Kolekcja nietypowych zdarzeńTekst

Autor:Tom Hanks
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kolekcja nietypowych zdarzeń
Kolekcja nietypowych zdarzeń
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,80  52,64 
Kolekcja nietypowych zdarzeń
Kolekcja nietypowych zdarzeń
Audiobook
Czyta Jacek Rozenek
32,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Minęło wiele lat, a Bud się nie ożenił i Virgil wiedział, że tak już zostanie. Sprzątnięcie mu sprzed nosa Delores nie miało tu nic do rzeczy. Virgil dawno temu zorientował się, że Bud ma już taką naturę, podobnie jak najmłodszy brat jego ojca, wuj Russell. Virgil rzadko widywał się z wujem, ostatni raz spotkali się tego długiego dnia na pogrzebie babki. Wuj Russell przyjechał z Nowego Jorku z przyjacielem, mężczyzną o imieniu Carl, który mówił na Russella „Rusty”. Po mszy, pochówku i stypie w domu, która skończyła się kawą i ciastem, Carl i Rusty odjechali w noc, z powrotem do Nowego Jorku, ciągle w garniturach. Virgil przypomniał sobie później rzucone półgębkiem słowa ojca, jakoby „kobiety nie były ani słabością, ani pasją” jego młodszego brata. Bud Boling miał mnóstwo słabości i kilka pasji, ale tak jak w przypadku wuja Russella, żadna z nich nie dotyczyła kobiet.

– To – zaczął Virgil – jak się masz, Bud?

– Wszystko po staremu. Przybyłem tu trzy miesiące temu z mieściny na północy pod Sacramento. Wiesz, to stolica stanu. Kupiłem używanego buicka i nim przyjechałem. Przyjemne miasto. Pełne marynarzy. Nie ma taksówkarza, który by nie był w Pearl Harbor.

– Zdarza ci się pracować?

– Nie daję się zmusić.

– Wiem, że powtarzam to co roku, ale posłuchaj: mam dla ciebie pokój w sklepie. Serio, interes tak się kręci, że mógłbyś mi się przydać.

– Nieźle ci się powodzi, co nie?

– Bud, mam tyle zamówień, że pracuję sześć dni w tygodniu.

– Piekło na ziemi.

– Bud, mówię poważnie. Przyjedź do mnie i będziesz ustawiony na lata.

– Już jestem ustawiony na lata.

– Zapłacę ci więcej, niż jesteś wart.

– Nie jestem wart złamanej pięciocentówki, Prawiczku. Dobrze to wiesz.

Virgil się zaśmiał.

– To przynajmniej nas odwiedź. Latem. Weź tego swojego buicka i pojedziemy na ryby.

– Wy, chłopaki ze wsi, tylko byście łowili.

– Chciałbym się z tobą spotkać, Bud. Del też. Mały Davey byłby zachwycony, gdyby cię poznał.

– Może w przyszłym roku.

– Mówisz tak w każde święta. – Virgil nie ustępował. – Odwiedź nas. Pójdziemy na pasterkę. Pomodlimy się za wszystkich kumpli.

– Wszystkie modlitwy za kumpli mam już odbębnione.

– Daj spokój. W przyszłym roku upłynie dziesięć lat.

– Dziesięć lat? – Bud zamilkł, oddając głos trzaskom na linii międzystanowej. – Dziesięć lat dla kogo? Dziesięć lat od czego?

Virgilowi zrobiło się głupio.

Bob Clay poległ w Normandii tego samego dnia co Ernie, który wykrwawił się z rany w prawym udzie. Nikt się nie zorientował, że ma przebitą arterię, bo nie było plamy, krew wsiąkała w wilgotną ziemię. Nikt jej nie zobaczył. Nie było czasu się tym martwić, bo Niemcy usiłowali ich zabić gdzieś z drugiej strony grubego żywopłotu we francuskim bocage. Ostrzeliwana pociskami artyleryjskimi jednostka przez prawie godzinę była przygwożdżona ogniem niewidocznego nieprzyjaciela. Bud i Virgil służyli w dwóch oddziałach wysłanych, żeby przedrzeć się przez korzenie i drzewa – co było możliwe tylko przy użyciu granatów. Oskrzydlili pozycję wroga i wszystkich pozabijali, ale nie obyło się bez strat. Dowódcę oddziału Buda, kaprala Emery’ego, niemiecki karabin maszynowy dosłownie przeciął na pół. Virgilowi nie udało się reanimować sierżanta Castle’a, któremu trzy pociski przeszyły pierś i rozerwały kręgosłup. Rana głowy Burke’a była śmiertelna, a niejaki Corcoran stracił rękę, odciętą równo od ramienia, i przewieziono go na posterunek opatrunkowy. Nie wiadomo, czy przeżył.

Tydzień później jeden Johnny zniknął, a drugi się załamał i tak jednego po drugim jednostka traciła żołnierzy, jak to na wojnie. Przez pięćdziesiąt osiem dni, od siódmego czerwca do początku sierpnia, albo walczyli, albo posuwali się w stronę linii frontu. Buda awansowano na kaprala, a Virgilowi zaczęły gnić zęby od jedzenia samych racji żywnościowych typu K.

Pięćdziesiątego dziewiątego dnia jednostka odpoczywała w obozie we Francji – z łóżkami polowymi z kocami i stosunkowo ciepłymi prysznicami, gorącymi posiłkami i taką ilością kawy, jaką amerykański żołnierz mógł strawić. Później wielki namiot służył za kino, gdzie wyświetlano filmy. Clyde’a przeniesiono do wywiadu, bo nieźle mówił po francusku. Każdy samolot na niebie należał albo do RAF-u, albo USAAF-u i krążyły pogłoski, jakoby Niemcy uciekali i że najkrwawsze walki mają już za sobą, i wszyscy wrócą na święta do domu. Z baz uzupełnień przybyli nowi rekruci, których trzeba było wymusztrować i przeszkolić. Bud był dla nich surowy, a Virgilowi nie chciało się uczyć ich imion.

W połowie września jednostka dostała nowe mundury, nową broń, wszystkich załadowano do ciężarówek i wywieziono na ofensywę w Holandii. W nocy zderzyły się cztery samochody. Zginęło pięciu żołnierzy, a rany trzech innych wykluczyły ich z działań wojennych. Ciężarówki naprawiono i następnego dnia znów były w drodze. Trzy dni później tuż przed świtem jednostkę zaskoczył niemiecki atak. Po wysadzeniu stanowiska dowodzenia doszło do bezładnej, chaotycznej bitwy, w której Virgil i Bud walczyli z wrogiem wręcz. Przypadek chciał, że nieopodal były trzy czołgi, brytyjskie cromwelle, które przyjechały z rykiem i odparły niemieckie natarcie. Wielu nowych rekrutów poległo w swojej pierwszej bitwie i stało się wiele rzeczy, które były bezsensowne, kompletnie bezsensowne.

Virgil stracił poczucie czasu, aż znalazł się z powrotem we Francji, gdzie on i Bud spali, spali i spali. Przechadzali się obok olbrzymich starych katedr i grali w piłkę. Gwiazdy kina przyjeżdżały na występy. Niedaleko od baraków mieścił się burdel U Madame Sophii. Kiedy większość oficerów była na trzydniowych przepustkach w Paryżu, Bud, Virgil i inni poborowi musztrowali i szkolili kolejnych rekrutów, nawet na deszczu. Potem przyszedł najchłodniejszy grudzień w dziejach i Niemcy wtargnęli do Belgii. Jednostkę załadowano na ciężarówki, wywieziono na złamanie karku w noc i zostawiono gdzieś na drodze między Paryżem a Berlinem. Virgil docenił gest jednego z kierowców – kolorowego – który dał mu paczkę lucky strike’ów i poprosił Boga, żeby nad nim czuwał.

Jednostka maszerowała po drogach i zamarzniętych na kamień polach, po ścieżkach wydeptanych w śniegu, taszcząc amunicję i zaopatrzenie dla siebie i innych, tych już przed nimi na linii frontu, którą Virgil widział w oddali niczym fajerwerki w Dzień Niepodległości. Walczyli ramię w ramię ze spadochroniarzami, którzy wcześniej ponieśli ciężkie straty, przypuszczając pokazowy atak, by Niemcy uznali, że czeka na nich cała dywizja. Fortel się powiódł. Ale nie obyło się bez ofiar.

Oddział znalazł się pod ostrzałem artylerii w belgijskich lasach i część żołnierzy rozerwało – wyparowali. Potem Virgila i Buda z resztą jednostki wysłano marszem w drugą stronę, przez Bastogne. Minęli równą stertę martwych żołnierzy przy samym kościele, spalone, bezużyteczne czołgi bez gąsienic i kilka krów jedzących zebrane siano. Rolnik i jego krowy nie przejmowali się Niemcami, którzy usiłowali odbić port w Antwerpii, ani powszechnym rejwachem. Wszyscy żołnierze byli przemarznięci do szpiku kości. Przed zimnem nie było ucieczki. Niektórzy z jednostki pozamarzali. Sen był taką rzadkością, że część oszalała i trzeba ich było odesłać do Bastogne, w nadziei że się tam pozbierają i będą mogli wrócić na mróz i do boju.

Wartę pełnił nowicjusz – Cośtam Cośtam junior. Virgil siedział w okopie, pod dachem z gałęzi, na igliwiu służącym za podłogę, owinięty wojskowym kocem. O śnie mógł pomarzyć. Miał w paczce resztkę owocowych landrynek Charms, z których dwie włożył sobie do ust. Została jedna, więc podniósł się z zamarzniętej ziemi okopu i wcisnął ostatni kwadratowy cukierek w dłoń nowego.

– Wesołych, kurwa, świąt – wyszeptał Virgil.

– Dziękuję, panie Prawiczek.

– Młody, nazwij mnie jeszcze raz Prawiczkiem, a dostaniesz w zęby.

– To nie jest pana ksywka?

– Nie dla jebanych rekrutów.

Okop leżał po lewej stronie lasu, dwa drzewa od skraju wzniesienia. Za dnia widać było z niego jałowe ziemie jakiegoś belgijskiego rolnika, a za nimi gromadę domów postawionych wzdłuż wąskiej drogi na północny wschód. W nocy ziała tam tylko pustka. Gdzieś w dole mieli czekać niemieccy żołnierze. Reszta jednostki została w okopach i schronach, rozmieszczonych w odstępach na prawo. To była teoretycznie główna linia obrony. W praktyce równie nierealna jak perspektywa ucięcia drzemki. Linia była tak wąska, że przed drzewami nie mieli posterunku nasłuchowego. Na tyłach właściwie nie posiadali ciężkiego uzbrojenia. Zostało niewiele pocisków do dział. Nie było kuchni i co za tym idzie, w promieniu wielu kilometrów można było pomarzyć o ciepłym posiłku.

Od kiedy przemaszerowali przez Bastogne, ta dziura była siódmą, którą Virgil wyskrobał w zamarzniętej ziemi i zakrył konarami. Nie miał ochoty kopać kolejnych. Przejście na nową pozycję oznaczało noszenie broni i sprzętu, taszczenie ich nie wiadomo jak daleko ani jak długo, przygotowywanie kolejnego okopu, budowanie kolejnego schronu, oblewanie się potem, przez który w minusowych temperaturach Virgilowi przymarzał mundur do pleców. Odmrożenia wyeliminowały z walki więcej ludzi niż rany od wrażego ostrzału. Niektórym z zamarzających żołnierzy udało się wydostać, zanim okrążyli ich Niemcy. Ci, którzy nie mieli tyle szczęścia, potracili już palce u rąk i nóg, niektórzy nawet dłonie i stopy.

Virgil nie chciał być jednym z nich. Trzymał dodatkową parę skarpet związaną i owiniętą na karku pod mundurem tak, żeby wisiały mu pod pachami. Temperatura ciała, choć słaba, trochę podsuszy materiał. Liczył na to, że zawsze będzie miał w zapasie półsuche skarpety w celu uniknięcia odmrożeń. Tak jak liczył, że Hitler przespaceruje się po polu, wymachując białą chustką, a starszy szeregowy Virgil Beuell osobiście go pojmie. Zaraz po tym, jak Rita Hayworth zajrzy do niego z propozycją zrobienia mu laski.

 

– Nie pogardziłbym kawą – wyszeptał junior.

– Wiesz co – odpowiedział cicho Virgil. – Zaraz rozpalę cieplutkie ognisko i zaparzę nam parę dzbanków. Mam też masę na ciasto i upieczemy ciacha dla całego oddziału... i zamknij, kurwa, pysk, ty jebany pojebie.

– Butterfly. Butterfly! – Z mroku na lewo od okopu dobiegło szeptem dzisiejsze hasło.

– McQueen! – syknął w odpowiedzi Virgil.

Chwilę potem sierżant Bud Boling wpakował się do schronu, bez broni. W ciągu dnia usiłował spać schowany we własnym okopie. Po zapadnięciu zmroku w ciszy samotnie patrolował front, następnie wracał o świcie, żeby zdać raport na stanowisku dowodzenia, po czym szedł się zaszyć w swojej ciemnej norze.

– Szkopy. Dwudziestu pięciu. A tyś, kurwa, kto? – Bud miał na myśli juniora.

Zanim ten się przedstawił, Bud mruknął „nieważne” i wydał rozkaz:

– Dawaj karabin i zasuwaj na stanowisko dowodzenia powiedzieć, że z lewej nadchodzi zwiad szkopów.

Junior zrobił wielkie oczy. Do tej pory jeszcze nie walczył. Kiedy wdrapał się niezgrabnie na górę i wygramolił z okopu, Bud powtórzył:

– Szkopski zwiad z lewej.

I młody zniknął. Bud przygotował karabin M1, wkładając sobie zapasowe magazynki do kieszeni kurtki.

Virgil podniósł karabin maszynowy razem z nóżkami i wymierzył go na lewo od ich okopu strzeleckiego.

– Byłem tuż przed nimi, Prawiczek.

– Widzieli cię?

– Jebane szkopostrzały nigdy mnie nie widzą. – Mężczyźni szeptali do siebie z zacięciem doświadczonych żołnierzy, którymi byli, nie jak dwudziestodwuletni chłopcy, którymi również byli.

Pod czyimiś butami w mroku trzasnął lód.

– Daj im popalić – syknął Bud.

Starszy szeregowy Virgil Beuell pociągnął za spust karabinu maszynowego, otwierając ogień do kolumny żołnierzy wroga trzy metry przed nim. Sylwetki i pnie migały w blasku jaskrawych błysków u wylotu lufy i czerwonych pocisków smugowych. Reszta amerykańskich chłopaków chwyciła za broń. Las rozświetliła furia strzelaniny, a cienka linia obronna zamieniła się w mur nie do przebycia. W błysku precyzyjnym jak flesz aparatu Speed Graphic na ringu podczas walki bokserów Virgil zobaczył, jak hełm niemieckiego żołnierza wybucha, zostawiając po sobie chmurę drobnej krwistoczerwonej mgiełki i rozmiękłych kawałków głowy mężczyzny. Niemcy szybko się rozpierzchli i sami zaczęli zbierać śmiertelne żniwo. Bud wysunął się na tyle, żeby wymierzyć karabin, i wystrzelał cały magazynek w nacierające siły – osiem łupnięć, jedno po drugim – rozsiewając pociski z geometryczną precyzją, aż szczęknięcie wylatującego z magazynka pustego ładownika oznajmiło, że skończyły mu się naboje. Odruchowo przeładował i znów się wysunął, kiedy jakieś ciało wpadło do schronu przez dach z sosnowych gałęzi.

Niemiec, spadając, strzelał i trafił w lewe kolano Virgila, który niczego nie poczuł. Po kolejnym strzale palce lewej dłoni zapiekły go jak po ukąszeniu szerszenia.

– Pierdol się! – wrzasnął Bud, uderzając kolbą M1 w szczękę Niemca. – Skurwielu! – zawył, jeszcze dwa razy tłukąc w twarz żołnierza.

Ktoś wystrzelił flary spadochronowe, które oświetliły las zimnym blaskiem, i Bud zobaczył, że złamał nos i zmiażdżył szczękę żołnierza, teraz leżącego bez ruchu i ze szklistym wzrokiem. Odwrócił karabinek, wymierzył lufę w środkowy guzik munduru i dobił Niemca dwoma strzałami z bliska.

– Jednego skurwiela mniej – powiedział do zwłok.

Nadciągał mały oddział rezerwowy Amerykanów; zwiad wroga skończył się dla niego tragicznie. Ruszono w pościg za wycofującymi się Niemcami. Virgil wstrzymał ogień i złamał broń, żeby dołączyć do natarcia, kiedy dotarło do niego, że coś jest nie tak. Dłoń mu się lepiła i stracił czucie w nodze.

– Nie czuję nogi! – wrzasnął.

Usiłując wstać, przewrócił się na martwego Niemca bez twarzy. Jeszcze raz spróbował się podnieść, ale lewa noga zgięła mu się w złą stronę w kolanie i Virgil nie rozumiał, co się dzieje. Na szczęście mógł liczyć na Buda Bolinga, który kucnął, wziął Virgila na plecy i go podniósł.

Tyle Virgil zapamiętał z Wigilii tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku. Gdzieś między okopem strzeleckim a punktem pierwszej pomocy na tyłach frontu osunął się w sen nieświadomości.

Virgilowi zrobiło się cholernie głupio.

Dziesięć lat będzie jego rocznicą, bo dla starszego szeregowego Beuella wojna skończyła się w Wigilię czterdziestego czwartego. Odzyskał przytomność w punkcie opatrunkowym w Bastogne po przybyciu amerykańskich czołgów i załamaniu niemieckiej ofensywy. Kilka dni potem obudził się znów w szpitalu polowym we Francji. Parę tygodni później był jednym z tysięcy rannych w angielskich szpitalach. Kiedy Niemcy się poddały i wojna w Europie dobiegła końca, Virgil zaczął się uważać za farciarza jakich mało. Stracił lewą nogę, amputowaną nad kolanem, a z trzech palców lewej dłoni zostały kikuty, zabandażowane tak, że przypominały rękawicę bejsbolową z gazy. Ale ciągle miał oba kciuki, jedną zdrową nogę, wzrok i przyrodzenie. W porównaniu z wieloma innymi pacjentami w tych szpitalach i na statku do domu Virgil czuł się jak zwycięzca irlandzkiej loterii z tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku. Żałował tylko obrączki ślubnej, którą zgubił gdzieś w belgijskich lasach.

Amos „Bud” Boling został w Niemczech do końca zaciągu, czyli jeszcze sześć miesięcy po wojnie. Kiedy Virgil kurował się z ran i powiązanych groźnych zakażeń, Bud szturmował Linię Zygfryda i przebijał się po trupach w głąb Trzeciej Rzeszy. Przekroczył Ren, później Łabę i wtargnął na południe, do zakątków wrogiego kraju, które przez cztery i pół roku nie zaznały szalejącej wówczas wokół Amosa wojny.

Bud nigdy nie był ranny, ale widział za dużo cierpienia, za dużo śmierci. Sam zabił wielu niemieckich mężczyzn i chłopców. Uśmiercał żołnierzy, którzy chcieli się poddać i przetrwać, ale napotykali bezlitosny wzrok sierżanta Bolinga. Własnoręcznie zastrzelił osiemnastu niemieckich oficerów, pojedynczo albo po dwóch, trzech naraz, nieopodal dróg i pod osłoną drzew, za murami gospodarstw i na polach. Bud wymierzał swoim pistoletem kaliber 45 sprawiedliwość wojenną, której sens pojmował tylko on. Ostatniego Niemca zabił w sierpniu tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku. Wcześniej doszły go słuchy o miejscowym byłym oficjelu nazistowskim ukrywającym się pod fałszywym nazwiskiem Wolfe. Odnalazł mężczyznę stojącego w rzędzie z uchodźcami, którzy chcieli wrócić do rodzinnych miast w różnych rejonach niegdysiejszej Trzeciej Rzeszy. Kiedy Wolfe pokazał dokumenty, Bud kazał mu wystąpić z szeregu. Za niskim murkiem z cegieł wyciągnął pistolet, przestrzelił Wolfe’owi szyję i przyglądał się beznamiętnie, jak hitlerowiec wije się kilka minut, dokonując żywota. Bud Boling nigdy o tym nie mówił. Nie mówił też o obozach, które zobaczył. Virgil nie znał żadnych szczegółów. Ale miał podejrzenia. Widział pustkę, zmianę w przyjacielu.

– Jak długo zamierzasz zatrzymać się w San Diego, Bud?

– Może tydzień, może rok. Może wybiorę się na Nowy Rok do Los Angeles na tę wielką paradę.

– Paradę Róż?

– No. Podobno jest wspaniała. Też zapytałbym cię o plany, ale już wszystko wiem. Sklep sześć dni w tygodniu.

– Bud, ja lubię swoją pracę. Nie wiem, czy umiałbym się włóczyć tak jak ty.

– Prawiczku, wolałbym podbić glinie limo niż kartę w zakładzie.

Obaj się zaśmiali.

– Wesołych świąt. I będziesz zawsze mile widziany, gdyby włóczęga zaprowadziła cię kiedyś w nasze strony.

– Zawsze miło z tobą pogadać, Prawiczku. Cieszę się, że jesteś szczęśliwy. Zasługujesz na takie dary.

– To dzięki tobie, Bud.

– Za chwilę będzie pięćdziesiąty czwarty. Uwierzyłbyś? A ty masz Del i Daveya, i Jill, i... ech... Connie? Nie przekręciłem imienia tego ostatniego?

– Zgadza się, Connie.

– Virgil Prawiczek ma troje dzieci. Pojmuję biologię, ale rzeczywistość to jedna wielka, kurwa, zagadka...

Mężczyźni jeszcze raz złożyli sobie świąteczne życzenia, ponownie się pożegnali i odłożyli słuchawki. Następny raz usłyszą się za rok.

Virgil siedział w ciszy, do pierwszej w nocy wpatrzony w ogień. Potem podniósł się z Fotela Taty i przysypał płomienie węglem, żeby Davey miał żar na uroczyste spalenie w kominku świątecznego polana. Znalazł wtyczkę lampek na choinkę i wyszarpnął ją z kontaktu kciukiem, palcem wskazującym i kikutami palców lewej dłoni. Prawie o tym zapomniawszy, przystanął przed talerzem z ciastkami dla Mikołaja i zjadł trzy. Zawahał się, po czym nadgryzł też czwarte ciastko, odłożył je z powrotem i wypił kilka łyków już ciepłego mleka.

W mroku dotarł do schodów, wspinając się stopień po stopniu, dostawiając lewy but do prawej stopy. Zajrzał do obojga śpiących dzieci i Connie w łóżeczku po stronie matki. Del zawsze wykładała dla niego piżamę, więc po zdjęciu spodni i odpięciu pasków i sprzączek sztucznej nogi położył protezę obok krzesła i przebrał się do snu.

Jeden niepewny skok i znalazł się w łóżku. Jak co noc odszukał wargi Del i delikatnie je pocałował, a ona zamruczała przez sen. Virgil się przykrył – prześcieradłem, dwoma ciężkimi kocami i grubą kołdrą. Po długim dniu położył głowę na poduszce i w końcu zamknął oczy.

Jak prawie każdej nocy Virgil ujrzał w mgnieniu błyskawicy wybuch hełmu żołnierza, po którym została chmura krwawoczerwonej mgły. Zobaczył lepkie resztki głowy mężczyzny. Zmusił się, żeby pomyśleć o czymś innym, czymkolwiek. Poszukiwał jakiegoś obrazu i wybrał wizję młodego, dwudziestodwuletniego Buda Bolinga stojącego w ciepłym blasku ulicy w Kalifornii, otoczonego wielkim tłumem ludzi, wszystkich roześmianych, fetujących paradę platform pokrytych różami.


Balanga w Mieście Świateł

Filmuj rzeź żądań, pość, gnęb chłystków![*]

Hej, ta maszyna do pisania naprawdę działa!

Co jest, kurde, grane? Kim dziś jestem? Nadal chyba Rorym Thorpe’em, ale kim on jest?

Zeszłego wieczoru – parę godzin temu – byłem gościem w hiciorze, o którym wszędzie było głośno, gościem z efektowną ślicznotką pod rękę, gościem o zgrabnym tyłku. W metropoliach Europy – i Ameryki – osaczonego przez obiektywy aparatów i wykrzykiwane pytania zaganiano mnie jak polityka do samochodów i sal balowych. Machałem do morza ludzi, z których wielu machało do mnie, choć nikt nie wiedział, kim jestem, choć jestem, w rzeczy samej, nikim. Zarazem mam w posiadaniu pewne dokumenty... które zawierają ŚCIŚLE TAJNY KRYPTONIM Willi Sax (to Eleanor Flintstone!).

To był mój drugi dzień zdobywania Paryża, został jeszcze trzeci, kiedy miały być SZTUCZNE OGNIE! Wszystko miałem opłacone. Ubranie dostałem za darmo. Mogłem poprosić o kanapkę, kiedy tylko dusza zapragnie, choć byłem tak zajęty, że czasu starczało mi ledwie na kilka gryzów.

Ale tego ranka wszystko to się skończyło. Muszę na czas wymeldować się z pokoju. Szkoda. To przyjemny hotel. Przebywali tu naziści.

Dobra niepisana zasada wojaży po Europie – zatrzymywać się w miejscach o nazistowskiej przeszłości. W tamtym budynku w Rzymie mieściła się podczas wojny kwatera główna Gestapo. Wielkie pokoje. Wysokie sufity. Piękny ogród. Hotel w Berlinie został zrównany z ziemią, kiedy Rosjanie rozgromili ukrywających się w nim hitlerowców. Żeby podkreślić swoje zwycięstwo, czerwoni nigdy go nie odbudowali, tak jak zresztą większości tej części Berlina Wschodniego. Po upadku muru hotel znów wzniesiono, a teraz jest w nim specjalna palarnia cygar. Stary poczciwy hotel w Londynie zbombardowało Luftwaffe gdzieś między faszystowskimi triumfami w Rzymie a łomotem, jaki spuścili im ruscy parę lat później. Od tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego trzeciego roku dwa razy zjadła tam kolację królowa.

No a ten paryski hotel był kwaterą główną niemieckiego okupanta. Podobno Hitler wypił filiżankę kawy na jednym z balkonów, zanim pojechał zwiedzać zdobyte Miasto Świateł.

Wszystko to miałem opłacone, podobnie jak hotele w Los Angeles i Chicago, i Nowym Jorku. Wszystko było na koszt wytwórni, bo gram Caleba Jacksona w Cassandrze Rampart 3: Wizjach i opałach. (Cassandra Rampart, znana też jako Willa Sax, znana też jako Eleanor Flintstone!).

Trzeciego dnia balangi – przepraszam, tournée promocyjnego – znów bym zdrowo pohulał. A tymczasem muszę się spakować i wymeldować z hotelu przed pierwszą po południu – przepraszam, przed trzynastą.

 

Do: Rory Thorpe

Dw: Irene Burton i inni

Od: Annette Laboud

Temat: Rozpiska prasowa na Paryż

Witamy w Paryżu!

Wiemy, że musi Pan być wykończony, ale chcę podkreślić, jaka to dla nas przyjemność pracować przy francuskiej premierze CASSANDRY RAMPART 3: WIZJI I OPAŁÓW! Nasi koledzy z Rzymu, Berlina i Londynu donoszą, że film spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem... dzięki Panu! Nasze ankiety po pokazach próbnych są dobre, tylko trzy punkty za CASSANDRĄ RAMPART 2: AGENTKĄ DO ZMIANY i zaledwie dziesięć punktów za CASSANDRĄ RAMPART: POCZĄTKIEM. Jak na sequel to fantastyczny wynik! Widzowie wyraźnie reagują na napięcie erotyczne między Cassandrą a Calebem.

Wszyscy uważamy, że Francja to dobry rynek dla tego filmu, bo uniwersum Cassandry Rampart ma megaoglądalność we wszystkich mediach społecznościowych.

Jak być może wspominali już Panu Irene Burton i dział marketingu, we Francji nie wolno reklamować filmu płatnymi spotami w telewizji, dlatego może Pan zauważyć, że podczas naszej współpracy będzie trochę więcej niż zazwyczaj wywiadów telewizyjnych. Są dla francuskiego rynku kluczowe. Doskonale Pan sobie radził podczas trasy w Stanach i w Rzymie/Berlinie/Londynie, jest Pan bez dwóch zdań rozgrzany!

Zatem miłej zabawy!

Poniżej zamieszczam rozpiskę na najbliższe trzy dni. (Oddzielny rozkład dla Eleanor Flintstone).

DZIEŃ 1

1:10 (ok.) – Przylot z Londynu na lotnisko Charlesa de Gaulle’a – transport do hotelu.

7:10 – Charakteryzacja w pokoju 4114.

7:40–8:00 – Występ na żywo w ¡Nosotros Cacahuates! To najpopularniejszy program młodzieżowy w Hiszpanii z silną obecnością on-line (4,1 miliona odsłon). Przyjechali do Paryża specjalnie na CR3:Wio.

8:05 – Przejście do centrum prasowego na trzecim piętrze.

8:15–8:45 – Spotkanie z prasą #1. (Około 16 tytułów. Lista do wglądu).

8:50–9:20 – Spotkanie z prasą #2. (Około 16 tytułów. Lista do wglądu).

9:25–9:55 – Spotkanie z prasą #3. (Około 16 tytułów. Lista do wglądu).

10:00–10:30 – Spotkanie z prasą #4. (Około 16 tytułów. Lista do wglądu).

10:35–11:05 – Spotkanie z prasą #5. (Około 16 tytułów. Lista do wglądu).

11:10–11:40 – Spotkanie z prasą #6. (Około 16 tytułów. Lista do wglądu).

11:45–11:50 – AMA na Reddicie (dla Stanów).

PRZERWA

12:00–13:00 – Miniwywiady z influencerami (3–5 minut na każdego). Każdy ma co najmniej 1,5 miliona followersów. Każdy będzie miał konkretne pytanie do swojego wpisu. Niektórzy się uwiną; resztę utnie się po pięciu minutach.

13:05–14:00 – Sesja zdjęciowa na dachu hotelu. (Uwaga: Eleanor Flintstone dołączy na ostatnie dziesięć minut).

14:05–14:45 – Lunch/wywiad z „PARIS MATCH”. (Uwaga: w obecności fotografa).

14:50–15:00 – Wywiad radiowy z TSR1.

15:05–15:15 – Wywiad radiowy z RTF3.

15:20–15:30 – Wywiad radiowy z FRT2.

15:40–16:00 – Nieformalna kawa z zatwierdzonymi liderami mediów społecznościowych (ok. 20) mającymi minimum 3,5 miliona followersów. (Lista na życzenie).

16:05–16:10 – Odświeżenie charakteryzacji.

16:15–16:45 – Zdalny wywiad telewizyjny z balkonu dla belgijskiego programu PO POŁUDNIU DZISIAJ. (Uwaga: Eleanor Flintstone dołączy o 16:30).

17:00 – Przejazd samochodem do Studio du Roi na nagranie spotu promocyjnego dla Air France. Będzie puszczany na wszystkich międzynarodowych lotach Air France w ramach wsparcia premiery CR3:Wio. Nagranie potrwa ok. 3 godz.

20:00 (ok.) – Przejazd samochodem do restauracji Le Chat. Kolacja organizowana przez UPIC. (Uwaga: w obecności fotografa).

Po kolacji może Pan zostać albo wrócić do hotelu.

Rory Thorpe dziękował swojej szczęśliwej gwieździe za Irene Burton; gwiazda ta przez ostatnie dwa lata szczególnie mu sprzyjała. Zagrał w filmie z samą Willą Sax – Cassandrą Rampart we własnej osobie! Pierwszy raz w życiu miał pieniądze na koncie! I pojechał na darmową wycieczkę po Europie! Musiał tylko dać tam parę wywiadów! Na widok jego entuzjazmu Irene Burton prawie się skichała ze śmiechu (w myślach).

Irene miała sześćdziesiąt sześć lat, w swoim czasie robiła w marketingu każdej z sześciu wielkich wytwórni filmowych, a teraz żyła na częściowej emeryturze w domku nad morzem w Oxnard – na tyle daleko od Hollywood, żeby unikać codziennego stresu pracy w show-biznesie, ale zarazem na tyle blisko, żeby móc podjechać, kiedy trzeba było pozamiatać po zdarzającej się od czasu do czasu PR-owej wtopie. Przed jedenastu laty nadzorowała pewną młodą, zdolną i piękną aktorkę podczas tournée promocyjnego koszmarnego gniota pod tytułem Demencja 40, który nie zarobił grosza, ale okrył się legendą jako ekranowy debiut młodej, zdolnej i pięknej Willi Sax. Prasa przez parę lat nazywała ją – niebezpodstawnie – Willą Sex, ale teraz Willa była Cassandrą Rampart, kobietą instytucją, która miała własną markę ubrań sportowych, schronisko dla osieroconych zwierząt domowych i fundację do walki z analfabetyzmem w krajach rozwijających się. Pierwsze dwa filmy z Cassandrą Rampart zarobiły na świecie miliard siedemset pięćdziesiąt milionów dolarów. Willa Sax budziła nie tylko lęk księgowości swoją gażą w wysokości dwudziestu jeden milionów za film plus udział w zyskach, ale też powszechny szacunek.

– Irene – zagaiła Willa przez telefon. – Musisz mi pomóc.

– Co jest, smarku? – Irene nazywała wszystkich swoich młodych podopiecznych smarkami.

– Rory Thorpe jest tępy jak skalpel z włosia.

– Kto to jest Rory Thorpe?

– Typ w moim najnowszym filmie. Właśnie oglądałam jego EPK-ę. – Materiały prasowe w wersji elektronicznej (EPK) to przygotowany przez studio wywiad wysyłany do mediów w celach promocyjnych. – Większość jego odpowiedzi zaczyna się od „Tak że...”, „Yyy...”, „No wiesz...”. Za chwilę ruszamy w trasę, a ja nie mogę wojażować z Jełopem von Pustogłowiem u boku. Trzeba mu wyłożyć, czego ma, do kurwy nędzy, unikać.

– Się zrobi.

I się zrobiło. Irene zabrała Rory’ego na zakupy do Freda Segala i Toma Forda po ubrania, które mu będą potrzebne – styl swobodny staranny na wywiady i smokingi na premiery. Za darmo. Zabrała go do T. Anthony’ego po bagaż, kufry i walizki – ze znaczącą zniżką pokrywaną przez wytwórnię – żeby w te wszystkie ubrania mógł się błyskawicznie przebierać. Będzie na podwójnych ujęciach z jedną z najpiękniejszych kobiet świata i musi wyglądać, jakby zasługiwał na swoje otoczenie. Będzie odpowiadał tysiąc razy na te same pytania, więc wbiła mu do głowy dostarczone przez wytwórnię uwagi: CR3:Wio wzbogaca uniwersum C. Rampart o najbardziej wyrafinowany i frapujący film cyklu, gdyż nie jest ona wyłącznie bohaterką naszych czasów, ale kobietą ponadczasową. Do opisywania Cassandry proszę każdorazowo używać sformułowania „kobieta ponadczasowa”.

Irene doprowadziła do perfekcji umiejętność tłumienia śmiechu, kiedy któryś z jej klientów palnął coś szczególnie głupiego albo naiwnego – jak Rory przeświadczony, że jego pierwsza podróż do Europy nie będzie go nic kosztować.

– Och, smarku – powiedziała. – Odpracujesz to wszystko, że ci nosem wyjdzie.

Trasa rozpoczęła się w Los Angeles: trzy dni pełne wywiadów, zdjęć, wideokonferencji, sesji pytań i odpowiedzi, spotkań z fanami i tylu występów w talk-show, ile dało się wcisnąć, a przed każdym godzina przygotowań z producentami danego programu. Irene dopilnowała, żeby Rory był doskonale ubrany, doskonale przypudrowany i doskonale przeszkolony w materii tego, czego ma, do kurwy nędzy, unikać. Potem wybrali się na zjazd Comic-Con w San Diego. Willa Sax potrzebowała ekipy ochroniarzy, żeby trzymać fanów na dystans; wiele fanek było przebranych za Cassandrę, byłą agentkę tajnych służb z wszczepionym do mózgu procesorem, sztucznie zmodyfikowaną, z nadludzko silnymi ścięgnami, zdolną porozumiewać się podświadomie z Siedmioma – żyjącymi wśród nas istotami pozaziemskimi, obcymi, którzy mogą mieć dobre zamiary, mogą mieć złe zamiary, którzy... itede, itepe, i chwytacie, o co biega. Wielu zjazdowiczów przebrało się za Siedmiu. Nikt nie przebrał się za Caleba Jacksona, zawodowego surfera łamane przez hakera, bo nikt jeszcze nie widział filmu. Fani zdawali się podekscytowani perspektywą pokazu dwudziestominutowego teasera, który przez większość dnia trendował i na Twitterze, i na Poppicie!