SpicaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Spica
Spica
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 60,35  48,28 
Spica
Spica
Audiobook
Czyta Ilona Chojnowska
29,95  26,96 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Tomasz Białkowski, 2020

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

© obraz holenderskiego malarza

Paulusa Pottera /zbiory Hermitage Museum

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Renata Bubrowiecka

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8234-542-1

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

Dziecko znajduje się w ogromnym sklepie podzielonym na wiele korytarzy. Ściany pokryte są metalowymi regałami sięgającymi sufitu. Stoją na nich tysiące świec. Wszystkie te świece płoną, wydzielając gryzący zapach. Do tego jest duszno, gorzkie powietrze wdziera się do gardła, dusi, powoduje łzawienie. Chłopiec wolno rusza przed siebie, zaczyna szukać mamy. Przyszli w to miejsce przecież razem. Dlaczego jego mama nagle zniknęła? Po co zostawiła go samego? Czy to jakaś gra? Czy specjalnie się przed nim schowała? W którą ma iść stronę? Długie korytarze są pus­te, nie chodzą po nich ludzie z wózkami. Dlatego chłopca nagle ogarnia wielki lęk. Raz w tygodniu jeździ z matką do dużego miasta. Nigdy nie widział pustego sklepu. Lecz nie to najbardziej go przeraża. Najgorsze są świece. Światło, które wytwarzają, porusza ścianami, stalowymi żerdziami półek i bezkresnym falującym sufitem. Błyszcząca pajęczyna za chwilę opadnie na chłopca, a wtedy z cienia wystawi ogromną niklowaną głowę monstrualny pająk. Chłopiec zaczyna krzyczeć. Tak chce pokonać strach. Krzyk ma również zaalarmować matkę. Wyrwać go z koszmaru.

Chłopiec otwiera oczy. Siedząc w kolorowej piżamie na rozmemłanym łóżku, rozgląda się dookoła. Powoli dociera do niego, że znowu śnił mu się ten sam koszmar. Nocna lampka na stoliku jest zapalona. Pokój chłopca ma ciepłe barwy. Tak różne od tych, które widział jeszcze przed chwilą. Wstaje i boso rusza do drzwi. Wychodzi na korytarz, z dłonią przy ścianie kieruje kroki do sypialni matki. Wchodzi w ciemność. Zaczyna wołać: „Mamo! Mamusiu!” – lecz nikt mu nie odpowiada. Wychodzi z sypialni i idzie do kuchni. Cały czas porusza się w mroku. Zna układ domu na pamięć. Kuchnia nie ma drzwi. Oddzielona jest od korytarza cienkimi paskami kolorowej tkaniny, które zwisają luźno do podłogi. Chłopiec boi się dotknąć tej delikatnie falującej zasłony. Co będzie, jeśli za nią stoi straszny człowiek i utnie mu rękę? Albo metalowy pająk ze snu? Ale potrzeba odszukania matki jest tak wielka, że wsuwa stopę między paski, które normalnie, za dnia, łaskoczą go w palce, lecz teraz oplatają je i może za chwilę wciąg­ną w jakąś lodowatą dziurę. „Mamo! Jesteś tu?”. Chłopiec ociera rękawem piżamy zapłakane oczy. Wchodzi do kuchni. Za oknem jest zupełnie ciemno. Słychać wycie wiatru i deszcz tłukący o parapet. Chłopiec bierze ze stołu nóż. Zaciska go mocno w dłoni, aż czuje ból. Nie wie, co ma robić dalej. Siada zatem na szerokim parapecie i wpatruje się w kontury drzew, ich szponiaste gałęzie szarpane wiatrem. Nagle dostrzega niewielkie światełko przebijające przez gęstwinę. Płomyk, prawie taki jak w jego śnie, pali się w oknie kościoła. Po chwili niknie, by zaraz potem pojawić się ponownie. Chłopiec schodzi z parapetu. Idzie korytarzem do drzwi wyjściowych, z wieszaka ściąga kurtkę, klęka i na czworakach szuka butów. Wkłada zimowe półbuty, kurtkę oraz czapkę, która jest skryta w jednym z rękawów. Wychodzi z domu.

Wiatr jest lodowaty i bardzo silny. Wdziera się do nosa i ust. Chłopiec nie może złapać tchu. Kryje usta dłonią, w którą falami uderzają strugi deszczu, dlatego chowa twarz w rękawie. Wolno stawia kroki po mokrym bruku. Nie chce się poślizgnąć i wywrócić. Na chwilę zadziera głowę i patrzy w okno obok drzwi wejściowych do świątyni. Zbudowany z czerwonych cegieł kościół jest po drugiej stronie ulicy. Świat­ło płonie całkiem wyraźnie. Chłopiec dociera do potężnych wrót. Klamka jest bardzo duża i ciężka. Dziecko nie ma tyle siły, by ją opuścić. Przypomina sobie jednak, że z boku świątyni, po prawej, jest drugie wejście, z drzwiami podobnymi do tych, jakie mają w domu. Takie umie już otworzyć. Sunie więc wolno wzdłuż ściany do drzwi nad trzema niewielkimi stopniami. Tutaj wiatr dokucza znacznie mniej. Deszcz prawie nie dociera. Tylko ciemność jest taka sama jak wszędzie, a może nawet większa. Chłopiec natrafia na poręcz i wchodzi po schodach. Klamka jest na wysokości jego twarzy. Naciska ją z całej siły. Dźwignia opada, zasuwa opuszcza framugę, mechanizm ustępuje.

Chłopiec pcha drewniane wrota do środka, wciska się w niewielką szparę. Wiatr natychmiast cichnie, a deszcz nie bije po twarzy. Jest ciepło i sucho, a w powietrzu unosi się zapach kadzidła. Chłopiec czuje na twarzy jakąś ciężką zasłonę. To kotara chroniąca przed zimnem z zewnątrz. Rozsuwa ją i wchodzi do bocznej nawy. Daleko z przodu dostrzega światło świecy. Idzie w tym kierunku. Cień za nim jest coraz dłuższy, straszniejszy. Dochodzi do głównej nawy. Tutaj światła jest znacznie więcej. Na jednej z kolumn zamontowano niewielką półkę. Chłopiec dostrzega urządzenie, które widział już kiedyś. To projektor do wyświetlania zdjęć i filmów. Takiego samego używa pani w jego przedszkolu. Projektor wyrzuca światło, w którym wiruje kurz. Tworzy obrazy. Chłopiec skupia się na tych obrazach. To wielka łąka. Nad nią jest błękitne niebo i jasne obłoki. Po obu bokach widać las. Wzrok chłopca powoli wędruje niżej.

Dziecko nagle drętwieje. Na stopniach prowadzących do ołtarza dostrzega jakieś kudłate zwierzę. To pies. Wygląda, jakby spał. W tej chwili chłopiec zaczyna przeraźliwie krzyczeć: „Mamo! Mamusiu!”. Jego krzyk rozchodzi się po wnęt­rzu świątyni, dociera do ścian, odbija się od sklepienia, porusza drgający płomyk gromnicy ustawionej na świeczniku. Nie jest jednak w stanie obudzić matki leżącej przed kamiennym stołem, na którym płonie świeca. „Mamusiu!”. Chłopiec podbiega do kobiety. Chwyta ją za rękę, szarpie. Nie ma siły, aby wyciągnąć nieprzytomną matkę zaplątaną w inne ręce i nogi. „Obudź się! – woła, ciągnąc matkę za bosą stopę. – Słyszysz?! Mamo, nie umieraj!”. W rozpaczy rzuca się na ciało leżące przed nim, obejmuje zimny brzuch kobiety. Drży, leżąc, wtopiony w delikatnie unoszące się piersi. Światło rzutnika razi źrenice, dziecko przymyka powieki. Chowa twarz pod pachą matki sczepionej w objęciach z inną kobietą. Nie rozumie, dlaczego jego mama, ta pani obok i inne panie, które już widział we wsi, wszystkie są całkiem nagie. Wszystkie śpią.

2

– To jest klucz od pokoju, pani Igo.

Recepcjonistka wyciąga rękę w kierunku kobiety stojącej po drugiej stronie lady.

– Proszę go położyć – odpowiada kobieta.

Recepcjonistka na chwilę zawiesza dłoń nad lśniącym grafitowym blatem, potem cofa rękę i kładzie na blacie elektroniczną kartę – klucz. Patrzy z uwagą na długie mocne palce kobiety. Zaciskają się na prostokątnym kawałku plastiku, w którym zatopiono układ scalony. Karta wędruje do niedużej brązowej torebki ze sztucznej skóry.

– A tu zwracam pani dowód osobisty.

Recepcjonistka już nie podaje go kobiecie, lecz przesuwa identyfikator ze zdjęciem po blacie palcem wskazującym. Jej wzrok jest skierowany na twarz po drugiej stronie lady.

Iga Spica jest w wieku jej matki. Bez wątpienia o wiele ładniejsza. Ma bardzo zmęczone oczy, ale to zrozumiałe, jest przecież druga w nocy, i włosy ukryte pod białą czapką pilotką. Teraz wzrok recepcjonistki wędruje niżej. Widzi jaskrawoczerwoną pikowaną kurtkę, której rozsunięte poły odsłaniają luźny wełniany sweter o bursztynowej barwie. Skupia się na szyi. Ciemnobrązowa pręga odcina się wyraźnie od jasnej skóry pociętej wąskimi zmarszczkami. Jej kolor prawie nie różni się od tego, który ma torebka. Ale skóra kobiety w przeciwieństwie do materiału, z którego wykonano torebkę, jest prawdziwa. Bruzda odcina się wyraźnie, dzieli szyję poziomo jakby na dwie części. Dopiero teraz recepcjonistka zauważa, że twarz kobiety też jest zaczerwieniona. Popękaną tkankę widać pomimo warstwy pudru nałożonego na szyję i policzki. Powinna zakryć tę pręgę szalem albo nosić golf, myśli młoda recepcjonistka. Owinąć jakąś apaszką. To obrzydliwe.

Recepcjonistka uśmiecha się nerwowo. Dlaczego tamta milczy? Niech już idzie. Cisza jest nieznośna. Patrzy za okno, w czerń oblepiającą budynek hotelu. To sygnał dla kobiety z pręgą na szyi, że nie ma ochoty na dalszą rozmowę. Właściwie jaką rozmowę? Potem chowa twarz za ekranem monitora. Kiedy znowu kieruje wzrok na kobietę, piskliwie rzuca przez zaciśnięte gardło:

– Pokój na piętrze, ale to pani już wie…

Recepcjonistka chce odwrócić wzrok. Nie może dłużej ukrywać wstrętu.

Teraz to kobieta po drugiej stronie blatu przygląda się z uwagą pracownicy hotelu. Trwa to całą niewyobrażalnie długą minutę. Potem zdejmuje czapkę, odsłaniając krótko przystrzyżone jasne włosy. Pod ciepłym okryciem posklejały się i odsłoniły białą skórę. Wygląda odrażająco. Do tego jej spojrzenie jest natarczywe, bezwstydne. Zaczyna piec.

Młoda recepcjonistka chowa dłonie pod ladę. Czuje, że są wilgotne.

– Czy wiesz, co to jest zadzierzgnięcie? – Iga Spica ma niski i ochrypły głos. Zwraca się do młodej kobiety per ty, co jest oczywistą oznaką złego wychowania i braku kultury osobistej. Jakby chciała pokazać swą wyższość.

Kim, do cholery, ona jest? Co sobie wyobraża?! Dziewczyna ma przypięty do koszuli identyfikator z imieniem i przypisem „uczę się”. Recepcjonistka – Wioletta – powinna natychmiast dać wyraz swojemu niezadowoleniu, głoś­no i stanowczo zaprotestować. Reaguje jednak piskliwym:

 

– Nie rozumiem?

Potem blednie, jest przerażona. Ta Iga Spica to wariatka, określenie przychodzi natychmiast. Co to za dziwaczne nazwisko? Tak, trafiłam na wariatkę. Już całkiem otwarcie zaczyna się rozglądać za czymś bądź za kimś, kto przyjdzie jej z pomocą. Uwolni ją od tej szalonej wiedźmy. Ale hol jest pusty.

Tamta wolno cedzi słowo po słowie:

– Zakładają ci pętlę wokół szyi. Zaciskają. Sznur tworzy ślad. Taki, jak widzisz u mnie. Twardówki – Iga palcem prawej dłoni kreśli okrąg wokół oka – o, tutaj, chociaż są słabo unaczynione, zmieniają barwę. Przez wylewy. W spojówkach widać wybroczyny. A te plamy, które tak przyciągają twój wzrok, to przekrwienie. Przez pierwsze dni nie mogłam na nie patrzeć. Ludzka szyja to bardzo delikatna część ciała. Byle ucisk powoduje ślad, a co dopiero mówić o grubej linie… Nosiłam chusty, szale… Teraz już tego nie robię. Na każdym kroku widzę takie jak twoje spojrzenia pełne wstrętu, a czasem agresji. Faceci w knajpach patrzą na mnie pożądliwym wzrokiem. Podobam się mężczyznom. Zawsze się podobałam… Ale kiedy podchodzą z czarującym uśmiechem i dostrzegają to, co ty teraz, natychmiast wieją. I wiesz co? Mnie to bardzo odpowiada. To moja ochrona przed nimi. Pomyśl nad tym. Czy twoja ładna buzia to wszystko, co masz?

Młoda recepcjonistka nie może opanować drżenia rąk, które przyszło razem z poceniem. Próbuje skupić się na utrzymaniu w palcach słuchawki od bezprzewodowego telefonu, którą zaciska mocno, przez co klawisze, jak i wyświetlacz świecą na niebiesko, a urządzenie wydaje przeciągły sygnał. Potem dziewczyna obraca się plecami do holu i z płaczem wybiega z przestronnego pomieszczenia. Jej czarne szpilki stukają nad wyraz głośno. Jakby w podłogę tłukł dzięcioł.

Iga Spica zostaje sama. Powoli chowa kartę w przegródce portfela. Z torebką i walizką sięgającą bioder rusza w kierunku schodów prowadzących na piętro hotelu. Kolor drewnianych stopni jest identyczny z kolorem jej torebki. Wąski stromy tunel wyznaczają drewniane poręcze. Iga odkrywa, że zarówno ściany, podłogi, jak i meble wyłożone są tym materiałem. Drewno łączy się ze szkłem i metalem cynowej barwy. Wszystko tutaj jest bardzo gustowne, widać rękę dobrego projektanta i duże nakłady finansowe. Delikatne ciepłe światło wykreśla kształt korytarza. Kiedy mija kolejne drzwi, lampy za jej plecami natychmiast gas­ną. To czujniki ruchu, natknęła się na nie przy furtce prowadzącej na dziedziniec, potem były przy drzwiach wejściowych do głównego budynku. Są właściwie wszędzie.

Iga dzień wcześniej sprawdziła w internecie to miejsce. Tak jak to robi od kilku miesięcy ze wszystkim. Każdy swój krok planuje z wyprzedzeniem. Tak być musi. Tak jest bezpiecznie. Teraz wyciąga z portfela kartę i wsuwa ją do urządzenia z zakodowaną blokadą drzwi. Słyszy cichy, niski dźwięk. Dioda miga na zielono. Drzwi ustępują. Chwilę nasłuchuje i dopiero teraz przekracza próg.

Wchodzi w ciemność. Szybko i nerwowo maca ścianę, szukając kontaktu. Naciska klawisz, lecz w pokoju panuje całkowita ciemność. Karta. Wszystko w tym budynku jest wyposażone w czipy. Wkłada ją zatem do urządzenia na ścianie. Teraz może włączyć światło. Wejście człowieka do pomieszczenia zostało automatycznie odnotowane przez recepcjonistkę. Pokój jest bardzo duży. Właściwie to cały apartament – pomieszczenie sypialne i pokój, w którym ustawiono ręcznie wykonane krzesła. Tutaj również większość elementów jest drewniana, pomalowana na biało. Przypominają stelaże, które można zobaczyć na plażach. Poukładano na nich miękkie poduchy w kilku odcieniach szarości. Na ścianie wisi płaski telewizor. Pod nim ustawiono skrzynkę dekodera telewizji satelitarnej, na niej położono dwa piloty. Telewizja jest na kartę. Korzystanie z niej zostaje odnotowane przez pracowników. To usługa nieodpłatna, lecz jak wszystko tutaj zostawia ślad. Śladem jest kod do internetu, który – wypisany na gustownej karteczce – spoczywa w porcelanowej paterze na biurku. Teraz Iga podchodzi do ogromnego okna. Szklany płat zajmuje prawie całą ścianę. Przesuwa jedną z jego dwu części. Do pokoju natychmiast wdziera się mroźny wiatr. Wywraca wazon z kwiatami stojący na stole w części rekreacyjnej.

Iga wychodzi na taras. Mokre drewno pod stopami sprawia, że ostrożnie stawia kroki. Tutaj powietrze jest o wiele chłodniejsze niż przy oknie. Wdziera się pod kurtkę. Iga szybko ją zasuwa, zatrzymując suwak pod szyją. Na twarzy czuje ostre podmuchy, ich intensywność wyciska z oczu łzy. Iga wraca do pokoju, ze stołu zabiera czapkę. Wkłada ją i wraca na taras. Pod ścianą dostrzega drewnianą ławkę. Siada na niej, chociaż natychmiast wilgoć przenika jej pośladki i uda. Nie dba o to. Wpatruje się w taflę czarnej wody. Wie, że kiedy minie noc i wzejdzie słońce, z tej wody wyłoni się wyspa. To dla niej tutaj przybyła. Przyciska kolana do brody i, skulona, dygocze z zimna. Zerka w lewo, widzi kontury domów tworzących niewielką wieś. Jest środek nocy, panuje bezruch, który próbuje przerwać lodowaty wiatr.

Iga zatrzymuje wzrok na najbardziej wysuniętym w kierunku wody domu. Zdaje jej się, że w jednym z okien widzi światło. Skupia całą uwagę na tym punkcie. Obraz wyostrza się. Iga dostrzega plamę, która zmienia się w sylwetkę człowieka. Ten człowiek patrzy przez okno. Iga Spica ma wrażenie, że wpatruje się w budynek hotelu, śledzi ruch na tarasie. Ten ktoś ją obserwuje.

3

Dźwięk wydobywa się z dna torebki. Sygnał jest ciągły. Twórcy tego modelu Nokii nazwali go, nie wiedzieć czemu, „Nostalgia”. W rzeczywistości to klasyczne brzęczenie, które Iga zapamiętała z dzieciństwa, kiedy nikt nie myślał nawet o czymś takim jak telefon bez kabla, a do tego wielkości paczki papierosów. Nie kojarzy jej się z nostalgią. Rano, kiedy go słyszy, wzbudza agresję. Lecz nie myśli, żeby zmienić ten dźwięk na jakiś łagodniejszy albo zastąpić go modną piosenką. Wybrała go z pełną świadomością. Iga używa go właśnie dlatego, że chce być zmuszana do odebrania połączenia. Chce czuć wściekłość, gniew, nienawiść. Tak naprawdę jej odczuwanie ogranicza się do zdolności odbierania kilku bodźców. Słyszy, widzi, węszy. Lecz to wcale nie oznacza, że czuje coś więcej niż kształt przedmiotów, których dotyka opuszkami palców, liże, miażdży zębami. Albo wdycha zapachy ludzi, nie czując ich wewnętrznego ciepła. Obserwuje ich ciała, w których widzi jedynie skomplikowaną mieszaninę mięśni, kości, narządów i żył zalanych lepką cieczą. Iga jest martwa. Zabito ją dawno temu.

Tamtego dnia jej syn Janek po zajęciach z angielskiego czekał na miejski autobus. Do przystanku podeszło dwóch osiemnastoletnich osiłków. Zażądali od chłopca papierosów. Zaskoczony czternastolatek rozłożył bezradnie ręce. Wtedy zaczęli się na niego wydzierać. Domagali się pieniędzy. Zerwali mu z uszu słuchawki od smartfona, ich kabel poranił dziecku gardło. Janek był odważny, próbował wstać. Cisnęli nim zatem o szklaną ścianę, która natychmiast się rozsypała na tysiące niewielkich odłamków. Szkło pokaleczyło jego drobne chłopięce plecy i ramiona. To jednak nie wystarczyło napastnikom. Obeszli stelaż przystanku i stanęli nad swoją ofiarą. Okolica tego dnia była zupełnie pusta. To był jeden z tych letnich dni, kiedy upał skutecznie zatrzymuje ludzi w zacienionych wnętrzach warszawskich domów. Przeszukali kieszenie jej syna. Zabrali mu telefon, słuchawki, portfel i klucze. Wolno odeszli, śmiejąc się ze swojej ofiary. Gdy znaleźli się dziesięć metrów od zniszczonego przystanku, ten wyższy zawrócił. Podbiegł do Janka i potężnym kopniakiem zmiażdżył mu krtań. Jej syn zaczął się dusić, niezdarnie próbował wstać. Pokaleczonymi dłońmi objął szyję. Z każdą sekundą coraz trudniej mu było złapać oddech. Szeroko otwartymi oczyma patrzył na przejeżdżające ulicą samochody. Nikt się nie zatrzymał. Po kilku minutach chłopiec leżał martwy w kałuży krwi.

Telefon nie przestaje dzwonić. W pomieszczeniu panuje mrok. Nocna lampka stoi tuż obok łóżka. Kiedy Iga dotyka obudowy, urządzenie zaczyna wydzielać światło. Kolejne dotknięcie metalowej podstawy zwiększa jego moc. Przy trzecim lampa daje nieznośną jasność, Iga zakrywa oczy dłonią. Wstaje z łóżka i kieruje kroki do łazienki. Kolejne światło, tym razem zainstalowane nad lustrem, jest jaskrawe, obraz odbity w szkle może odrzucać. Iga obserwuje swoją twarz. Jest opuchnięta, na policzkach ma rdzawe plamy, skóra pod oczami popękała, lekko zwisa w okolicach żuchwy. Pręga na szyi przecina krwistą barwą podbródek i grdykę. Iga wolno nabiera w dłonie zimnej wody, chowa w nich twarz. Odczuwa ulgę. Z tyłu ciągle słyszy telefon. Wraca zatem do pokoju, wygrzebuje aparat z torebki i dopiero teraz odbiera połączenie.

– Dzień dobry! Dotarła pani na miejsce? – Głos mężczyzny jest niski, zdradza podenerwowanie. – Rafał Bonelski mówi…

Iga zerka na zegar zawieszony na ścianie. Jest siódma rano. Kieruje kroki do okna.

– Pięć godzin temu.

– Czyli w nocy…

– Zdaje się, że ciągle jest noc.

Za oknem niewiele widać, chociaż jest już ranek. Słońce nie pojawiło się nad wodą. Szanse, żeby tego dnia przedarło się przez ciężkie, nasączone deszczem zimowe chmury, są niewielkie. Woda w jeziorze zabarwiła się na popielato. Niesiona wiatrem rwie swoją taflę, tworzy z niej okolone pobielałą pianą grudy, które biją o brzeg. Iga patrzy w prawo, wypatruje wyspy.

– To pani niewyspana…

– Za to pan najwyraźniej tak.

– Przepraszam. Wiem, która jest godzina. Chciałem tylko sprawdzić, czy pani już na miejscu…

– Wystarczyło zadzwonić do recepcji.

– Obawiam się, że nie udzieliliby mi takiej informacji. To dyskretni ludzie.

– Chyba właśnie dlatego tutaj mamy się spotkać?

– Spotykamy się dla wyspy.

Iga przybliża twarz do zalanej deszczem szyby, ma nadzieję, że wreszcie coś zobaczy. Lecz prócz strumieni wody uderzających o deski tarasu, spienionych bałwanów rozsypujących się w dole nie widzi niczego więcej.

– Niech mi pan powie, jaka jest ta wyspa. Pan na niej był.

– Opowiem pani wieczorem, przy kolacji. W południe mam samolot z Hamburga. Z Gdańska dotrę do hotelu na siódmą wieczorem. Przywiozę pana Hamana.

Zalega długa cisza.

– A jak hotel, warunki? – W głosie mężczyzny czuć obojętność.

– Jestem tu od kilku godzin, ale to pan już wie.

– No tak. Rozumiem. Kończę. Niech się pani położy. Obudziłem panią.

– Nie da się ukryć.

– Przepraszam jeszcze raz. Pani rozumie, to poważny interes. Muszę go pilnować. Tu nie ma miejsca na improwizację.

– Pan nigdy nie zostawia miejsca na przypadek, prawda?

– W przypadki niechaj wierzą inni. My załatwimy tę sprawę metodami racjonalnymi.

Połączenie zostaje przerwane. Iga odkłada aparat i wraca do łóżka. Zdaje jej się, że za oknem słyszy jakieś okrzyki. Nie jest zainteresowana tym, co dzieje się na dole. Zasypia prawie natychmiast.