzedniej randki, jej wybranek nie mógł oderwać od niej oczu. I chciała, by tak pozostało.

Aleksandra ochoczo podążyła za starszą córką, pozostawiając męża przy stole. Na krótką chwilę zapadła cisza, przerywana stukotem butów, po czym w pokoju siedemnastolatki, na poddaszu, rozbrzmiały zgodne głosy obu dziewczyn.

– Tato, a ty zabierzesz mnie do kina? – niesforna Kasia wpakowała się na kolana ojca, wyjadając mu czekoladowy krem z tosta.

– Gdzie tylko będziesz chciała, maluchu – w zamyśleniu odpowiedział Karol, patrząc przed siebie. Jakiś fragment duszy buntował się przeciwko temu wszystkiemu. Wiedział, że Ola przyjmie to łatwiej. Przypomniał sobie własny dowcip o córkach i synach, jak to rodzice wyrażają szczery żal, że syn spłodził dziecko.

– I to się nazywa ironia losu – mruknął sam do siebie, sięgając po kubek z herbatą...

Popołudniowe słońce raz po raz przesłaniały rzadkie obłoki, niosące zapowiedź wieczornego deszczu. Młody mężczyzna, zerknął w niebo, westchnął ciężko i opuścił wzrok na czarne, sportowe auto, precyzyjnie zaparkowane na poboczu. Lakier lśnił, pokryty świeżą warstwą wosku. Przeciągnął smukłą dłonią po starannie wymodelowanej fryzurze i pozwolił sobie na lekki uśmiech zdobywcy. Jasne, równe zęby z pewnością wyszły spod ręki zdolnego dentysty. Pilotem zamknął centralny zamek i bez pośpiechu skierował się w stronę niewielkiego, jednorodzinnego domu. Na trawniku, było pusto, ale czuł na sobie wzrok osób ukrytych za zasłonami szerokich okien parteru. Dostrzegł moment poruszenia tkaniny i przeczucie zmieniło się w pewność. Poczucie siły uderzyło mu do głowy. Już wiedział, że to on będzie rozdawał tu wszystkie karty.

– “Zaścianek” – mruknął pod nosem i nacisnął przerdzewiałą klamkę furtki. Dopiero wtedy otworzyły się masywne drzwi wejściowe i stanęła w nich Emilia. Smukłe ciało miała obleczone w typową “małą czarną”, ubraną po piekielnej awanturze z ojcem. Paweł, dostrzegłszy dziewczynę, uśmiechnął się szeroko. Co prawda, starannie ukrytym ruchem oczu omiótł jej wyeksponowane wdzięki, ale zrobił to z precyzją zawodowca, tak by się nie zorientowała.

– Pawełku – dziewczyna przywitała go najbardziej promienistym ze swych uśmiechów i podbiegła doń. Mężczyzna, dostrzegłszy kątem oka ruch w korytarzu, delikatnie pocałował Emilię w policzki, szepcząc do ucha powitanie.

– Kochanie – Śmiało podniósł głowę, mierząc się wzrokiem z nadchodzącymi rodzicami. Lekko skłonił głowę i wyciągnął naprzód dłoń w geście powitania.

– Paweł Wądrzyński – miał miękki, przyjemny głos. Starał się nie dostrzegać zachwytu w oczach matki dziewczyny, na widok jego starannie wypielęgnowanych dłoni.

Ojciec silnie, po męsku, odwzajemnił powitanie.

– Karol Raszewski – powiedział z przesadną surowością w głosie, stając niczym zapaśnik na szeroko rozstawionych nogach. Jak gdyby rzucał wyzwanie człowiekowi, który właśnie zabierał jego starszą, wychuchaną latorośl. Do tej pory wyobrażał sobie, że Emilia zachowała niewinność i nawet jeśli było inaczej, nie przyjmował tego do wiadomości.

Dzisiejsze spotkanie było niczym postawienie “kropki nad i”. Bez żadnych niedopowiedzeń, półsłówek... . Widział błyszczący wzrok córki i skrywany uśmiech młodego mężczyzny. Pamiętał też jego łakomy wzrok, jakim ogarnął Emilię, gdy sądził, że nikt tego nie widzi... . JEGO córkę!. Delikatny kuksaniec żony przywrócił go do rzeczywistości.

– Dziękuję uprzejmie Państwu, za możliwość spotkania z Emilką na mieście. Obiecuję, że odstawię ją do domu punkt dziesiąta. – kilka wysublimowanych zdań Pawła rozwiały wszelkie obawy matki dziewczyny. Sprawiły również, że i Karol spojrzał nań przychylniejszym wzrokiem. W czasach, gdzie szczytem elegancji sporej części młodzieży było zgniecenie puszki po piwie i ewentualnie wrzucenie jej do śmietnika, im trafiał się ktoś taki, jak młody Wądrzyński. Elokwentny, zadbany, odpowiednio ubrany, potrafiący na siebie zarobić i wreszcie, okazujący szacunek rodzicom swej wybranki.

– Bawcie się dobrze, dzieci – pani domu obdarzyła Pawła szerokim uśmiechem.

– Młody człowieku. Dałeś słowo – mruknął Karol, grający w tej parze “złego policjanta”. Wądrzyński w odpowiedzi pokazał otwartą dłoń. W jego zapewnieniach nie było uległości, ale pewność siebie

– Oczywiście panie Raszewski, zgodnie z ustaleniami... – widząc kątem oka chmurną twarz żony, gospodarz przywołał na swoje oblicze coś w rodzaju krzywego uśmiechu. Spoglądali przez chwilę, jak Paweł robi sobie z Emilią wspólne “selfie” przed domem i tyle. Oboje zniknęli za żywopłotem sąsiadów, skąd po chwili do ich uszu dobiegł basowy dźwięk sześciocylindrowego silnika. Samochód powoli wytoczył się na drogę, zatoczył łagodny łuk i znikł na najbliższym skrzyżowaniu.

– I pojechała... – skomentowała niepoprawna Kasia, która pojawiła się pomiędzy rodzicami, nie wiadomo jak i kiedy.

– Ano pojechała – w zamyśleniu odpowiedział jej Karol. Nie panując nad sobą, pogładził główkę dziewczynki i dodał ciepłym głosem.

– Nie dorastaj zbyt szybko, maluchu... . – na dźwięk tych słów, stojąca obok małżonka parsknęła głośnym śmiechem. Uderzyła go lekko w ramię.

– Zazdrośnik, wredny zazdrośnik... – chichocząc ruszyła w stronę domu. Karol, do żywego ugodzony jej słowami, ruszył za nią, rozkładając bezradnie ręce.

– Ja zazdrośnik? O co? O młodego szczurka, jeżdżącego samochodem tatusia. Bez żartów... . – za wszelką cenę starał się ratować swoje męskie ego, boleśnie ugodzone przez uwagę małżonki. Ta obróciła się, blokując wejście do kuchni. Oparła dłoń na biodrze i śmiejąc się, pastwiła się nad nim dalej.

– Wredna bestia próbująca młodemu zmiażdżyć rękę. I jeszcze ten bas – splotła dłonie na brzuchu, parodiując męża.

– Karol Raszewski – rzuciła najgrubszym głosem, jaki zdołała z siebie wydobyć – dobrze, że nie kazałeś mu mierzyć się z tobą na rękę... .

– Ciebie też oczarował ten goguś... – wiedział, że uczepiwszy się jednego tematu, Aleksandra jest w stanie zmiażdżyć go doszczętnie, dlatego wycofał się na “z góry upatrzone pozycje”, wprost do kanapy z pilotem od telewizora. Cała rozmowa dotykała ukrytej struny jego duszy i szarpała ją boleśnie. Nie chciał jej odkrywać, nawet dla żony.

Ledwie usiadł, gdy na kolana wdrapała mu się młodsza córka.

– Ja się z tobą ożenię tato!. Zostanę, nie ucieknę jak Emilka! – przytuliła się doń mocno.

Usłyszał za sobą kobiecy głos. W polu jego widzenia pojawił się kufel z piwem, a tuż nad nim uśmiechnięta twarz Aleksandry. W jej dużych oczach dostrzegł przeprosiny.

– No, nie gniewaj się już. Odrobina chmielu na przeprosiny – pocałowała go w szorstki, nieogolony policzek i szepnęła do ucha smutnym tonem.

– Po prostu tak już jest. Mała Emilka dorosła i musimy się z tym pogodzić... .

ROZDZIAŁ II

Gabinet, skryty w półmroku, przesiąknięty był zapachem fajkowego dymu. Staromodne regały wypełniały dziesiątki ręcznie oprawianych woluminów. W stylowym kominku zajmującym róg pomieszczenia tlił się ogień. Właściciel pokoju wsłuchiwał się w nuty muzyki poważnej, wtulony w głęboki, skórzany fotel. Dłonie, naznaczone siatką zmarszczek delikatnie poruszały się w takt. Pociągła twarz starca emanowała wewnętrznym spokojem. Gdzieś za wygłuszonymi drzwiami rozległy się przyciszone rozmowy. Nie reagował, dopóki nie usłyszał skrzypnięcia zamka drzwi. Otworzył oczy i spojrzał w stronę wejścia zimnym, bezosobowym wzrokiem.

– Szef kazał sobie nie przeszkadzać! – Ten suchy, bezwzględny ton rozpoznałby wszędzie. Grażyna Wesołowska była po trosze sekretarką i asystentką, ale przede wszystkim prawą ręką i cerberem, dopuszczającym przed oblicze szefa tylko tych najbardziej wytrwałych.

– Wchodzi pan na własne ryzyko – fuknęła jeszcze za plecami gościa i zamknęła za nim drzwi. Muzyka wypełniająca gabinet powoli cichła, aż zapadła całkowita cisza. Fotel, odcinający się wyraźnie na tle szerokiego okna, poruszył się.

– Rozumiem, że to ważna przyczyna – słowa chłostały przybysza, niczym bicze – skłoniła cię, by tak bezceremonialnie przerywać mi odpoczynek... – właściciel gabinetu przerwał, dostrzegłszy wyraźniej okrągłą, pucułowatą twarz gościa. Czarny garnitur opinał jego opasłe ciało.

– Wiem, proszę pana – uniżenie odpowiedział przybysz, przesadnie modulując barwę głosu. Drżącą, pulchną dłonią wyciągnął spod pachy czarną teczkę.

– Sądziłem po ostatniej rozmowie, że takie rzeczy nie mogą czekać... – ukłonił się lekko i położył dokumenty na stole. Dopiero po kilku długich minutach gospodarz gabinetu sięgnął po teczkę. Nad fotelem zabłysł rząd wbudowanych świateł ledowych.

 

– Zobaczymy – zamyślony ton nie zwiastował burzy. W otwartym skoroszycie zabłysły gładkie powierzchnie zdjęć. Starsza dłoń niedbale przerzucała kolejne fotografie. Od czasu do czasu, pojedyncze lądowały na pustym biurku, stojącym między mężczyznami. Po skończonej selekcji, gospodarz pokoju niedbale odrzucił teczkę i sięgnął po wybrane fotografie.

– Zawartość teczki tak jak zwykle – mruknął stary, przeglądając wybrane zdjęcia. Wreszcie zatrzymał się na jednym. Powolnym ruchem obrócił je w stronę stojącego cierpliwie kuriera.

– Nasi kontrahenci mają określone wymagania. Czy aby ta osoba je spełnia? – Na pierwszym planie widniała roześmiana twarz młodej kobiety, mającej najwyżej dwadzieścia lat. Gość otarł chusteczką higieniczną twarz mokrą od potu i jąkając się, wyjaśnił.

– Ppanie Gasiński, proszę spojrzeć na tło. Na razie lepszego zdjęcia nie mamy, ale to chyba wystarczy.. – przerwał, widząc jak szef podnosi w górę palec, w geście milczenia. Wystudiowanym ruchem sięgnął po okulary, leżące na szerokiej piersi i przyjrzał się zdjęciu jeszcze raz. Zmarszczył brwi, przysuwając się bliżej światła. Wreszcie pokiwał potakująco głową.

– Tym razem się postarałeś Larecki... – autentyczna pochwała z ust gospodarza sprawiła, że policzki przybysza zaczerwieniły się z zadowolenia. Gospodarz tego gabinetu często wpadał w gniew, a kiedy się srożył, był straszny. Widział już delikwentów, okaleczonych przez podwładnych Gasińskiego. Aprobatę z jego ust usłyszał po raz pierwszy....

Starszy mężczyzna uderzył w staromodny dzwonek. Niemal natychmiast w drzwiach wejściowych pojawiła się wysoka, chuda sylwetka asystentki.

– Pani Grażynko, przy wyjściu proszę wypłacić panu Lareckiemu standardową premię... – skinęła krótko głową i zniknęła. Grubas bezwolnie zatarł dłonie w geście radości, poniewczasie orientując się, co uczynił. Z przestrachem zerknął na swego rozmówcę. Dezaprobata w jego wzroku natychmiast wygasiła radość z łatwego wydawało się zarobku.

– Żal mi takich jak ty, Larecki – mruknął starzec i zapadł się głębiej w fotel – konsumujące zwierzęta, bez odrobiny finezji... .

Rząd świateł nad fotelem zgasł. W gabinecie zapadła całkowita ciemność. Za oknem panowała noc. Kurier postąpił krok naprzód, usiłując trafić dłonią w teczkę. Udało mu się to, chociaż jednym palcem boleśnie ugodził w rant stołu.

– Módl się, żeby zdjęcia dobrze wypadły na aukcji. Dobrze się sprzedadzą, to za następną premię kupisz sobie o wiele więcej tego śmiecia, które zazwyczaj tak was cieszy – ostatnie zdanie zostało wypowiedziane z nieukrywanym wstrętem.

– Teraz zostaw mnie samego. Muzyki nie docenisz, a powietrze będziesz zużywać – grubas nie zareagował na głos pełen pogardy. Ten ton znał doskonale. Wiedział, że zazwyczaj niczym nie grozi. Ot “gderania starszego dziadka” jak mawiała obsługa posesji.

– Teczka do niszczarki – dogonił go jeszcze w drzwiach głos mocodawcy. Larecki odruchowo skinął głową, starannie zamykając drzwi. Stojąc sam, w niewielkim przedsionku, odetchnął głęboko. Nienawidził tu przychodzić, jak niczego innego na świecie. Strachu, nie będąc pewnym, że opuści ten upiorny gabinet. Równie mocno kochał jednak pieniądze, otrzymywane w sąsiednim pokoju. Otarł czoło, zroszone potem i wyszedł z pomieszczenia. Zmrużył oczy, by osłonić je przed uderzeniem światła, zalewającego szeroki hall willi Gasińskiego. Ascetyczne ściany były przeciwieństwem bogato wyposażonego gabinetu. Amator nie zwróciłby większej uwagi na rzadko rozstawione obrazy pędzla najlepszych artystów Europy. Każdy z nich był warty dobrego domu. Larecki, nieczuły na sztukę, skoncentrował spojrzenie na sylwetce pięćdziesięciolatki, niosącej szarą kopertę w wąskiej, wypielęgnowanej dłoni.

– Zgodnie z poleceniem szefa – mruknęła, przekazując pieniądze. Wydawało się przez moment, że Larecki sięgnie do środka koperty, by przeliczyć zawartość, ale bezwzględny wzrok kobiety ostrzegł go, że to nie najlepszy pomysł. Zamiast tego skinął głową w geście podziękowania i ruszył do wyjścia... .

Ekran komputera oświetlał zaczerwienioną, pociągłą twarz mężczyzny. Błyszczącymi oczyma obserwował wirtualną półkę z książkami. Przy każdej z nich widniała kwota, zmieniająca się w czasie rzeczywistym. Zazwyczaj licytacja liczyła trzy, może cztery pozycje. Dziś było ich osiem.

Przesunął kursor na okładkę jednej z książek. Ta natychmiast zamieniła się w wizerunek roześmianej dziewczynki. Miała najwyżej siedem lat.

– Dobrze – mruknął pod nosem obserwator – wytrzeszczaj te ładne ślipka dla wujka Wojtka. Panowie z grubą forsą czają się za rogiem... – spojrzał na aktualną wysokość aukcji. Powoli docierała do okrągłej liczby dziesięciu tysięcy euro. Mimowolnie zatarł ręce. Dziesięć procent tej kwoty należało do niego. Aukcja trwała dopiero od godziny, a już ocierali się o czterocyfrowe kwoty... . Zamknął na chwilę oczy, upajając się chwilą. Uwielbiał ten czas, gdy puszczał w ruch największe wirtualne targowisko dla specyficznej klienteli. Całkowicie bezpieczni, mogli oddać się swemu hazardowemu, niebezpiecznemu hobby. Konta, uruchamiane na hasło, logowane poprzez serwery proxy, na zewnętrznych kartach wi–fi, niszczonych zaraz po aukcji, cieszyły się ogromną popularnością wśród wtajemniczonych. Odetchnął głęboko i nie otwierając oczu, sięgnął po markową wódkę. Jeden łyk zagłuszył resztki sumienia kołaczące gdzieś po zakamarkach duszy. Palący smak trunku przeniknął w dół, do żołądka, przyjemnie rozlewając się po trzewiach. Drogi trunek, stojący przed willą samochód i kobiety, obowiązkowo zmieniane po letnim sezonie... . Oglądał takie życie na portalach informacyjnych i w gazetach, siedząc u dentysty. Programując strony internetowe, nigdy nie przypuszczał, że stanie się częścią tego wielkiego świata blichtru i wielkich pieniędzy... . Wliczone w to mroczne momenty przełknął już dawno temu. Nauczył się na to patrzeć, jak na walkę o przetrwanie. On dostarczył jedynie areny. Fizycznie nie krzywdził żadnego dziecka. Jeśli rodzice nie byli wystarczająco czujni, nie potrafili chronić swoich pociech, może nie zasługiwali na to, by je mieć?.

Otworzył oczy, zły na siebie za te filozoficzne przemyślenia. Pociągnął drugi, solidny łyk alkoholu, starając się zagłuszyć myśli. Jego oczy powędrowały w stronę drugiego monitora, na którym śledził wszystkie połączenia z serwerem, gdzie odbywała się aukcja. Uspokojony, ponownie spojrzał na oferty. Wolno, ale wytrwale pięły się w górę. Magiczne cyfry działały nań lepiej niż jakikolwiek narkotyk. Oszałamiały mocniej, niż resztki wódki, chlupoczące w szklance.

– Kochanie? – Usłyszawszy piskliwy głos, dochodzący gdzieś z dołu, zaklął. Całe popołudnie męczył się, by wysłać swą najnowszą “zdobycz” do galerii handlowej. Filigranowa blondynka o niebotycznie długich nogach uparła się jednak dziś na wspólne wyjście. Nie zdoławszy jej tego wyperswadować, postanowił upić ją winem. Po dwóch butelkach, nie mogła się nadawać do czegokolwiek. A tu proszę. Jak na złość, obudziła się w kluczowym momencie całego wydarzenia.

Zacisnął zęby, wpatrując się w ekran komputera. Ponowne wołanie kobiety wytrąciło go zupełnie z równowagi. Zaklął ponownie i podniósł się z fotela. Rzucił ostatnie spojrzenie na aukcję i ruszył ku drzwiom, zakładając szlafrok.

– A, tu jesteś... – przeciągając, mruknęła wiotka blondynka, stojąca w korytarzyku. Nigdy wcześniej tu nie była. Wąski pokoik na poddaszu nie był zbyt interesujący. Jacuzzi, basen , własne solarium i gustownie urządzona siłownia... . Z niezrozumiałego dla niej powodu, gospodarz domu znikał czasami właśnie w tej nieukończonej części posesji.

– Wydawało mi się, że chciałaś się przespać... – odpowiedział jej z przesadną czułością, stając tak, by zablokować dostęp do pokoju. To obudziło w oszołomionym umyśle dziewczyny kobiecą ciekawość.

– Co tu skarbie ukrywasz przede mną... – podsunęła się bliżej, poprawiając na wpół rozpiętą bluzkę. Nie troszczyła się zbytnio o różową mini, odsłaniającą znacznie więcej niż zazwyczaj. Uparcie próbowała wejść do środka, budząc irytację mężczyzny. Zdawał sobie sprawę, że powinien skupić się na aukcji, monitorować jej przebieg. Każda minuta mogła być na wagę złota. Nie sądził, by dziewczyna zorientowała się, co się dzieje na ekranie, ale nie zamierzał ryzykować.

– Powiedziałem nie! – surowy ton głosu nie otrzeźwił blondynki. Z pijackim uporem próbowała wejść do środka. Wpiła się krwistymi, długimi paznokciami w futrynę i chwiejąc się na nogach, oświadczyła.

– I nie ruszę się stąd kotku!. Dopóki mi nie pokażesz, co tam chowasz w pokoju! – czknęła cicho, nie bardzo panując nad swoim organizmem. Druga butelka wina właśnie kończyła poniewierać jej umysł. Nie miał jednak aż tyle czasu, by czekać, aż alkohol załatwi sprawę. Niespodziewanie dla dziewczyny, uderzył ją na odlew z całej siły, otwartą dłonią. Krzyknęła z bólu, odbijając się od nieotynkowanej ściany i upadła, tracąc przytomność. Mężczyzna przez chwilę spoglądał na bezwładnie leżącą kobietę, na jej rozrzucone ramiona, wreszcie na niewielką plamę krwi, kapiącej z rozbitych ust.

– To za te wszystkie twoje piski, głupia suko! – mruknął nienawistnie. Przesunął wzrok niżej, na niczym nie osłonięte podbrzusze pobitej.

– Co ja w tobie zobaczyłem, że cię przywlokłem do siebie – pokręcił głową przecząco i wrócił do komputera, pozostawiając leżącą samą sobie. Przyszedł w ostatniej chwili, gdy na ekranie rozbłysło ostateczne odliczanie do końca aukcji. Ku swojemu zadowoleniu, dostrzegł przy jednej z pozycji grubo ponad sześćdziesiąt tysięcy.

– I tak się robi pieniądze, głupia zdziro – rzucił przez ramię do nieprzytomnej dziewczyny. Jego palce na klawiaturze poczęły wystukiwać gwałtowny rytm. Wyniki licytacji zostały przedstawione wyłącznie zwycięzcom, a sam proces aukcji został zatrzymany i wykasowany. Jego miejsce zajęła domowa strona bibliofila, lubującego się w literaturze klasycznej pisanej łaciną i greką... . Dopiero teraz wyłączył komputer i wstał. Powoli, bez pośpiechu zdjął szlafrok i jedwabną pidżamę. W zamian ubrał roboczy kombinezon, leżący w rogu pomieszczenia. Dopiero tak odziany wyszedł na korytarz. Blondynka wciąż tam leżała, skąpana we własnych wymiocinach.

– Dobrze, że tu się zrzygałaś – warknął, bezceremonialnie ciągnąc nieprzytomną za rękę. Zły był na samego siebie. Zbytnia pewność siebie omal go nie zgubiła. Trzydzieści tysięcy i ryzyko wpadki, tylko dlatego, że zostawił sobie “dziunię” na noc!. Przeszedł przez gustownie wykonaną kuchnię, wyłożoną ceramiką kupioną we Włoszech i wyciągnął dziewczynę na starannie wystrzyżony trawnik. Chwilę później chlusnął na leżącą wodą z wiadra, pozostawionego przez ogrodnika. Dopiero ten zabieg otrzeźwił kobietę. Prychając, próbowała wstać.

– Co, co się stało? – Mrugała oczami, starając się zogniskować wzrok. Ku swojemu zdziwieniu skonstatowała, że jest na zewnątrz.

– Nic, głupia pindo. Wychlałaś mi dwie dobre butelki wina – warknął w odpowiedzi, odstawiając wiadro. Sięgnął do kieszeni kombinezonu, odszukując wymiętą paczkę papierosów. Zerkając na blondynkę, usiłującą wstać, zapalił jednego. Zaciągnął się i wydmuchnął dym prosto w jej twarz, oblepioną mokrymi włosami, ubrudzoną glonami i resztkami zgniłej trawy z wiadra.

– Zainwestowałem w ciebie dwa miesiące. I wystarczy tego dobrego, głupia krowo – Wydawało się, że jego słowa nie docierają do niej. Chwiała się, łapiąc raz za razem równowagę.

– Potrzebna mi kobieta reprezentacyjna, a nie głupia szmata... – chciała coś odpowiedzieć, otworzyła usta, ale zamilkła, widząc jego podniesioną dłoń. Mężczyzna postąpił krok naprzód i sięgnął po stylowy telefon komórkowy, zdobiony złotymi wstawkami. Wybił na nim numer i czekał przez chwilę na połączenie.

W żyłach dziewczyny zagrała gorąca krew. Nie pamiętała, jak się tu znalazła, ale nagła transformacja czułego kochanka, w bezwzględnego chamskiego samca alfa i perspektywa utraty intratnej partii rozwścieczyła ją.

– Ty gnoju... – wypluła wodę, przemieszaną z resztką wymiocin, zalegających w jej ustach. Zaślepiona gniewem, nie zwróciła uwagi na ohydne uczucie.

– Oskarżę cię o gwałt... – rzuciła pierwsze, co jej przyszło do głowy, w nadziei, że to zastopuje lawinę wydarzeń, których nie przewidziała. Wydawało się, że jej słowa nie zrobiły na gospodarzu żadnego wrażenia. Mężczyzna obrócił twarz do słońca i na moment przymknął oczy.

– Stasiu? – Stojąc kilka kroków od niego, usłyszała tylko szum rozmowy.

– Będę ci wdzięczny, jeśli podeślesz tu samochód... – Słuchał przez chwilę, po czym zakończył rozmowę z szerokim uśmiechem.

– Jestem twoim dłużnikiem. Wiesz, że potrafię się odwdzięczyć... – rozłączył się.

 

– Słyszałeś dupku, zapłacisz mi za takie traktowanie! – Jazgotała głośno, niczym wściekły ratlerek – nie wykręcisz się z tego – podbudowywała się własnym krzykiem.

– I zapłacisz – oczy jej zabłysły – zapłacisz sporo!.

Mężczyzna niewzruszenie skończył palić papierosa, po czym zagniótł go w marmurowej popielniczce ustawionej przy wejściu. Dopiero wtedy wskazał dłonią na kutą, stalową bramę wjazdową, za którą pojawił się, nie wiadomo jak i kiedy radiowóz.

– Zamknij się! – Warknął z gniewem. Spojrzała na niego, chcąc kontynuować, ale głos zamarł jej w gardle. Dostrzegła w oczach mężczyzny iskry szaleństwa. Nagle wydało się jej, że balansuje na cienkiej granicy, by nie rzucić się na nią. W starciu nie miałaby najmniejszych szans.

– Daję ci wybór. Grzecznie odjedziesz z chłopakami, albo zakują cię jako włamywaczkę – oznajmił sucho i machnął dłonią w stronę policjanta, który pojawił się przy bramie.

– I od razu uprzedzam cię. Współpracują ze mną od dłuższego czasu... – uśmiechnął się złośliwie – ...to na wypadek, gdybyś chciała im sprzedać jakąś łzawą historyjkę... .

W jednej chwili dziewczyna zrozumiała wszystko. Nie przeszkadzał jej sponsoring. Uprawiała go już na pierwszym roku nieukończonych dotąd studiów, ale nikt dotąd nie potraktował jej tak przedmiotowo, tak bezwzględnie. Nie potrafiła sobie wytłumaczyć tej nagłej zmiany, ale jej dotychczasowy sponsor nie zamierzał czekać na jej reakcję.

– Zbieraj się, masz pięć minut...!

W pokoju panował półmrok. Cichy oddech należał do lokatora, leżącego na tapczanie. Szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w sufit. Błądził oczami po tanim plafonie, z montażem którego biedził się cały wieczór. Ot, kawałek plastikowego krążka i szklany półmisek oddzielający żarówkę od reszty pokoju. Najtańszy w ofercie budowlanego hipermarketu. Tylko na taki było go stać. Aż do dziś... . Jeszcze raz zerknął na telefon komórkowy, czytając sms–a od swego pracodawcy.

“Numer trzy i pięć. Wystawienie w ciągu najbliższych dwóch tygodni. Płatność sześć i cztery tysiące”. Zamknął na moment oczy, dokonując w myślach bilansu. Oczyścił konto do zera, remontując silnik w swoim wozie. Kawalerka, opłacona na następne dwa miesiące i zgrzewka piwa w lodówce.

– K..wa, prawdziwy majątek... – mruknął sam do siebie. Zazwyczaj dbał o swój język aż do przesady, ale w chwilach samotności, takich jak ta, czasami pozwalał sobie na rozluźnienie gorsetu zasad. Dziesięć tysięcy złotych zmieniało jego sytuację zasadniczo. Kupa forsy za kilka dni ryzyka... .

Powoli usiadł. Otóż to. Do tej pory, zawsze mógł się wytłumaczyć ze zdjęć zrobionych w nieodpowiedniej chwili, albo czasie. Czuł jednak, że nie mógł odmówić, gdy otrzymał propozycję zajęcia się biznesem na “pełen etat”. Nadstawianie karku za konkretną gotówkę. Cały czas próbował sobie tłumaczyć, że to tylko dodatkowy element podczas robienia fotografii. Ot, wyśle jedną, dodatkową wiadomość. To niestety nie działało, nawet po kilku łykach czegoś mocnego. Czym innym było pstrykanie zdjęć, czym innym porwanie... . Czuł gdzieś głęboko szpony strachu, niepostrzeżenie zaciskające się na gardle. Potrząsnął głową, próbując przywołać obrazy z upojnego popołudnia, spędzonego wraz z dziewczyną w lesie. Efekt był odwrotny do oczekiwanego. Oprócz strachu, pojawił się w nim gniew. Na swoją słabość i rozchwianie. Ociężale wstał i podążył do niewielkiej, obskurnej łazienki. Kafelki po obu stronach ledwie się trzymały, pęknięte na pół lustro pamiętało zapewne głęboki PRL. Stanął naprzeciwko i spojrzał na swoje odbicie. Jak dziś, pamiętał słowa, wykrzyczane ojcu prosto w twarz. Poradził sobie sam, bez jego pomocy... . Warunki, w jakich mieszkał, przyjmował jako pewien koszt początkowy, który musiał ponieść.

– I co? – Zapytał swego odbicia – Zamierzasz tak żyć przez następne dziesięć lat? Na złość ojcu zgnijesz w tej norze? Wyciągnął z kieszeni telefon i spoglądając na swe odbicie, przekreślone szramą pęknięcia, wycedził przez zęby, potrząsając aparatem.

– To jest twoja przepustka do lepszego życia. Do forsy, grubego szmalu! – Odkręcił wodę, patrząc przez chwilę, jak znika w odpływie starego zlewu. Ochlapał sobie twarz. Gdy ponownie spojrzał na swe odbicie, ujrzał maskę bez jednego uczucia. Podjął decyzję i w tej samej chwili wątpliwości gdzieś zniknęły, rozpłynęły się niczym poranna mgła. Elektryczną maszynką przejechał po policzkach, bardziej z przyzwyczajenia, niż z potrzeby. Kilkoma szybkimi ruchami wklepał wodę kolońską. Pozbywszy się skrupułów, działał jak dobrze nakręcony, szwajcarski zegarek. Przywdział garnitur, krawat. Włosy, postawione na żel, zgodnie z aktualną modą, dodawały mu chłopięcego uroku.

– I o to chodzi – mruknął, kontrolując w lustrzanym odbiciu swój ubiór.

Zadowolony wyszedł z mieszkania, starannie zamykając drzwi. Kilkoma szybkimi krokami przebył krótki, obskurny korytarz, by znaleźć się przed starą kamienicą, niemal w centrum miasta. Tajemnica, dlaczego ta rudera wciąż straszyła turystów, skryta była głęboko w miejskim urzędzie... .

Podśpiewując sobie pod nosem, otworzył drzwi sportowego samochodu, zaparkowanego bezczelnie, pod samymi drzwiami wejściowymi. Komunalni mieszkańcy kamienicy w przytłaczającej większości składali się z emerytów i rencistów. Żaden z nich nie zamierzał wchodzić w zatarg z młodym, rzutkim lokatorem spod trójki... .

Sześciocylindrowy silnik zagrał swą basową melodię. Kierowca energicznie nacisnął pedał gazu. Sypiąc piasek spod szerokich kół, wyjechał na drogę, o mały włos nie zderzając się z człapiącą się powoli taryfą. Taksówkarz, by uniknąć kolizji gwałtownie zahamował, stawiając swoje auto w poprzek drogi. Zdążył jedynie posłać za młodym narwańcem kilka niecenzuralnych słów. Na inną reakcję było stanowczo za późno. Czarny, niski tył sportowego wozu znikał właśnie za odległym skrzyżowaniem.

Prowadził pewnie, mijając kolejnych niedzielnych kierowców. Nie tracił czasu na klakson. Podjąwszy decyzję, zamierzał zacząć realizację planu jak najszybciej. Z piskiem opon wjechał na parking marketu. W młodzieńczej fantazji zachciało mu się wykonać kilka kontrolowanych poślizgów. W porę jednak dojrzał samotnie stojący radiowóz. Natychmiast zwolnił, zatrzymując się na pierwszym wolnym miejscu parkingowym. Drżącą dłonią sięgnął po telefon. Powoli, bez pośpiechu wystukał wiadomość.

– “Rozpoczynam realizację” – zastanawiał się przez chwilę nad wysłaniem. Nagle przyszło mu do głowy, że nigdy się nie zapytał, co się stanie, jeśli będzie musiał się wycofać. Nie miał takiej możliwości. Czuł wyraźnie bicie serca, wysyłając sms–a. Odetchnął głęboko. Postąpił krok w stronę nowego świata... . Dźwięk odbioru wiadomości zaskoczył go. Zerknął na ekran aparatu. Pojawił się na nim numer telefonu, do osoby, mającej przeprowadzić “mokrą” część roboty. Adrenalina uderzyła mu do głowy. Czekał na tę chwilę. Teraz wydawało mu się, że zbyt długo... .

Energicznie wystukał numer telefonu i przytknął aparat do ucha. Po trzykrotnym sygnale, usłyszał chropowaty, męski głos.

– Słucham? – Otworzył usta, w tej samej chwili orientując się, że nie wie, o czym rozmawiać z “realizatorem”. Nie miał jeszcze pomysłu, ba nawet koncepcji. Mężczyzna po drugiej stronie nie zamierzał jednak czekać na jego pomysły.

– Streszczaj się leszczu, czego chcesz? Czy pomyłka? – Agresja była aż nadto wyczuwalna.

– Dzwonię w sprawie wystawienia – rzucił pierwsze, co przyszło mu do głowy. Nim zdążył dodać cokolwiek, jego rozmówca natychmiast przejął inicjatywę.

– Proponuję galerię handlową w centrum. Łatwy dojazd, duże, podziemne parkingi – ton głosu “wykonawcy” natychmiast się zmienił. Rzeczowo, konkretnie omówił plan porwania, podchodząc do niego, jak do projektu biznesowego. Na początku rozmowy, oczami wyobraźni widział w “realizatorze”, wielkiego, tępego osiłka. Teraz z kolei wydawało mu się, że rozmawia z dobrym menadżerem.