3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Mistrzostwo świata

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Mistrzostwo świata
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tomasz Białkowskii

Mistrzostwo świata

Saga

Mistrzostwo świata

Copyright © 2008, 2021 Tomasz Białkowskii SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

ISBN: 9788728049365

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

Nóż

Kiedy miałem sześć lat, zapragnąłem mieć nóż. Z szerokim ostrzem, z błyszczącej w słońcu stali, zakończony czubem. Nóż ten miał mieć drewnianą rękojeść, na której wycinać mógłbym żyletką zdobyte skalpy, łupy wojenne, czy co tam by mi wpadło. Byłbym wtedy jak ci wszyscy tropiciele śladów łażący po Górach Czarnych, czerwonoskórzy generałowie,ostatni Mohikanie przemierzający tętniący step, cichostopi Dakotowie. Byłbym z takim nożem jak Tecumseh, Winnetou i Napoleon Gór Skalistych razem wzięci, byłbym kolesiem z książek Fiedlera. Byłbym kimś.

Każdego popołudnia prosiłem ojca o taki nóż. Patrzyłem mu głęboko w oczy i żebrałem. Ojciec pracował w fabryce maszyn rolniczych. Trudno było ustalić, co on tam robił, nie miało to dla mnie zresztą większego znaczenia. Istotne było co innego. W fabryce ojca pracował człowiek, który prócz toczenia różnych skomplikowanych części zębatych, ze swojej wyjącej maszyny wypuszczał różne estetyczne przedmioty. I tak, za drobną opłatą, byliśmy szczęśliwymi posiadaczami miniaturowej halabardy, miniaturowego hełmu rycerza średniowiecznego i równie mikrych toporów bojowych. Jeszcze kilku innych przedmiotów, często niewiadomego zastosowania, co razem czyniło nasze mikre mieszkanie miniaturowym muzeum przeszłości, dla równowagi wielkiej. Ozdobą kolekcji była maleńka armata, którą ojciec postawił na telewizor. Ilekroć oglądałem przemierzające horyzont traktory i ich rozrywające materię pługi, stada kombajnów bizon żrące złote łany, zadumane konwoje buraczanych przyczep, doznawałem dławiącego gardło uczucia wzruszenia. Po policzkach, jak po zagrzybionej ścianie klatki schodowej, płynęła wilgoć. Naprawdę. Patrząc w migotliwy, czarno-biały płat, byłem dumny z ojca, z jego fabryki dającej wszystkim tyle szczęścia, byłem dumny z kraju ludzi pracowitych i odważnych. Jak Winnetou. Drugą miłością ojca, może nawet większą niż zbieranie metalu, była gimnastyka. Trzecią zaś muzyka, ale o tym później. Tu miłości ojca się gwałtownie kończyły. Wszystko pozostałe, włączając matkę, należy postawić na półkę z napisem ,,obowiązek”, tuż za miniaturową kuszą Wilhelma Tella. Tak więc, ojciec upodobał sobie ćwiczenia gimnastyczne. Twierdził, że gdyby nie wypadek z młodości, byłby mistrzem, byłby kimś. Ojciec się mylił, jakby podarował mi ten pierdolony nóż, zostałby natychmiast championem, zostałby Bogiem!

- Cholera, diabeł mnie wtedy podkusił, żeby grać w tą piłkę. Gdybym mógł cofnąć czas! - Powtarzał na okrągło.

Bo ojciec, jako wybitnie utalentowany gimnastyk, któregoś nudnego dnia dał się namówić na zajęcie pozycji bramkarza w meczu o nic. Z niewinnego ,,nic”, zrobił się życiowy dramat. Ojciec źle wyskoczył do strzału w okienko i złamał paskudnie nadgarstek. Już nigdy nie odzyskał pełni sprawności. Piłkę kopaną szczerze nienawidził.

Zawsze przed obiadem wyprowadzał nas za dom pod rozłożysty dąb. Stawał w rozkroku, lewą nogę wystawiał do przodu, ramiona unosił ku górze. W napięciu czekał. Jego mięśnie tężały, na czoło wyłaziły żyły. Nagle, w chwili maksymalnej koncentracji, darł się:

- Piramida raz!

To był mój moment, moja rola. Po wystającym udzie, jakimś cudownym półobrotem, wzlatywałem na jego barki, kucałem na nich. Zaraz po tym moi dwaj bracia, niczym ptaki, obsiadali jego uda, chwytali ojca za dłonie i jak szale wagi ciążyli ku trawie, czasem zaspom śnieżnym, kałużom, bo ojciec nie odpuszczał nigdy. Jak Old Shatterhand. A kiedy ojciec wydawał komendę:

- Piramida dwa!

Puszczałem jego głowę i wznosiłem się ku niebu. Na rozdygotanych nogach składałem dłonie w węzeł. Myślałem wtedy, że jesteśmy wszyscy jak dąb obok, jak Bartek z Rogalina, jak potęga nie do ruszenia. Matka, nie wiedzieć czemu, odmawiała stanowczo udziału w naszym spektaklu.

Któregoś lutowego, mroźnego dnia moje marzenie się spełniło. Ojciec rozwinął lnianą szmatkę, na jego dłoniach ciążył nóż. Taki, jakiego pragnąłem, żadna zasrana miniaturka! Wyszliśmy za dom. Przez zaspy dotarliśmy pod drzewo. Cały dygotałem, nie mogłem się doczekać, kiedy, po odegraniu doskonałej imitacji pomnika przyrody, stanę kilka kroków od naszego dębu i wypuszczę w jego kierunku moje cudo. O kolana wycierałem mokre dłonie, kiedy mierzyłem do celu. Wreszcie rzuciłem. Nóż ze świstem przeleciał przed nosami zawistnych braci i na kilka centymetrów ugrzązł w miąższu. Szczęśliwy ruszyłem do drzewa, by wyrwać nóż, cofnąć się kilka kroków i ponowić rzut. A wtedy zamiast delikatnymi ruchami uwolnić go z drzewa, targnąłem nożem na bok i złamałem ostrze. Żenada.

Malarz Beckmann

Leżę na wąskim tapczanie zwinięty w embrion, a facet z radia wali jak osadnicy do Siuksów: Jacy osadnicy? Facet wali jak niemiecka VIVA, jakEmsi Chujoza, jakDidżej Ja Ciebie Zajebie. Jak porządna, na gwarancji, wiertarka Boscha:

Obudź się kochanieńki, już pora! Nowy dzień, nowe możliwości, nowe wyzwania! Czy wiesz, że łącznie z dzisiejszymi ośmioma godzinami ludzie za oceanem kupili półtora miliarda biletów do kin!? Bezrobotny z podolsztyńskiej wsi zbudował makietę Titanica. Obliczył, że zużył pięć tysięcy niedopałków. Nawet Leonardo DiCaprio i jego filmowa partnerka zostali wykonani z kiepów. Autor, nie bez dumy, podkreśla, że wszystkie fajki wypalił osobiście. ,,Czasami było ciężko, jak robiłem kominy, to po trzy paczki dziennie szło”. A co powiesz, kochanieńki, na siedemdziesiąt milionów dolców za ,,Autoportret bez zarostu” Van Gogha? Cóż za imponująca suma, jaka by była, gdyby autor domalował brodę!? Kartka z kalendarza. Sto lat temu zmarł autor słów: ,,Kto rano wstaje temu Bozia daje”, niech to będzie motto na dzisiejszy dzień. Wstawaj przyjacielu, nie bądź leniem, kiedy Ty spałeś pracowici ludzie policzyli sześć milionów części Jumbo 747-400, połowa z tych części to nity! Zrób coś ze sobą, bądź produktywny, bądź kreatywny! Przez takich jak Ty, w naszym demokratycznym, prospołecznym kraju, obniżyło się jedenastokrotnie pogłowie owiec! No, nareszcie, podniosłeś się. Teraz weź słuchawkę i zadzwoń do nas, no śmiało! Nie zapomnij o siódemce na starcie. Czy chciałbyś kogoś pozdrowić?

- Ja pragnę pozdrowić Pana Boga. Myślę o Nim, chociaż On zupełnie nie zwraca na mnie uwagi. Być może dzieje się tak dlatego, że mieszkam w piwnicy. Lecz przecież czasami z niej wyłażę, a wtedy chyba mnie widać. Pragnę też Panu Bogu nieśmiało przypomnieć, że na dzień dzisiejszy przypadają moje trzydzieste urodziny. Proszę zatem o dobry dzień. Dla mnie, ale i też dla naszej reprezentacji narodowej. Jeśli można, to proszę bez kaucji i bez zadatku. Dziękuję. A! I żeby łapy uschły temu, który wczoraj pociągnął mi komórkę!

Słucham radia i krążę po piwnicy. Jeszcze zdążę wam opowiedzieć o moich lochach, z których kiedyś się wyrwę. Pytanie polega na tym, czy wryję się jeszcze głębiej w grunt, czy wystrzelę w górę, jak kibice z siedzeń po golu strzelonym przez Naszych. A wtedy bójcie się! Wszyscy. Teraz podchodzę do zlewu. Woda jest zimna, aż do bólu zębów, trę szczękę raniąc dziąsła. Za mną drepce na swych krótkich nóżkach Marzenka. Gadzina kochana!

Kochani, kochani! – drze się koleś. – I jeszcze raz powtarzam najważniejszą informację dzisiejszego dnia. Wieczorem Nasze Orły staną do boju z Niemcami! I co z tego, że nie wygraliśmy z tymi kutasami nigdy. Dzisia,j na dortmundzkiej ziemi, nasi huzarzy skopią w swych najkach dupy zarozumiałym Szkopom!

Kryptoreklama wdarła się nawet w takiej chwili – myślę, jeszcze żarliwiej szlifując kły. A huzara ojciec w swych zbiorach nie miał!

Nasi chłopcy są skoncentrowani na maksa, czas na przygotowania spędzili nad rzeką łapiąc ryby. Zapewne słuchali hitu naszego superprzystojniaka Michała Milowicza! Ole, ole, piłka w grze, Polska, Polska wygra mecz! – drze się idol. Skąd on wziął te ole? Mundial zrobili Niemcy, my też ole nie bardzo. No chyba, że Ekwador. Ale jeśli Ekwador, to koleś przegiął. Ekwador nam dowalił w piątek dwa do nul. Ole, ole, nie damy sieee!

Patrzę w lustro, na chwilę przestaję słuchać pierdolca, wyłączam się. Wyglądasz człowieku jak Jezus z obrazu Beckmanna Zdjęcie z krzyża, myślę patrząc w odbicie. Męczennik na płótnie to dokładnie ty. Nieszczęśnik z owiniętą prześcieradłem miednicą. Ty masz slipy. No i nie masz włosów. Rozpostarte ramiona, sterczące żebra, a w tle drabina do samego nieba. Po co właściwie taka wysoka drabina? Nie, nie myślcie, że się znam na malarstwie. Ot, widziałem ten obraz w jakimś albumie i utkwił mi w pamięci. Tak się to określa. Coś utkwiło w pamięci i nie można tego z niej usunąć. To tak jak z jakąś melodią. Raz się usłyszy, a potem łazi za człowiekiem cały dzień. Nie chce się odczepić. Ole, ole! Piłka w grze! Wiem, że wpadłem. Ty, Milowicz, posłuchaj: ole, ole, odpierdol sieee! Musicie wiedzieć, że w tej opowieści będę używał słów powszechnie uważanych za nieprzyzwoite. Ma to swoje uzasadnie psychologiczne, do którego też dojdziemy. Ale wszystko w swoim czasie. Odchodzę od lustra, nie przestając trzeć szczęki, zaraz wszystko zetrę i będzie spokój. Na wieki wieków. Kiedy chodzę, łatwiej jest mi zebrać myśli. Myślę o drabinie. O Maksie Beckmannie i jego drabinie do nieba. O głodnym zasrańcu, który, miast malować kwiatki i chodzić po Frankfurcie wesoło pogwizdując, namalował drabinę. Zdychał z głodu, a malował wyroby stolarskie. Chce mi spieprzyć urodziny!

 

Ole, oleeee! W całym kraju trwają gorączkowe przygotowania do wieczornej batalii. Naród jednoczy się wokół naszych chłopców. Dwukrotnie wzrosła sprzedaż telewizorów, piekarze spod Grunwaldu wypiekli dwa przypalone miecze. Właśnie w tej chwili wyruszyła do sanktuarium cudownego objawienia w Gietrzwałdzie pielgrzymka złożona z olsztyńskich poetów i dziennikarzy. Idą by pomodlić się za Naszych.

Jak nie zostałem poetą

Taaa. Wiem ja coś o tych pieprzonych poetach-pedałach-dziennikarzach. Jak znam życie, a znam, to nacykają sobie zdjęć przy rogatkach Olsztyna, wpakują w pekaes i wysiądą w świętym miejscu. Gnoje, cwaniacy. A potem będzie, że biedacy nogi poranili. Jak szli. Co wam będę ściemniał, ja też kiedyś zapragnąłem zostać takim poetą. Zajęcie przyjemne, w pewnych kręgach, można powiedzieć, prestiżowe. Nie ma co. A było to tak.

Pewnego czerwcowego popołudnia pękł mi zimowy trzewik. Stary był to i pękł. Nie miałem zresztą o to do niego jakiejś szczególnej pretensji. Cóż, początek lata obliguje do noszenia lżejszego kalibru obuwia. Wyjątek mogą jedynie stanowić służbu mundurowe, ale o tym nieco później. Tak więc szedłem główną aleją miasta, a z pięty w bucie zionął wstyd. Nie miałem innego obuwia, nie miałem pieniędzy za zakup nowej pary, nie miałem pieniędzy żadnych. Do dzisiaj w tej kwestii niewiele się zmieniło. Zanim wam opowiem o tym, jak nie zostałem poetą, kilka słów o ulicy, przez którą człapałem. Zaraz po wojnie tę ulicę nazwano Zwycięstwa. Uczyniono to na cześć i chwałę dzielnych żołnierzy radzieckich, którzy profesjonalnie puścili miasto z dymem. Swoją ulicę też. Może gdyby wiedzieli, co palą, oszczędziliby chociaż kawałek? Teraz piękna, szeroka ulica nosi nazwę Alei Marszałka Józefa Piłsudskiego. Wieczorami, kiedy ruch samochodowy się zmniejsza, a zachodzące słońce urokliwie łamie na dachach, na kolorowej trasie można spotkać spacerowiczów. Niedawno sześciu młodych piechurów na Alei Marszałka i Wodza pokroiło nożykiem kurtkę licealisty wraz z owym w środku. Zapewne wzięli sobie do serca słowa Męża Stanu, że ,,pochodzą z kraju, gdzie ludzie nie są przyzwyczajeni do otwartego wypowiadania swych uczuć”. Wyrazili i poszli dalej. W okolicach policyjnej hali sportowej świeżo ułożoną kostką brukową obrzucili wietnamską jadłodajnię, a na wysokości aresztu śledczego, wyrwali nastolatce aparat komórkowy i złamali jej nos. Winę za ten czyn ponosi Zwycięzca Wojny Roku Dwudziestego. Mówiąc, iż ,,często bitwę wstrzymywano, by dać przejść kobietom i dzieciom”, operował czasem przeszłym. Gdyby rzeczony Marszałek uwzględnił pozostałe czasy, do tragedii by nie doszło. Stawia się wniosek o przeredagowanie wypowiedzi Więźnia Magdeburga i dostosowanie ich do realiów gospodarki wolnorynkowej. Ponadto sąd czyni zadośćuczynienie sześciu młodym patriotom w wysokości pięciu tysięcy złotych dla każdego plus roczny, gratisowy dostęp do szlifierki. Wyrok jest prawomocny. A przed wojną to była Kleeberger Strasse.

Już, już, wracam do tego jak nie zostałem poetą i szedłem do człowieka, który to sprawił. Dochodziło południe, temperatura gwałtownie szła w górę. Minąłem monumentalną rzeźbę dłuta Xawerego Dunikowskiego. Pomyślałem, że autor wielkiego Pomnika Wdzięczności na Placu Armii Czerwonej, znanego wśród młodzieży licealnej jako ,,Szubienice” musiał bardzo, przy tym szybko, potrzebować pieniędzy. Być może jemu też rozleciały się trzewiki. Tak więc, w chwili kiedy mijałem miejsce niedzielnych spotkań dziewcząt i chłopców, którzy opuszczali progi swych porządnych domów, by uczestniczyć w ofierze mszy świętej, w chwili, gdy ksiądz w kościele Serca Jezusowego wygłaszał krzepiące słowo Pana, a skupiona dziatwa ciągnęła w cieniu obelisku papierochy, właśnie w tejże chwili trzasnął trzewik drugi. Ogarneła mnie rozpacz, a Xawery pokiwał ze zrozumieniem głową. Cóż z tego, że dziurami wdzierało się świeże powietrze, cóż po tym, że pora roku, jak i temperatura, upoważniały do przewieszenia trepów przez ramię i awangardowego, lecz przecież dopuszczalnego, marszu boso... Miejsce, gdzie się kierowałem, wymagało zachowania schludności i jeżeli już butów styczniowych, to przynajmniej całych.

Idąc przez elegancki hall, zastanawiałem się, czy dostatecznie nisko opuściłem na biodra spodnie, czy sunę po miękkim dywanie dostatecznie płynnie, na tyle, by obserwująca mnie ładniutka poetka-asystentka nie zauważyła tych cholernych dziur!? Purpurowy, stanąłem przed drzwiami do gabinetu redaktorki lokalnego pisma kulturalnego. Kobiecie jeszcze całkiem do rzeczy. Jeszcze raz obleciałem wzrokiem dywan. Nie wiem jak wyglądały ściany, zrozumcie mnie, nie miałem odwagi unieść głowy. I to wcale nieprawda, że debiutant nie ma pokory, we mnie wtedy była pokora. Jak u chłopa co rano wyszedł przed chałupę i patrzy na wzbierające na horyzoncie chmurzyska. To sobie wyobraźcie. Z drugiej strony, te włochate dywany utwierdziły mnie w przeświadczeniu o słuszności wyboru drogi życiowej. O ładniutkiej asystentce nie wspomnę.

Przyjęty zostałem uprzejmie, by nie powiedzieć serdecznie. Uścisnęliśmy sobie prawice. Najwyraźniej redaktorka dostrzegła od razu we mnie twórczy umysł. Kazała usiąść na mięciutkim fotelu, poprawiła loki i poczęstowała mineralną. Potem poprosiła o próbkę twórczości. Z pokorą chłopa, którego już poznaliście, podałem redaktorce maszynopis. Wielkie wrażenie zrobił na mnie stół, pod który skwapliwie skryłem dziurawy bucior. Wolno wracał spokój. Ona zanurzyła się w lekturze.

Była to rymowana historia pięknej dziewczyny zakochanej w nieznajomym młodzieńcu. Składała się z kilkunastu zwrotek, w trakcie których dziewczyna biega po deszczowym Olsztynie, próbując się dowiedzieć, kim jest chłopak? Mijają się czasem w przejściu podziemnym, to wszystko. On nie wie o jej istnieniu. Jej bieg jest przetykany barwnymi wizjami tego, co będzie kiedy już go dopadnie, kiedy zajrzy mu w błękit oczu, z których uczucie wyjdzie całe. Dziewczyna w moim wierszu, im dłużej biega, tym mocniej jest przeświadczona o trafności swego wyboru. Około dziesiątej zwrotki trud zostaje nagrodzony! Śledząc wybrańca odkrywa, że wieczory trawi on na dysputach z kolegami, usta wyśnione studząc piwem. Jej miłość może wszystko. Nawet nałóg alkoholowy nie ma szans. Zatem, w trzynastej, pechowej zwrotce, z sercem bijącym siada vis a vis ukochanego. Zbłąkany rycerz jest już trafiony. Nieprawda! Zmęczony, zamyślony, tak go chce widzieć ona. No i widzi. Cierpliwie, w milczeniu czeka, aż chłopiec na nią spojrzy. A wtedy zrozumie, jak bardzo ją kocha. Zostawi chichoczących kolegów i wyjdą razem, objęci, przejęci. Prawda, że pięknie? Chłopiec już to też zrozumiał, bo noga jego wędruje wolno, acz czule, po jej kostce, kolanie. Jak podąża! Tfu, jak pożąda! Jaki nieśmiały! Nawet na nią nie spojrzy, tylko ta noga jego zakochana tak lezie... Głuptas, przecież kiedy wyjdą, pozwoli mu na więcej. Tylko jemu! I tak sobie siedzą w tym spisku, jego nogą złączeni, budują szczęście do chwili, kiedy On nie wstaje gwałtownie i zataczając się rusza do toalety. Dziewczyna odprowadza go wzrokiem, który teraz kieruje pod stół, między uda, gdzie usadowiła się noga kolegi jej wybrańca.

Redaktorka skończyła czytanie, sięgnęła po mineralną. Przez chwilę patrzyła na ściany, być może żegnała się z nimi, bo oto zrozumiała, że człowiek siedzący naprzeciwko wkrótce zajmie jej miejsce. A może poczuła ulgę, ciężko jest być samemu twórcą, co innego dwóch. O, to zupełnie inna sprawa. Odpowiedzialność za słowo rozkłada się na pół. Na połowę? Nieważne. A może jednak po pół, po połówce? Hmmm. Redaktorka wzięła do ust mineralną, wydudniła połowę butelki i zaczęła mówić. Początkowo wolno analizowała tekst, nawiązywała do tradycji literackiej, mówiła coś o onomatopejach, aliteracji, odwoływała się do uniwersum. Po chwili znajdowałem się pod wrażeniem trafności uwag.

- Bałagan myślowy! - darła się targając resztki platynowych loków - wtórność podjętej tematyki! Rymy częstochowskie! Klęską naszej literatury jest pisanie z perspektywy budy z tanim winem, w trakcie pisania trzeba myśleć, to jest, panie, bełkot!

Krzyczała tak z dobrych dziesięć minut. Nie będę przytaczał tego, co wrzeszczała. Jak już wcześniej zaznaczyłem, to ja w tej opowieści będę używał słów powszechnie uznanych za nieprzystojne. No więc, redaktorka sadziła kurwami, a ja przytakiwałem ze zrozumieniem. Zawsze potakuję ze zrozumieniem. Uważam, że sytuacja nestor i łowiący każde jego słowo uczeń, wygląda z perspektywy osób trzecich bardzo estetycznie i krzepiąco. Młodzi ludzie powinni okazywać więcej pokory w relacjach ze starszymi ludźmi, noszącymi w sobie zwykle jakąś prawdę życiową.

- O tym, że świat jest pijany trzeba pisać z perspektywy osoby trzeźwej - waliła redaktorka pisma literackiego jak Rosjanie z pepeszy na Alei Zwycięstwa. Oblała wodą z butelki pierś. Padła wymęczona w fotel, a ja zrozumiałem, że tych dywanów to ona mi nie odda. W życiu.

Pożegnaliśmy się jakoś w biegu, wyszedłem na Dąbrowszczaków, dawna Stalina lub, jak wolicie, Kaiserstrasse. Sunąc wolno w stronę Dworcowej, dawniej Kaliningradzka, a jeszcze dawniej to strach gadać, rozmyślałem o mojej Marzence. O jej jaszczurce na udzie, którą tak lubiłem głaskać. O tym, jak miesiąc wcześniej, rozpalony wbiegłem do akademika na Żołnierskiej i nie czekając na windę pognałem pięć pieter pod drzwi jej pokoju. Czułem ból w dłoni od walenia w pilśniową płytę. Uszy wypełniały mi słowa ojca: Twoja babka, którą tak kochałeś, dzisiaj umarła. I dalej tłukłem pięścią, wierząc, że się drzwi otworzą, a ja wtulę głowę w tego jej wytatuowanego gada, płaza, nieważne zresztą i przez chwilę zapomnę, że w dłoni ściskam torbę podróżną, że zaraz pojadę znieść po krętych schodach, sztywnych czterdzieści kilogramów dobra absolutnego, bo żadna trumna się w tak wąski korytarz nie zmieści. Wreszcie, zrezygnowany, kopnąłem drzwi i ruszyłem do windy. Zjechałem na parter i wszedłem do Androbanii. I gdy myślałem o grabarzach grzejących się nad ranem wódką, o ludziach spuszczających na sznurze trumnę, którzy w swych pelerynach wyglądają na wietrze jak koniki polne, o klęczącym wikarym ukradkiem wiążącym sznurowadło, o dzieciach biegających wokół kikuta krzyża i odlewających z wosku zniczy rękawice, w tejże chwili dostrzegłem moją Marzenkę. Siedziała rozbawiona w kącie sali. Prowadziła swobodną rozmowę z chłopakiem obok, co chwila głośno się śmiejąc. W tym czasie jego kolega pchał nogę między rozchylające się uda. Pod stołem leżał but. Zrobiło mi się słabo, przytrzymałem się framugi. Patrzyłem na tę scenę, a odraza ustępowała miejsca zazdrości, a zazdrość przechodziła w ciekawość. Czy ona wie? Nagle, z ciekawości zrodził się podziw. Bo jeśli wie! Jeśli to ona jest panią tego stołu. Jeśli te bezrozumne czerwone gęby i ich reeboki są tylko narzędziem w udach jej fantazji? I stałem się spokojny. I uczyniłem z niej żebraczkę biegającą za jednym z tych alkoholików, by obdarowała go swą miłością, by o nią skamlała. Nic gorszego jej ofiarować nie mogłem. I napisałem o tym. Sami przyznajcie, czy to był głupi pomysł? Ale zawistni są wszędzie. Redaktorzy pism literackich nigdy nie pozwolą, by tacy jak ja zajęli ich miejsce. Dlatego, moi mili, przestałem zawracać sobie głowę poezją. Mam to w najgłębszym zagłębiu. Marzenkę zresztą też.

I jeszcze coś wam powiem. Zawsze daję ludziom rzeczy, których zupełnie ode mnie nie oczekują. A żeby tak już całkiem temat poezji i mojego z nią krótkiego mezaliansu zakończyć, to po wyjściu z redakcji wsiadłem do miejskiego autobusu. Widziałem młodego Cygana tłuczonego przez pijanego niedźwiedzia. Kierowcę, który obserwował w lusterku akt bandytyzmu i z godnym podziwu refleksem zatrzasnął drzwi przed uciekającym chłopakiem. Słyszałem płacz tulącego się do matki, przerażonego dziecka. Kolejne ciosy niedźwiedzia. Myślałem o klęsce mojej poezji patrząc, jak usatysfakcjonowany kierowca wreszcie zwalnia blokadę drzwi. Widziałem na schodach zegarek, którego szukał niedźwiedź, rozgarniając na boki pasażerów. Zalanego krwią, uciekającego cygańskiego chłopca, staruszkę walczącą z harmonią drzwi, za którymi skrył się zegarek. Niedźwiedzia z głupim uśmiechem, tłumaczącego ludziom, że ten zegarek rzeczywiście mu się tak, sam z siebie, często odpina i trzeba by zmienić bransoletę. Wysiadłem i ruszyłem w kierunku kiosku. Zapragnąłem poezji wysokiej, poezji trzeźwej, abstynenckiej. Prawdy o świecie, którą znała redaktorka a której ja nie posiadłem. Wierszy o ludziach pracowitych i dzielnych. Jak Winnetou? Ups! Kiedy sięgnąłem do kieszeni po pieniądze, uśmiechnięty sprzedawca zasunął mi przed nosem rolety. Myślałem o prawdziwej poezji, rwąc wiersz o mojej Marzence. Patrząc na dziurawe buty, czułem wstręt do swojego materializmu, potrzeby luksusu. Dziękowałem Bogu, że człowiek, któremu przez sześć dni darłem tynk ze ścian, ciągałem wiadra ciężkie gruzem, okazał się być dealerem narkotykowym i trafił do śledczego. Chwaliłem Pana, że uwolnił mnie od pieniędzy, jakie pewno byłbym dostał za swe odciski. Biłem czołem szczęśliwy, wszak zwolniony z wyrzutów sumienia, jakie gnębiłyby mnie, moje nowe obuwie, a także administrację akademika, której zalegałem z płatnościami. A kiedy dotarłem do skrzyżowania Kołobrzeskiej z Dworcową vel Kaliningradzką, stało się coś, w co mi nie uwierzycie. Stała się jasność, a zza kiosku wyszedł Johann Wolfgang Goethe, objął mnie serdecznie i rzekł:

 

- Jeżeli nie masz nic do powiedzenia możesz pisać wiersze, w których jedno słowo wypływa z drugiego, co wprawdzie jest niczym, lecz wygląda jak gdyby czymś było.

Słowo daję, tak mi powiedział. Pożyczył mi też pięćdziesiąt złotych, zawrotną sumę, za którą nawaliłem się w pobliskim Andergrancie - dawniej schron atomowy. Jak bonie dydy, tak było!

Jedenastka.

Dziewiętnaście lat temu urodziło się dziecko o dwojgu imion Lionel Andres. Chłopiec odkąd nauczył się chodzić, przejawiał nieprzeciętny talent piłkarski. Jego ojciec, kochający acz surowy Jorge, każdego ranka zdzierał z zaspanego dzieciaka kołdrę i ciągnął go na boisko niewielkiego klubu Grandoli w mieście Rosario. Już w wieku pięciu lat cudowne dziecko futbolu zaczęło zdobywać bramki dla rzeczonego klubu, a nieco później dla kolesi z Newell’s Old Boys, którym cynk o małym dał brat Lionela – Rodrigo. Fama o młodocianym geniuszu niosła się z hukiem porównywalnym odgłosom bitwy o Falklandy. Bardzo szybko swe pazerne łapy po młodziutkiego Leo wyciągnęli Los Millionarios z River Plate. Leo był wniebowzięty, poranne wstawanie nie poszło w gwizdek. Tyle że, jak to czasem bywa, przewrotny los chciał inaczej. Chytrzy Millionarios odkryli, że chłopcu brakuje w kościach pewnych hormonów. To ich niedobór zahamował prawidłowy rozwój Leo, który zatrzymał się na metrze czterdziestu w kapeluszu. Niegodziwi Millionarios odmówili wyłożenia kasy na leczenie chłopaka. Zasłonili się inflacją szalejącą w kraju. Również rodzina Leo takiej forsy nie była w stanie wysupłać. Na dodatek ta inflacja... Leo był zrozpaczony, bo o ile karakan grać w piłkę może, to wyrywać laski z takim podłym wzrostem już nie bardzo. Miał już trzynaście lat, domyślał się co w trawie piszczy. Zdesperowowany Leo spakował torby i opuścił Argentynę. Wylądował w Katalonii. Prosto z dworca poszedł na swych krótkich nóżkach do prezesów FC Barcelona. To, co im pokazał, musiało zrobić na nich wrażenie, bo wyłożyli kasę na zastrzyki, pastylki i co tam było potrzeba. Nie do końca chyba jednak, bo Leo zastrzyki podawał sobie sam. Zdaje się, że chodziło o zaufanie. Dobre, szwajcarskie środki szprycujące wyciągnęły go o trzydzieści centymetrów. Leo mógł teraz spokojnie spotykać się z pannami. A że, przy okazji, strzelił trzydzieści siedem brameczek, to i miał na te spotkania środki finansowe. Do tego sława, jaką gwarantują zachodnie media, pomogła pozbyć się kompleksu karzełka. Tak twierdzi przynajmniej Leo. Obecnie piłkarz jest wart sto pięćdziesiąt milionów eurosiów, ma fajną brykę i chałupę pod miastem. Sam Boski Diego Maradona namaścił go na swego następcę.

Ostatnio do Lionela Leo Messiego, bo o nim oczywiście mowa, przyszli hiszpańscy działacze, by namówić go do gry w ich reprezentacji. Nie, odpowiedział krótko, acz stanowczo Leo. Moim marzeniem i celem jest gra dla reprezentacji Polski. Dla narodu, z którego wyszedł Ojciec Święty.